środa, 19 sierpnia 2015

Warto było

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Warto było przesiedzieć upały w domu. Przetrwać u siebie szczyt plażingu, opalaningu, i innych ingów. 
Początek sierpnia spędziliśmy z Alicją na cienistym tarasie i każde z nas miało co robić, choć to nie była codzienna rutyna. Psy leżały martwym bykiem szukając jedynie cienia. Tomaszowi zajęło dwa tygodnie oprzytomnienie po roku akademickim, siedział na tarasie, opalał się coś czytał a teraz to nawet coś czasem powie; Alicja czytała i rozwiązywała krzyżówki a ja o nich dbałam bez większego napinania się, karmiłam chłodnikami i robiłam skarpetki. Bo skarpetki jakoś łatwo ostatnio powstają. Na urlop zabiorę ze sobą kilka skarpetkowych włóczek i albo je przerobię na wyroby, albo nie. Ja mi się będzie chciało.
Psy, które już wydawały się strasznie stare, obolałe i zmurszałe ożyły jak tylko temperatura troszkę opadła. Mam dla nich zapas proszków, kropel i innych ratujących życie i humor specyfików oraz zapas żarcia na wakacje. Teraz sama muszę podjąć najtrudniejszą decyzję w roku: jakie zabrać farby i papiery oraz kredki i ołówki, aby zrealizować jastarniane plany artystyczne. Bo dotąd się nieco obijałam. Tyle, że pokopiowałam ręcznie rysunki z Psich Sucharków na FB i pokolorowałam kilka stron w książeczce do kolorowania dla dorosłych.
Taka książeczka (ba, księga) do kolorowania to bardzo miła rzecz, zabawa dla dorosłych nie wymagająca sprzętu za nie wiadomo ile, uspokaja, wycisza i daje przepiękne wzory do haftu albo do jakiegokolwiek innego kraftu. Można to kolorować kredkami Bambino, można lepszymi, można akwarelą czy pisakami. Można te kolorowanki chyba nawet zastosować do produkcji ładnych zakładek.
No  więc zaraz skompletuję sobie zestaw rysunkowo - malarski o niewielkiej wadze a potem będę jeszcze długo kombinować jakież to szmatki ze sobą zabrać, zabiorę za dużo albo za mało a chodzić i tak będę w dżinsach i koszulce cały czas. Mamy w planach pojechać pociągiem na Hel. Jako pociągowa entuzjastka nie mogę się doczekać!
A u nas pomieszka Alicja i jak co roku popilnuje naszych włości.
Co do włości to wkopane nosem w dół butelki dały skutek i bluszcze rozrastają się fantastycznie. Gęsty bluszcz to doskonała alternatywa trawnika (będę pilnować psów żeby nie jadły owoców). Po nijakości tego posta widać, że pora na wakacje. Do września zatem.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Upalnie i lalkowo

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jaka jest pogoda każdy widzi. Gdy upały się zaczęły zgarnęliśmy Alicję z jej małej kawalerki w bloku, aby się na skwarkę nie usmażyła i siedzimy w domu narzekając na upał. Przed południem można nawet wytrzymać na północnym tarasie, a żaluzje i zasłony od południowej strony są na amen zaciągnięte. Mieszkanie zdecydowanie mniej się nagrzewa. Wieczorem, gdy słońce zagląda od zachodu zaciemniamy kuchnię. Psy nie chcą spacerować. Nie nalegam, biedaki nie noszą butów a asfalt nagrzany mógłby łapki poparzyć. Dziewczyny chyba pierwszy raz przyjęły kąpiel w wannie bez protestu. Leżą tylko i ziają.

Robię proste, letnie posiłki nadające się dla stadka cukrzyków i jakoś leci.
A ponieważ się siedzi w domu, to się bywa na allegro. I się wypatrzyło kolejną Madame Alexander. Właśnie do mnie przyleciała, zmieniła ciuchy, fryzurę i już jest moja.




Dostała ubranko od WeGirls i znacznie lepiej się czuje, niż w plastikowej amerykańskiej kiecce z wszytym czipem (po co lalce chip?)


Ma bardzo miły pyszczek i nos zadarty tak jak mój.


