wtorek, 27 stycznia 2015

Lalki, wózki i światło

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kretka biega jak młody jagdterier. Nic jej nie dolega. Zbliża się pora serii zastrzyków podtrzymujących remisję choroby zwyrodnieniowej stawów, ale po niej nie znać nic a nic, że to już. Naturalnie zastrzyki zrobię, ale cieszę się bardzo, że na razie pies na chodzie. Mimo tej radości wiem, że choroba przewlekła nie zniknie ot tak i że może się powtórzyć sytuacja z poprzedniej wiosny, kiedy psina chodzić nie mogła. Kiedy zatem na lokalnym śmietniku zobaczyłam stary, dziecięcy wózek, którego jeszcze nie zdążył dorwać żaden nurek, porwałam go natychmiast. Wózek był ubłocony po szczyt budki, pełen błota w środku i wyglądał jak... wózek ze śmietnika. Jednak jeździł, a wsadzona do niego Kretka nie wyrażała sprzeciwu. Zabrałam znalezisko do domu, po drodze odpadło błoto z kół. Odczyściłam pojazd z grubsza, sprawdziłam, że nie ma żadnych uszkodzeń poza brakiem pasów bezpieczeństwa i śpiworka, składa się i rozkłada wszystko co powinno. I teraz mam w razie czego wózek inwalidzki dla staruszki rozwiązujący problemy mentalne i fizyczne całej naszej gromadki. Kretka z bolącymi łapami nie może spacerować, ale strasznie jej przykro zostawać samej w domu. Muszka bez Kretki poza domem nie bardzo daje sobie radę. Nie poczeka przed sklepem, boi się tego i owego, panikuje. A bez psa co ja mam robić w parku albo pod kopą Cwila? Spacery są jednym ze sposobów walki z cukrzycą, ale sama mam chodzić? No nigdy w życiu, to jest nudne! A siedząc w domu czuję się jak w potrzasku. Zatem ta dam, prezentuję czytaczom bloga to rozwiązanie:



Jak widać po odczyszczeniu wózek nie wygląda bardzo źle.

Misia z przyjacielem wpadli do mnie w sobotę i zrobili kilka pożytecznych rzeczy. Misia widząc pudła z lalczynymi strojami i lalki same w sobie zaczęła je przebierać. Nikt jej nie przeszkadzał, bo jej towarzysz kombinował jak założyć mi w kuchni dodatkowe światło pod szafkami. To górne, nad szafkami jego zdaniem nie oświetlało blatów roboczych tak jak trzeba. I było zdecydowanie zbyt prądożerne. Kupiliśmy wodoodporną listwę LED i wszystko co do niej potrzebne, a on wie jak to złożyć do kupy i przykręcić do szafek. Chwilę dumał, coś mruczał, coś mierzył, zastanawiał się, a potem myk myk nie wiadomo kiedy było zrobione!



No stała się światłość w ciemnym kącie. Światłość stała się również w lalkowej witrynce, w barku i na pewnej półeczce. Światłość stała się tak szybko, że nie nadążałam śledzić co i jak. Rezultat końcowy bardzo mnie cieszy.


Pan Mąż z melancholią zauważył, że teraz trzeba w barku posprzątać. No trzeba, ale w barku nie ja rządzę. Sprząta rządzący. Mimo tej cierpkiej uwagi widać, że podświetlony barek się podoba. 
A Misia bawiła się tymi lalkami, bawiła, nie wiedziała na szczęście które ubranko do której lalki należy i tak mi je fajnie poprzebierała, że miło na nie patrzeć. Stylizacje Misi są ciekawe i udane i pewnie je pokażę, ale kiedy indziej. Bo i mnie zainspirowała do eksperymentów. Maleńka i urocza Tiny Kitty od Tonnera, niespecjalnie lubiana przez dzisiejsze kolekcjonerki, bo jej ciałko nie jest w pełni artykułowane (nie ma ruchomych łokci, nadgarstków, talii) stała sobie nie ruszana od kupna w witrynce w nieciekawym kostiumie kąpielowym w kratkę. Dałam jej wypasioną kieckę od Poppy Parker z Integrity  Toys i sami popatrzcie - klimat sukienki i klimat lalki to te same klimaty. Nawet butki pasują (a biedna Tycia Kicia - bo tak ją nazywam miała zawsze daremne buciki).



