wtorek, 16 września 2014

Audycja autobusowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Robię co mogę żeby nie stetryczeć i na ogół daję radę sobie wytłumaczyć nowe obyczaje. Nie dziwią mnie i nie gniewają ludzie gadający do własnego kołnierza albo w przestrzeń, przywykłam do telefonujących w autobusie. Co najwyżej nagle podskoczę, gdy znienacka ktoś całkiem obcy wrzaśnie "no to cześć!" gapiąc się w przestrzeń i to wcale nie jest do mnie, choć dookoła nie ma nikogo, tylko ten ktoś i ja. No i trochę się boję widząc gadających przez telefon kierowców, którzy zamiast na drogę patrzą na ekran. Jednakże dziś w autobusie doświadczyłam zupełnie nowego uczucia uczestniczenia w cudzej, bardzo długiej i nudnej konwersacji. Wsiadłam przy Placu Trzech Krzyży do 503, wyciągnęłam książkę, frapującą bardzo bo to  Sztywniak - Pośmiertne Życie Zwłok Mary Roach gdzie usiłowałam skupić się na rozważaniach o lokalizacji duszy w ciele i stosownych medycznych doświadczeniach, i nagle zza głowy dobiegł mnie dialog o kimś, kto wcale tego zamka nie naprawił. Jeden głos dobiegał z głośnika telefonu. Już myślałam, że to kierowca tak zadbał o bezpieczeństwo podróżnych i z kimś w trybie głośnomówiącym konwersuje, ale nie, to siedząca za mną pasażerka. Zamek jest nie naprawiony i takim pozostanie, aż oni znów nie przyjdą i czegoś z nim nie zrobią. Potem były rozważania o kanapkach na wieczór, ustalanie terminu spotkania, plany zakupowe, bo w lodówce pusto. Gdzieś w okolicy Gagarina spytałam, czy ta osoba z telefonu wie, że słucha jej cały autobus, ale się nie doczekałam odpowiedzi, ani ja, ani pięć równie zdumionych osób w moim wieku. Usiłowałam wrócić do Sztywniaka, ale się nie udało. To musiał być bardzo dobry głośnik. Pani, która go używała, też nie oszczędzała gardła.
Wyszłam z autobusu na Północnym Ursynowie z kwadratową głową i rada, że moje psy nie używają telefonu komórkowego i w domu będzie cicho. Sąsiadka, której to opowiedziałam uznała, że rzadko chyba jeżdżę autobusem miejskim.
Kolejna rzecz do przyzwyczajenia się. Starość nie radość.

piątek, 5 września 2014

Prawie wróciłam

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Prawie wróciłam, bo jeszcze się na parę dni wypuszczę z koleżanką w świat. Byłyśmy razem w zeszłym roku w Pradze, teraz na kilka dni wpadniemy do Lanckorony. Tym razem z psami. Ale zasadniczo jestem po wojażach.
Pomysł, żeby przeczekać sierpniową spiekotę w domu był doskonały. Pojechaliśmy odpoczywać gdy większość rodaków już wróciła. Mieliśmy zatem do dyspozycji krajobrazy i autostrady nieprzeludnione, temperaturę powietrza znośne, kolor nieba niedostępny w porze upałów i ogólny komfort na poziomie wyższym, znacznie wyższym niż średni.


Siedzę sobie pod zamkiem, gdzie zawiązano Konfederację Barską. Zamku nie widać, za to widać, że dalej dobrze mi w kapeluszach. Powinnam jakoś te kapelusze przystosować do aktualnej mody, co nie jest proste, bo kapelusze absolutnie z mody wyszły. A włosów coraz mniej...


Nie tylko Iksińscy mają kłopot ze sprzętem rolniczym. Rolnicy z Beskidów od zawsze sami sobie robili ciągniki zdolne do poruszania się po stromiznach i kamienistych dróżkach. To zdjęcie dedykuję Iksińskiej.


Zatoka Gdańska jest piękna.


I Pan Mąż jest piękny. Zwłaszcza jak jest opalony, wyluzowany, uśmiechnięty i w lennonkach. I na tle Półwyspu Helskiego.


A to kaczki w porcie w Jastarni. Może i kaczki są głupie, ale jakie dekoracyjne!


Zrobiłam takich zdjęć masę używając wszelkich funkcji aparatu, których zwykle się nie tykam. To jest imitacja fotografii otworkowej. Mam słabość do torów kolejowych, zapachu podkładów, pociągów nadjeżdżających i znikających za zakrętem, pogwizdywania lokomotywy i jak będę stetryczałą staruszką wyprowadzaną na spacer chcę być wyprowadzana na przejazd kolejowy, żeby sobie popatrzeć.  Działający parowóz plujący sadzą z komina doprowadza mnie do płaczu ze szczęścia.


