środa, 3 lutego 2016

Gotowa Zośka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szydełkowałam ją pilnie cały miesiąc i nie znudziłam się aż do ostatnich rzędów, które były naprawdę długie. Ale jest, jest cieplutka i z powodzeniem zakrywa całe łóżko.



Daje się dobrze blokować, więc na tym łóżku jeszcze trochę urośnie.



Robiąc ostatnie ściegi i zakańczając ostatnią nitkę wydawałam z siebie głośne fanfary paszczą. Chwilę potem Pan Mąż wlazł z Zośką na fotel dla zaprezentowania jej rozmiarów.


Wzór wykonywałam nawet dość dokładnie do momentu kiedy liczenie półsłupków zupełnie mi się znudziło. Z liczeniem i bez liczenia jest tak samo dużo pomyłek. A słupek w tę czy tamtą stronę... kto to będzie liczył w gotowym wyrobie?


I ludzie i zwierzęta wolą wełnę od poliakrylu oraz od poliestru, przynajmniej moi ludzie i moje zwierzęta.
I z tej mojej wielkiej miłości do wełny powstały poważne problemy i zatory w dziedzinie domowego przechowalnictwa. Trzy i pół olbrzymich szuflad po prostu pękało w szwach i nie dawało się domknąć. W jednej z tych szuflad leżą cenne włókna w ilości dostatecznej na całe wyroby bez żadnego kombinowania. Ta szuflada nie dostarczyła Zośce ani jednego kłębka. Ale pozostałe dwie owszem odchudziłam. Ja wiem, że są lepsze ode mnie mistrzynie kupowania i przetrzymywania włóczek. Znam te widoki piwnic wypchanych po sufit workam z kłębkami. Wiem o przestrzeniach pod łóżkiem, gdzie można jeszcze trochę upakować. Znam schowki pod parapetem obok kaloryfera i na pawlaczu oraz za bielizną pościelową. Od ośmiu lat bywam w nieodległym a dobrze zaopatrzonym lumpeksie regularnie po jakieś hapsy. I tak się przez te lata nazbierało surowca szlachetnego, kolorowego, który niestety jedynie leżał z rzadka oglądany. Miałam tyle rozumu, aby go w worki antymolowe pakować  Żadne mole nie przeżyją bez powietrza. Paranoja, wełna nawet nie oglądana bo w worku odpowietrzonym rozpychała się bez sensu w szufladach. Zośka zjadła 2160 gramów, czyli 43 standardowe motki i jakiś ogonek. Jest ciężka, ciepła i bardzo ładna!
Na dodatek aby radocha była jeszcze większa dostałam dziś paczkę z czymś do słuchania, do czytania, z przepiękną wełną na skarpetki (!) z czymś słodkim i z czymś potrzebnym. Dawczyni bardzo, bardzo dziękuję, z radości podśpiewuję sobie pod nosem i za chwilkę, jak tylko skończę to pisać zakręcę się na fotelu w obwarzanek i będę czytać! Ależ życie potrafi być piękne.
Jeśli kto ma z czego i ma ochotę zrobić sobie własną Zośkę to wzór jest darmowy, doskonale wyjaśniony, z filmikami, tutkami zdjęciami każdego rzędu na blogu Dedri Uys.
Na małą wersję robioną szydełkiem 3 trzeba ponad dwa kilometry włóczki. Moja zjadła około 4 kilometrów.

sobota, 16 stycznia 2016

Spadł i jest!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Miało go nie być wcale. Do wiosny miał padać jedynie deszcz. A tu niespodzianka! Jest śnieg! A za chwilę będzie i mróz prawdziwy a nie jakieś głupie, marne -5.
Wczoraj wieczorem świat wyglądał okropnie. Stołeczne sodowe lampy oświetlały na pomarańczowo ciężkie, niskie chmury z których sypał pomarańczowy śnieg a pomarańczowe samochody grzęzły w pomarańczowych zaspach. Szare budynki było ledwo widać przez ten padający śnieg nawet z niewielkiej odległości. Pozwoliłam sobie zrobić z tej okazji akwarelkę dokumentującą tę pogodę.


A dziś jest czysto, cicho i ślicznie. 



