środa, 13 sierpnia 2014

Wakacje ante portas

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przetrwaliśmy upały na cienistym tarasie. Teraz ma być chłodniej, więc można jechać w świat. Jeszcze kupić psom żarcie (i zamrozić w poręcznych, jednodniowych paczkach to co lubią i spakować to czego może nie lubią, a muszą jeść), zmienić pościel, spakować się i hajda. Do Lanckorony. Mam nadzieję popływać w stuletnim basenie.



Mądry weterynarz, którego polecił mi sąsiad tak zachwycił się ortezami dla Kretki, że na cito uprosił mnie o wykonanie gorsetu dla pewnego cocker spaniela. Nie wiem, czy ta konstrukcja będzie tak udana jak ortezy na łapki. To co widziałam w internecie to jakieś urządzenia przypominające kevlarowe kamizelki dla oddziałów specjalnych. Ja przerobiłam po prostu ludzki pas neoprenowy w rozmiarze S. Zobaczymy. Na moje usprawiedliwienie mam tylko brak czasu na przemyślenie konstrukcji, brak materiałów do produkcji i brak wiedzy anatomicznej o psim układzie kostnym i mięśniowym.


Na tarasie zakwitła mi passiflora. Bardzo się cieszę, choć - niespodzianka! - kwiatki ma białe, bez niebieskich znaczeń. Jesienią wszystkie trzy rośliny przesadzę do jednej donicy, żeby przezimowały na parapecie. Bardzo lubię tę roślinę, babcia ją dawniej hodowała, pamiętam jej kwiaty jako cud nad cudy.


Czytnik książek pęka w szwach, dwie robótki na drutach są gotowe do zabrania, 


szkicownik i ołówki też. Nie będzie nudno. A chodząca Kretka to gwarancja, że nie tylko będziemy siedzieć na trawniku, ale i da się pospacerować.
Pozostałych jeszcze wiernych czytelników żegnam i znikam niemal do połowy września. Latami marzyłam o wypoczynku w czasie, kiedy młodzież starsza, młodsza i całkiem malutka wróci już do domu z wywczasów. I się udało!.

piątek, 1 sierpnia 2014

Na nogach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Takiej jazdy jak tego lata dawno ze sobą nie miałam. Kiedy Kretka zaczęła nie chodzić ze mną zaczęło się robić coraz gorzej. Od niewielkiego niezadowolenia i dyskomfortu się zaczęło, a skończyło na paskudnych stanach lękowych z napadami paniki i strachu przed bliżej niezidentyfikowanymi, acz na pewno okropnymi wydarzeniami czekającymi tuż za rogiem albo w najbliższej lub dalszej przyszłości. Pan Mąż o mało mnie nie udusił z frustracji, bo byłam w stanie jedynie zawiadamiać go co kilka chwil, że się boję. Jeszcze mi się zachciało wyłudzić od lekarza inny lek antydepresyjny niż ten, co latami grzecznie robił swoje.
Kara była straszliwa. Bijąc się w piersi pobiegłam na kolejną wizytę tak rozmamłana, że stary dobry znajomy biegiem znalazł się w apteczce. Trzeba było cztery tygodnie odpękać pocąc się z upału i strachu aż zaczął robić swoje, uporządkował synapsy i znów jest OK. Pozałatwiałam pilne sprawy urzędowe i żyję, nikt mnie nie obdarł ze skóry a przyszłość jawi się znacznie atrakcyjniej niż miesiąc temu. Uspokoiłam się do tego stopnia, że czytam ze zrozumieniem lektury bardziej wymagające niż kolejne kryminałki Kellermana. Na biurku piętrzą się wydobyte z biblioteki tomy Parnickiego, przypomniałam sobie o Huberacie, a w tyle głowy pomysły dziergalne na przyszły sezon kiełkują. Nawet próbki z różnych włoczek robię po ostatniej dziwacznej robótce.
Obezwładniający upał w dzień i w nocy powoduje, że łóżko trzeba przebierać w czystą pościel co tydzień. Po tygodniu robi się z pościeli - nawet codziennie wietrzonej - paskudny, wilgotny barłóg. Zatem przewlekam, piorę, ale to nie znaczy, że możemy się ułożyć bezkarnie w bieluśkich lnach i adamaszkach. Moje panienki znają rozkład dnia i wkraczając do sypialni zastajemy taki oto widok:


Dobrze, jeśli małe łapki nie naniosą w piernaty piasku, błota i szpilek ze świerka.