 Tu pozuje z dzikiem i z drugą Madame z serii Dear America, z tą, której montowałam głowę.



A tu całe moje stadko lalek do bawienia. Ubrać dziesiątkę to będzie wyzwanie. Od lewej Jacob (na kolanach trzyma oryginalną Heather Holly Hobbie Friends z lumpka), obok niego Liu, stoi duża, dobrze artykułowana Katie od Goetz, przed nią siedzi nowa Madame Alexander, stoi mała Helenka od Kaethe Kruse, przed nią w fotelu siedzi Nina od Moulin Roty, dalej bliźniaki o moldzie Elea od Kaethe Kruse i w końcu stoi "historyczna" madame Alexander i nagrodzona DOTY Laura od Sonji Hartmann. Uff... dziesiątka ciał chętnych do prezentowania mody. Ale jak mnie one cieszą.
Koniec pisania, wścibski okulista zaglądał mi w dno oczu, widzę marnie, mglisto i mam na nosie dwie pary ciemnych okularów. Dobrze, że mimo wścibstwa okulista nic nowego w tych dnach oczu nie zobaczył.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Penitencjarnie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niedziela rano to bardzo przyjemny moment tygodnia. Budzę się z nosem między łopatkami Pana Męża albo z jego nosem na moim karku. Z radia słychać Zagadkową Niedzielę, ulubioną audycję obojga z nas, zwłaszcza jak ją Kasia Stoparczyk prowadzi, Muszka na pierwszy objaw naszej jakiej takiej przytomności wali ogonem w kołdrę aż się rozlega. To naprawdę uroczy fragment tygodnia póki Pan Mąż nie wyrwie z tego łóżka do kuchni robić kawy, bo on przecież musi zaraz tu i tam. Ale teraz są wakacje, wszystkie obrony obronione, wykładów nie ma, a to co jest, nie jest w niedzielę rano, zatem możemy sobie poleżeć z nosem między łopatkami albo na karku. W takiej porannej półprzytomności. I nagle w audycji dla dzieci, w której  - to prawda bywają rozmaite piosenki: i Armstrong, i George Ezra i wierszyki Brzechwy - słyszymy wesolutką melodyjkę i wezwanie, aby szybko udać się do więzienia. Zamarliśmy i  wystawiliśmy po prawym uchu spod kołdry. Do mnie dotarło tyle:
...bko więzienie....,   ....ymy na obiad tam..........., ....serek słodki porcja szarlotki, porcja szarlotki dla każdego z nas.
Pan Mąż niespokojnie się pokręcił pod kołdrą, wyrwał się z moich pazurów i ustawił się lewym uchem do radia. Ja zrobiłam to samo. Niestety, radio nastawione jest aby nas budzić, ale nie wyrywać z łóżka na równe nogi. Wiele więcej do mnie nie dotarło, do niego chyba też nie.
Przez całe picie kawy, śniadanie i czytanie wiadomości nie poruszaliśmy tematu dziwnych słów w bądź co bądź audycji dla dzieci. Dotyczącej zresztą tego dnia pieniędzy i oszczędzania.
Przy drugiej kawie zapytałam Pana Męża czy słyszał to co ja. A co słyszałaś? zapytał. A w Zagadkowej Niedzieli coś o Hopsasa więzienie czeka nas. Słyszałeś to? Tak, słyszałem, ale niedokładnie. Nowy hymn służby penitencjarnej?
Ustaliliśmy, że musiało nam się przesłyszeć i pora się udać do Geersa na bezpłatne badanie słuchu, ale jednak sprawdziłam trójkową playlistę i znalazłam to

https://youtu.be/gXhjYxzN_dQ

Na Geersa jeszcze za wcześnie.

PS Dalej nie umiem zamieścić filmiku z You Tube!

