czwartek, 27 grudnia 2012

Świąteczne fair island

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Święta były tak spokojne, że mogłam się wziąć za dawno rozważaną robótkę, czyli naukę fair island.




Dla ułatwienia sobie sprawy zamiast worka kolorowych włóczek wzięłam w obroty zaledwie dwa motki Magic Fine od Yarn Art, za to barwione odcinkowo w rozmaitych tonacjach. I powstała czapeczka. Wzór jak zwykle darmowy z Ravelry, opisany TU. Bardzo porządny, bo regularny do bólu i po trzecim rzędzie nic nie trzeba liczyć.
Miała niby być dla mnie, ale się okazało, że trzyletniemu bratankowi jakoś łebek urósł ostatnio i nie ma czapki, a zima jest chwilami bardzo zimowa. Zatem wyrób prototypowy dostanie bratanek. Centymetr twierdzi, że czapka będzie na bratanka dobra.

Moje pierwsze wrażenia z działalności tą techniką: pozorna długość nabranych oczek nie ma się nijak do rozmiaru wyrobu, dzianina jest o połowę gęściejsza niż mówi banderolka (tu miało być 22,5 oczka na 10 centymetrów, a jest 30).
Robienie próbki jest niezbędne, co niestety jest bolesne. Włoczka z próbki jest nie do odzyskania, bo trzeba robić tę próbkę jedynie na prawej stronie: Po każdym rzędzie uciąć nitkę i zaczynać znów od prawego brzegu. Albo na pięciu drutach w kółko.

Zasdady Alice Starmore działają i przez całą czapkę ani razu nie poplątałam nitek.

Widoczne na pierwszym zdjęciu paski kartonu to próbnik czerni bieli i szarości. Przy kolorowych zdjęciach powinno się tego właściwie używać zawsze, jeśli chcemy pokazać prawdziwe kolory fotografowanej rzeczy. Potem w programie edycyjnym używamy tych pól do próbkowania. A potem się ten kawałek zdjęcia obcina, co widać na zdjęciu drugim, bo tam już pasiastego kartonu nie ma!


niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Mimo różnych awarii i wypadków dotrwaliśmy.
Od jutra świętujemy i wypoczywamy i wszystkim życzymy tego samego.

sobota, 22 grudnia 2012

Przedświąteczne skarpetki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pomiędzy anielskimi wypadami, zakupami i takimi tam obligatoryjnymi zajęciami powstały skarpetki z włóczki Fabel od Dropsa.




Powstały niemal dokładnie według darmowego wzoru Firebird z Ravelry. Niemal dokładnie, bo rzędy skrócone na palcach i pięcie robiłam metodą opisaną wcześniej.
Już wiem, do czego służą oczka przekręcone w drobnych warkoczach. Takie malutkie warkoczyki stanowczo wygodniej robić bez druta pomocniczego. No i jestem mądrzejsza o sposób wyrabiania pięty tradycyjnej z klinem od palców w górę.
Jeśli chodzi o samą włóczkę to jest sznurkowata i bardzo mało elastyczna. Wykonując druga skarpetkę musiałam liczyć rzędy cholewki, nie można w tej włóczce ot tak przyłożyć jednej części do drugiej i porównać wielkości, bo raz przymierzona skarpetka natychmiast się rozciągnęła i zachowała kształt nogi a nie swój. Każdy kłębek był zwinięty w inna stronę, co uniemożliwiło wykonanie jednakowego wzoru na obu skarpetkach. Mam teraz z tym kłopot, bo w szufladzie leży jeszcze 8 kłębków w bardzo pięknych kolorach kupionych z myślą o małym sweterku, ale nosić sznurkowy sweterek? Jak się przywykło do szlachetnych, jędrnych, zachowujących kształt włókien? Zatem będą jeszcze cztery pary skarpet z Fabel na cztery różne pary nóg. Się wyrobi z czasem.
Muszka pozostawiana sama w domu w czasie mikołajowo - anielskich podroży nie opuszcza mnie ani na chwilę i prezentuje nieustannie swoje wdzięki. Kretka walczy z brzuchem przepełnionym ciasteczkami i cieszy się świętym spokojem.

