wtorek, 22 lipca 2014

Kanikuła

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku o tej porze w życiu blogowym stagnacja następuje. Jedni znikają w plenerze, inni siedzą na działkach i mało kto coś sensownego ma latem do powiedzenia. No ogórki i już.
Ze mną to samo. Czytam jakieś kryminałki, na drutach powoli się robi biały estoński szal z Dropsa Lace ale nie ma co pokazywać 1/3 zezwłoka. Wiem, że będzie piękny po zblokowaniu i z brzegową koronką, teraz to szmatka kompletnie bez wdzięku. Mam wrażenie ze mimo deszczów bez ustanku biegam do ogródka i na taras z wielką konewką i albo leję wodę w nasturcje, albo uzupełniam stan oczka wodnego.
Groszek pachnący po początkowym udanym starcie zdechł na mączniaka. Pryskałam go jakimiś antygrzybami, ale nic to nie dało. Dziś groszek wyrwałam i wyrzuciłam do śmietnika. Mączniak chyba lubi również moją miętę w ogródku. Oprysk pomógł tylko berberysowi. Co roku berberys był szary i zdychający a teraz się trzyma dzielnie. Poza nieudanym groszkiem wszystko rośnie jak wściekłe, takiego gąszczu na tarasie nie było jeszcze nigdy. Rośliny mają ponad metr wysokości od ziemi! I w końcu wiem co robić z pelargoniami: nie podlewać za dużo, podsuszone lepiej kwitną.


 A jak o kwitnienie niewielkim kosztem chodzi, to nie do przebicia jest zwykły, najtańszy niecierpek. W maju kupiłam za trzy złote z groszami 12 maleńkich sadzonek niecierpka w ulubionym kolorze. Oprócz ziemi dostał trochę dolomitu i kurzego nawozu i  rozrósł się jak szatan w ogródku, na obu tarasach i nie trzeba go czyścić z kwiatów. Jak o bezawaryjne ogrodnictwo chodzi, to niecierpek jest wyborem doskonałym.
Ciekawe spostrzeżenie językowe mam jeśli chodzi o mentalność Polaków, Niemców i Anglików. Niecierpek po angielsku i po niemiecku to "Pracowita Elżbietka" (Busy Lizzie i Fleissiges Lieschen) bo kwitnie bez przerwy jak umie najładniej. Dla Polaka ta sama roślina z tego samego powodu to Głupi Jaś. Widać jaki u nas jest etos pracy.


Kretka chodzi zupełnie dobrze, po prawdzie jak szczeniak się zachowuje. Dawno nie było tak, żeby psa nic nie bolało. Pani doktor psia ortopeda poszła na macierzyński i długo się nie zobaczymy, trzeba było poszukać jakiegoś mądrego lekarza, który remisję choroby stawów uzyskaną za pomocą wielu sprytnych leków umiał by przedłużyć. Zniszczyć stawy kilkukrotnym wstrzyknięciem sterydu to żadna sztuka. Natomiast utrzymać uzyskaną poprawę przez dłuższy czas, tak żeby stworzenie mogło się ruszać wymaga kunsztu lekarskiego. Zatem teraz sama wstrzykuję Kretce pod skórę malutkie dawki Metacamu a potem wystarczy zwykła Aspiryna. I tak miejmy nadzieję remisja potrwa.


Czy nie wspominałam kiedyś, że chyba chudnę? Takiej wagi jak teraz nie miałam od 2002 roku. Niestety, jako że spadała powoli, to nie rzucało się to w oczy. Dalej jestem pękata w talii, tyle że teraz spodnie spadają mi z bioder bez rozpinania. W większość wszyłam sobie gumkę w pasek, bo nie sposób wiecznie podciągać opadające portki. Już widzę, że na dawny kształt nie mam szans. Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno. Znalazłam szatę dawno nie używaną, która kiedyś na pewno była na mnie dobra. Widać ile zleciało. Przestałam się w końcu skradać i zainwestowałam w nową odzież bardziej na czasie. W nowych ciuchach o aktualnej linii pękata talia mniej przeszkadza.