Z sukienką Tycia Kicia ma ten sam kłopot co ja z ciuchami z francuskich katalogów wysyłkowych, stan za długi, bo Poppy jest wyższa. Ale na szerokość wszystko gra. Nawet pończochy opadają jak w latach sześćdziesiątych, gdy jeszcze nie było w nich lycry i żeby nie opadały, to je trzeba było na blachę na nodze naciągać. Jak się tylko usiadło to efekt szlag trafiał i były na nogach obwarzanki. Dzisiejsze fanki pończoch mają o niebo łatwiej niż dawne elegantki.
Rozkwitają hiacynty w kolorze plamek na sukience, szminki i torebki malutkiej Kitty.
Nic mnie nie obchodzi, że ciałko tej panienki bywa nazywane "tłuczkiem". Mnie się ona bardzo podoba.

czwartek, 22 stycznia 2015

Wracam do lalkowania?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Kubuś, mój lalek  Heart and Soul od Sonji Hartman doczekał się siostrzyczki. Laury niejakiej. Laura to utytułowana dziewczyna, w tym roku dostała w Stanach nagrodę DOTY (Doll Of The Year - czyli lalki roku) w kategorii lalek dla dzieci. Ma jedenaście ruchomych stawów, jest zrobiona tak jak Kubuś z winylu, ma włosy z kankaleonu, z którego robi się także ludzkie peruki i tylko karnację ma od Kubusia ciemniejszą.
Siedzą razem na łóżku i plotkują o mnie. 


Nawet jak będę leniwa i nic jej nie uszyję, to pasują na nią gotowce wegirls. Nie podobają mi się te stroje z powodu nadmiaru różu i cekinów, ale zawsze to jakieś wyjście.
Przejrzałam moje lalkowe witryny, aby sprawdzić, czy ktoś mi się nie znudził i nie pora go wysłać w świat. I faktycznie znalazłam takie okazy. Spokojnie mogę komuś odstąpić dwie Dynamite Girls, lalki wielkości Barbie, ale znacznie od niej milsze. Niestety, jedna z nich od kupna siedziała w swoim firmowym stroju i nabawiła się ciężkich plam opadowych. Nogi jej się od ciemnych rajstop przebarwiły. 


Okazało się również, że ani mi serce nie drgnie na widok niejakiej Poppy Parker. Drażni mnie jej buzia i nogi, panna stoi zawsze z palcami do środka. Tak ma. Też jestem gotowa wyprawić ją w świat, tyle, że bez ubrań. Dla ciekawości sprawdziłam, ile taka lalka może kosztować od kupna dwa lata temu. No ja cię Florek, lepszej inwestycji zrobić nie mogłam. Identyczną pannę jak moja, ubraną i w pudle (wszystko mam) ktoś właśnie na Ebayu sprzedaje za ponad 400$. Nieźle, jak na śmieszne hobby starszej pani. Dołożywszy do tego cenę dolara... Żaden bank by mi tyle nie dał.


Jeśli to dziecię-kwiat w fioletowej kiecce znajdzie chętnego to dobrze, a jak nie to też nie problem, niech sobie drożeje w cichości witrynki.



Przyjrzałam się dokładnie gejszy od Tonnera. No wiem, że powieść Gejsza piękna była niezwykle, ale czy w mojej witrynce musi stać ruda (!) Japonka z niebieskimi oczami, jak w kąciku poniewiera się głowa bez ciała prześlicznej Sydney, jednego ze starszych i bardziej udanych modeli Tonnera? Nie musi. Głowa została skutecznie przeszczepiona na dobre, ruchome ciałko i teraz jak ktoś chce to mu rudą głowę gejszy mogę odstąpić.