czwartek, 20 grudnia 2012

Rozanielona

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie będzie zdjęć, bo w miejscach, w których ostatnio Mikołaj Z Aniołem, Teklą i Kretką bywali zdjęć robić nie wolno. Pacjenci szpitali neuropsychiatrycznych mają prawo zachować anonimowość i ich wizerunki podlegają słusznie prawnej ochronie. Poza tym Aniołowi tradycyjnie lustrzanka z lampą błyskową do wizerunku nie pasuje. I Anioł na takiej wizycie ma co robić.
Anioł musi pilnować, żeby wózek w drzwi się zmieścił, zaprząc psa do wózka, pomóc się ubrać Mikołajowi (zwłaszcza w montowaniu obfitego brzucha), pilnować ciekawskiego Skrzata, żeby nie pobiegł, gdzie go nie prosili, pilnować Tekli - Renifera, ładować prezenty do wielkiego czerwonego wora, gadać z dzieciakami, śpiewać z dzieciakami, pakować Skrzata na inwalidzkie wózki spastyków i pilnować, żeby pies zajęty przytulaniem kosmatego ucha do dziecka nie zsunął się z kolan, Anioł podzwania dzwonkiem i ogólnie jest bardzo potrzebny. Anioł rozdaje dzieciom ciasteczka do karmienia strudzonego renifera (petitki są najlepsze, nie szkodzą psom i jak dzieciak zje sam to tez jest ok). Anioł prezentuje własny, obfity brzuch, tańcuje i rozśmiesza.
Pierwszy raz w dziejach Mikołaj odwiedził w Zagórzu zamknięty oddział OTU, czyli miejsce, gdzie leczą się dzieci uzależnione. Mówiąc jasno: nieletni narkomani, lekomani i alkoholicy. Czyli postaci, przed którymi Anioł w realu ucieka. A tu nie było powodu do uciekania. Wszyscy pacjenci grzecznie rozmawiali z Mikołajem i Aniołem, potrząsali pastorałem na szczęście i kopali w worku poszukując misia lub pluszowego smoka najbardziej dla siebie odpowiedniego. A Anioł pogadał z młodym człowiekiem znużonym świąteczną komercją i zachwyconym niekomercyjnym podejściem Mikołaja do świąt oraz swobodnym słownictwem Anioła.
Dużo się Anioł naoglądał ostatnimi czasy cudów.
Dziewczynka w kompletnej katatonii sama zadecydowała, że chce niebieskiego smoka, a nie żółtą kaczkę. Chłopczyk, który mówi po niemiecku zachwycił się, że Anioł wie, o co kaman. I cichą noc z Aniołem pacjent po niemiecku odśpiewali. A potem z resztą dzieci po polsku, a potem jakaś dziewczynka po angielsku solo, bo Anioł tekstu zapomniał. Pacjentka oddziału psychiatrycznego, ponuro wyglądająca nastolatka, pożegnała się z Aniołem robiąc żółwika.
I w bardzo specjalnej szkole Anioł był, gdzie dzieci uczy się czucia głębokiego i jedzenia, a tylko niektórych pensjonariuszy literek.
O tej małej szkole przypomnę czytelnikom w czasie składania PIT-ów, bo 1% podatku przyda się tam bardzo.
Wszędzie , gdzie Mikołaj z Aniołem ostatnio bywali Tekla i Kretka były bardzo potrzebne. Wygłaskane, wymęczone, obżarte ciasteczkami i spracowane psy po całych dniach odwalały ciężką, dobrą robotę. I mali spastycy i zdrowe dzieci i wielcy narkomani tak samo tulili się do ciepłych ciał i miękkich pysków.
Talent zierzaków do uspokajania i uszczęśliwiania jest wielki.
Dziewczynka na oddziale psychiatrycznym popatrzyła na nie i rzekła: jak ja długo nie widziałam psa! No fakt, na takich oddziałach siedzi się dłużej niż dwa tygodnie. 

Przypomniała mi się w związku z tym moja stara notka.

Nieskładny ten wpis, ale zdecydowanie istnieje magia świętego Mikołaja.
A jakbyście zobaczyli świętego wędrującego przez ciemny, zaśnieżony las, z Teklą w roli pociągowego renifera, z wózkiem, na którym stoi ubrana choinka i wielki wór prezentów to też byście się uśmiechnęli, złagodnieli i zapragnęli pogrzebać w czerwonym worku w poszukiwaniu Waszego misia. I zadzwonić pastorałem na szczęście


piątek, 14 grudnia 2012

Siedmiu wspaniałych

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Znaczy ma być o facetach co mnie kręcą. Albo kiedyś kręcili. Czyli w intymności wchodzimy.

Otagowała mnie Ania z bloga "Sztuka oswojona", zasady są takie:

1. Wymieniamy 7 waszym zdaniem naj naj panów, nie gra roli, czy cenicie ich za piękną buźkę, czy też za jakieś inne przymioty, grunt, żeby Wam się podobał

2. Uzasadniamy przynajmniej jeden wybór, dlaczego ten, a nie inny pan. W miarę możliwości wstawiamy fotkę albo filmik.

3. Napisz, w jakiej kolejności tworzysz swoją listę Wspaniałych

4. Otaguj przynajmniej jedną osobę.

Nie jest to zadanie łatwe, bo w długim życiu dobrych egzemplarzy spotyka się mnóstwo, ale może i warto zerknąć w ten ciemny kącik.

