środa, 17 grudnia 2014

To już za tydzień święta?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ledwo zdążam ogarnąć przed południem normalne życiowe sprawy, a już jest po południu i Mikołaj podjeżdża pod nasz dom i pora gnać do aniołowego zajęcia. Kretka doskonale wie, że jedzie do pracy, a biedna Muszka zostaje sama, bo Pan Mąż zamiast jej pilnować snuje się po telewizjach informacyjnych i jako gadająca głowa informuje o sytuacji zakładniczej w Sydney, o strzelanianie w Pakistanie i o operacji Miecz. Muszka wieczorami, kiedy już wracamy nie odstępuje mnie na krok a w łóżku cierpliwie nas usypia. Bo bez psa państwo zasnąć nie umieją. Kretka, zazwyczaj sypiająca niezależnie daje się wieczorem zapakować pod kołdrę i grzeje mi stopy. Bo poza wełnianymi skarpetkami bardzo w zasypianiu pomaga przytulenie zimnych stóp do psiego, ciepłego brzuszka. A stara suka, której dokuczają bolące kości też nie ma nic przeciw piernatom. Łapy jej nie bolą, z łapami wszystko jest na razie OK, ale chyba coś ją w krzyżu łupie, bo nie wskakuje sama na fotel i czeka aż ją na ten fotel się wsadzi. Zatem z naszego łóżka zrobiło się rodzinne gniazdo. Pan Mąż, ubrany kiedyś przy okazji jakiegoś przeziębienia w skarpety do spania bardzo sobie chwali ten wynalazek. Nie chce spać bez skarpetek, bo zazwyczaj wyłażą mu spad kołdry stopy. I na te stopy wieje z zawsze otwartego okna. Były wielbiciel spanie saute teraz używa i piżamy i wełnianych skarpet. Plan na styczeń to wykonać ich ile się tylko da. Zapoznawszy się z moimi wyrobami Pan Mąż zażyczył sobie swetra. Kardiganu konkretnie. Życzenie zostało spełnione, kardigan dziergany "z głowy" bez żadnego wzoru udał się wyśmienicie. Uwzględnione zostały wszystkie życzenia Pana Męża: są i przydługie rękawy i zapięcie nieco wyżej sięgające niż w kupnych swetrach. Wykonany i przymierzony kardigan Pan Mąż znajdzie pod choinką.



Kardigan zgodny z zamówieniem. Niestety, lampa pożarła warkoczyk zrobiony wzdłuż obu przodów.


Fajny ten tweed od Rowan. Guziki tez pasują.


Aż się zadziwiłam jak równo umiem już robić na drutach. Ta dzianina jest robiona w rzędach i zeszyta. Nie widać ani rowków, ani szwów. Nabieranie oczek pod plisę tez wyszło znakomicie.



A to skarpetki podchoinkowe z włóczki Langyarn Jawoll Magic bodajże, ta włoczka jeszcze z Berlina była przywieziona, ale w e-dziewiarce jest do nabycia. Ktoś się ucieszy. 

Pofatygowałam się dziś do Skarbowego, żeby dopilnować, czy zaksięgowano wszystkie moje wpłaty. Owszem, zaksięgowano ale w niewłaściwych miesiącach. Wniosłam o sprostowanie księgowanych danych. Dobra pani w okienku z napisem PIT pokazała mi jak wypełnić tę cholerną płachtę z tysiącem rubryczek. 
I co z tego, że umiem liczyć, skoro umiem tam wypełnić tylko pole danych osobowych i pole "dochód", reszta krateczek jest dla mnie niepojęta. Oczywiście o mało nie wzięłam ze sobą szczoteczki do zębów, jakby mnie mieli zamykać za oszustwa podatkowe. Obyło się bez aresztowania, i wiem już, że składać tego PITa muszę zaraz po Nowym Roku nim na Urząd ruszy wataha PIT-owców 28. Bo jak do stresu związanego z PIT-em dojdzie stres związany z tłumem i wielogodzinnym oczekiwaniem, to mnie z tego Urzędu wprost do psychiatryka odwiozą albo od razu na cmentarz.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Hipsterska czapka.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W podzięce za cuda jakie na mojej głowie - i od niedawna na głowie Pana Męża czyni mój fryzjer -obiecałam mu zrobić czapkę. Pan Sebastian strzyże tak, ze wszelkie braki w owłosieniu stają się sprawą drugorzędną, a ludzie na ulicy pytają, gdzie przyjmuje ten cudotwórca. Pani dermatolog lecząca mnie z nawracającej łysiny zapisała sobie skrzętnie jego telefon. Według niej ilość włosów na mojej głowie nie pozwala na taką fryzurę, a stylista jakoś sobie poradził. Pan Mąż ostrzyżony przez niego znów ma bardzo dużo włosów.  Stylista zaznaczył, że czapka ma być z tych dłuższych. Zatem taka właśnie powstała. 