Nasze osiedle nabiera niezwykłego czaru i tajemniczości. A światło jest różowo żółte i piękne.




Dopiero kiedy Kretce zrobi się śniegowa maseczka na buzi, widać jak szeroko są na mordzie rozmieszczone psie oczy! taka maseczka robi się od bobrowania w śniegu i od niczego innego.



Muszka w swojej ulubionej pozycji "czekam na ciebie". Takiego kształciku wypatruję jeśli nie kręci mi się pod nogami. Zwykle parkuje w takiej pozycji obok jakiegoś śmietnika albo przy krawężniku. Muszka dalej jest pieskiem osobnym.



Być może śnieg jest uciążliwy. Ale jaki ładny!

niedziela, 3 stycznia 2016

Wieści z piwnicy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zupełnie mnie ostatnio nie ciągnie do zaawansowanych środków audiowizualnych. Komputer służy do pogrania w kulki a telefon i i-Pad do czytania. Siedzę mentalnie w piwnicy i nie śpieszno mi na zewnątrz. Ale przecież coś się wciąż dzieje. Ot choćby Święta były i Nowy Rok nadszedł a mnie się tych faktów nawet odnotować nie chciało. Bo - przynajmniej w tym roku - oba te fakty nijakiej ekscytacji w nas nie wzbudziły. Możliwe że ma to związek a) z długością naszego życia: Boże Narodzenie obchodzone dobrze ponad pięćdziesiąt razy jest mniej emocjonujące niż w dziesiątej wiośnie życia b) wszystkie nasze świąteczne upiory są od dawna nieobecne i zupełnie unieszkodliwione. Można się odprężyć.
Choinka kupiona przez Pana Męża bez oglądania (sprzedawali od razu zapakowane w choinkową siatkę) jest prześliczna, gęsta i nie sypie szpilkami. Barani udziec i kaczka udały się doskonale, ciast nie piekę wcale. Sąsiad organista jak co roku fałszywie ćwiczył kolędy.  Wyspaliśmy się, widzieliśmy się z całą rodziną i  ze wstydem muszę powiedzieć, że takie same święta jak za każdym razem powoli stają się nudne. Nie to, żebym jakieś życie pędziła wyrafinowane na co dzień, co to to nie, ale będąc z wizytą u krewnych nawet na drutach robić nie wypada. Trzeba trzymać język na wodzy i nie dociekać politycznych poglądów członków rodziny, bo można mieć Święta ze scenami. A po co?
Między kaczką a baranem machnęłam dziecku skarpetki:



Bawełniano - wełniana skarpetkowa włóczka od Lana Grossa wygląda bardzo niewinnie w  motku. Dopiero w trakcie roboty wyszło szydło z worka i okazało się że raport jest tak samo długi jak zwykle, purpur jest pięć, a beże dwa. Mimo to udało się zrobić dwie jednakowe skarpetki na malutkie Misiowe stopy.