Zatem jedziemy

1) od zawsze na zawsze The Beatles. Najpierw w całej swojej poczwórności, a później w osobie Lennona.
The Beatles wyglądali w młodości tak (klik w link)
http://www.youtube.com/watch?v=F3RYvO2X0Oo

a Lennon wyglądał z żoną tak:


A za co?  Za rewolucję w muzyce, obyczajach i modzie, za entuzjazm i profesjonalizm, za muzykę, za teksty, za rysunki, za styl.
Temu stylowi staram się być wierna. Na ile sobie mogę pozwolić. Zatem motor - buty tak, mieszkanie w Dakocie - nie.
Od trzydziestu dwóch lat mieszka w mem sercu nostalgijka malutka i straszny żal o jego śmierć.

2) Sean Connery,  w czasach Bonda bardzo ale to bardzo przypominał mojego tatę. I jako że tata był w świecie a zdjęć wiele nie zostawił, to czasem sobie w Iluzjonie szłam na Bonda z tatą pogadać. Tata robił w podobnej firmie jak Bond, wiec miało to ciut sensu. Szyk i styl też miał podobne, tylko gadgety inne. Z wiekiem Sean zrobił się ładniejszy, a tata brzydszy. To już zdecydowanie Seana wolałam oglądać.


3) Robert Redford w wydaniu z Żądła lub z Butch Cassidy i Sundance Kid. Atrakcyjności dodawał mu oczywiście Paul Newman. Co za para ciasteczek! W Jeremiachu Johnsonie też było na co popatrzeć i w Trzech Dniach Kondora


A potem mi wychłódło, bo się zrobił stare pudło! I jak go zaczęto przez pończochę/glicerynę  filmować  i się okazało, że jest mojego wzrostu to mi odeszło.
Tak patrzę na zdjęcie i widzę, ze Mąż nr 1 całkiem w redfordowym typie był. Odmówić mu tego nie można.

4) Albrecht Duerer. Nic mi nie przeszkadza te kilkaset lat różnicy wieku. Przez kilka lat kontemplowałam jego portret. Teraz kontempluję jego prace. Z coraz większym nabożeństwem.


5) Clint Estwood z czasów jego romansu z westernami. Jako Brudny Harry już mi nie leżał. Strasznie mnie kręciły te długie nogi w wąskich dżinsach. No istny Roland z Gilead.


6) David Morse:gra zwykle dużych, spokojnych, wesołych ludzi. W Zielonej Mili - cudny. Nie jest to bardzo popularny aktor, ale porusza we mnie jakąś cienką strunkę. I głos ma miły.

7) Moja ostatnia i najważniejsza postać.
    Pan Mąż.



Kręci mnie nieustająco, mądry jest bardzo, nogi długie w wąskich dżinsach prezentuje, brzucha nie zapuszcza i jest dostępny tu i teraz, a nie 400 lat temu. Potrafi mówić zmysłowym basem, zawsze pięknie pachnie, doskonale się ubiera i jest zrobiony cały akurat dla mnie. I razem ze mną robi się coraz starszy, wiec pasuje wciąż a nie tylko w 1995 dajmy na to.
Ostatnio podoba mi się coraz bardziej.
I bardziej.
I bardziej.
I chyba już tak mi zostanie.
Ku mojej wielkiej radości.
Jak czasem na niego patrzę, to się zastanawiam, czy w kinie nie jestem i czy seans się zaraz nie skończy. Ale skoro 17 lat razem, a seans trwa, to jeszcze chwilę przecież potrwa.

I teraz powinnam kogoś wyrwać do tablicy.
Ale nie mam śmiałości.

Wiem!
Rozelko, do odpowiedzi, kto Cię kręci????

środa, 12 grudnia 2012

Rzędy skrócone - jak to zrobić

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Każda mama pilnuje swoich dzieci i trzyma je przy sobie, żeby się z innymi dziećmi nie pomyliły. Tak właśnie zrobią zaraz dla nas oczka - matki.

Oczko, z którego wychodzą oczka na drucie to oczko - mama. Na zdjęciu oczka matki zaznaczyłam na fioletowo. Po prawej stronie tej robótki oczko - matka wygląda jak V, na lewej jak  -

Na lewym drucie widać trzy oczka - matki z których wyłażą po dwa nowe oczka; za chwilę ostatnie, pojedyncze oczko też dostanie bliźniaka, a oczko - mama będzie te bliźniaki dobrze razem trzymało, żeby się z niczym nam nie poplątały.


W oryginalnym tutorialu następowało teraz mnóstwo zdjęć i opisów, co podnosić jakim drutem i gdzie przekładać. Ta wiedza okazała się zbędna. Najzwyczajniej pod słońcem przerabiamy oczko mamę na prawo - da się to wykonać bez podnoszenia mamy na lewy drut, a następnie układamy powstałego bliźniaka obok braciszka. Mama trzyma razem oba oczka i ich pilnuje.