Długo myślałam nad wyborem surowca. Padło na Malabrigo Lace brane potrójnie. Otok jest zrobiony na drutach 3,5, reszta na czwórkach. Kolor Paris Night w kłębkach wyglądał dość ponuro. Koleżanka zauważyła, że trochę ten kolor przypomina majtki gimnastyczne z naszych czasów wczesnoszkolnych. Może to i prawda, ale wzięta potrójnie nitka z trzech różnych motków pokazała urok idealnego indygo. Mam już jedną czapkę z tej włóczki i nie ma nic milszego pod słońcem. Ani się nie filcuje jak wieść gminna głosiła, jest leciutkie i miłe, ale w przeciwieństwie do angory nie gubi cieniutkich włosków, które przyczepiają się do nosa i drażnią straszliwie i  to do trzeciego prania. Chyba sobie też taką czapkę zrobię. Wszystko wskazuje na to, ze utrzyma ciepłe uszy a nie zrujnuje fryzury, jaką w piątek wyczaruje mi pan Sebastian. Co do mojego wyłysienia, to szczęśliwie porastam włosem. Okazało się, że jest za nie odpowiedzialna statyna. Nie podobał mi się ten lek od dawna, nie skojarzyłam, że po odstawieniu go w ramach medycznej rebelii odzyskałam włosy. Tego lata, popędzona przez diabetyka byłam grzeczna i łykałam statynę jak dobra dziewczynka. Aż niemal wyłysiałam na czubku głowy. Trudno, może i kojfnę na serce ale z własnymi włosami. Zamiast statyny będą śledzie, pstrągi i łososie. No i makrele, halibuty  i inne takie. Pani dermatolog mówi, że to bardzo rzadki skutek uboczny. Może i rzadki, ale cholernie niemiły.

sobota, 6 grudnia 2014

Rozchorować się jak ludzie z reklamy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przyszedł sezon na przeziębienia i w telewizji co 15 minut widzę smarkających i kaszlących ludzi z gorączką, którym na dodatek dokuczają zatoki. Po tych biednych ludziach widać, że są chorzy. 
A ja tak nie umiem. Odkąd nie chodzę do szkoły, czyli od roku pańskiego 1999 nie mam katarów, kaszlu a jak już coś mnie dopadnie to jest niewyraźne, zawoalowane i na nijaką chorobę nie wygląda.
Ot,  robię się trochę otumaniona, no przygłupia jakaś, bez refleksu, łamie mnie w kościach i jest mi zimno. Termometr pokazuje raptem 35 stopni. No to mi zimno.
W takim stanie przyszło mi rozpocząć w tym roku sezon z Mikołajem. W odwiedzanych placówkach rozpoznajemy już wychowanków, oni nas też rozpoznają. Psy, zarówno Tekla - renifer pociągowy jak i Kretka -  skrzat ciekawski wiedzą co mają robić i kiedy. Nie trzeba ich wcale pilnować, znają już kolejne odwiedzane parkingi, wiedzą gdzie i kiedy da się pobiegać i wysiusiać. Z powodu odchudzenia szatka skrzata nie rozpina się psiakowi na brzuchu. Trochę strach puścić chudą i wygłodniałą Kretkę między niepełnosprawne dzieci, wyjada im z plecaków śniadania, porywa kanapki z rąk i penetruje szkolne śmietniki, ale dalej do wszystkich się uśmiecha i jest bardzo przyjazna.
Mimo infekcyjnego ogłupienia bardzo sobie cenię te wyjazdy w grudniu. Nakładam anielską suknię, skrzydełka, perukę i aureolkę i zmieniam się z domowej kury w zupełnie inne stworzenie z innymi właściwościami i priorytetami. Mieszkanie czyszczę świątecznie w przelocie, okna już umyte, zasłony i firanki poprane, bo potem nie będzie czasu. Prezenty niemal gotowe, słodyczy nam nie wolno więc tylko jedna Stollen czeka w szafce. I jakieś pierniczki w minimalnej ilości, za to przepyszne. A siedząc w samochodzie obok Mikołaja można robić na drutach prostą czapkę z malabrigo. Z tego surowca wszystko jest ładne.