Wracając z Jastarni wpadliśmy na chwilę pogaduchy do pewnej znanej gdyńskiej kolekcjonerki lalek. Wzbogaciłam się tym samym o piękną, ciemnowłosą Tycią Kicię (Tinny Kitty Colier). Mam zatem dwie! Drogą prób doszłam, że na Kicię pasują pantofle od Poppy Parker, co widać na zdjęciu. Niestety Robert Tonner stroił Kicię prześlicznie, ale jej buty to na ogół były spadające z nóg klapeczki dodawane nawet do najpiękniejszych kreacji. Trzeba będzie zahandlować albo zabawić się w szewca. Nie mam do tego talentu, ale jakieś filcowe buciory pewnie jej zrobię. Mam dla tej dziesięciocalowej lalki taki sentyment, że żadna dynamitka tego nie przeskoczy. Jej tylko troszkę ruchome ciało wcale mi nie przeszkadza. To jest po prostu kwintesencja lalki i nie ma w niej żadnych porno odniesień.

A tak na poważnie to chyba wiek nam się zmienił (znaczy i mnie i Panu Mężowi). Wpadliśmy w kolejną przegródkę. Bardziej nam się atrakcyjne rozrywki emeryckie wydają, niż te właściwe wiekowi zaledwie dojrzałemu. Już nie zjemy byle czego i byle jak, i nie napijemy się byle czego i byle kiedy. Żegnaj piwo z beczki. W obcych łóżkach dopada mnie rwa kulszowa i trzyma w pazurach, aż do domu na własne łózko nie trafię. Na obcych krzesłach nie da się robić na drutach ani wygodnie czytać. Nie jesteśmy już skłonni taszczyć na plażę kocyka i parawanu i leżaków i kremów i wody dla nas i dla psów, no zestarzeliśmy się i koniec. Możemy wędrować w ubraniu po plaży i też nas to cieszy. Mogę sobie przysiąść to tu, to tam, wyjąć szkicownik i coś narysować, a Pan Mąż gapi się w tym czasie w przestrzeń i też jest szczęśliwy. A potem idziemy na kawę z metaxą i normalnie nirwana...

Kretka wciąż zdrowa i ruchliwa. Z niemal 14 kilo (w maju) zostało jej 11,5. A ma jeszcze według lekarza stracić ze dwa. Zniknął wielki, okrągły brzuch, znikły wypchane boczki, nogi się jej jakieś długie zrobiły, talia wąska, mięśnie na tyłku widać doskonale. Muszka nie daje się odchudzić konsekwentnie. Coś co nie jest mięsem ani serem według Muszki do jedzenia się nie nadaje. A też powinna być lżejsza. Dwa miesiące bez gimnastyki dały mi ponownie parę kilo na plus, ale już wrzesień i zajęcia wróciły. Ciekawe, że na twardej podłodze sali gimnastycznej, w najdziwniejszych pozycjach absolutnie niegodnych damy rwa cichnie, a w miękkich łóżkach wyje po nocach jak potępieniec.

środa, 13 sierpnia 2014

Wakacje ante portas

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przetrwaliśmy upały na cienistym tarasie. Teraz ma być chłodniej, więc można jechać w świat. Jeszcze kupić psom żarcie (i zamrozić w poręcznych, jednodniowych paczkach to co lubią i spakować to czego może nie lubią, a muszą jeść), zmienić pościel, spakować się i hajda. Do Lanckorony. Mam nadzieję popływać w stuletnim basenie.



Mądry weterynarz, którego polecił mi sąsiad tak zachwycił się ortezami dla Kretki, że na cito uprosił mnie o wykonanie gorsetu dla pewnego cocker spaniela. Nie wiem, czy ta konstrukcja będzie tak udana jak ortezy na łapki. To co widziałam w internecie to jakieś urządzenia przypominające kevlarowe kamizelki dla oddziałów specjalnych. Ja przerobiłam po prostu ludzki pas neoprenowy w rozmiarze S. Zobaczymy. Na moje usprawiedliwienie mam tylko brak czasu na przemyślenie konstrukcji, brak materiałów do produkcji i brak wiedzy anatomicznej o psim układzie kostnym i mięśniowym.