Ciocia Ficia radzi:
Bywa, że dziecię posiada stadko lalek Barbie nieco zębem czasu nadgryzionych. Czasem aż by się prosiło zdjąć ładny łebek z pogryzionego i pomazanego długopisem ciała i założyć na zdrowsze, ładniejsze ciało. Można to zrobić bez skrzywdzenia lalki, ale przedtem należy głowę porządnie nagrzać suszarką do włosów aby zmiękła. Podczas zdejmowania łba szyję trzeba mocno trzymać aby nie rozlazł się na spawach korpus lalki. Nie używać za dużo siły, bo plastik popęka. Włosy lalki do podgrzewania trzeba czymś osłonić, włosy takiego grzania nie lubią. A potem trzeba rozgrzać łeb do zamontowania w ten sam sposób i nasadzić go mocno na szyję. Szyję dobrze trzymać (część palców z tyłu, kciuk z przodu, bo szew się rozlezie. I koniec operacji!
Wszystkim dziewczynkom i mamom życzę ładniejszych, zdrowych lalek!
Wasza Ciocia Ficia.

wtorek, 20 stycznia 2015

Nie ma , ach nie ma jak życie domowe.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wyrosłam w przekonaniu, że życie rodzinne, o ile składa się z więcej niż góra czterech bardzo kochających się osób to męka i udręka. Kłótnie, wrzaski, spychotechnika, trupy wyskakujące z szafy i złośliwości bez umiaru i ogólnie to należy tego unikać.  Powolutku i ostrożnie żegnam się z tym poglądem. W marcu zeszłego roku na stypie szwagra zobaczyłam olbrzymią rodzinę mego taty wprawdzie pogrążoną w smutku i rozpaczy, ale tak współpracującą, spójną, życzliwą sobie nawzajem, że aż mnie serce ścisnęło. Naturalnie i tam są dziwne okazy, ale kto się nie brata, ten nie bywa i spokój.
Wpadają do nas ostatnio Misia z przyjacielem, Alicja i moja koleżanka. Robimy sobie wzajemnie przysługi, jemy posiłki, które czasem się przygotowuje długo i z przejęciem, a czasem w pięć minut.
I cud! Absolutnie nie ma wrzasków i wypominań, spychotechnik i złośliwych dogaduszek. Nikt nikogo nie wdeptuje w grunt, nie umniejsza, nie wypomina. Fakt, że trzymamy języki za zębami, ale to nie takie trudne, jak się zastanowić.
A pomiędzy nami kręci się pięć psów i nikomu nie przeszkadza.
Oto kilka fotek z naszego salonu. Misia maltretuje Tomka masażem i uczy mnie jak mam to robić, gdy zabolą go plecy. Przed chwilą koleżanka ostrzygła Zazulkę na łyso, aby towarzysz Misi nie cierpiał przy psinie na katar sienny.






Psy pomagają jak umieją, Kretka kontroluje uważnie proces masowania a Zazulka, której łysą głowę widać na pierwszym zdjęciu chętnie by po Tomku poskakała, ale Irek ją mocno trzyma.
Po tym zabiegu jeszcze pogadaliśmy, a potem - cud jeszcze większy - w pięć minut zmontowałyśmy z Misią kolację z tego co tam było w lodówce i byliśmy bardzo szczęśliwi. Takie życie rodzinne to może być.

środa, 14 stycznia 2015

Wybuch kreatywności

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lek na migrenę, który na ulotce straszył naprawdę poważnymi objawami ubocznymi oprócz lekkiego kręcenia się w głowie i natychmiastowego zniesienia mdłości dał mi niespotykanie dobry humor, tolerancję na wybryki bliźnich, no po prostu I've got high. Czyli po ludzku mówiąc chodzę na pogodnym, leciutkim rauszu. Pani neurolog powiedziała, że są doniesienia o takich skutkach, ale że ona się z tym jeszcze nie spotkała. I dała mi tego furę na następne dwa miesiące. Przede mną dwa miesiące mentalnego raju! Stanu legalnego haju! Myśli wybiegły z codziennego kołowrotka i ruszyłam na podbój własnych szuflad i schowków. 