W lecie jeszcze bardziej niż zimą widać, że polscy mężczyźni są fatalnie ubrani. Powszechnie nam panujące gacie do kolan na sznurek w talii nadające się akurat na basen i podkoszulki z marnych dzianin (pewnie z koszyka w supermarkecie) bezlitośnie eksponują piwne brzuchy, krótkie, krzywe nogi i obfite męskie cycki. Jak jeszcze się do tego dołoży najtańsze obuwie sportowe obraz jest pełen.
I widzi się takie pary: dziewczyna śliczna, ubrana jak trzeba - bez fajerwerków ale z gustem i pomysłem, a obok niej burak, zwykły burak w gaciach. Będąc w Pułtusku dopadłam widok, od którego zakręciło mi się w głowie. Facet był naprawdę przystojny, zgrabny i zadbany. Poza tym co na zdjęciu:

Jak można tak przyodziać takie nogi???

Sąsiedzi przywykli, że co roku znikamy na wakacje pytają, czemu siedzimy w domu. A my sobie pojedziemy jak już większość wróci. Okazuje się, że straszne upały lepiej jednak przetrwać w chałupie. W pobliżu własnej łazienki, na własnym tarasie wśród kwiecia i chłodnego powiewu od północnej strony. W towarzystwie własnej wielkiej lodówki i licznych miejscowych knajp. A jak zaczyna padać, to pod ręką są wszystkie książki i zabawki jakie się lubi!

wtorek, 22 lipca 2014

Kanikuła

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku o tej porze w życiu blogowym stagnacja następuje. Jedni znikają w plenerze, inni siedzą na działkach i mało kto coś sensownego ma latem do powiedzenia. No ogórki i już.
Ze mną to samo. Czytam jakieś kryminałki, na drutach powoli się robi biały estoński szal z Dropsa Lace ale nie ma co pokazywać 1/3 zezwłoka. Wiem, że będzie piękny po zblokowaniu i z brzegową koronką, teraz to szmatka kompletnie bez wdzięku. Mam wrażenie ze mimo deszczów bez ustanku biegam do ogródka i na taras z wielką konewką i albo leję wodę w nasturcje, albo uzupełniam stan oczka wodnego.
Groszek pachnący po początkowym udanym starcie zdechł na mączniaka. Pryskałam go jakimiś antygrzybami, ale nic to nie dało. Dziś groszek wyrwałam i wyrzuciłam do śmietnika. Mączniak chyba lubi również moją miętę w ogródku. Oprysk pomógł tylko berberysowi. Co roku berberys był szary i zdychający a teraz się trzyma dzielnie. Poza nieudanym groszkiem wszystko rośnie jak wściekłe, takiego gąszczu na tarasie nie było jeszcze nigdy. Rośliny mają ponad metr wysokości od ziemi! I w końcu wiem co robić z pelargoniami: nie podlewać za dużo, podsuszone lepiej kwitną.


 A jak o kwitnienie niewielkim kosztem chodzi, to nie do przebicia jest zwykły, najtańszy niecierpek. W maju kupiłam za trzy złote z groszami 12 maleńkich sadzonek niecierpka w ulubionym kolorze. Oprócz ziemi dostał trochę dolomitu i kurzego nawozu i  rozrósł się jak szatan w ogródku, na obu tarasach i nie trzeba go czyścić z kwiatów. Jak o bezawaryjne ogrodnictwo chodzi, to niecierpek jest wyborem doskonałym.
Ciekawe spostrzeżenie językowe mam jeśli chodzi o mentalność Polaków, Niemców i Anglików. Niecierpek po angielsku i po niemiecku to "Pracowita Elżbietka" (Busy Lizzie i Fleissiges Lieschen) bo kwitnie bez przerwy jak umie najładniej. Dla Polaka ta sama roślina z tego samego powodu to Głupi Jaś. Widać jaki u nas jest etos pracy.