Na tarasie zakwitła mi passiflora. Bardzo się cieszę, choć - niespodzianka! - kwiatki ma białe, bez niebieskich znaczeń. Jesienią wszystkie trzy rośliny przesadzę do jednej donicy, żeby przezimowały na parapecie. Bardzo lubię tę roślinę, babcia ją dawniej hodowała, pamiętam jej kwiaty jako cud nad cudy.


Czytnik książek pęka w szwach, dwie robótki na drutach są gotowe do zabrania, 


szkicownik i ołówki też. Nie będzie nudno. A chodząca Kretka to gwarancja, że nie tylko będziemy siedzieć na trawniku, ale i da się pospacerować.
Pozostałych jeszcze wiernych czytelników żegnam i znikam niemal do połowy września. Latami marzyłam o wypoczynku w czasie, kiedy młodzież starsza, młodsza i całkiem malutka wróci już do domu z wywczasów. I się udało!.

piątek, 1 sierpnia 2014

Na nogach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Takiej jazdy jak tego lata dawno ze sobą nie miałam. Kiedy Kretka zaczęła nie chodzić ze mną zaczęło się robić coraz gorzej. Od niewielkiego niezadowolenia i dyskomfortu się zaczęło, a skończyło na paskudnych stanach lękowych z napadami paniki i strachu przed bliżej niezidentyfikowanymi, acz na pewno okropnymi wydarzeniami czekającymi tuż za rogiem albo w najbliższej lub dalszej przyszłości. Pan Mąż o mało mnie nie udusił z frustracji, bo byłam w stanie jedynie zawiadamiać go co kilka chwil, że się boję. Jeszcze mi się zachciało wyłudzić od lekarza inny lek antydepresyjny niż ten, co latami grzecznie robił swoje.
Kara była straszliwa. Bijąc się w piersi pobiegłam na kolejną wizytę tak rozmamłana, że stary dobry znajomy biegiem znalazł się w apteczce. Trzeba było cztery tygodnie odpękać pocąc się z upału i strachu aż zaczął robić swoje, uporządkował synapsy i znów jest OK. Pozałatwiałam pilne sprawy urzędowe i żyję, nikt mnie nie obdarł ze skóry a przyszłość jawi się znacznie atrakcyjniej niż miesiąc temu. Uspokoiłam się do tego stopnia, że czytam ze zrozumieniem lektury bardziej wymagające niż kolejne kryminałki Kellermana. Na biurku piętrzą się wydobyte z biblioteki tomy Parnickiego, przypomniałam sobie o Huberacie, a w tyle głowy pomysły dziergalne na przyszły sezon kiełkują. Nawet próbki z różnych włoczek robię po ostatniej dziwacznej robótce.
Obezwładniający upał w dzień i w nocy powoduje, że łóżko trzeba przebierać w czystą pościel co tydzień. Po tygodniu robi się z pościeli - nawet codziennie wietrzonej - paskudny, wilgotny barłóg. Zatem przewlekam, piorę, ale to nie znaczy, że możemy się ułożyć bezkarnie w bieluśkich lnach i adamaszkach. Moje panienki znają rozkład dnia i wkraczając do sypialni zastajemy taki oto widok:


Dobrze, jeśli małe łapki nie naniosą w piernaty piasku, błota i szpilek ze świerka.

W lecie jeszcze bardziej niż zimą widać, że polscy mężczyźni są fatalnie ubrani. Powszechnie nam panujące gacie do kolan na sznurek w talii nadające się akurat na basen i podkoszulki z marnych dzianin (pewnie z koszyka w supermarkecie) bezlitośnie eksponują piwne brzuchy, krótkie, krzywe nogi i obfite męskie cycki. Jak jeszcze się do tego dołoży najtańsze obuwie sportowe obraz jest pełen.
I widzi się takie pary: dziewczyna śliczna, ubrana jak trzeba - bez fajerwerków ale z gustem i pomysłem, a obok niej burak, zwykły burak w gaciach. Będąc w Pułtusku dopadłam widok, od którego zakręciło mi się w głowie. Facet był naprawdę przystojny, zgrabny i zadbany. Poza tym co na zdjęciu:

Jak można tak przyodziać takie nogi???