Planowałam od jakiegoś czasu zrobić sobie sukienkę oversize, bez pasowanej talii. Dużą u góry, coraz węższą do kolan, z wąskimi rękawami. Taką, co schowa wszystko do schowania i nie zasłoni tego, co jeszcze należy pokazywać. Z lumpeksu przyniosłam sześć pięknych dziewiczych motków nieprodukowanej już Karismy od Dropsa, to taki tweed z jagnięcej wełny i angorki. Śliczny, ale na kieckę za mało. I w trochę nie moim kolorze wypełzłej wsypy. Przeszukałam zatem schowki i pudła  i najpierw planowałam ten tweed z szarą alpaką polączyć, ale Alicja tylko się skrzywiła. No i na końcu szuflady w zapomnianym worku znalazłam wełnę własnego farbowania, która solo w wyrobie wyglądała doprawdy paskudnie. A z tą Karismą wyraźnie jest jej do twarzy. Zatem bez zbędnego kombinowania zrobiłam próbkę, uprałam, rozliczyłam  i w kwadrans miałam wzór sukienki z ilością oczek do nabrania, dodania, zamknięcia, zgubienia gdzie trzeba i z rozliczonymi rzędami. Do robienia od góry w dół, bo jednak kiedy skończy się jaka wełna nie wiadomo. Pikuś.

Nabrałam prowizorycznie oczka na wysokości pachy z tyłu i zaczęłam robić w kierunku szyi do góry. Tu wyrobiłam dekolt i pojechałam wzorem pasków symetrycznie w dół. Aby tę mieszankę wełen trochę podkręcić gdzieniegdzie dodałam po pasku wełny z lureksem - oczywiście też lumpeksianka, choć w Bocianie też taką mają. Nie miałam żadnych oporów przed rwaniem włóczki jak zaczynałam inny kolor. Potraktowałam ją jak mulinę w hafcie, kreatywnie.

Która strona ma być prawa a która lewa?



Decyzja podjęta, na prawej stronie tweed jest robiony ściegiem pończoszniczym, a kolor lewymi oczkami.

Na zdjęciu właśnie nabieram na drut oczka z prowizorycznego  nabrania na łańcuszek, teraz kiecka jest już robiona w dół. Co jakiś czas w trakcie pracy trzeba to będzie lekko uprasować, aby skończyć robotę na czas. Nie chcę mieć później rozciągniętego łacha do pięt.

Praca w takiej kolejności pozwoliła na robotę bez użycia tymczasowych żyłek, odkładania oczek i bawienia się z dzianiną, z której z każdej strony coś wisi i przeszkadza i grozi spadnięciem.
Nie będzie tu ani jednego szwu. Jak starczy wełen to do prosto wykończonego dekoltu dorobię sobie ekstra ogromny golfo - kaptur, chowany w dekolt .
Kubuś, który chyba zmieni płeć dostał na gwiazdkę furę butów, bieliznę i okulary. Akcesoria od polskiej lalki We Girls pasują do niego doskonale. Muszę mu tożsamość wymyślić. I obszyć go, ale to po sukience.





Bardzo lubię lalki z krótkimi włosami, a ponieważ dziewczynki i producenci ich nie lubią, nie jest łatwo taką dopaść. Kubuś wygląda jak moja córeczka kiedy była mała, nie ma tylko perkatego noska i niebieskich oczu.