Kretka chodzi zupełnie dobrze, po prawdzie jak szczeniak się zachowuje. Dawno nie było tak, żeby psa nic nie bolało. Pani doktor psia ortopeda poszła na macierzyński i długo się nie zobaczymy, trzeba było poszukać jakiegoś mądrego lekarza, który remisję choroby stawów uzyskaną za pomocą wielu sprytnych leków umiał by przedłużyć. Zniszczyć stawy kilkukrotnym wstrzyknięciem sterydu to żadna sztuka. Natomiast utrzymać uzyskaną poprawę przez dłuższy czas, tak żeby stworzenie mogło się ruszać wymaga kunsztu lekarskiego. Zatem teraz sama wstrzykuję Kretce pod skórę malutkie dawki Metacamu a potem wystarczy zwykła Aspiryna. I tak miejmy nadzieję remisja potrwa.


Czy nie wspominałam kiedyś, że chyba chudnę? Takiej wagi jak teraz nie miałam od 2002 roku. Niestety, jako że spadała powoli, to nie rzucało się to w oczy. Dalej jestem pękata w talii, tyle że teraz spodnie spadają mi z bioder bez rozpinania. W większość wszyłam sobie gumkę w pasek, bo nie sposób wiecznie podciągać opadające portki. Już widzę, że na dawny kształt nie mam szans. Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno. Znalazłam szatę dawno nie używaną, która kiedyś na pewno była na mnie dobra. Widać ile zleciało. Przestałam się w końcu skradać i zainwestowałam w nową odzież bardziej na czasie. W nowych ciuchach o aktualnej linii pękata talia mniej przeszkadza.



Mimo niepalenia jakoś powolutku dalej spada. Ma to jakiś związek z dietą cukrzycową bez wątpienia.

sobota, 5 lipca 2014

Róż i już

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przerobiłam grzecznie na drutach 18 deko Malabrigo Silkpaca w kolorze fuksji i mam coś, co u mnie się będzie nazywać Letni Wieczór. Nie powiem, ściągałam z projektu Hani Maciejewskiej, ale ponieważ jak zwykle nie policzyłam wszystkiego dokładnie, to mam co mam. Na letnie sierpniowe wieczory nada się to doskonale i pasuje do aktualnych japonek.


Robiłam to od góry sposobem Sue Mayers, czyli popularnym na Ravelry sposobem contiguous. Jak dla mnie ramiona wychodzą zbyt spadziste. Obsuwa się to na sylwetce we wszystkie strony. Szew ramienia musi być bardzo krótki, a oczek trzeba na jego długości nabrać sporo. Kształt dekoltu robi się problematyczny.


Element koronki estońskiej dał się zrobić bez trudu, tylko chyba 5 oczek z siedmiu niepotrzebnie przekręciłam.


Tył jest OK.

Rękaw całkiem dobrze leży i łatwo się go wyrabia.


Ale co do przodu mam wątpliwości. Być może winna jest moja sylwetka, może marnie liczyłam oczka, może jako nie kardigan leżało by to lepiej?


 Przyda się na chłodne wieczory w ogródku, bo o równie miłą włóczkę doprawdy trudno. Jest wprost rozkoszna w dotyku.