A my odwracamy robótkę i lecimy po lewej stronie do miejsca, gdzie czeka na nas lewe oczko - mama z jednym póki co dzieciakiem:


I nie fatygując się przekładaniem mamy na lewy drut przerabiamy mamę na lewo.



Powstałego bliźniaka układamy na lewym drucie obok braciszka, mama pilnuje.


Obracamy robótkę i lecimy znów prawymi do miejsca kolejnej mamy z jedynakiem.
Proste, prawda?


Robiąc palce w skarpetkach robionych od dołu trzeba po kolei przywrócić oczka z rzędów skróconych do życia. Przerabiamy zatem zwyczajnie na prawo  pierwszą parkę bliźniaków, ale nim wrócimy do drugiego końca "żywego rządka" dajmy kolejnej mamie trzecie dziecko. W następnym powrotnym rzędzie nie powstanie dziura. Mama dopilnuje, żeby nam się nic nie pokręciło. 

Idea wszystkich kombinacji z rzędami skróconymi polega na jakimś zakotwiczeniu nitki roboczej przy nieprzerabianych oczkach na lewym drucie. Czy to będzie owijanie, czy wieszania agrafek na nitce roboczej, czy układanie jej na innej nitce, czy w końcu ściąganie oczka do upadłego i przenoszenia go na prawy drut bez przerabiania,  cel jest ten sam.
Ale na moje rozeznanie tylko wyżej opisany sposób gwarantuje brak pomyłek bo:
a) widać wyraźnie, gdzie trzeba zrobić kolejnego "bliźniaka"(lub "trojaczka")
b) bliźniaki i trojaczki łatwo razem przerobić bez szukania oplotów, bujania się z nitkami, agrafkami etc.

Howgh!

A dziś rano na Ursynowie i okolicach nastąpiła zapowiedź końca świata w postaci kompletnego braku prądu wszędzie. Zamilkły radia i telefony, stanęły windy z ludźmi w środku, wysiadły kodowane domofony a w mieszkaniach i na ulicach zapadły ciemności. Ekspresy do kawy i czajniki nie dały porannych napojów i zęby trzeba było myć po ciemku. I skarpetek do pary też po ciemku trzeba było szukać.
Tylko metro działało z zabawek na prąd, ale ono ma swoje własne zasilanie.
Rano słyszałam jak spanikowani sąsiedzi szukali po ciemku kluczy do drzwi wejściowych. Klucze zatem nosić na kółku wraz z tymi od mieszkania, a spory worek świeczek i kilka lichtarzyków warto mieć na podorędziu. 21 grudnia już niebawem!






niedziela, 9 grudnia 2012

Skarpetkowe braki i rzędy skrócone

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wydaje mi się, że ciągle coś dziergam i często bywają to skarpetki.
Ale w szafce wciąż ich za mało leży, a jak się robi zimno i po mieszkaniu hulają przeciągi, to nędza skarpetkowa objawia się w całej okazałości. Dziś odwiedziło mnie dziecko, bo ojca trzeba było pilnie wymasować, coś mu się znów grzbiet usztywnił. Dziecko popatrzyło na moje nogi i zaśmiało się perliście - obie byłyśmy przyodziane w moje skarpetki. Ona miała na nogach parę, o której w lecie zapomniała i twierdziła, ze ta para nie istnieje. Zima sprzyja poszukiwaniom i wykopaliskom skarpetkowym.
Zatem odłożyłam powolnego arana ad acta (drugi rok nad nim ślęczę) i wzięłam się za błękitną włóczkę Fabel od Dropsa. Wzór pożądanych skarpet robionych od dołu leży i czeka już bardzo długo. Zrażała mnie do niego tradycyjna metoda rzędów skróconych. Zwłaszcza w obrębie palców, gdzie trzeba odejmować a potem dodawać oczka bez żadnych rzędów rozdzielających te operacje doszukiwanie się kolejnych owinięć jest dla mnie nie do przyjęcia.
Dziunia z bloga "Poplątane nitki" kiedyś napomknęła mimochodem, że znalazła jakąś cudowną metodę na rzędy skrócone. Dała linka, którego przekazuję dalej tu.
Kochane dziergaczki, lepszej metody nie ma i nie będzie. Nie ma zmiłuj, trzeba sobie te obrazki obejrzeć, popróbować i wszystko będzie jasne. Palce robią się same! Nie trzeba liczyć tych cholernych oczek w każdym rzędzie, nie można się pomylić i nie ma sposobu na wyprodukowanie żadnej dziury.
Autorka nazwała rzecz "oczka cienie" i polega to na ponownym przerobieniu oczka leżącego bezpośrednio pod tym oczkiem, które zwykle w rzędach skróconych bywa owijane.
Jak się to dobrze zrobi i niczego nie skręci, to wygląda to tak, jakby z oczka poprzedniego rzędu wyłaziły dwa oczka a nie jedno. W powrotnej drodze te dwa oczka się razem przerabia i nie ma dziur. W skarpetkowych palcach po prostu operację wykonuje się jeszcze raz i z oczka matki wyglądają teraz trzy oczka, do zebrania razem w następnym rzędzie. I widać co trzeba razem przerobić bez żadnych wątpliwości.