6.grudnia obchodziłam Mikołajki w towarzystwie dziewczyn z Szarotkowa. Jedna z nich przyniosła zrobiony szydełkiem ni to mały kocyk ni to narzutę na niewielki fotel. Nie jestem fanką szydełkowych narzut, babcinych kwadratów ani innych takich. Wydawało mi się że sądzę, że szydełkiem to owszem koronki z kordonka można skutecznie dziergać i to na tyle. A tu zobaczyłam naprawdę czarującą narzutę. Kolorową, wykonaną masą ściegów, wesołą i ozdobną. Ziarno się w głowie posiało.
Początkowo nie zauważyłam że się posiało. Przemierzałam ravelry w poszukiwaniu szydełkowych elementów na żakiet z poprzedniego posta z coraz mniejszym entuzjazmem. Coraz wyraźniej przypominał mi się szydełkowy sweterek z dzieciństwa. Miał za ciasne rękawy i cały był jakiś mało podatny, kolor... o tym pisać nie będę. Nie udał się ten sweterek babci ani ani, ale i tak musiałam go nosić bo już był zrobiony a innego nie było. Zatem zmieniałam kryteria wyszukiwania z granny squares na crochet mandala i zachwycona znalazłam kocyk z Szarotek! Wzór okazał się darmowy i doskonale opisany. Nigdy jeszcze nie szydełkowałam po angielsku, ale skoro do każdego ściegu są zdjęcia to co szkodzi spróbować? Zagłębiłam się w odcyfrowywanie tych początkowych informacji, doszłam ile i czego na kocyk potrzeba, obejrzałam zalecany surowiec, pokręciłam nosem na akrylowo - bawełniane włóczki i zaczęłam rozważać własne zapasy wełny. Babcia szydełkiem przerabiała na przedmioty użytkowe różne resztki, może by też tak postąpić? Od siedmiu lat odwiedzam wełnodajny lumpeks i tak po troszku, po troszku zebrało się tego towaru do kaczki i trochę. Aby się mieścił w wydzielonym miejscu i aby go mole nie ruszyły kłębki i kłębuszki popakowałam w próżniowe worki. Są owszem bezpieczne, ale powoli tracę kontrolę nad zasobami. Zatem skoro Alicja już u nas była poprosiłam ją o konsultację wełniano kolorystyczną. Wybrałyśmy co się nam wydawało stosowne i w tym momencie zaczęłam czekać aż te Święta się skończą. Nie mogę się doczekać mojej Sophie Universe i nie mogę się doczekać, że z tych worków zniknie ot tak cztery kilometry z okładem wełny.
Cztery pierwsze części są zrobione, kocyk zapowiada się na dosyć spory.




niedziela, 20 grudnia 2015

Ametysty i chryzoprazy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Z motka bezimiennej wełny na skarpetki wprost z lumpeksu zrobiłam sobie w przerwie między mikołajowymi wyjazdami skarpetki.


Kolory ten motek miał takie, ze się natychmiast ślinić do niego zaczęłam. Gotowe skarpetki są ładniejsze od motka, bo zieleń układa się w przepiękne żyłki w kolorze chryzoprazu a reszta to istne ametysty. Wszystkie kolory na tych skarpetkach są moje. Zachodzę w głowę jak takie coś ufarbowano. To na pewno nie jest Sock od Malabrigo, ale farbowały tę włóczkę bardzo zręczne ręce.
Na drutach już siedzą kolejne skarpetki dla dziecka z porządnej skarpetkowej włóczki bawełniano - wełnianej w przyzwoite paski farbowanej, a nie w jakieś łaty.

Jako komentarz do sytuacji politycznej po wyborach publikuję obraz Jerzego Dudy-Gracza z 1981 roku pt. Dialog polski 5, pasuje moim zdaniem idealnie:



 Widać tu, że jedno urodne i drugie niczego a nadziei na porozumienie nie ma. Przepaść jest nie do zasypania szpadelkiem, a z tych patyczków mostu się nie wybuduje. Zatem dalej siedzę w piwnicy i jako strawę duchową mam bezideowe kryminałki i dzieła naukowe. Nic innego mi nie wchodzi.

Na moją skrzynkę mailową codziennie przychodzi kilka newsletterów  ze sklepów internetowych z mydłem i powidłem. Kiedyś w jednym z nich kupiłam kilka lalek i teraz mam taki przegląd prasy codziennie. Limango i Showroomprive próbują sprzedać mi co się tylko da. Nawet czasem sobie oglądam to i owo i takie oglądanie skutecznie zastępuje i eliminuje łażenie po sklepach, którego nie znoszę. Pan Mąż też sobie ogląda męskie stroje na Myhabit, bo twierdzi, że czerpie z tego pomysły na własne stylizacje (dziś się robi stylizacje a dawniej się po prostu ubierało). Im dłużej te newslettery przychodzą, tym bardziej jestem przekonana, że na świecie jest stanowczo za dużo sukienek, topów, bluzek, butów, torebek, portfeli, kurtek, durnostojek, porcelany, noży, garnków, dresów, okularów słonecznych, pędzelków do makijażu i sztucznej biżuterii. Jak również kompletów pościeli, plastikowych dywanów, rzekomo luksusowych perfum i płynów do kąpieli, skarpetek, majtek i staników. Tych za małych jest znacznie więcej niż tych akurat i za dużych. Obfitość wyżej wymienionych przedmiotów i ich wyraźnie niewysoka jakość - sądząc po cenach i składzie surowcowym skutecznie leczy z chęci ich posiadania. Zdecydowanie ostatnimi czasy luksus stracił swój blask. Jakby na przekór tej karuzeli mody moje dzianiny własnoręcznie wykonane z porządnych surowców wydają się coraz bardziej luksusowe. Są długowieczne. Nie mechacą się i nie prują. Przyzwoicie traktowane w praniu trwają i trwają. Co jakiś czas trzeba się pozbyć archiwaliów, bo własna szafa to nie muzeum przeżytych trendów a miejsce trzymania używanej aktualnie odzieży. Nie prędko skasuję te newslettery z listy mailingowej, dzięki nim zachowuję pion i dystans. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Uff, ledwie żyję