Mimo niepalenia jakoś powolutku dalej spada. Ma to jakiś związek z dietą cukrzycową bez wątpienia.

sobota, 5 lipca 2014

Róż i już

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przerobiłam grzecznie na drutach 18 deko Malabrigo Silkpaca w kolorze fuksji i mam coś, co u mnie się będzie nazywać Letni Wieczór. Nie powiem, ściągałam z projektu Hani Maciejewskiej, ale ponieważ jak zwykle nie policzyłam wszystkiego dokładnie, to mam co mam. Na letnie sierpniowe wieczory nada się to doskonale i pasuje do aktualnych japonek.


Robiłam to od góry sposobem Sue Mayers, czyli popularnym na Ravelry sposobem contiguous. Jak dla mnie ramiona wychodzą zbyt spadziste. Obsuwa się to na sylwetce we wszystkie strony. Szew ramienia musi być bardzo krótki, a oczek trzeba na jego długości nabrać sporo. Kształt dekoltu robi się problematyczny.


Element koronki estońskiej dał się zrobić bez trudu, tylko chyba 5 oczek z siedmiu niepotrzebnie przekręciłam.


Tył jest OK.

Rękaw całkiem dobrze leży i łatwo się go wyrabia.


Ale co do przodu mam wątpliwości. Być może winna jest moja sylwetka, może marnie liczyłam oczka, może jako nie kardigan leżało by to lepiej?


 Przyda się na chłodne wieczory w ogródku, bo o równie miłą włóczkę doprawdy trudno. Jest wprost rozkoszna w dotyku.


Zanim wymyślę co na druty wskoczy po Letnim Wieczorze jeszcze troszkę pomęczę moje groszki. Pomęczę akwarelą. 
Ciekawa sprawa z tymi groszkami. Wysiałam mieszankę kolorów i wzeszła mieszanka. Im bardziej tnę kwiatki, tym ich więcej na krzaczkach. Ale po kilku dniach w wazoniku wszystkie kwiatki robią się jednakowe, ciemnofioletowe. Ginie gdzieś cała rozmaitość...


piątek, 4 lipca 2014

Rozterki posiadaczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lało ostatnio bez opamiętania i o rozkoszach życia tarasowego można było sobie tylko pomyśleć. Ponadto trudno prowadzić życie tarasowe ze szklanką zimnego napoju w jednej ręce i z ciekawą książką w drugiej skacząc jednocześnie po drabinie i malując kuchnię, przedpokój i sufity w łazience. Bo po sześciu latach jakoś poszarzały one i pożółkły. Zatem umalowaliśmy co było do umalowania, ale jeszcze nam troszkę zostało. Wnęki okienne nigdy niczym nie były malowane po wprawieniu szczelnych okien. Nie mieliśmy na to siły dawniej, nie mamy i teraz. To co zostało będę musiała małym pędzelkiem przy okazji wykonać. Bo teraz... już mi się absolutnie nie chce.
Chyba się postarzeliśmy, albo zawsze byliśmy tacy niewydolni, że nie damy rady więcej. Pozostałe komnaty zostały jak były pędzlem nietknięte. Pan Mąż ma rozpacz w oczach na napomknienie, że salon, gabinety i sypialnia tez by trzeba odnowić. Powód jest prozaiczny: tam są książki. I regały na amen przytwierdzone do ścian. Ponoć nie da się ich odkręcić a potem ponownie przykręcić. Patrzyłam jak Pan Mąż odkręcił a potem przykręcił pewną listwę na ścianie i faktycznie, lepiej z regałami mocno obciążonymi tego nie robić. Poza tym myślę, że samo przenoszenie książek, które posiadamy wyczerpało by nas do cna. I po ich zdjęciu z regałów na nijakie malowanie nie mielibyśmy siły. Latka lecą.
O ile żyć w mieszkaniu z poszarzałymi ścianami się da bez problemu, o tyle meble tarasowe niestety trzeba zabezpieczyć od tego, co leci z nieba. Sam taras także co jakiś czas wymaga ochlapania go drewnochronem, bo zgnije i się rozpadnie jak to uczynił jego poprzednik. Zatem dziś Pan Mąż obrabiał meble olejem do drewna egzotycznego i Sadolinem, a ja wojowałam z tarasem per se.



