czwartek, 26 lutego 2015

Zaszalałam

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przez cztery zajęcia w DK Stokłosy walczyłam ze szklaną martwą naturą nie dość że w kolorach dopełniających, tak ostrych, że bolą zęby, to jeszcze oświetloną wściekłym, różowym światłem.



Walczyłam, walczyłam, aż zwalczyłam. Nie jest to ładne, ale ćwiczenie zaliczyłam, tak myślę. Wesołe to niesłychanie, kolory aż świecą. Nie wylizałam tego na gładko, ale przecież i bez tego widać, że to szkło. I szyby. I lustra. I masa odbić i błysków.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Patchworkowa kołderka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kołderka jest gotowa. Otulić się nią trudno, bo jest dość gruba i sztywna. Niewątpliwie znajdą się dla niej użytkownicy.


 Całkiem niepotrzebnie obawiałam się pikowania całości. Do środka wsadziłam zamiast kupnych ocieplin połowę grubego koca, bo patrzeć na niego nie mogłam. Coś mnie kiedyś podkusiło kupić koc beżowy. No więc poza tym że był na pewno wełniany i ciepły nie miał zalet. Teraz, stanowiąc życie wewnętrzne tej kołderki (albo podtyłka) dalej jest ciepły, ale beżu okropnego nie widać.
Posłuchałam mistrzyni kołderek Kankanki i spięłam wszystkie warstwy agrafkami a potem - jak mi się to nigdy nie zdarza - starannie to sfastrygowałam. Spikować się dało sprawnie, aby jedną igłę połamałam na agrafce. Listwa brzegowa też dała się doszyć bez problemu. No i kołderka jest. Resztę beżowego koca wsadzę w drugi patchwork, ale za jakiś czas, bo już wiem, że umiem i mi się nie chce.


Pan Mąż przyniósł mi takie piękne tulipany, co się nie chcą dać sfotografować. Na zywca mają kolor subtelny, bogaty i piękny. A tu są po prostu pomarańczowe.

piątek, 20 lutego 2015

Rustykalny udzierg

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Z czterystu metrów mieszanki lnu, bawełny i jedwabiu powstał szalik dla koleżanki. Ona jest zachwycona, ja chyba mniej. Trudno się dzierga z takiego sznurka, grubawe to i ma tylko 150 x 39 cm po rozprasowaniu, o drapowaniu tego na sobie nie ma mowy.  Ale skoro właścicielka zadowolona to nie będę skuczeć.


Nowa prowadząca na fitnessie bardzo nas łaskawie potraktowała - nic mnie nie boli i nie czuję ciała, choć się spociłam że hej.