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na czas kończyłam kardigan dla Pana Męża na gwiazdkę. Teraz boli mnie krzyż, rwa wyje a oczy pieką. Ale jest i wszystko ma przyszyte:

 Na chłopa o rozmiarze 54 wyszły mi niecałe cztery motki Gotlandsk pelsuld w kolorze 175. Byłam w strachu co będzie jak surowca nie starczy, bo tego koloru nie ma już nawet u producenta. Ale starczyło i zostało. Co można zrobić z 1 1/3 motka wełny gryzącej jak wściekły szczur?


Bajerki ponaszywane.


Zamek dał się okiełznać, ale przyszycie prawej i lewej taśmy zamka jednakowo nie jest wykonalne. Nie wiem czemu prawy i lewy brzeg dzianiny wychodzą mi w robocie niejednakowo.



A tu widać jak piękny kolor ma włóczka. Znak Woolmarku mówi prawdę, to piękna, niezwykła wełna. Jest owszem gryząca, ale Panu Mężowi to akurat nie przeszkadza. Takich swetrów nie nosi się ma gołe ciało. Ma piękny połysk, chrupki chwyt i jest jakby nakrapiana na czarno. Cały wielki sweter robiony na drutach 3,5 jest bardzo lekki, waży bez zamka 375 gramów, a grzeje jak gruby pled. Pan Mąż bardzo się cieszy i nie może się doczekać na paczkę pod choinką.

Jakbym nie kombinowała przez resztę roku i tak na tuż przed świętami zostanie jakaś maksymalistyczna praca.


Znużona niebieskim melanżem trafiłam na zdjęcia szydełkowego kardigana Panzernej. Można sobie je obejrzeć na ravelry w jej profilu. Opętało mnie. Rzecz jest tak kolorowa i bajkowa, że nie cierpiąc babcinych kwadratów i odzieży robionej szydełkiem zapragnęłam go mieć. Nawet udało mi się upolować ten sam melanż (bo ta feeria barw to jedna i ta sama barwiona odcinkowo włóczka). Dobrze że to przymierzyłam podczas grudniowych Szarotek. Jesteśmy niby z Panzerną podobnych gabarytów, ale jej w tym dobrze a mnie ciasnawo. No i kupiłam tego tylko pół kilo. Szydło jest włóczkożerne, na drutach to z tego zrobię płaszcz, szydełkiem - nie. Przy okazji poszukiwań babcinych kwadratów trafiłam na Ravelry na takie wzory, że głowa mała. Kiedyś trzeba będzie jednak zagospodarować wełniane archiwum.