Teraz poczekamy aż to wszystko wyschnie przyzwoicie, i o ile będzie jeszcze ładnie, to się tym nacieszymy. A jak będzie lało, to tylko przez okno na to popatrzymy, a urokami życia na zewnątrz będziemy się cieszyć na cudzych tarasach na wakacjach.
Ja ja nie znoszę tego stanu zawieszenia, w jakim się człowiek przy remontach, malowaniach  i przemeblowaniach znajduje. Bałagan, rzeczy nie na swoim miejscu, wyprowadza mnie to z równowagi do cna.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kultura obrazkowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zaczyna mi się coś w głowie przestawiać zgodnie z trendem z ostatnich dwudziestu lat i jak nie mam obrazków do pokazania to nie bardzo wiem od czego mam zacząć. Obrazki nie są nadzwyczajne i niczego niezwykłego na nich nie ma, ot kwiatek, Pan Mąż piękny jak zwykle, piesek - czyli stałe elementy mojego żywota widoczne i obecne, czasem nawet z hukiem.




Pan Mąż kupił sobie nowe okulary. Ku jego radości to są lennonki jak najbardziej firmowe, konkretnie John Lennon TM. (Yoko faktycznie ma głowę do interesu) Na tych cienkich, drucianych oprawkach napis John Lennon zmieścił się ze cztery razy, a na obu zausznikach od wewnętrznej strony są wygrawerowane słynne autoportrety z Imagine.  Nie wiem, czy ktoś uwierzy, ale wracając od optyka z tymi okularami Pan Mąż nawet podskakiwał z radości. I co prawda tylko w domowych pieleszach, ale nosi kucyk. Strasznie się z tego cieszę, bo facet z kucykiem jest bardzo bardzo. Łysa moda nie robi na mnie wrażenia. Ponadto w upał z kucykiem wygodniej.



Lilia wodna, mieszkanka maciupeńkiego oczka wodnego znów zakwitła. Nie wiem, czym ona się żywi, bo rośnie w czystej, nienawożonej kranówie i deszczówce, ale kwitnie. Rozprawiłam się ze skrętnicą, która w zeszłym roku zarosła oczko na amen jak zielona, rozmokła wata. Zainstalowała się w donicy z papirusem i wyglądało na to, że nie pozbędę się jej nigdy. Z Dolinki Służewieckiej przyniosłam ciut rzęsy wodnej. Rzęsa rozmnaża się błyskawicznie i odcina skrętnicy światło. Pod rzęsą woda jest czysta.



Latem areał dostępny psom obejmuje ogródeczek. Panie korzystają z wolności. Oto Muszka w swoim ulubionym miejscu przy oczku wodnym. Ona tam się wyleguje, spożywa posiłki i pasie trawą. Oraz siusia. Od tego siusiania są łyse miejsca.



Muszka vintage. Dawniej wszystkie zdjęcia tak wyglądały, dawniej wspomnienia fotograficzne były jedynie czarno białe. Muszka w tej stylizacji całkiem nieźle się sprawdza. Na zdjęciu właśnie żre trawę, ale widać jakie ma śliczne ząbki.



A  Kretka w kolorze lepiej wychodzi.