Sąsiedzi przywykli, że co roku znikamy na wakacje pytają, czemu siedzimy w domu. A my sobie pojedziemy jak już większość wróci. Okazuje się, że straszne upały lepiej jednak przetrwać w chałupie. W pobliżu własnej łazienki, na własnym tarasie wśród kwiecia i chłodnego powiewu od północnej strony. W towarzystwie własnej wielkiej lodówki i licznych miejscowych knajp. A jak zaczyna padać, to pod ręką są wszystkie książki i zabawki jakie się lubi!

wtorek, 22 lipca 2014

Kanikuła

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku o tej porze w życiu blogowym stagnacja następuje. Jedni znikają w plenerze, inni siedzą na działkach i mało kto coś sensownego ma latem do powiedzenia. No ogórki i już.
Ze mną to samo. Czytam jakieś kryminałki, na drutach powoli się robi biały estoński szal z Dropsa Lace ale nie ma co pokazywać 1/3 zezwłoka. Wiem, że będzie piękny po zblokowaniu i z brzegową koronką, teraz to szmatka kompletnie bez wdzięku. Mam wrażenie ze mimo deszczów bez ustanku biegam do ogródka i na taras z wielką konewką i albo leję wodę w nasturcje, albo uzupełniam stan oczka wodnego.
Groszek pachnący po początkowym udanym starcie zdechł na mączniaka. Pryskałam go jakimiś antygrzybami, ale nic to nie dało. Dziś groszek wyrwałam i wyrzuciłam do śmietnika. Mączniak chyba lubi również moją miętę w ogródku. Oprysk pomógł tylko berberysowi. Co roku berberys był szary i zdychający a teraz się trzyma dzielnie. Poza nieudanym groszkiem wszystko rośnie jak wściekłe, takiego gąszczu na tarasie nie było jeszcze nigdy. Rośliny mają ponad metr wysokości od ziemi! I w końcu wiem co robić z pelargoniami: nie podlewać za dużo, podsuszone lepiej kwitną.


 A jak o kwitnienie niewielkim kosztem chodzi, to nie do przebicia jest zwykły, najtańszy niecierpek. W maju kupiłam za trzy złote z groszami 12 maleńkich sadzonek niecierpka w ulubionym kolorze. Oprócz ziemi dostał trochę dolomitu i kurzego nawozu i  rozrósł się jak szatan w ogródku, na obu tarasach i nie trzeba go czyścić z kwiatów. Jak o bezawaryjne ogrodnictwo chodzi, to niecierpek jest wyborem doskonałym.
Ciekawe spostrzeżenie językowe mam jeśli chodzi o mentalność Polaków, Niemców i Anglików. Niecierpek po angielsku i po niemiecku to "Pracowita Elżbietka" (Busy Lizzie i Fleissiges Lieschen) bo kwitnie bez przerwy jak umie najładniej. Dla Polaka ta sama roślina z tego samego powodu to Głupi Jaś. Widać jaki u nas jest etos pracy.


Kretka chodzi zupełnie dobrze, po prawdzie jak szczeniak się zachowuje. Dawno nie było tak, żeby psa nic nie bolało. Pani doktor psia ortopeda poszła na macierzyński i długo się nie zobaczymy, trzeba było poszukać jakiegoś mądrego lekarza, który remisję choroby stawów uzyskaną za pomocą wielu sprytnych leków umiał by przedłużyć. Zniszczyć stawy kilkukrotnym wstrzyknięciem sterydu to żadna sztuka. Natomiast utrzymać uzyskaną poprawę przez dłuższy czas, tak żeby stworzenie mogło się ruszać wymaga kunsztu lekarskiego. Zatem teraz sama wstrzykuję Kretce pod skórę malutkie dawki Metacamu a potem wystarczy zwykła Aspiryna. I tak miejmy nadzieję remisja potrwa.


Czy nie wspominałam kiedyś, że chyba chudnę? Takiej wagi jak teraz nie miałam od 2002 roku. Niestety, jako że spadała powoli, to nie rzucało się to w oczy. Dalej jestem pękata w talii, tyle że teraz spodnie spadają mi z bioder bez rozpinania. W większość wszyłam sobie gumkę w pasek, bo nie sposób wiecznie podciągać opadające portki. Już widzę, że na dawny kształt nie mam szans. Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno. Znalazłam szatę dawno nie używaną, która kiedyś na pewno była na mnie dobra. Widać ile zleciało. Przestałam się w końcu skradać i zainwestowałam w nową odzież bardziej na czasie. W nowych ciuchach o aktualnej linii pękata talia mniej przeszkadza.