Zanim wymyślę co na druty wskoczy po Letnim Wieczorze jeszcze troszkę pomęczę moje groszki. Pomęczę akwarelą. 
Ciekawa sprawa z tymi groszkami. Wysiałam mieszankę kolorów i wzeszła mieszanka. Im bardziej tnę kwiatki, tym ich więcej na krzaczkach. Ale po kilku dniach w wazoniku wszystkie kwiatki robią się jednakowe, ciemnofioletowe. Ginie gdzieś cała rozmaitość...


piątek, 4 lipca 2014

Rozterki posiadaczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lało ostatnio bez opamiętania i o rozkoszach życia tarasowego można było sobie tylko pomyśleć. Ponadto trudno prowadzić życie tarasowe ze szklanką zimnego napoju w jednej ręce i z ciekawą książką w drugiej skacząc jednocześnie po drabinie i malując kuchnię, przedpokój i sufity w łazience. Bo po sześciu latach jakoś poszarzały one i pożółkły. Zatem umalowaliśmy co było do umalowania, ale jeszcze nam troszkę zostało. Wnęki okienne nigdy niczym nie były malowane po wprawieniu szczelnych okien. Nie mieliśmy na to siły dawniej, nie mamy i teraz. To co zostało będę musiała małym pędzelkiem przy okazji wykonać. Bo teraz... już mi się absolutnie nie chce.
Chyba się postarzeliśmy, albo zawsze byliśmy tacy niewydolni, że nie damy rady więcej. Pozostałe komnaty zostały jak były pędzlem nietknięte. Pan Mąż ma rozpacz w oczach na napomknienie, że salon, gabinety i sypialnia tez by trzeba odnowić. Powód jest prozaiczny: tam są książki. I regały na amen przytwierdzone do ścian. Ponoć nie da się ich odkręcić a potem ponownie przykręcić. Patrzyłam jak Pan Mąż odkręcił a potem przykręcił pewną listwę na ścianie i faktycznie, lepiej z regałami mocno obciążonymi tego nie robić. Poza tym myślę, że samo przenoszenie książek, które posiadamy wyczerpało by nas do cna. I po ich zdjęciu z regałów na nijakie malowanie nie mielibyśmy siły. Latka lecą.
O ile żyć w mieszkaniu z poszarzałymi ścianami się da bez problemu, o tyle meble tarasowe niestety trzeba zabezpieczyć od tego, co leci z nieba. Sam taras także co jakiś czas wymaga ochlapania go drewnochronem, bo zgnije i się rozpadnie jak to uczynił jego poprzednik. Zatem dziś Pan Mąż obrabiał meble olejem do drewna egzotycznego i Sadolinem, a ja wojowałam z tarasem per se.



Teraz poczekamy aż to wszystko wyschnie przyzwoicie, i o ile będzie jeszcze ładnie, to się tym nacieszymy. A jak będzie lało, to tylko przez okno na to popatrzymy, a urokami życia na zewnątrz będziemy się cieszyć na cudzych tarasach na wakacjach.
Ja ja nie znoszę tego stanu zawieszenia, w jakim się człowiek przy remontach, malowaniach  i przemeblowaniach znajduje. Bałagan, rzeczy nie na swoim miejscu, wyprowadza mnie to z równowagi do cna.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kultura obrazkowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zaczyna mi się coś w głowie przestawiać zgodnie z trendem z ostatnich dwudziestu lat i jak nie mam obrazków do pokazania to nie bardzo wiem od czego mam zacząć. Obrazki nie są nadzwyczajne i niczego niezwykłego na nich nie ma, ot kwiatek, Pan Mąż piękny jak zwykle, piesek - czyli stałe elementy mojego żywota widoczne i obecne, czasem nawet z hukiem.




Pan Mąż kupił sobie nowe okulary. Ku jego radości to są lennonki jak najbardziej firmowe, konkretnie John Lennon TM. (Yoko faktycznie ma głowę do interesu) Na tych cienkich, drucianych oprawkach napis John Lennon zmieścił się ze cztery razy, a na obu zausznikach od wewnętrznej strony są wygrawerowane słynne autoportrety z Imagine.  Nie wiem, czy ktoś uwierzy, ale wracając od optyka z tymi okularami Pan Mąż nawet podskakiwał z radości. I co prawda tylko w domowych pieleszach, ale nosi kucyk. Strasznie się z tego cieszę, bo facet z kucykiem jest bardzo bardzo. Łysa moda nie robi na mnie wrażenia. Ponadto w upał z kucykiem wygodniej.