Jakiś Anonim zapytał mnie czemu nie wyszłam w niedzielę na ulicę protestować jak porządni ludzie. Nie wyszłam w sobotę, nie wyszłam w niedzielę a dziś wychodzę do dziecięcego psychiatryka misie z Mikołajem rozdawać. Swoje zdanie polityczne wyraziłam podczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Byłam w mniejszości. Kto wygrał, ten rządzi. Rządzi tak jak umie i jaką ma wolę polityczną. A opozycja patrzy i krzyczy. Tak ma być.
Każdy naród ma taki rząd na jaki sobie zasłuży i jaki wybierze. Naród wybrał i naród ma. Moje wrzaski nie zmienią tu nic. Wpinanie w klapę opornika też nic nie da. Nie czuję się lepiej wiedząc, że takich jak ja jest więcej. Zatem jak zapowiedziałam wlazłam do piwnicy i wyjdę z niej za cztery lata. Żyłam już pod rządami różnych świrów nie zwracających uwagi na rzeczywistość, fakt że byłam wtedy młodsza i zdrowsza, ale przeżyłam. I to minie. Kiedyś.
Nie dam się napuścić mentalnie na grzecznego pana, który kupuje w kiosku Do Rzeczy (czy Od Żeczy, diabli wiedzą) ani na żadnych innych ludzi, nie jestem i nigdy nie byłam radykalna i niestety każdy fakt i każdy przedmiot oceniam z kilku punktów widzenia na raz. Im bardziej żremy się między sobą tym bardziej Ruscy w Jasieniewie zacierają łapy, bo sami się zniszczymy i wymiksujemy z gromadki państw poważnych. Trochę co prawda wstyd czytać w obcej prasie jak nas widzą inni, ale co zrobić. Jak napisałam każdy naród ma rząd i rządzących na jakich zasługuje.
Strasznie się cieszę, że temat rozrodu osobiście już mnie nie dotyczy.



środa, 2 grudnia 2015

Najlepiej nic nie robić

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jutro święty dzień malowania i gimnastyki. Wrócę po drugiej do domu, głodna jak nieboskie stworzenie i zmęczona tak, że ledwie będę na oczy patrzeć. Malowanie jest męczące. Cukrzyca ma to w nosie i trzeba ją karmić na czas, bo cukier spadnie. Spadki cukru są gorsze niż wysokie poziomy, przynajmniej dla zainteresowanego: ręce się trzęsą, zimny pot spływa po grzbiecie i ogólnie narasta drażliwość. Po co się męczyć? Trzeba było ugotować na zaś. A ponieważ w piątek zaczynamy z Mikołajem jeździć i to od razu z grubej rury w dwa miejsca, to na zaś zaś też trzeba było ugotować.
Zaczęłam od rana: Spacer psi z zakupami połączony, ledwie to do domu doniosłam. Uprałam anielską perukę i szaty, puściłam pranie, nastawiłam gary ze strawą i pociągnęłam przody od swetra dla Pana Męża na gwiazdkę. Wyrobiłam pachy, zrobiłam krochmal do bielizny, puściłam suszarkę, upiekłam batata do kurczaków i jak podałam obiad to wylewka kuchenna oddała ducha Panu od wylewek i odpadła od najważniejszego kuchennego kranu. Przedtem trochę posikiwała bokami, fakt, ale odprawiałam nad nią mantry i jakoś się trzymała. Teraz odpadła.
Idąc z psami na drugi spacer zapakowałam ją do torby. W programie spaceru miałam rajd po trawniku SGGW, kupno blejtramu na jutro, kupno wylewki, kupno zamka błyskawicznego dla tomkowego kardiganu. Blejtram sobie darowałam, jeszcze jakiś maleńki jest. I jest karton do malowania olejami. A jak znam basiny program zajęć, to nadeszła pora na naukę technikaliów. Powstanie jakiś pożyteczny technicznie ale niekoniecznie ładny obrazek. Albo perspektywa, albo dziwne faktury albo coś o kolorze. Albo jeszcze coś innego. Karton wystarczy.
W sklepie hydraulicznym pokiwali nad wylewką głowami i stwierdzili że kicha, że takiej nie mają, że to chińska podróbka polskiej baterii FAK od niedawna przechrzczonej na KFA (z Fabryki Armatur Kraków na Krakowską Fabrykę Armatur nazwa się zmieniła bo dziś FAK to brzydkie słowo). Zaproponowali mi całą baterię kuchenną i dokładnie wyjaśnili jak ją zamontować. Bałam się już montowania wylewki, a tu całość do wymiany.
Strasznie boję się robót hydraulicznych. To lęk jeszcze z poprzedniego życia, gdy musiałam robić w domu wszystko, łącznie z kuciem ścian, montowaniem zaworów, naprawianiem spłuczki sama. Nikt inny się nie poczuwał, a gdybym tego nie zrobiła, to musiałabym na czwarte piętro nosić wodę wiadrami też osobiście albo prać dziecinne ubranka na tarze ręcznie. Tego lęku nie leczy ani lista okolicznych hydraulików wywieszona na korkowej tablicy w przedpokoju, ani doświadczenie mówiące, że Pan Mąż składający wszystkie sprawy doczesne w moje ręce na widok nowego kranu wie jednak co z nim zrobić.
Przy robotach hydraulicznych musi się zawsze coś wydarzyć. Musi i już. Przede wszystkim trzeba w tym celu zamknąć zawory doprowadzające wodę. A w tym celu trzeba zdemolować przemyślną zabudowę naszej kuchni. Zdemolowaliśmy, dotarliśmy do miejsc dawno nie czyszczonych - w sam raz przed świętami - i Pan Mąż zaczął kręcić tymi zaworami. Woda w kranach nie przestała lecieć, za to spod szafek obok zmywarki rozległ się szum a później wypłynęła spod nich woda. Poprzedni właściciel zostawił nam niezwykle skomplikowaną i fantazyjną instalację wodną własnego pomysłu. Kilka lat temu wymieniono w pionach rury i administracyjni hydraulicy pozakładali zawory jak leci, nie przejmując się ich kolorami. Co to niby ma za znaczenie czy zawór jest żółty czy czerwony, nie?Ten akurat zawór, którym chwacko kręcił Pan Mąż służy do... podlewania ogródka a szlauch leży luźno pod szafkami kuchennymi. Do jego prastarej końcówki nie pasuje obecnie żaden łącznik więc sobie o nim zapomnieliśmy. Mam teraz czysto pod wszystkimi szafkami, wszystkie psie ręczniki i wszystkie ścierki są mokre. Zawory odcinające wodę w kranach odnaleźliśmy i owszem około 20 centymetrów powyżej rewizji w kanale dla rur wodociągowych. Nie ufam hydraulikom. Nie chcę nikogo obrazić, ale do tego fachu idą chyba ostatnie niemoty. Z żadnym żywym hydraulikiem nie umiem się dogadać. Wolę gdy roboty hydrauliczne wykonuje mechanik samochodowy albo wykształcony człowiek co się remontami zajmuje.  Po odnalezieniu tych zaworów Pan Mąż w try miga założył nowy kran. Kran jest dużo lepszy niż poprzedni. Uf.