Dzięki ortezom zaś lepiej chodzi. I to o tyle lepiej, że wdrożyłyśmy nasz zwykły plan dnia z dwoma porządnymi spacerami. Dzięki temu ja mam lepszy humor i nie chodzę jak błędna, a ona ładnie schudła.
Ponadto prowadzę studia nad wszelkiej maści psychopatami i socjopatami. Statystyki mówią, że jedna na 25 osób jest socjopatą.  Jest zdolna do najobrzydliwszych uczynków bez żadnych wyrzutów nieistniejącego sumienia, ludzi traktuje przedmiotowo a jak chodzi o uczucia to może przezywać jedynie najprymitywniejsze: strach, furię, przyjemności cielesne i radochę z pokonania przeciwnika. Uczuć wyższych nie doznaje wcale.Socjopatów spotykamy cztery razy częściej niż schizofreników i każdy z nas miał z nimi do czynienia. Zwykle robią nam krzywdę - mnie w każdym razie zrobili. Życie przymusza jak widać do najdziwniejszych studiów. Literatura przedmiotu jest dostępna po angielsku, słownictwo angielskie z tej dziedziny jest mi dość obce, ale się nie poddaję, brnę przez psychologię i klaruje mi się w głowie. Rzeczy dotąd niepojęte, spadające  jak grom z jasnego nieba okazują się zupełnie oczywiste o ile się dysponuje stosowną wiedzą. Nie zamierzam być nigdy więcej zaskakiwana więc się zbroję. Zbrojenie się jest dość bolesne, nie przeczę.
Na drutach mam mały sweterek inspirowany Sekretnym Sweterkiem Hani Maciejewskiej. Tym razem nie kupowałam wzoru, bo obejrzawszy oryginał uznałam że sobie poradzę sama. Nawet wzór na koronkę na tyle swetra mam w mojej bibliotece. I faktycznie sobie radzę. Nie będę w tym wyglądać jak modelka z talią, bo nie mam talii, ale jest OK. Bardzo mi się podoba sposób robienia swetra od góry według Sue Mayers, czyli tak zwany contiguous (wystarczy wrzucić na Ravelry to słowo w wyszukiwarkę i wszystko będzie jasne), już planuję następnego przyległego - bo tak sobie nazwałam ten sposób - będzie w biało niebieskie grube paski. Ponoć paski wyszczuplają.
A następny tydzień od jutra zaczynając poświęcimy na prace konserwatorskie. Trzeba kuchnie, przedpokój i sufity w łazienkach odmalować. Już wypróbowałam jak się kładzie pistoletem akrylowe fugi i uszczelnienia wokół okien. Co z tego, że okna szczelne, jak szczelinami przy framugach zimą mróz do domu włazi. Dużo taśmy malarskiej na to potrzeba. 
Oskrobałam blaty stołów na tarasach i poziome części krzeseł. I już miałam to olejować, ale zaczęło lać. Pan Mąż czynności konserwatorskich nienawidzi z całego serca. Nie znosi kupować farb (jakie to drogie!) a malował by najchętniej dookoła mebli i co dwadzieścia lat. Niestety, kuchnia z białej zrobiła się brudnożółta i nie ma wyjścia.

środa, 18 czerwca 2014

Po dwunastu dniach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O groszku i nasturcji pisałam dwanaście dni temu. W życiu roślin to cała epoka!



 Widok ogólny. Przypuszczam, ze pod koniec lata nasturcja zajmie całe 13 metrów kwadratowych tarasu. Póki co wypraszam z niej mszycę. Passiflora pnie się po kracie, wilec tez już do kraty dorósł i niebawem w sypialni będzie panował chłodny półcień. Bugenwilla ma gęste, zielone liście ale nie chce kwitnąć. A jakaś zaraza zjadła georginie. Liście są powystrzygane w koronkowe dziury. Ślimaka znaleźć nie mogę, ale to pewnie ślimak. Gołe pomrowiki dużo trudniej znaleźć w ziemi niż pasiaste skorupki na drzewach.




Na tarasie pachnie groszek! I w kuchni pachnie groszek, bo groszek aby kwitnąć całe lato musi być odgławiany, czyli bukiety z niego trzeba robić. Nasiona to dopiero w październiku dam mu wytworzyć.

A z działań artystycznych to lepieje ostatnio tworzę. Lepieje to gatunek poetycki rozpropagowany przez W. Szymborską, dzięki czemu nad lepiejami rozpościera się nimb nagrody Nobla. Klasyczny lepiej mówi o jedzeniu , a dokładnie mówi czego lepiej nie jeść i robić co innego np:

Lepiej mieć życiorys brzydki
niż w tym miejscu pożreć frytki.

Pan Mąż z upodobaniem recytuje okropne zupełnie lepieje dotyczące zasadniczej służby wojskowej.
Moje lepieje nie są klasyczne, lecz narzucone koniecznością chwili np:

Lepsza babka z malinami
niźli wykład z tetrykami.

Lepiej lody zjeść we wtorek
niż oglądać cudzy worek.