Mimo niepalenia jakoś powolutku dalej spada. Ma to jakiś związek z dietą cukrzycową bez wątpienia.

sobota, 5 lipca 2014

Róż i już

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przerobiłam grzecznie na drutach 18 deko Malabrigo Silkpaca w kolorze fuksji i mam coś, co u mnie się będzie nazywać Letni Wieczór. Nie powiem, ściągałam z projektu Hani Maciejewskiej, ale ponieważ jak zwykle nie policzyłam wszystkiego dokładnie, to mam co mam. Na letnie sierpniowe wieczory nada się to doskonale i pasuje do aktualnych japonek.


Robiłam to od góry sposobem Sue Mayers, czyli popularnym na Ravelry sposobem contiguous. Jak dla mnie ramiona wychodzą zbyt spadziste. Obsuwa się to na sylwetce we wszystkie strony. Szew ramienia musi być bardzo krótki, a oczek trzeba na jego długości nabrać sporo. Kształt dekoltu robi się problematyczny.


Element koronki estońskiej dał się zrobić bez trudu, tylko chyba 5 oczek z siedmiu niepotrzebnie przekręciłam.


Tył jest OK.

Rękaw całkiem dobrze leży i łatwo się go wyrabia.


Ale co do przodu mam wątpliwości. Być może winna jest moja sylwetka, może marnie liczyłam oczka, może jako nie kardigan leżało by to lepiej?


 Przyda się na chłodne wieczory w ogródku, bo o równie miłą włóczkę doprawdy trudno. Jest wprost rozkoszna w dotyku.


Zanim wymyślę co na druty wskoczy po Letnim Wieczorze jeszcze troszkę pomęczę moje groszki. Pomęczę akwarelą. 
Ciekawa sprawa z tymi groszkami. Wysiałam mieszankę kolorów i wzeszła mieszanka. Im bardziej tnę kwiatki, tym ich więcej na krzaczkach. Ale po kilku dniach w wazoniku wszystkie kwiatki robią się jednakowe, ciemnofioletowe. Ginie gdzieś cała rozmaitość...


piątek, 4 lipca 2014

Rozterki posiadaczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lało ostatnio bez opamiętania i o rozkoszach życia tarasowego można było sobie tylko pomyśleć. Ponadto trudno prowadzić życie tarasowe ze szklanką zimnego napoju w jednej ręce i z ciekawą książką w drugiej skacząc jednocześnie po drabinie i malując kuchnię, przedpokój i sufity w łazience. Bo po sześciu latach jakoś poszarzały one i pożółkły. Zatem umalowaliśmy co było do umalowania, ale jeszcze nam troszkę zostało. Wnęki okienne nigdy niczym nie były malowane po wprawieniu szczelnych okien. Nie mieliśmy na to siły dawniej, nie mamy i teraz. To co zostało będę musiała małym pędzelkiem przy okazji wykonać. Bo teraz... już mi się absolutnie nie chce.
Chyba się postarzeliśmy, albo zawsze byliśmy tacy niewydolni, że nie damy rady więcej. Pozostałe komnaty zostały jak były pędzlem nietknięte. Pan Mąż ma rozpacz w oczach na napomknienie, że salon, gabinety i sypialnia tez by trzeba odnowić. Powód jest prozaiczny: tam są książki. I regały na amen przytwierdzone do ścian. Ponoć nie da się ich odkręcić a potem ponownie przykręcić. Patrzyłam jak Pan Mąż odkręcił a potem przykręcił pewną listwę na ścianie i faktycznie, lepiej z regałami mocno obciążonymi tego nie robić. Poza tym myślę, że samo przenoszenie książek, które posiadamy wyczerpało by nas do cna. I po ich zdjęciu z regałów na nijakie malowanie nie mielibyśmy siły. Latka lecą.
O ile żyć w mieszkaniu z poszarzałymi ścianami się da bez problemu, o tyle meble tarasowe niestety trzeba zabezpieczyć od tego, co leci z nieba. Sam taras także co jakiś czas wymaga ochlapania go drewnochronem, bo zgnije i się rozpadnie jak to uczynił jego poprzednik. Zatem dziś Pan Mąż obrabiał meble olejem do drewna egzotycznego i Sadolinem, a ja wojowałam z tarasem per se.



Teraz poczekamy aż to wszystko wyschnie przyzwoicie, i o ile będzie jeszcze ładnie, to się tym nacieszymy. A jak będzie lało, to tylko przez okno na to popatrzymy, a urokami życia na zewnątrz będziemy się cieszyć na cudzych tarasach na wakacjach.
Ja ja nie znoszę tego stanu zawieszenia, w jakim się człowiek przy remontach, malowaniach  i przemeblowaniach znajduje. Bałagan, rzeczy nie na swoim miejscu, wyprowadza mnie to z równowagi do cna.