sobota, 28 listopada 2015

Osiołkowi w żłoby dano oraz o pewnej babie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Gdzieś mi się zapodziała ulubiona czapeczka. Ponieważ zimno mi w łepetynę trzeba było na cito zrobić nową. Pan Mąż trochę się obruszył, bo jego wyczekiwany kardigan na chwilę został zapakowany do kosza z robótkami oczekującymi, a ja zrobiłam przegląd posiadanych wełen w poszukiwaniu odpowiedniej. I prawie się rozpłakałam z niemocy podjęcia decyzji. Bo wełen ślicznych, pięknych i bardzo pięknych namnożyło mi się ostatnio w szufladach komody. W końcu uznałam, że cudnych opali z których na pewno wyjdą dwie skarpetki szkoda na projekt na pół motka. Gdybym nosiła zimą mitenki to jeszcze z pozostałej połówki zrobiłabym mitenki i spokój. Ale ja wiecznie rzucam mokre, oślinione piłeczki. Jedynie skórzane rękawice z barana wytrzymują takie traktowanie a mokre mitenki to żaden luksus. Mitenki to na krótki moment między wrześniem a listopadem się nadają więc szkoda na nie opala.
Miałam szalony motek we wszystkie barwy świata, z którego nie da się zrobić dwóch jednakowych przedmiotów, bo kolejność tych barw jest nie do przewidzenia. W dwa wieczory na drutach 3, czyli grubych powstała czapeczka jak dla krasnoludka. Już ją kocham. Zakrywa uszy. Jak jest naprawdę zimno to mankiet się wywija i uszy są zakryte podwójną warstwą. Niech żyją ciepłe uszy!




Nie wiem, co powstanie z resztki, może ażurowy mały kominek?