Jestem zachwycona .
Sposobu nie da się ani zapomnieć, ani schrzanić.
Cudne.
Dziuniu, dzięki stokrotne!.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołaj

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zainaugurowałyśmy sezon mikołajowy 2012 w szkole specjalnej w Warszawie.
Każdy, kto kiedykolwiek był w szkole zna specyficzne postacie stojące na straży tej placówki: panią w stylonowym fartuchu w okolicach drzwi i pana z miotłą. Jedno i drugie na widok naszej, jeszcze nieprzebranej czeredy wykrzyknęło gromko Ho ho ho! Dla mnie jasny znak, że Mikołaj w tej szkole bywa od dawna i regularnie.
W ustronnym gabineciku ze zwykłych, takich sobie pań przeobraziłyśmy się w postacie bajeczne, to samo spotkało nasze psy. Tekla została zaprzężona do wózka z choinką i prezentami, Kretka stała się Skrzacikiem i zachwycona pomknęła miedzy dzieciaki.
 Jako aniołowi nie wypada mi z aparatem fotograficznym potrząsać skrzydełkami, więc zdjęcia tylko z przebieralni:





A dziś , jutro i pojutrze kontynuujemy dzieło wesołego Świętego w innych, niekoniecznie wesołych miejscach.
Jakieś dziecko pytało mnie, jak mam na imię. W tym białym giezełku mogę być chyba jedynie aniołem Arielem. Kretka absolutnie i nieustająco nadaje się na dogoterapeutkę.  Wszystkie dzieci jej się podobają i wszystkim okazuje względy. A co bardziej potrzebujący jeszcze buziaka dostaną. Kretki nie denerwują wózki inwalidzkie, kule, dzieci nadpobudliwe, spastyczne i autystyczne. Wcale z tych miłych cech nie wyrosła. Jak skrzacik w czerwonym kubraczku zabawiała czeredę, gdy Mikołaj obdarowywał dzieci prezentami, a biedna Tekla w roli renifera stała zaprzężona do wózka.


środa, 5 grudnia 2012

Gdzie są moje szydełka?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Niedawno zrobiłam sobie porządek w robótkowych szargałach.
Skądinąd bardzo przyzwoicie go zrobiłam i dokładnie wiem, gdzie co jest.
Dziś się okazało, że wiem sporo, ale gdzie są szydełka, nie wiedziałam. Pamiętałam tylko, że dwa cieniutkie umieściłam z koralikami. Ale gdzie wetknęłam resztę - nie. A ponieważ szło o zakończenie bardzo ciepłej i na już potrzebnej czapki zaczęłam metodycznie przeszukiwać moje włości.
Raz, drugi, trzeci.m I NIC.
I mimo późnej pory postanowiłam te szydełka jednak odnaleźć. Pomagałam sobie głośno klnąc jak jakiś szewc. Przekopywałam się jak kret przez skrzynie, półki, pudełka i worki. Wszelkimi słowami brzydkimi we wszystkich znanych językach rzucałam obficie. I pierwszy raz od lat wściekłam się tak, że mało nie pękłam. Była i śmiesznie czerwona twarz, i wrzaski i niemoc i prawie się ze złości popłakałam. A Pan Mąż uradowany stał sobie i patrzył i twierdził, że się cieszy, bo znów człowiek się zrobił z zastupaczonego robota; taki człowiek, co jak coś zgubi i nie może znaleźć to klnie, szuka i jest śmieszny i normalny jak człowiek. A nie chłodno spokojny i niewzruszony jak głaz.

Szydełka się znalazły, były starannie zapakowane i zamknięte wraz z jakimś rodzajem wełny na solidną, nieprzezroczystą pokrywkę, żeby się nie zakurzyły. Zaraz schowam je tam, gdzie całe lata siedziały i gdzie jak po sznurze szoruję, gdy są mi potrzebne, czyli w koszyku z podręcznymi robótkami.