piątek, 9 stycznia 2015

Raz na wozie, raz pod wozem czyli o walce z trądzikiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pierwszym zwiastunem mojego dojrzewania, dawno, dawno temu, był właśnie trądzik. Jakieś 10 czy jedenaście lat miałam, gdy zaczęły mnie obsypywać dorodne pryszcze. A to na brodzie, a to na nosie, a to na czole. Mama kupiła mi Acnosan. Piekł bardzo przy smarowaniu skóry, ale innych skutków nie dawał. Poszłyśmy do dermatologa. Stara lekarka przepisała jakieś śmierdzące smarowidło z dziegciem i maść na smalcu. Drwinom w szkole nie było końca. Wolałam mieć pryszcze niż śmierdzieć dziegciem, poza tym wkrótce wszyscy w klasie mieli trądzik i się nie wyróżniałam.
W czasach licealnych chodziłam do kosmetyczki na tzw oczyszczanie skóry. Kosztowało, bolało, nie przyniosło spektakularnych rezultatów. Raz zobaczyłam tam dziewczynę obdartą chemicznie ze skóry i był to widok przeraźliwy. To był tak zwany peeling w owych czasach wykonywany rezercyną w dużym stężeniu. Ponoć miał pomóc na krosty i wygładzić skórę, ale wymagał siedzenia w domu przez długi czas, nim skóra odrośnie. Z tych lat pozostała mi głęboka nieufność do zabiegów w salonie kosmetycznym. Nie wiem, jak można twierdzić, że to miejsce, gdzie można się wyluzować i odpocząć. Nie znoszę wizyt u kosmetyczki. Nie cierpię leżanek, na których nie można się ruszyć, nie ufam ani trochę babom, które smarują mnie nie wiadomo czym i nie mówią czym, skrywają swoje tajemnice jakby to były sekrety światowego wywiadu. A najprawdopodobniej właśnie ta maź zalega im w nadmiarze i coś z nią trzeba zrobić. Nudzi mi się i chce zaraz siusiu a nie można wstać, bo właśnie nowa maska zasycha mi na nosie i swędzi. Poza tym zawsze prześladuje mnie przekonanie, że jak tylko stamtąd wyjdę, to babska będą się ze mnie śmiać i obgadywać. Moje pryszcze, moje brwi, moje fałdy na cielsku i wszystko co widziały. Możliwe, że to urojenie.