Lilia wodna, mieszkanka maciupeńkiego oczka wodnego znów zakwitła. Nie wiem, czym ona się żywi, bo rośnie w czystej, nienawożonej kranówie i deszczówce, ale kwitnie. Rozprawiłam się ze skrętnicą, która w zeszłym roku zarosła oczko na amen jak zielona, rozmokła wata. Zainstalowała się w donicy z papirusem i wyglądało na to, że nie pozbędę się jej nigdy. Z Dolinki Służewieckiej przyniosłam ciut rzęsy wodnej. Rzęsa rozmnaża się błyskawicznie i odcina skrętnicy światło. Pod rzęsą woda jest czysta.



Latem areał dostępny psom obejmuje ogródeczek. Panie korzystają z wolności. Oto Muszka w swoim ulubionym miejscu przy oczku wodnym. Ona tam się wyleguje, spożywa posiłki i pasie trawą. Oraz siusia. Od tego siusiania są łyse miejsca.



Muszka vintage. Dawniej wszystkie zdjęcia tak wyglądały, dawniej wspomnienia fotograficzne były jedynie czarno białe. Muszka w tej stylizacji całkiem nieźle się sprawdza. Na zdjęciu właśnie żre trawę, ale widać jakie ma śliczne ząbki.



A  Kretka w kolorze lepiej wychodzi.



Dzięki ortezom zaś lepiej chodzi. I to o tyle lepiej, że wdrożyłyśmy nasz zwykły plan dnia z dwoma porządnymi spacerami. Dzięki temu ja mam lepszy humor i nie chodzę jak błędna, a ona ładnie schudła.
Ponadto prowadzę studia nad wszelkiej maści psychopatami i socjopatami. Statystyki mówią, że jedna na 25 osób jest socjopatą.  Jest zdolna do najobrzydliwszych uczynków bez żadnych wyrzutów nieistniejącego sumienia, ludzi traktuje przedmiotowo a jak chodzi o uczucia to może przezywać jedynie najprymitywniejsze: strach, furię, przyjemności cielesne i radochę z pokonania przeciwnika. Uczuć wyższych nie doznaje wcale.Socjopatów spotykamy cztery razy częściej niż schizofreników i każdy z nas miał z nimi do czynienia. Zwykle robią nam krzywdę - mnie w każdym razie zrobili. Życie przymusza jak widać do najdziwniejszych studiów. Literatura przedmiotu jest dostępna po angielsku, słownictwo angielskie z tej dziedziny jest mi dość obce, ale się nie poddaję, brnę przez psychologię i klaruje mi się w głowie. Rzeczy dotąd niepojęte, spadające  jak grom z jasnego nieba okazują się zupełnie oczywiste o ile się dysponuje stosowną wiedzą. Nie zamierzam być nigdy więcej zaskakiwana więc się zbroję. Zbrojenie się jest dość bolesne, nie przeczę.
Na drutach mam mały sweterek inspirowany Sekretnym Sweterkiem Hani Maciejewskiej. Tym razem nie kupowałam wzoru, bo obejrzawszy oryginał uznałam że sobie poradzę sama. Nawet wzór na koronkę na tyle swetra mam w mojej bibliotece. I faktycznie sobie radzę. Nie będę w tym wyglądać jak modelka z talią, bo nie mam talii, ale jest OK. Bardzo mi się podoba sposób robienia swetra od góry według Sue Mayers, czyli tak zwany contiguous (wystarczy wrzucić na Ravelry to słowo w wyszukiwarkę i wszystko będzie jasne), już planuję następnego przyległego - bo tak sobie nazwałam ten sposób - będzie w biało niebieskie grube paski. Ponoć paski wyszczuplają.
A następny tydzień od jutra zaczynając poświęcimy na prace konserwatorskie. Trzeba kuchnie, przedpokój i sufity w łazienkach odmalować. Już wypróbowałam jak się kładzie pistoletem akrylowe fugi i uszczelnienia wokół okien. Co z tego, że okna szczelne, jak szczelinami przy framugach zimą mróz do domu włazi. Dużo taśmy malarskiej na to potrzeba. 
Oskrobałam blaty stołów na tarasach i poziome części krzeseł. I już miałam to olejować, ale zaczęło lać. Pan Mąż czynności konserwatorskich nienawidzi z całego serca. Nie znosi kupować farb (jakie to drogie!) a malował by najchętniej dookoła mebli i co dwadzieścia lat. Niestety, kuchnia z białej zrobiła się brudnożółta i nie ma wyjścia.