A z czego się cieszy Pan Mąż (i ja też)? Antydepresanty prasują uczucia na gładko.Wszystkie uczucia. Owszem, pozwolą się rozgniewać, obrazić, ale dopiero w 24 godziny po zdarzeniu. Czyli wtedy, gdy normalny człowiek o sprawie zapomina. Po cholerę się pieklić o niewyrzucone śmiecie na drugi dzień? Co gorsza to samo dotyczy cieszenia się, zainteresowania, radości, miłości i wszystkich ich odcieni dodających życiu smaku. Nie łykam ich od lipca i uczucia wróciły.
Pan Mąż się cieszy, bo odzyskuje swoją żonę. Ja się cieszę, bo znów mam siebie dla siebie. I znów, jak dawniej potrafię się zdrowo wściec.
Jak dobrze!

niedziela, 2 grudnia 2012

Wiele jesiennych twarzy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Aż mi się nie chce wierzyć, że jeszcze niedawno zastanawiałam się ponuro nad sensem życia.
Ta lampa to jednak jest wynalazek epokowy.
A poczucie bezsensu egzystencji tonie w gorączkowej działalności oblanej białym, dziennym światłem.
Bo proszę państwa jest jednak wiele rzeczy do zrobienia. Ot, choćby kostium aniołka, który będzie mi potrzebny przez niemal cały grudzień.
Lokalnemu Świętemu Mikołajowi wykruszyła się bowiem z zespołu Śnieżynka. I Mikołaj zaproponował mi współpracę. Charytatywnie i bezpłatnie rzecz jasna, za to w wielu potrzebnych i smutnych na ogół placówkach, w szpitalach, w zakładach opiekuńczych i w kilku całkiem zwykłych szkołach. Kto Mikołaja zaprosi, ten nas ugości.
Na Śnieżynkę to ja nie bardzo, jakby takie Śnieżynki z nieba leciały, to nikt by się żywy nie ostał, ale przyobleczona w anielskie giezełko, z futrzanymi skrzydełkami i aureolką wyglądam bardzo dostojnie.
Szata jeszcze nie jest gotowa, muszę ją obszyć wściekle kolorowymi cekinami. Na szczęście przed skrojeniem szatki zmierzyłam się dokładnie tu i tam. I dobrze zrobiłam. Zdaniem tabel z Burdy jestem doprawdy ogromna. Dzięki centymetrowi w strategicznych miejscach giezełko leży doskonale i się nie opina na anielskich krągłościach.
Myślę, że okrągły, błyszczący Aniołek ze strusimi piórkami wmontowanymi w kosmatą perukę, w opadających, grubych skarpetach i z aureolką, prowadzący na smyczy udekorowane psy, stanowiące zaprzęg Świętego Mikołaja rozśmieszy niejedno dziecko.
Wraz ze Świętym montowałam dziś przebranie dla Kretki. Darujemy jej reniferowe rogi, bo sukienka peszy ją dostatecznie.



Muszka na występy wśród dzieci się nie nadaje. Zostanie zatem w domu. Alicja zgodziła się jej potowarzyszyć w te dni, gdy wypady będą dłuższe.

Nie samą pracą żyją Aniołki, zatem w andrzejki bawiliśmy się do rana w Quick Steaku. Przebrani mieli 20% rabatu, grzech się nie przebrać. Przemontowałam trochę kostium Hogaty, zrezygnowałam z zielonego makijażu i niegłupio zrobiłam. Pan Mąż twierdzi, że trochę jak Slash z Guns N Roses wyglądam na poniższym zdjęciu. Widać, że ręce jeszcze co nieco pamiętają.



A to Pan Mąż osobiście w roli bliżej niezidentyfikowanego rockmana. Miał niezwykłe powodzenie i podobał mi się tak, że chyba czasem na co dzień ustroję go w te włoski. Zaczynam rozumieć, co kręci facetów w długich włosach.

I jeszcze jedno wcielenie knajpiane, tym razem w sprytnej czapeczce Pana Męża:


Jak już zaczniemy z Mikołajem nasze podróże z pastorałem, wózkiem zaprzężonym w Teklę i Kretkę, choinką i  workami misiów - przytulanek, to się niewątpliwie pochwalę.

środa, 28 listopada 2012

Przenosiny 11

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wielka radość



Udało nam się w rekordowym czasie sprzedać i kupić mieszkanie. Cieszymy sie jak dzieci i jesteśmy tak podnieceni, ze nie możemy spać, a gdyby nie uszy, to nasze usmiechy ciągnęłyby się dookoła głowy. Podjęliśmy w styczniu decyzję o zmianie mieszkania. Teraz jest początek kwietnia, formalności są pozałatwiane, kasa przepłynęła, za kilka dni przejmujemy w posiadanie nasze nowe lokum.