 W tych lepiejach mowa o konferencji dla użytkowników sprzętu stomijnego zorganizowanej przez firmę Convatec w kinie Wisła. Jak mają coś ciekawego powiedzieć to i tak się dowiemy.  Przyślą ulotkę informacyjną tak jak przysłali zaproszenie na prezentację. Pełniutkie kino stomików sprawdzających nieustannie czy worki dobrze siedzą na brzuchach i czy nie są przypadkiem już pełne to było dla nas (dla Alicji i dla mnie) za dużo i uciekłyśmy na Ursynów rymując pod nosem:

Lepsze uro- i hetero-
niźli kolo- i ileo-.

bo

Lepiej mieć na głowie strąki
niźli wąchać cudze bąki.

I jak ktoś z czytających chce mnie opitolić, że się wyśmiewam z chorych i starych ludzi to proszę bardzo. Ważniejsze dla mnie zdrowie psychiczne Alicji, która o mało ze skóry nie wyszła widząc w jakim towarzystwie będzie się szkolić. Zdrowa i młoda też nie jest. I skoro coś jest tak straszne jak jest, to pozostaje się tylko śmiać dla zachowania jakiego takiego poczucia proporcji.

Lepiej siedzieć na tarasie 
niż mieć dziecko w drugiej klasie.

Lepiej ludzi straszyć blachą, 
niźli wrzoda mieć pod pachą.

Tak powiedziałam Muszce i rozprawiłam się z tym wrzodem. Muszka chwilowo nie ma żadnych krost ani kaszaków. Ciekawe ile bez nich wytrzyma...

wtorek, 10 czerwca 2014

Zmienić?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szczepiłam i odrobaczałam moje pieski w lokalnej małej przychodni weterynaryjnej. Łatwo mi było do niej dotrzeć na piechotę. Tu wycięto Kretce tłuszczaki spod pachy, tu również karmiono ją przez niemal trzy lata Trocoxilem nie wnikając bliżej w naturę dręczących ją cierpień. Jak trzeba było to lekarki wzywały okulistę z podręcznym gabinetem oftalmologicznym, który leczył Kretkowe oczy. Muszka potrzebuje na razie jedynie szczepień.
Wczoraj poszłam tam pogadać o tym, że Kretka choruje nie na kręgosłup, a na artrozę nadgarstków. Że są sposoby na te nadgarstki lepsze niż Trocoxil. I chciałam spytać, czy pani doktor zna się na takim leczeniu.
W przychodni zastałam jasełka nie z tej ziemi: otóż przyniesiono do gabinetu suczkę yorkshire teriera, która się poprzedniego dnia oszczeniła oraz jej wszystkie cztery szczeniaczki - noworodki. Pani doktor oglądała maluszki na stole do badań, pomoc weterynaryjna tuliła malusieńkie pieski do obfitego biustu (którego przecież nie umyła przed tym tuleniem), potem pani doktor zawołała do gabinetu swoją mamę, tatę i córkę nieletnią, aby sobie te maluszki obejrzeli, bo to takie śliczne. Dziewczynka schwyciła jednego pieska i nie chciała odłożyć do kojca. Wszyscy robili zdjęcia. Bez przerwy i czym kto miał; na szczęście nie mieli flesza, bo by te pieski całkiem oślepili. Właścicielka suczki miała tysiące pytań o pielęgnację tych dzieci i karmienie suczki (czy ona może jeść jajeczko? Może, ale lepiej, żeby jadła to i to ile chce, odparła pani doktor wyciągając z szafki najdroższą karmę weterynaryjną dla karmiących suk). Suka dostawała palmy, chciała te dzieci schować pod sobą, żeby nawet jeden ogonek nie wyglądał, ale ludzie fotografowali i fotografowali. I wyciągali spod niej jej dzieci
Ani lekarz, ani hodowca suki nie zrobili nic, aby ograniczyć suce stres a niemowlaków nie narażać na zakażenie, wszyscy je macali, głaskali, głośno gadali.
Zabrałam się i wyszłam. W domu poprosiłam dobrą boginię, żeby zatroszczyła się o bakteriologiczne i wirusologiczne bezpieczeństwo psich noworodków, skoro ich właściciel ani lekarz nie wierzą w bakterie i wirusy obecne w przychodni. Oni mieli najwyraźniej ochotę jeszcze długo pleść androny, pani doktor miała nadzieję sprzedać dużo drogiej karmy, a dyskutowanie z lekarzem o jego błędach z powodu niewykonania podstawowego badania w obecności jego mamy, taty i małej córeczki nie ma sensu.
Teraz dumam, czy w ogóle tam wracać po coś więcej niż dokumentacja medyczna.
Gabinetów weterynaryjnych jest tu masa, widać że młodzi lekarze wet od alma mater jakoś się oddalać nie lubią, jest w czym wybierać. Tyle że ogranicza nas dystans, jaki Kretka może zrobić piechotą.