wtorek, 17 lutego 2015

Mieszkając ze starym zwierzakiem...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na SGGW co jakiś czas organizowane są otwarte wykłady na różne ciekawe tematy. Zakolegowałam się z panią pracującą w Katedrze Zootechniki i ona mi daje cynk, na co warto pójść. I niedawno wybrałyśmy się razem na wykład z dziedziny weterynarii o starych psach i kotach i o tym co im dolega. Wykład prowadziła pani doktor z wielkim doświadczeniem w leczeniu psich i kocich staruszków i tak sobie pomyślałam, że powinnam esencję tej wiedzy posłać w świat.
Koty i psy starzeją się szybciej niż my, teraz w Europie już 1/4 wszystkich żyjących w rodzinach zwierząt to zwierzęta stare. Psy w zależności od rasy starzeją się różnie, wielkie dogi już mając 5 lat są stare, a małe pieseczki starzeją się wolniej, ale tak czy siak należy przyjąć, że ośmiolatek już powinien być traktowany jako zwierzak stary. Kot w wieku 7 lat to już kot w wieku podeszłym, powyżej 13 lat to zdecydowanie pacjent geriatryczny.
Co im dolega? Ano psy na przykład mają około 400 chorób odpowiadających ludzkim chorobom wieku starczego: od cukrzycy, przez bolesne choroby przyzębia, zapalenie stawów, głuchnięcie, ślepnięcie, choroby tarczycy i nadnerczy, aż do zespołu zaburzeń poznawczych bardzo podobnego do choroby Alzheimera. Nie wspominając o nowotworach, nadwadze i prostatach.
Stary kot to prawie w 100% obolały zwierzak z zapaleniem stawów i niewydolnością nerek. 
O ile czujny właściciel psa może zobaczyć, ze zwierzak jest po prostu chory, to właściciel kota nie ma lekko, kot nie ma w zwyczaju się skarżyć. Kot zaczyna się okropnie zachowywać, brudzi w domu, nie trafia w kuwetę i jego zachowanie klasyfikowane jest jako złośliwość. A wiadomo, złośliwego zwierzaka nie prowadzi się do lekarza, a raczej na tęczowy most. Stary, chudnący kot jest chory na bank. Koty chudną tylko wtedy, gdy im przyswajanie pokarmów wysiada. Zresztą i zachowanie chorych psów często opisywane jest jako złośliwość.
Trzeba się empatią wykazać tak jak w stosunku do starej, niesprawnej babci, bo stres pogarsza stan chorego zwierzaka. Zawsze można było łatwo wskoczyć na fotel/ wysoką półkę/ kaloryfer/ parapet, a teraz nie można bo wszystko boli. Niedowidzącego i niedosłyszącego staruszka zaskakują poprzestawiane meble, nowi ludzie w domu, przeprowadzki. Czasem właśnie stres powoduje nagłe załamanie się zdrowia dość czerstwego przedtem egzemplarza.
Pani doktor przedstawiła nam dramatyczny po prostu wynik 15 sekcji psów przyprowadzonych do lecznicy z powodu drastycznych i nieakceptowalnych zmian w zachowaniu. ( Zwierzęta uśpiono na wniosek właścicieli, nikt ich nie zabijał specjalnie w tym celu; to niewielki procent jej pacjentów). A zatem na 15 poddanych sekcji psów wszystkie miały niewydolność nerek, 9 miało zmiany w wątrobie, 4 pierwotny nowotwór mózgu a 5 zmiany przerzutowe (jak się można dobrze zachowywać z nowotworem mózgu?), 9 miało przerost nadnerczy, 10 zmiany w tarczycy a kilka blaszki beta-amyloidu takie same jak ludzie z Alzheimerem.
No ja się pytam jak w takich warunkach zdrowotnych można być miłym zwierzęciem?
Co można na to poradzić? Można sporo. Po pierwsze obserwować , czy się nagle zachowanie zwierza nie zmieniło.Czy nie robi się agresywne.  Czy dobrze śpi, czy nie śpi całą dobę w kółko, czy nie jest zdezorientowany, czy się nie "zawiesza" jak zdezelowany komputer, czy nawyki higieniczne mu się nie zmieniają, czy nie ma jakichś patologicznych aktywności, czy dobrze je, czy nie unika jedzenia, czy pije i ile.
Cierpiącemu na ból stawów trzeba zapewnić drogi dostępu do ulubionych miejsc ( Kretka ostatnio prosi, aby ją wsadzić na fotel i ją tam sadowimy) - drabinki, skrzynki po których można wygodnie wejść gdzie się chce. I wygodne, ciepłe legowisko zawsze samodzielnie dostępne. Moje panny mają starą wełnianą, grubą kołdrę w wielkiej poszwie tuż obok kaloryfera. W ten kaloryfer Kretka z lubością wpycha bolący grzbiet.
No i jak coś jest nie halo to trzeba niestety udać się do veta. A profilaktycznie warto staruszkowi raz na rok zrobić przesiewowe badanie krwi: mocznik i kreatyninę, próby wątrobowe, hormony tarczycy, nadnerczy, trzustki itd. Umówiłam się z moim ulubionym vetem, że obu pannom zrobimy taki przegląd w maju, mam na to szykować trzy stówki i wyszykuję, ale Kretka to egzemplarz chorujący od zawsze, a Muszka nie wiadomo ile ma lat, obyczaje żywieniowe ma takie, że jak nic grozi jej niewydolność nerek. No i będzie wiadomo co w psach piszczy.
Jak to powiedziano w Małym Księciu: jeżeli kogoś oswoiłeś, jesteś za niego odpowiedzialny.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Stoją na progu i łapią światło