Nowe mieszkanie jest kompromisem między naszymi potrzebami i marzeniami. I to udanym kompromisem. Tomek chciałby mieszkać w domku z ogrodem, najchętniej daleko od miasta. To bardzo pociągająca perspektywa, ale ja nie prowadzę samochodu i nie mam zamiaru się tego uczyć, mamy w Warszawie dwie mamusie, których opuścić nie wypada no i marząc o domku na odludziu mój piękny mąż nie bierze pod uwagę takich zjawisk jak roztopy, zamiecie śnieżne, jesienne szarugi i odśnieżanie podjazdu o 4 rano w grudniu.
Wiem ponadto, że strzyżenie trawnika bawiło by go najwyżej trzy razy. A potem dyskutował by z trawą i kazał jej wolniej rosnąć. (sprawdziło się, kosi raz na sezon)
Ja chciałam mieszkać w Warszawie, ale w jakimś spokojniejszym, zieleńszym miejscu. No i koniecznie chciałam mieć własny pokój, najchętniej zamykany na klucz od środka. Misia też chciała zostać w Warszawie i żeby w jej pokoju nie było moich rzeczy. Ani betów tatusia. 
Z takimi założeniami zaczęliśmy szukać mieszkania naszych marzeń wśród ofert w internecie. Zaczęliśmy to robić groszem nie śmierdząc, bo wydatki zamierzaliśmy pokryć pieniędzmi ze sprzedaży mieszkania na Starym Mieście. Byliśmy przekonani, że jest ono warte grube miliony. Z błędu wyprowadziła nas wynajęta agentka nieruchomości, która przyszła do nas i co do złotówki określiła rynkową wartość naszego mieszkania. Tomek przeżył spory zawód dowiadując się o różnicy między ceną ofertową a ceną sprzedaży. Miał jednak na tyle rozumu, żeby szukać mieszkania w cenie nieco niższej niż spodziewane zyski z naszego mieszkanka. I po tygodniu poszukiwań znaleźliśmy ofertę idealną. Po mniej więcej 2 tygodniach od postanowienia, że sprzedajemy nasz lokal powiedziałam o tym sąsiadce, starszej pani. Pani posłała wiadomość w świat dużo skuteczniej niż internet i wszystkie warszawskie gazety. Kupiec znalazł się w ciągu kolejnego tygodnia i dał tyle, ile dobra Nina powiedziała, że weźmiemy.
Pojechaliśmy zobaczyć wyszukaną przez nas ofertę. Duże, 85 metrowe mieszkanie na Ursynowie nieopodal Dolinki Służewieckiej, 5 minut od metra, tuż przy przystanku licznych autobusów. na parterze, z okratowanymi oknami i zrobioną na tip top kuchnia, na pierwszy rzut oka dość ciemne. Właściciel, facet z gatunku majster-klepka z frontowego balkonu zrobił 13 metrowy wyłożony terakota taras . Po przeciwnej stronie mieszkania jest taras drewniany, ma 9 m2 i z niego schodzi się do 230 metrowego ogródka gęsto obsadzonego drzewami i krzewami. Ponieważ właściciel miał wielki szacunek do roślinności po 15 latach dzikiego wzrostu roślinność woła o sekator - już go sobie kupiłam. Pod jednym z pokoi jest wyłożona kaflami piwnica z doprowadzoną wodą, pod łazienka jest druga piwnica. Obie suche i ciepłe. Majster klepka przebił się z mieszkania do piwnicy - musimy zamontować tam schody., bo zamierzamy pomieszczenia często korzystać. Sam budynek ma jedynie 2 piętra, na klatce schodowej jest tylko 6 mieszkań. Wszystko jest zadbane, wyczyszczone, zieleń najwyraźniej pielęgnują ogrodnicy. Na ogrodzonym parkingu dla lokalu są zarezerwowane 2 miejsca parkingowe. Parking widać z okna.
Dzięki agentce nieruchomości negocjacje, choć zażarte nie były specjalnie uciążliwe. Pan, który kupował nasze mieszkanie ma duże doświadczenie w interesach i tak to wszystko urządzono, ze formalności skończyły sie na podpisaniu 2 aktów notarialnych. W akcie kupna nowego mieszkania Alicja jednocześnie podarowała mieszkanie Tomkowi. Bardzo obniżyło to koszty całego przedsięwzięcia.
No i teraz na razie na papierze meblujemy i urządzamy ursynowskie mieszkanie. Każdy już wie, co chce mieć w swoim pokoju. W salonie będziemy spać, bo żadne z nas nie poświęci osobistej przestrzeni na sypialnię, zresztą spanie w większym pokoju jest zdrowsze. Dwa tarasy i ogród powiększają przestrzeń życiową.
Moja mama widząc co się dzieje wezwała mnie na poufną rozmowę. kazała mi założyć sobie osobne konto w banku i przelała mi na nie jako darowiznę sumę wystarczającą spokojnie na całkowite urządzenie mieszkania zgodnie z naszą wolą. Zgłosiłam kwotę skarbówce, bo jakby nam łupnęli podatek, to strata byłaby spora. Zaprosiłam potem do lokum naszego rodzinnego speca od remontów i pana od okien ( jak mam myć 6 okien i 2 balkonowe, to niech to będzie prosta czynność a nie boksowanie się ze starymi skręcanymi trupami). Myślimy o takich miłych rzeczach jak dywany, lampy, bieżące metry pólek potrzebne na nasze zbiory książek i szat, gdzie będą wisiały szczotki do podłogi, czy zmieści się w jakimś kącie komoda i czy wymalować ciemnawe pokoje nową, lepiej odbijająca światło farbą od Duluxa, czy zwykłą Jedynką. Myszkuję już  po sklepach meblowych, jutro się wybieram do Komfortu popatrzeć na dywany. I mamy zabawę po pachy.