piątek, 28 listopada 2014

Nakarmić puste brzuchy i wiecznie głodne dzioby

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Do mięsnej budki na bazarku chodzimy po niezłe wędliny. W tej budce jest również fajne mięso. Można w niej bezpiecznie kupować nawet latem, bo połowę budki stanowi chłodnia. Jak są męczące upały to czasem idę sobie do rzeźnika po prostu ochłonąć od goraca. Chłodnia jest tak skuteczna, że chłodzi całe pomieszczenie, nie tylko swoje wnętrze. Pan rzeźnik po kilku latach znajomości zdradził mi sekret wspaniałego mięsa, otóż on je pracowicie okrawa z całego tłuszczu.  A ten tłuszcz, ścięgna, błony, kurze tchawice i inne takie nieapetyczne resztki pakuje w worki foliowe i do chłodni i modli się , żeby ktoś to zabrał. Zwykle się ktoś taki znajduje.
Tłuste resztki okazały się dla Muszki nieco za tłuste. Owszem, chętnie to zjada, ale jeszcze chętniej zwraca. Muszka jest genetycznie przystosowana do marnego, byle jakiego żarcia i ekscesy bogaczy psują jej zdrowie. Gotowane kartofle, biały ser i co bądź w niewielkich ilościach są ok, ale tłuste resztki to nie dla niej. Kretce tłustego wcale nie wolno. Są jednak na te okrawki inni amatorzy. Wystarczy je wystawić na taras w gustownej porcelanie, albo udekorować nimi tuje i voila:







Pani sroka jest szybsza od migawki w ten ponury dzień. Pani sroka nie lubi być fotografowana i jak widać zwija się  jak w ukropie. A może ktoś ją przy tej okazji za nogę złapie?
A w karmniku jak to w listopadzie, łopatą trzeba dosypywać. O karmniku wiedzą już wszystkie okoliczne sikorki, rudzik, mazurki, turkawki i kos z kosową. Zięb ani dzwońców jeszcze nie ma.
Żarcie dla tej czeredy (pięciokilowy worek ziaren z Jula) stoi w kuchni na blacie i cztery razy dziennie trzeba do karmnika dosypywać. Nie ma zimą piękniejszego widoku niż pasące się ptaki.
W mosiężnej płaskiej misie zawsze jest woda. Łatwiej się napić z takiej misy niż z oczka, które zresztą już powoli zamarza.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Spokój w głowie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie produkuję ostatnio postów jak karabin maszynowy bo jestem zajęta życiem. Jakiś cud się stał, nie mam listopadowego doła, nie robię nic kompulsywnie, nic nie muszę i fantastycznie mi się śpi. Ogarniam bez napięcia i porządki, i psy i nawet tfu, na psa urok kuchnię. Z dzieckiem jakoś się układa, zajęcia fitness dla podstarzałych robią swoje, ciało zrobiło się twarde i zwięzłe. Aż się boję zapeszyć, ale niech ten stan trwa jak najdłużej. 
I nic to, ze obrazek kolejny na zajęciach z malowania nie wygląda. No za nic nie chce wyglądać, nic ładnego w nim nie widzę, ale trochę jeszcze mu poświęcę uwagi. Jak nie wyjdzie, to zamaluję wielkie płótno na biało i zacznę rzeźbić co innego.
Sweter dla Pana Męża powoli nabiera rękawów, jeden zaczęty, drugi powstanie, potem listwa i szlus. Dziękczynne skarpetki dla miłego pana, który pomógł mi pozbyć się liści z ogródka zostały przyjęte z entuzjazmem. Pewnie nie będą zbyt trwałe bo z dropsowej Limy powstały, za to mróz obdarowanego w stopy nie ugryzie jak już przyjdzie.
Prezenty gwiazdkowe z grubsza ogarnięte, nowy King przeczytany, za chwilę zacznie się sezon aniołowania z Mikołajem.
Nie wiem, czy ten spokój duszy zawdzięczam Citalowi, czy nowej praktyce medytacyjnej. Pewnie i jednemu i drugiemu. Słuchanie uspokajających mantr pana Tolle niesłychanie mnie wkurzyło, zatem go nie słucham, ale idiotyczne z pozoru skupienie się na własnym oddechu w celu uspokojenia gonitwy głupich myśli jest fantastycznie skuteczne. Oddech ma się zawsze przy sobie i jest czynnością, która trwa. Komu się wydaje, że to nudne niech zatka sobie nos i zamknie usta. Zaraz się przekona, ze to fascynująca czynność.
A na grudzień w przerwach między szpitalami, szkołami i fikaniem nogami przewidziane jest otwarcie  manufaktury małych dziergadeł. Czapki, mitenki, skarpetki. Parę kłębków ubędzie!

niedziela, 23 listopada 2014

Jesienne mgły

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

To co uprzykrza życie kierowcom zwykle jest bardzo piękne. Przepadam za mgłą, pod warunkiem, ze nie siedzę w samochodzie i nie chodzę po skalistych graniach we mgle gęstej jak wata. Mglisty poranek w Dolince Służewieckiej to coś ślicznego. Widać Dolinkę, a nie widać Służewca. I jest bardzo cicho. I o to chodzi.