środa, 15 lipca 2015

Zielona Mila (Zielone hektary?)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dopadłam kiedyś w lumpeksie wielką cewkę przemysłowych rozmiarów pełną zieloniuśkiej wełny sprzędzionej w grubość lace i dość sztywnej. Wyglądała na drapiącą. Zieloniuśki to nic dla mnie, ale wiadomo, że istnieją na zieloność amatorzy i amatorki. Moja rodzona bratowa lubi zielony na zabój. Zatem gdy stałam się posiadaczką zwijarki zwinęłam te ponad 600 gramów cienizny w poręczniejsze motki, zwinęłam w potrójną nitkę i z tak podszykowanego surowca dało się już robić na drutach nr 4. Robiłam bez przerwy dwa tygodnie żałując że nie jestem maszyną dziewiarską. Ale zrobiłam. I jak równo!


Zielona Mila w całej okazałości.


Listwa przy dekolcie robiona drutami nr 3.


Zaszewka na biust - po co ma się przód zadzierać?


fałszywy szew


Takie ozdóbki mam do tego swetra. Co wybrać? Chyba kwiatek z lanckorońskiej ceramiki i szpanerską rączkę z napisem Hand Made. Takie sprytne, miłe zawieszki dostałam od kogoś bardzo mi miłego i chcę koniecznie tego użyć!

wtorek, 14 lipca 2015

Psie życie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jeszcze w czerwcu Kretka się rozkaszlała.  W zeszłym roku miała takie trzy napady kaszlu i za pierwszym razem pomogło pół Thiocodinu, za drugim tak samo, a za trzecim pomógł weterynarz. Tym razem po nieprzespanej nocy - bo kaszlący pies z potężnymi rezonatorami i bez kompleksów to nocka z głowy - poszłyśmy do mądrej doktor Biel na SGGW. Bo kaszel u psa to nie jest niestety banalna dolegliwość. Oglądanie długiego gardła przez jeszcze dłuższy pysk niewiele wnosi, a weterynarze typu "steryd i antybiotyk przez pięć dni w zastrzykach" są w stanie naciągnąć na takie leczenie nie wiadomo czego, bez bliższej diagnozy prawie każdego właściciela zwierzęcia. Tym czasem u młodziaka taki kaszel jaki miała Kretka to prawie zawsze kaszel kenelowy - bardzo poważna choroba zakaźna. Albo zapalenie płuc. A u starego psa kaszel zwykle zwiastuje problemy z sercem. Jakąś niedomykalność zastawek. Doktor Biel nienawykła leczyć czegokolwiek bez diagnozy. Zatem natychmiast po osłuchaniu pacjentki zleciła RTG płuc. Zapalenia płuc Kretka nie ma, serce ma zdrowe i szczelne, jedynie jakieś ślady po przebytych przeziębieniach było widać (po jakich przeziębieniach pytam się siebie cichutko, może to te w zeszłym roku?) Za to stawy barkowe pozostawiają wiele do życzenia. Nic dziwnego, że rano ma przednie łapy sztywne jak stołowe nogi. W dzień się trochę poprawia, a wieczorem prosi, żeby ją wsadzić na fotel i unika ruchu. Na kaszel dostał piesek syrop wykrztuśny i Teofilinę. Pomogło. A jak chodzi o barki to pomaga to samo, co pomaga na nadgarstki, kręgosłup i resztę. Mam zreumatyzowaną babcię i tak trzeba o nią dbać. Na dodatek Muszka też zaczyna kuleć na przednie łapy. Ale póki co chodzimy całą trójką bardzo sprawnie.


Ulubione miejsce kąpielowe z bardzo błotnistym dnem. Po takiej kąpieli wszystkie osiem łap jest jednolicie czarne bez znaczeń.


kaczki i młode łyski.


Muszka znalazła coś bardzo ciekawego.


A tu typowa poza. Oznacza "no chodźmy już do domu, ja wszystkie moje sprawy pozałatwiałam". Muszka lubi nasz dom i lubi do niego wracać. Kiedy Kretka gania jeszcze z piłeczką Muszka idzie w stronę domu, siada i czeka. Czasem obok kosza na śmiecie, czasem na rogu uliczki. Jedno ucho ma trochę bardziej niż drugie, wyraz twarzy oczekujący i jest bardzo cierpliwa.