Zaczęłam zatem uważnie obserwować mój trądzik. I bywać z nim u bardziej współczesnego dermatologa. Tam się dowiedziałam że: jedna sprawa to zaskórniki, druga sprawa to ropne wykwity, czyli w moim języku kwitnące syfy. Zaskórniki powstają, bo to co wydziela każdy gruczoł łojowy nie może się w naturalny sposób wydostać na zewnątrz. Bo naskórek jest gruby, nie mogące się złuszczyć komórki z twardą keratyną zatykają ujścia gruczołów, gruczoły dalej pracują i co wyprodukują to się zbiera.
Natomiast za kwitnące syfy odpowiadają gronkowce, który każdy człowiek na skórze ze sobą nosi. Gronkowiec w takim przepełnionym gruczole zaczyna szaleć, a jak kwitnę jak rabatka. 
Kwitnieniu, czyli szalejącemu trądzikowi sprzyja w moim wypadku mycie mydłem (zasadowe, niszczy płaszcz ochronny skóry), niektóre kremy do twarzy oraz uwaga, uwaga, opalanie. Bo niby słońce wysusza, pomaga ale nie całkiem. Pierwsze dni na słońcu są super. Przypieczona skóra wygląda na gładszą, nie widać zaczerwienienia i jest świetnie. A po paru dniach, jak się złapie kolor zaczyna się balet. W obronie przed słońcem naskórek stara się jeszcze bardziej pogrubieć, złuszczanie nie nadąża, gruczoły korkują się jeszcze bardziej i po ataku własnych gronkowców wyglądamy jak siekane mięso z cebulką. Albo jak bracia Daltonowie. Ponieważ mam dość ciemną karnację latem, a jasną zimą w prezencie od lata dostawałam zwykle masę paskudnych przebarwień. Syf dawno wyzdrowiał, a plama po nim siedziała przez trzy kwartały. Tak to trwało do trzydziestki z okładem, kiedy do leczenia zwykłego trądziku ( zwykłego a nie różowatego albo jeszcze jakiegoś innego) zaczęto używać antybiotyków nakładanych na skórę, kwasów AHA i kwasu azaleinowego. Antybiotyki zgasiły pożar, używałam ich jakiś czas i już nie muszę. Kto kwitnie niech idzie do lekarza. Samemu się tego nie załatwi. Kwas azaleinowy trzyma w szachu gronkowce i co ważniejsze wybiela przebarwienia. Skuteczniej niż wszystkie drogie kremy wybielające. Kto nie wierzy niech zobaczy w Google jak wygląda łupież pstry. Grzyb wywołujący to schorzenie produkuje właśnie ten kwas, ludzie dotknięci tą dolegliwością są pokryci plamami bez pigmentu. Nie trzeba się zarażać grzybicą by się wybielić, teraz można sobie w aptece kupić maść z kwasem azaleinowym.
Słuchając w latach dziewięćdziesiątych doniesień o chemicznych peelingach z kwasami AHA i innymi miałam przed oczami to nieszczęsne stworzenie z gębą bez naskórka, które dawniej widziałam u kosmetyczki. Jednak po kolejnej wizycie u dermatologa, który przepisawszy antybiotyk w płynie i Skinoren bąknął coś o serii peelingów u niego w gabinecie a każdy za dwieście złotych, aby odetkać te zatkane przewody gruczołów łojowych, zaczęłam drążyć temat. Był w owych czasach w aptece krem z AHA i sobie go kupiłam, bo nie miałam dwustu złotych na jeden zabieg a potrzebna była ich seria. Zadziałał. Wycofano go ze sprzedaży, bo panie klientki smarowały się nim bez opamiętania i robiły sobie kuku. Przetrwałam kolejne lata kupując peelingi kwasowe do użytku w gabinetach kosmetycznych na Allegro, pamiętałam lekcje chemii ze szkoły, wiedziałam co jest kwasem a co zasadą i stosowawszy się ściśle do instrukcji przestałam kwitnąć i nie zrobiłam sobie krzywdy.
Dziś w dobrze zaopatrzonej aptece z dermokosmetykami kupimy za rozsądne pieniądze i maść z kwasem azaleinowym i kwasowy peeling, który w warunkach domowych nie zedrze nam skóry z twarzy i nie spowoduje chemicznego poparzenia.  Firma Pharmaceris wypuściła Sebo Almond Peel, czyli krem z 10% stężeniem kwasu migdałowego (bezpiecznie można go stosować nawet w lecie) A Iwostin Laboratorium wyprodukował serię trzech preparatów z rozmaitymi kwasami do pokonywania rozmaitych przypadłości. Ja lubię kwas migdałowy, bo nawet jak jest ładna pogoda to nie muszę w zimie stosować bardzo wysokich filtrów ochronnych. Kto jednak spędza dużo czasu na dworze powinien to robić.


Kuracja nie działa od razu. Na początku stosowania kwasów trądzik może się nasilić. Otwieramy wszak na oścież przed głodnymi gronkowcami nasze zapasy sebum. Tu pomaga kwas azaleinowy, bo nie daje im szaleć. Trzeba cierpliwości. Trzeba się latem chronić przed słońcem i to bardzo. Duży (50+)  filtr przeciwsłoneczny nalezy nakładać obficie i co kilka godzin. Poza peelingiem kwasowym co jakiś czas trzeba zrobić zwykły peeling, ale zwykle preparaty do mycia skóry trądzikowej zawierają jakieś drobinki, które zeskrobią z nas to, co kwas rozluźnił. Nie należy eksperymentować zanadto z kremami upiększającymi. Ja kwitnę po Vichy a Misia ma spokój po kremach serii Nuno firmy Ziaja.
Cetaphil Balsam do twarzy i ciała też nie powinien robić krzywdy.
To tyle o trądziku.