Wszystkie koleżanki razem. Zdrowa Kretka jak za dziecinnych czasów zawsze z piłeczką.


Nie widać służewieckich, ogromnych bloków!


Ani tu.


Zmieniamy godziny spacerów z rozespanej dziewiątej na mglistą ósmą.

środa, 19 listopada 2014

Am!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Skutecznie odchudziłam Kretkę. Od w maju ważyła 13,9 kg, teraz 11. Psa jest o trzy kilo mniej. Dostaje dwa posiłki dziennie, czasem popłakuje z głodu, ale nie ma zmiłuj, musi być lekka i chuda, bo inaczej... wcale jej nie będzie. Na głodowe rozterki Kretki dobrze robią skórzane patyczki, które można sobie gryźć i mlamlać bez pozyskiwania dodatkowych kalorii. Muszka - mistrzyni samożywności - ma wciąż taką samą figurę, ale trzeba jej przyznać, że więcej na niej mięśni niż sadła. I jedzenie zbyt tłuste jej nie służy. Obie są w doskonałej kondycji. Kretka ma sporo luźnej skóry, ogon się zrobił cieniutki, rajstopki i sukienka są teraz luźniutkie. Za to łapy nie bolą.
I teraz widzę, jak wiele psów ma nadwagę.  Niektóre osobniki są tak otyłe że aż żal patrzeć. Niedawno widziałam terierkę irlandzką, której przekrój w talii był wielkości drzwiczek od nowoczesnej pralki, co najmniej 1,20 m. w obwodzie. Nieszczęsne stworzenie ledwie się ruszało. Jamniczka spotykana na spacerach musiała przejść z powodu otyłości całkowitą mastektomię, bo ciągnęła cyckami po chodniku i w zimie sobie te cycki odmroziła. Jej pan nie widzi w tym nic niestosownego, że jego pies jest szerszy niż dłuższy.  Labradorka koleżanki ledwo się rusza i ponoć nie można jej odchudzić "bo jest sterylizowana".


(Dziś spotkałam irlandkę ponownie i już jest trochę mniejsza, psy chudną szybko jak dać im szansę na schudnięcie.)



Psa można odchudzić i recepta na to jest najprostsza na świecie, ale mało który właściciel nie dokarmia stworzenia. A to skórka od chleba, a to kubeczek po śmietanie, papierek od masła, plasterek wędliny, nie mówiąc od okrawkach z mięsa. A jeszcze ciasteczko psie w nagrodę, kawałek serka do przywołania i obiadowe resztki.
Dlaczego tak kochamy karmić zwierzaki? A dlatego, że one chcą jeść. Przez całe lata jedynie pies bez dyskusji jadł z apetytem to, co mu dawałam. Reszta rodziny, okropne niejadki, frustrowały mnie tak, że czasem ze złości mało nie pękłam. Kręcąca nosem matka, babcia nielubiąca jeść z natury, dziecko na granicy anoreksji, Pan Mąż przywiązany do jadania w lokalu - oni wszyscy dali mi zdrowo popalić. A pies jadł chętnie i zawsze mu było za mało. Utylizował to, czym rodzina wzgardziła i jeszcze garnek wylizał do czysta.
Opamiętałam się. Dziecko od lat już mi nie robi numerów przy stole, Pan Mąż jest na takiej samej diecie jak ja i się okazało, że jak nie jada się bułek drożdżowych na mieście, bezy migdałowej do każdej kawy w kawiarni i cukierków na kilogramy to domowa kuchnia jest ok. I glukometr na nią nie narzeka. Sałata już nie jest be a w umiarkowanych ilościach nawet coś słodkiego można zjeść od czasu do czasu.
I kiedy myślałam, że w tej sprawie jest pozamiatane okazało się, że jest ktoś, kto lubi moją kuchnię. Towarzysz Misi zjada grzecznie co dostanie na talerz i wszystko mu smakuje. Misia mówi, że ona nawet na te obiady się cieszy. Coś mi się wydaje że awansuję na teściową, która wydaje łikendowe obiadki. Mogę wydawać, póki ktoś nie zażąda ode mnie kompotu z jabłek z goździkami i biszkoptowego ciasta na deser. I rosołu na kościach wołowych, bo tego zapachu nie znoszę.
A pies ma pozostać chudy, skoro go tak bardzo kocham.