Od pewnego czasu niektóre fragmenty lokalnej przyrody są koszone tylko dwa razy w roku. Jest to celowy zabieg mający powiększyć liczbę gatunków roślin w okolicy Kopy Cwila i Doliny. Jak widać zabieg ten jest skuteczny. Już dawno nie widziałam tylu kolorowych kwiatów na jednym trawniku. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Magia sprzątania

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Marie Kondo zyskała sławę, bo napisała książkę o wyrzucaniu niepotrzebnych jej zdaniem rzeczy. Są miejsca na świecie, gdzie żyje się w przestrzeniach znacznie mniejszych niż u nas. Sześciometrowe mieszkanie zagracić znacznie łatwiej niż nasze M3, nie mówiąc o domkach , domeczkach i dworkach. Ale w zbieraniu jestem bardzo dobra, więc się z metodą słynnej (już) Japonki zapoznałam. Bo coś ostatnio ciasno się robi w mieszkaniu, które siedem lat temu było bezgranicznie przestronne i szukać się po nim musieliśmy.
Marie zaleca zebrać razem rzeczy z jakiejś kategorii ( na przykład wszystkie bluzki, topy, podkoszulki i swetry) i biorąc każdy egzemplarz po kolei w ręce zastanowić się, czy go jeszcze lubimy, czy może nie budzi już naszych ciepłych emocji i pora się rozstać. W książce znajdziemy typowo wschodnie smaczki, jak choćby dziękowanie rzeczom które nam służyły, a z którymi się już chcemy pożegnać. I tak po kolei przez odzież, książki, papiery, rozmaitości i pamiątki.
Jak chodzi o odzież to trudno nie było, nie zbieram archiwaliów. Jedynie dla porządku przejrzałam pudło z majtkami i skarpetkami, ale wszystkie egzemplarze były sprawne.  Znalazłyby się jeszcze ze dwie bluzki do wyrzutu, mają z dziesięć lat, są białe i z kołnierzykiem i wcale ich nie nosiłam. Dwie pary butów nabyte w jakimś obłędzie też mogłyby zniknąć, ale to wszystko.
Co innego książki. Wyjęłam je co do sztuki ze wszystkich regałów (opłacało się pilnować, by Pan Mąż nie wpychał się na moje książkowe przestrzenie) łącznie z kucharskimi i poradnikami, zebrałam w salonie na dywanie. Cały dywan był zasłonięty wysokimi stosami ułożonymi jeden przy drugim. Każdą z osobna zapytałam, czy się jeszcze przyda.
Korzyści z tego są trzy: po pierwsze wszystkie moje regały i książki są oczyszczone z kurzu, po drugie teraz na regałach książki są zebrane tematycznie a nie w kolejności przybycia i w miarę wolnego miejsca powpychane gdzie bądź, po trzecie zrobiło się luźniej. Nadmiary pojechały na dwie raty do lokalnej biblioteki.
Do różności nawet się nie zabieram. Bo niby co mam wyrzucić: farby? włóczkę? lalki? maszynę do szycia? Jeszcze nad wełną do haftu warto pomyśleć, ale to akurat może być wykorzystane na kilka sposobów. Gałganki, którymi się bawię, papiery i szkicowniki, których używam zdecydowanie zostają. W końcu nie przechowuję moich gotowych obrazków, tylko szybko po wykonaniu idą w świat. 
Natomiast dobrze sobie muszę przemyśleć tzw. pamiątki. Po zlikwidowaniu mieszkania rodzinnego wszystkie zdjęcia, papierzyska i inne takie trafiły do mnie. Marie zaleca przejrzeć i wyrzucić. Chyba tak właśnie będzie, po co mi historia zatrudnienia dziadka albo mamy? Oni już w żadnym urzędzie tych kwitów nie przedstawią. Po co ich korespondencja ( no ułamek korespondencji po wstępnej selekcji). Mam wrażenie że za pomocą tych papierzysk oni dalej siedzą w moim życiu.
Nie wiem tylko co zrobić z pamiątkami wojennymi, z listami z Oflagu, notatkami wojennymi i takimi tam przedmiotami. Wobec tysięcy odbitek fotograficznych też czuję się dość bezradna.

czwartek, 18 czerwca 2015

Zepsułam! Ale nareperowałam.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lalka Madame Alexander z serii Dear America kwitła na Allegro bardzo długo.
O taka lalka:

Jakoś bardzo mi się nie podobała, miała zezowate oko i jakoś nieszczęśnie wyglądała. Ale im była tańsza, tym bardziej widziałam jej podobieństwo do niejakiej Flower Power tego samego producenta, znacznie atrakcyjniejszej
Buzia taka sama, inne jedynie ubranko, makijaż i oczy zielone zamiast niebieskich. Zrobić ubranko to żadna sztuka. Buziak mocniej umalować też się da. Kiedy lalka staniała do ceny średniej Barbie a za transport nie trzeba było opłacać biletu transatlantyckiego a jedynie paczkę zwykłą lub pospieszną z Lublina kupiłam. Samo ubranko uszyte z niebielonej bawełny było bardzo atrakcyjne, nie mówiąc o bucikach. No i przyda się zamorska osiemnastka ( lalka osiemnastocalowa) z dziwnie skonstruowanym, wypchanym tułowiem z winylowym biustem do bądź co bądź kolekcji.
Kupiłam, przyjechała, ale zezowate oko jakoś nie dawało mi spokoju. Zaczęłam to oko rozbrajać. Dobrze ogrzałam łeb suszarką i dało się wyjąć. Niestety, przy tej czynności udało mi się urwać lalce głowę. Plastikowy łącznik między korpusem a głową pękł i jedna jego część grzechotała w głowie, a druga w korpusie. Zamykające się oko to taka kapsułka z plastiku i mosiądzu w której na luźnej ośce buja się swobodnie obciążone u dołu oko. W tym przypadku ośka nie siedziała w swojej prowadnicy a cała kapsułka siedziała krzywo w oczodole. Złożyłam to poprawnie, ale za cholerę nie dało się kapsułki z okiem z powrotem włożyć na miejsce. Lalka jednooka ponadto a na dodatek lalka bez głowy to lalka zwyczajnie popsuta i już.
Obejrzałam ten łeb dokładnie - jest zdecydowanie nierdzewny. Zatem zagotowałam wodę, włożyłam łeb do wrzątku aż zmiękł tak, że oko wlazło do oczodołu. Przy okazji zmięknięcia wyciągnęłam z tej głowy grzechoczący, plastikowy połamany element. Pozostał osobny łeb o takiej konstrukcji:



Jak to połączyć? Poszłam z pacjentką do pasmanterii po dwa koraliki: jeden nieznacznie większy od otworu w głowie, drugi ciut większy od dziury w tułowiu. Z koralików, guzików i linki stalowej uplotłam takie coś:


Szyja pomoczyła się we wrzątku aż zmiękła na tyle, że dało się wepchnąć w jej otwór  mniejszy koralik.


Łeb był nieco miększy i bez trudu dał się nasadzić na większy koralik. Duży guzik okazał się bardzo potrzebny, myślałam, że nieco przedłuży przykrótką szyję, ale łeb nasadzony tylko na koralik chwiał się i opadał. Dopiero nasadzony na guziku siedzi jak trzeba.

No i mam lalkę od Madame Alexander bez zeza i z głową na szyi. Oko przeze mnie poprawione mruga nieco bardziej ochoczo niż to drugie, lalka ma skłonność do puszczania oczka. I jest całkiem ładna.




Przy okazji wędrówek po lalkowych stronach dowiedziałam się co nieco o czesaniu lalek. Otóż lalkowe włosy jak wiadomo są z tworzywa sztucznego. Nie wolno ich czesać szczotkami używanymi przez ludzi, bo na takich szczotkach zawsze jest trochę tłuszczu z ludzkich głów. Lalczyne włosy taki tłuszcz szybko niszczy. Szczotki i grzebienie dla lalek powinny być metalowe, bez kulek na końcach drutów. Lalkę czesanie nie boli i nie drapie, ale te kulki skutecznie wyciągają z plastikowych głów plastikowe włosy. Nie będę inwestować w specjalistyczną szczotkę od Goetz, ale psi, metalowy grzebień owszem mam. Nie elektryzuje lalkowej koafiury i wszystko rozczesuje bez przemocy.