Na zajęcia z malowania przyszła nowa kobita. Ktoś ją polecił, została przyjęta i jest. Ego ma wielkie jak zeppelin, nieźle rysuje, ale jak o malowanie chodzi, to, hm, jest średnio. Nie jest początkująca, to pewne, ale może się jeszcze duuuuużo nauczyć.
Skład naszej malującej grupy jest od lat stały. Długo trwa nim się człowiek z kimś przy malowaniu pozna. Bo wchodzi się do pracowni, rozstawia robotę, zaczyna malować i... głuchnie się. Ja dopiero po roku nauczyłam się jak kto ma na imię i jaki ma styl malowania. Jednak jesteśmy zżyte, lubimy się, czasem sobie poplotkujemy. Jest wśród nas jedna młodsza dziewczyna, średnio jesteśmy po pięćdziesiątce i jest kilka emerytek po osiemdziesiątce. Najstarsza z nas maluje znakomicie i bardzo ją lubimy. Umysł ma jak żyleta, jedynie serce słabe. Niektóre panie są głuche, niektóre za grosz nie mają talentu i malują jak starszaki w przedszkolu, ale bawią się przy tym znakomicie.
No i przyszła ta nowa. Wie wszystko najlepiej i nie waha się swego zdania głośno i stanowczo wyrazić. Nie wiem, czemu mnie obrała sobie za cel uwag. A to że dziś przecież NIKT nie robi na drutach bo wszystko jest. (Przemilczałam, że dziś NIKT nie maluje sam obrazów, bo i tak można lepsze plakaty w EMPiKu kupić). A to że za głośno mówię (do głuchej jak pień Krysi mówienie cicho jest bez sensu) i tak co zajęcia. Milczę i patrzę. Ostatnio kłóciła się z naszą Basią kochaną, malarką prowadzącą te zajęcia. Basia ma bystre oko na to co kto robi, sugeruje korekty, jej poprawki zawsze wychodzą pracy na dobre. W końcu się nowa dowiedziała, że ten obraz co namalowała to zamiast oprawiać w złote ramy z passe-partout (olej w passe-partout!!!) to trzeba na szafie położyć. Albo za szafą.
Dojrzewam do skutecznego wyłączenia babska. W tym celu wyjęłam własne notatki, gdzie sobie zapisywałam sposoby i sposobiki na upierdliwców takie, żeby im w pięty poszło, ale żeby nie mogli się obrazić. Nie jestem mistrzynią ciętej riposty a bezczelność też mi specjalnie duża nie urosła. Ale w końcu klasę 14-latków potrafiłam swego czasu okiełznać.
Ostatnio na zajęciach miałyśmy malować krajobraz. Co roku jest taki temat. Do krajobrazu dobrze jest się przygotować. Wybrać sobie jakieś zdjęcia, popatrzeć jak się światło na drzewach układa. Kto się nie przygotuje (jak dzieci...) dostaje jakieś zdjęcie. Najleniwsi i ci z marnym gustem malują zdjęcia z kalendarzy.
Ja byłam grzeczna i się przygotowałam. Jedno ze zdjęć ma lat dwadzieścia i powstało w epoce przedcyfrowej w Klebarku na Warmii podczas naszego weekendu poślubnego, drugie ma dwanaście lat i zrobiłam je w Kazimierzu nad Wisłą. 



Pogodziłam jedno z drugim w taki sposób:



Praca nie jest skończona, mam zamiar na pierwszym planie domalować kłębiącą się, opadającą mgłę.
Poza tym założyłam sobie, że muszę wykonać choć jeden obrazek w tzw high key, czyli w jasnych tonach. Naturalnie ten pierwszy plan wyrwał się z założeń i jest jaki jest. Ale to właśnie tu będzie się tumanić ta mgła, jak już wszystek olej wyschnie na kość.
Mądra książka o technikach malarskich podpowiada, ze przezroczysta biel i olej jako medium umożliwią to założenie. Zawsze można biel przezroczystą z nieprzezroczystą wymieszać.

A jak już zrobię ten mężowski sweter, to będę szaleć z małymi projektami. Z lumpeksu ostatnio przyniosłam taką alpakę z jedwabiem pół na pół:


W motku jest 165 metrów, powinny wyjść trzy czapki. Sam luksus.