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Były imieniny to są i kwiatki. Stoją na progu drzwi na taras i łapią światło. I tak łapią, że nie wytrzymałam i ciach bach, narysowałam. Widać jaka to roślina? Miało być kwiatków więcej, bo to nie są wszystkie rośliny łapiące światło na tym progu, ale w trakcie szkicowania mentalnie resztę pominęłam chaos by powstał a kartka jest mała. Z trudem dochodzę do ładu z szarym, neutralnym tłem, ale twardym trzeba być i ćwiczyć.

sobota, 14 lutego 2015

Zaszyłam się i uszyłam, ale co z tego będzie?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zapierałam się, ze patchwora nie zrobię. Bo to śmieci masa, niewygodne w szyciu i nie lubię. Ale jednakże w szafach zalega masa, no masa po prostu szmatek, a niektóre to nawet koordynaty z jakiejś dekoratorskiej kolekcji. Nie mówiąc już o latami zbieranych resztkach kwiecistych angielskich tkanin czasem dostępnych w szmateksie. No i zaopatrzywszy się w porządny nóż obrotowy wykorzystałam czas, kiedy Pan Mąż obradował pół dnia w Akademii. Skrojenie zabrało może pięć minut. Szycie jakieś dwie godziny. Przy okazji nauczyłam się przyzwoicie zeszywać paski w jeden długi pas. Niby to proste, ale wprawa daje patenty. No i przerobiłam dwa komplety takich koordynowanych szmatek na wierzchy tarasowych ocieplaczy. Jeszcze nie wiem, co dać pod spód, za to do środka zamiast kupnej ociepliny wsadzę resztki starych kocy, z którymi już nie wiadomo co zrobić, a dla psów w schronisku też się nie nadają.


Trzeba to będzie z powodu braku staranności w zeszywaniu ręcznie spikować, ale te uszytki nie są takie znów wielkie. Po sezonie tarasowym posłużą jako psie kocyki na meble. Kwiatowe wzorki całkiem pasują do moich komnat. Sposób na taki nie całkiem konwencjonalny patchwork, idealnie się nadający na wykorzystanie resztek tkanin podpatrzyłam na You Tube. 

Kiedyś przemalowałam pyszczek niejakiej Baleriny Joliny od Zapf, bo patrzeć na nią nie mogłam. Okazało się, że po przemalowaniu niewiele bardziej mi się podobała. Jakby ją Kamarza przemalowała to pewnie byłoby inaczej. Skończyło się tak, że biedna Jolina całkiem straciła starą głowę z wytrzeszczonymi oczami i włosami w kolorze widywanym tylko na paniach samodzielnie od lat farbujących w domu włosy na bardzo bardzo blond (szary blond z odcieniem lekko zielonym). Jolinowe ciało, bardzo dobrze artykułowane, ruszające się sprawnie na wszystkie strony dostało głowę lalki Paola Reina. W tym celu musiałam ową Paolę Reinę nabyć całą i ciut rozkadłubić. I mam lalusię ruchomą i ładną. I nadającą się do zabawy dla dzieci.  Czekam teraz aż japońska głowa straci subtelny waniliowy, nieznośny zapach, którym ją diabli wiedzą dlaczego nasączono. Takim samym zapaszkiem nasącza firma Trixie piłki dla psów, Kretka łypie na składaka bardzo łakomie i chętnie by się nim pobawiła. Może dam jej to pozostałe, sztywne ciało do aportowania.


Goła balerina najbardziej blond i Liu od Paola Reina. Widać niedostatki obu modeli.




Po przeflancowaniu głowy powstała urocza, niewielka lalusia ruchoma i miła.
 o to szło.
A poza tym to widzę, że życie towarzyskie z blogosfery przeniosło się prawie całkiem na FB. No mam tam konto, coś pokazuję, ale jak zwykle pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Co spadnie na FB z walla to znika z oczu i pamięci na zawsze. Zatem ja sobie tu dalej od czasu do czasu coś napiszę, bo tam z pisaniem to nie bardzo jest. O , i tyle.



poniedziałek, 9 lutego 2015

Kreatywna skończona!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiecka na drutach jest skończona, bo mi się już nie chce dalej jej ciągnąć. Możliwe, że powinna być dłuższa. Możliwe również, że powinna być szersza na dole. Ale na mnie wchodzi, a jak się nie polubimy to pójdzie na służbę do kogoś innego.