Wasza Ciocia Ficia

PS. Nigdy, przenigdy nie wyciskamy kwitnących, zaropiałych syfów a zwłaszcza w okolicy nosa, przedniej części policzków i górnej wargi. Te części twarzy mają ukrwienie wspólne z mózgiem i się można na tamten świat przejechać. Jeśli krosta w tej okolicy kwitnie tak, ze puchniemy bez opamiętania biegiem lecimy do lekarza (a jak się zbiesił to na SOR).

Z innej beczki: już niedługo wiosna!


hiacynty na parapecie


tulipany w lodówce




czwartek, 8 stycznia 2015

Zielony Smok i takie tam inne

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zielony Smok jest bardzo piękny. Dużo o nim słyszałam, ale go nie widziałam, bo niby gdzie. I w końcu zostaliśmy zaproszeni. Bez samochodu, choć na koniec miasta. Misia wyjechała po nas do metra i zawiozła nas do swojego domu. Wszyscy byliśmy trochę spięci, bo to pierwsza wizyta u dziecka, odkąd się sześć lat temu z domu wyniosła, ale Zielony Smok natychmiast dał się nam zachwycić i wyluzować.


Tak się nam zaprezentował.  Ledwie powiedziałam dzień dobry i zdjęłam futerko, już leżałam na podłodze z aparatem przy oku. Zauważcie, jaka to czysta podłoga, mnie się taka nigdy nie udaje. Wyraziłam zachwyt i podziw. I dla smoka i dla podłogi.


Smok jest bardzo smoczy, jak smok z bajki. Kto gadał o smokach musiał mieć na myśli legwana zielonego.

Jedno z ulubionych miejsc smoczego wylegiwania się - na terrarium, które zamieszkuje Leon boa. Tu widać oba stworzenia. Boa jest piękny, gładki, w dotyku, jędrny, suchy i silny. Smok z podłogi na to miejsce włazi sam po ścianie. Drugim ulubionym miejscem jest kaloryfer.


Smoki jedzą serek!


 A tu widać, czemu pojechaliśmy bez samochodu. Znakomite płyny faktycznie pomagają nawiązać stosunki towarzyskie, przejść na ty i opowiadać sobie historie z dawnych czasów. Ale nie pozwalają wrócić do domu samochodem. Odwiozła nas Misia prezentując umiejętności zdobyte w nowym związku. Jej partner jest znakomitym kierowcą i fantastycznym nauczycielem. A ona ma do tego dryg.

Moja migrena ma się dobrze. Biorę grzecznie leki od neurologa i sama nie wiem co one robią. Humor mam doskonały, pod wieczór, kiedy dawka rośnie trochę mi się we łbie kołysze, mdłości zniknęły, świat nie śmierdzi, ale głowa boli jak bolała. Jak się nam na amory zebrało, to przypomniało mi się znane z młodości uczucie rozpadania głowy na pól z bólem tak strasznym, że tylko zemdleć. I ze świeczkami w oku.
Ale jak napisałam mdłości i psi węch się skończyły, ruszyłam zatem do dawno nieodwiedzanej kuchni. Podjęłam mianowicie męską decyzję, że nie kupię już żadnego rodzimej produkcji pasztetu, choć Pan Mąż za pasztetami przepada. Przeszłam się po sklepach czytając (z lupą w ręku) skład na pasztetowych opakowaniach, popytałam tych, co się znają i ze strachu i obrzydzenia uznałam, że jedyne jadalne pasztety to pasztety wykonane samodzielnie. Przeczytałam przepisy w książce, zapytałam koleżankę, która ma pojęcie, kupiłam co trzeba i ta dam, wykonałam pierwszy w karierze pasztet. Z mięsa wieprzowo - wołowego i wątróbki a nie z penisów, macic, MOMu, piór, pazurów i kurzej krwi. Aby Pan Mąż nie pożarł pasztetu solo zrobiłam mu fasolkę po bretońsku oczywiście ze skwarkami, na smalcu wytopionym z kawałka podgardla. On kocha takie rzeczy i bardzo długo musiał się bez nich obywać. Ja jako ja gotuję chudo i raczej z miską sałaty a nie ze smalcem.
Skutek wczorajszej diety jest taki jak na zdjęciu. Tomasz na śniadanie wypił gorącą herbatę, zjadł suchy chleb i umawiał się na wywiady z kolejką dziennikarzy. No bo wczoraj zadymiło się w Paryżu.