środa, 18 czerwca 2014

Po dwunastu dniach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O groszku i nasturcji pisałam dwanaście dni temu. W życiu roślin to cała epoka!



 Widok ogólny. Przypuszczam, ze pod koniec lata nasturcja zajmie całe 13 metrów kwadratowych tarasu. Póki co wypraszam z niej mszycę. Passiflora pnie się po kracie, wilec tez już do kraty dorósł i niebawem w sypialni będzie panował chłodny półcień. Bugenwilla ma gęste, zielone liście ale nie chce kwitnąć. A jakaś zaraza zjadła georginie. Liście są powystrzygane w koronkowe dziury. Ślimaka znaleźć nie mogę, ale to pewnie ślimak. Gołe pomrowiki dużo trudniej znaleźć w ziemi niż pasiaste skorupki na drzewach.




Na tarasie pachnie groszek! I w kuchni pachnie groszek, bo groszek aby kwitnąć całe lato musi być odgławiany, czyli bukiety z niego trzeba robić. Nasiona to dopiero w październiku dam mu wytworzyć.

A z działań artystycznych to lepieje ostatnio tworzę. Lepieje to gatunek poetycki rozpropagowany przez W. Szymborską, dzięki czemu nad lepiejami rozpościera się nimb nagrody Nobla. Klasyczny lepiej mówi o jedzeniu , a dokładnie mówi czego lepiej nie jeść i robić co innego np:

Lepiej mieć życiorys brzydki
niż w tym miejscu pożreć frytki.

Pan Mąż z upodobaniem recytuje okropne zupełnie lepieje dotyczące zasadniczej służby wojskowej.
Moje lepieje nie są klasyczne, lecz narzucone koniecznością chwili np:

Lepsza babka z malinami
niźli wykład z tetrykami.

Lepiej lody zjeść we wtorek
niż oglądać cudzy worek.

 W tych lepiejach mowa o konferencji dla użytkowników sprzętu stomijnego zorganizowanej przez firmę Convatec w kinie Wisła. Jak mają coś ciekawego powiedzieć to i tak się dowiemy.  Przyślą ulotkę informacyjną tak jak przysłali zaproszenie na prezentację. Pełniutkie kino stomików sprawdzających nieustannie czy worki dobrze siedzą na brzuchach i czy nie są przypadkiem już pełne to było dla nas (dla Alicji i dla mnie) za dużo i uciekłyśmy na Ursynów rymując pod nosem:

Lepsze uro- i hetero-
niźli kolo- i ileo-.

bo

Lepiej mieć na głowie strąki
niźli wąchać cudze bąki.

I jak ktoś z czytających chce mnie opitolić, że się wyśmiewam z chorych i starych ludzi to proszę bardzo. Ważniejsze dla mnie zdrowie psychiczne Alicji, która o mało ze skóry nie wyszła widząc w jakim towarzystwie będzie się szkolić. Zdrowa i młoda też nie jest. I skoro coś jest tak straszne jak jest, to pozostaje się tylko śmiać dla zachowania jakiego takiego poczucia proporcji.

Lepiej siedzieć na tarasie 
niż mieć dziecko w drugiej klasie.

Lepiej ludzi straszyć blachą, 
niźli wrzoda mieć pod pachą.

Tak powiedziałam Muszce i rozprawiłam się z tym wrzodem. Muszka chwilowo nie ma żadnych krost ani kaszaków. Ciekawe ile bez nich wytrzyma...