piątek, 6 czerwca 2014

Wszystkiego można się nauczyć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Można się nauczyć nawet rzeczy, do których nie ma się talentu i powołania.
Mowa o pracach rolnych w wymiarze balkonowym.
Od pięciu lat próbowałam uzyskać na tarasie kwitnącą kobeę i uzyskiwałam wprawdzie ścianę zieleni, ale aby dwa niemrawe, fioletowe dzwoneczki udało mi się zobaczyć. Z kobeą się nie rozumiemy. Klematis zeszłoroczny koncertowo zdechł;  widać nie podobało mu się zimowanie pod korą (a pisali na metce że lubi ziemię zasadową a nie kwaśną...).  Popatrzyłam na zgromadzone nasiona, znalazłam zachomikowany groszek pachnący i nasturcję, ponoć karłowatą. I postanowiłam zmienić profil upraw. Bardzo lubię i groszek i nasturcję, a bukieciki tych kwiatków są  naprawdę drogie. Dotychczas udawało mi się wyhodować groszek maksymalnie dziesięciocentymetrowy, a nasturcję zawsze pożerały mszyce. Rosła długa, chuda i nie kwitła. Poradziłam się wujka Google jak to zrobić żeby obie ulubione rośliny lepiej się udały i tym razem zamiast niechlujnie rzucić nasiona w ziemię zrobiłam to, co obie lubią: w donicę wrzuciłam przed sadzeniem podhodowanych w mini szklarence groszkowych niedorostków kilka garści dolomitu. Chcesz groszku zasady, będzie zasada!
Nasiona groszku wysiałam do napełnionych ziemią tutek po papierze toaletowym (czegóż to nie można znaleźć w koszu na śmiecie!), wsadziłam te naboje do szklarenki gdzieś w początku marca i dobrze podlewałam. Miesiąc temu groszkowe podrostki wysadziłam do dobrze nawiezionej przepiórczym nawozem ziemi. I do towarzystwa wysiałam nasturcję wierząc, że na tarasie przymrozki nie są groźne. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby nasturcja kwitła w pierwszych dniach czerwca i żeby wiązała kwiaty całymi pęczkami. Jak widać groszek to cały groch, wysiałam mieszankę i ciekawe jaki kolor będą miały kwiatki.





Teraz pozostaje mi się nauczyć, co się robi z pelargoniami bluszczolistnymi, żeby dobrze kwitły. Malusieńkie sadzonki  (5 zł za sześć sztuk) wsadziłam do nawiezionej przepiórakiem donicy. Urosły w dwa tygodnie jak konie i straciły wszystkie pączki. Dziś przeniosłam je do innej ziemi i zaczynam eksperyment. To nie może być takie strasznie trudne, wszyscy Niemcy to umieją.
Już wiem, że surfinie i petunie trzyma się w osobnych donicach i z niczym nie łączy, bo nic w ich towarzystwie nie zakwitnie. Wiem, że trzeba je nawozić specjalnym nawozem i czyścić rośliny z przekwitłych kwiatów ( ale z szypułkami, a nie tylko z płatków) to będą kwitły zupełnie szaleńczo.
Do donicy po śp. klematisie sypnęłam dolomitu i wsadziłam nowe rośliny, rosną na razie jak trzeba, zobaczymy jak zakwitną, bo to były taniutkie sadzonki z Leclerca bez opisu na opakowaniu. Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu dzwonki karpackie przeżyły w tym roku zimę w doniczkach i kwitną jak wściekłe. Niecierpki, koleusy i dalie też już dają czadu.
Idę sprawdzić jak popędzić do kwitnienia bugenwillę i passiflorę.