Nawet talerzyka nie wziął, tylko skubał ten suchy chleb, a za chwilę ucieknie do telewizorów, bo "Pali się, Panie Profesorze!"
Miałam tu jeszcze zmieścić kilka dobrych rad Cioci Fici na temat pielęgnacji twarzy z wiecznym trądzikiem, który udało mi się po latach prób i błędów poskromić, ale to chyba będzie osobna notka, jeśli znajdą się chętni do czytania.

środa, 31 grudnia 2014

Bardzo przepraszam

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Bardzo przepraszam wszystkich, do których powinnam wysłać życzenia świąteczne na papierze, a nie wysłałam, napisać maila albo zrobić jeszcze coś innego. Po części winna jest temu trwająca od początku grudnia migrena, po części Poczta Polska.
Migrena tym razem nie wystraszyła się sprawdzonego leku i trwa nieprzerwanie niemal już czwarty tydzień. Jak zwykle ból głowy nie jest wielki, za to mdłości, nadwrażliwość na zapachy i dźwięki dają mi się we znaki naprawdę bardzo bardzo. Odwiedziłam w związku z tym neurologa, który dał mi jakieś nowe tabletki, które ponoć nie wejdą w dramatyczne interakcje z resztą mojej apteki. Lepiej mi było by nie czytać ulotki od tego leku, objawy uboczne są przerażające i na dodatek nie można tego ot tak odstawić jak się te objawy ujawnią. Można mianowicie i zżółknąć i wyłysieć i całkiem przestać się ruszać. A także obleźć ze skóry. Tudzież spuchnąć w miejscach rozmaitych. I łapać po kolei wszelkie infekcje wirusowe a zwłaszcza zapalenie ucha.
Co do Poczty Polskiej to ręce opadają. Nie można wysłać nawet najcieńszego listu, pocztówki ani niczego nie odstawszy pierwej paru godzin w poskręcanym ogonku do okienka. Dawniej można było kupić znaczek w kiosku albo w automacie. Teraz nie. Tylko w okienku. Personelu na poczcie coraz mniej, a ludzi w ogonku coraz więcej. Procedury nadawcze są coraz bardziej przewlekłe. Komputery raczej utrudniają je niż przyspieszają, bo i tak każdy list trzeba wpisać w jakiś zeszyt z tysiącem krateczek, a czasem nalepkę na paczkę trzeba wydrukować w kserokopiarce i przykleić na zwykły klej. Ponadto panienka z okienka ma chyba kolejne głupie polecenie odgórne i nie zwracając uwagi na kłębiący się tłum każdemu interesantowi proponuje usługi Banku Pocztowego, ubezpieczenia pocztowego albo bodaj sprzedaż Faktu czy Superaka i długopisu. 
Boszszsz, jeszcze w tym tłumie bankowe sprawy załatwiać, ktoś chyba zwariował. I to w sytuacji, gdy na każdej ulicy jest ze sto wygodnych banków z wyściełanymi fotelami, bankomatami i wpłatomatami. 
Bo oczywiście opłat pocztowych nie można załatwić kartą. To znaczy niby można, ale prowizja jest taka, że sama panienka z okienka jak o niej mówi, to oczy ma ze strachu całkiem okrągłe.
Skutek migreny i postępowania Poczty jest taki, że wolę wszystko niż tam pójść przed świętami. Nie chcę ani wąchać innych interesantów ani z niecierpliwości przebierać nogami.
Wszystkie maile napiszę, jak mnie w końcu głowa przestanie boleć.
A teraz szykuję się do Sylwestra bardzo spokojnego. Pogramy w Chińczyka, w kości, pójdziemy spać o ludzkiej porze a jutro będziemy mieć dla siebie piękny, bezludny do popołudnia dzień.