Zostały jeszcze dwa motki karismy z angorą i dwa kłębki własnego farbowania. Kłębek wełny z lureksem też wcale nie zmalał. Znaczy że druty 4.5 mają tajemniczą zdolność rozmnażania włoczki. Na trójkach wełna wyrabia się błyskawicznie.
Teraz się czuję jak ten osiołek co mu w żłoby dano: czy przerobić resztkę tej samej włoczki na wielki golf - kołnierz, czy robić kolejne skarpetki ( wełna przyleciała kolorowiutka jak marzenie o wakacjach), czy też zająć się lalkami.
Od ostatniej notki wydałam przyjęcie i nauczyłam się w końcu po latach prób robić wołowinę po burgundzku. Co oznacza, że nauczyłam się robić jakikolwiek gulasz wołowy nadający się do jedzenia. Goście pytali, czy to co jedli  z polędwicy wołowej powstało. A powstało z tzw mięsa na gulasz. Aby osiągnąć taki rezultat trzeba dokładnie podążać za wskazówkami Julii Child i nie przejmować się początkowymi niepowodzeniami. Po imprezie powtórzyłam potrawę na domowy użytek ( bo z imprezowego garnka niewiele zostało do dojadania) i rezultat był równie dobry. Pan Mąż, który twierdził zawsze, że nienawidzi wołowiny bo mu w zęby włazi, dobierał dokładki z entuzjazmem. Procedura przygotowywania mięsa jest dość mozolna, bo trzeba kawałeczki podsmażać na dymiącym oleju po kilka sztuk na raz i to trwa i trwa. Ale później robi się już prawie samo.
Książki kucharskie mogą się nie nadawać do użytku z kilku powodów: albo autor tylko udaje że wie, o czym pisze, albo tłumacz jest do d... albo - i to jest powód najsmutniejszy - wszystko w nich jest OK poza indeksem. Mam trzy książki kucharskie Nigelli Lawson. Niby kobieta zna się na rzeczy, proporcje są dobre w tych przepisach, dania wychodzą fantastyczne. Ale... one są skonstruowane tak, że nadają się wyłącznie do czytania. Bo niby wiem, że przepis na semifredo jest w jednej z tych książek. Robiłam je z dziesięć razy i wychodziło świetne. Ale w żadnym indeksie nie figuruje nazwa potrawy. Książka nie ma rozdziałów poświęconych dajmy na to deserom, tylko prezentuje po kolei całe przyjęciowe zestawy nazwane dość fantastycznie. Nazwy potraw też są fantazyjne i od czapy, często nie sugerują nawet z czego to coś się składa. I teraz wyobraźcie sobie całą rodzinę kartkującą trzy grube księgi, dwie po angielsku, jedną po polsku i mozolnie szukającą jakiegoś przepisu. Pierwszy raz od lat rozdarłam się jak moja własna babka, rzuciłam tomiszczem o stół i zaklęłam jak robotnicy Pana Hrabiego. W indeksach same kwieciste metafory, nic rzeczowości - byłam w rozpaczy.  Pan Mąż uratował te księgi przed przemiałem i śmietnikiem wręczając mi samoprzylepne karteczki. Mam nimi  w tych tomiszczach pozaznaczać pożyteczne przepisy. Tych naprawdę fajnych nie ma aż tak dużo.
W książkach Julii Child indeksy są doskonałe. Znać, że autorka była archiwistką wywiadu w czasie wojny. Tam da się znaleźć wszystko. Możliwe, że kuchnia francuska nie jest w modzie, ale za to sposoby i sposobiki Julii Child dają w rezultacie jadalną i przepyszną strawę bez poszukiwania świeżej trawy cytrynowej, bazylii o czerwonych liściach w styczniu, czy przepiórek z chowu domowego.