A Kretce się bardzo podoba ogródek. Już wykopała dziurę w trawniku. 

Zabawa klockami

Chodziłam z Tomkiem do liceum, zatem należy przypuszczać, ze przedtem chodził do podstawówki, a jeszcze wcześniej do przedszkola. Misia jednak nie może w to uwierzyć. Jej zdaniem Tomek urodził się już dorosły i bardzo mądry. O ile nieprzyzwoite przedszkolne wierszyki mój mąż potrafi nam prezentowac o każdej porze, o tyle każda inna czynność zalatująca wychowaniem przedszkolnym budzi w nim odrazę. Nie cierpi tańców towarzyskich, śpiewa okropnie i wnioskuję, że rytmika była przezeń znienawidzona. Podobno bardzo szybko nauczył się czytać i przedkładał to zajęcie nad typowe przedszkolne zabawy. Jest jeszcze w rodzinnym archiwum jakieś jego zdjęcie w przedszkolnej piaskownicy, jednak jego mina na tym zdjęciu - na którym inne dzieci bawią się z pełnym zaangażowaniem - mówi, że trafił tu zupełnie przypadkiem i nie czerpie z tej piaskownicy ani trochę radości. Podobnie chyba było z klockami. Sądzę, że potrafi z nich ułożyć wieżę i pociąg.
Trudno powiedzieć o moim mężu, że ma jakieś braki rozwojowe. Panuje nad czasem i pieniędzmi, zna kilka obcych języków, łacinę Rzymian też, doktorat z trudnej dziedziny prawa napisał i obronił za granicą w bardzo młodym wieku i rekordowo krótkim czasie. Bystry jest do bólu, pamięta wszystko, co przeczytał, umie z wiedzy korzystać, więc trochę się zdziwiłam, gdy mi kiedyś wyznał, że standardowy duży test Wechslera napisał jak ktoś z ograniczeniem umysłowym. Ja tam Wechslera zrobiłam całego bezboleśnie, a przy Tomku czuję się czasem jak imbecyl. Nie drążyłam tematu, ale im dłużej żyję z Tomaszem, tym bardziej widzę, że to narzędzie pomiarowe miało jednak coś istotnego do przekazania. 
Tomek jest zagubiony w przestrzeni. I sprawny inaczej w dziedzinach wymagających wiedzy technicznej.
Nie bardzo wie, ile to jest metr. 2 lub 3 metry to już abstrakcja. A jak wyglądają 2 metry i 3 metry razem stanowi kompletną tajemnicę.
Można z tym żyć, ale bywa niewesoło. Samotnie i w bólach uczył się parkowania i do dziś nie wierzy, ze da radę zaparkować na standardowym miejscu parkingowym pod supermarketem. Te miejsca są wyznaczone w jednakowych odstępach, a zdarza nam się krążyć mijając mnóstwo pustych okienek, nim Tomasz zdecyduje w którym jednak nasz krążownik szos się zmieści. Zdaje się, że ma to coś wspólnego z wysokością samochodów parkujących obok.
Prawdziwy horror przeżyliśmy skręcając wspólnie stół kupiony w Ikei. Małżonek przyniósł paczkę do domu i nim zdjął z siebie palto rozerwał na środku salonu opakowanie i na oślep zaczął przykładać do siebie różne elementy. Obrazkowa instrukcja zrozumiała rzekomo dla każdego człowieka na globie była dla niego nie do rozczytania.  Klął, groził, że pozwie Ikeę do sądu - bo takie robi badziewne stoły - a ja podawałam mu po kolei części mebla i stosowne śrubki, pokazując gdzie ma je wkręcić. W przerwach między wkręcaniem tych śrubek Tomek siedział na podłodze i klnąc bardzo głośno monotonnie kiwał się w przód i w tył. Tak zastała nas Misia. W końcu stół został złożony, ale Tomek go nienawidzi. Ponieważ los jest złośliwy, właśnie ten stół jest teraz jego miejscem pracy. 
Mamy w planach zamianę mieszkania na większe i trzeba będzie nowe mieszkanie umeblować. W Ikei. niestety, bo na Ikeę nas stać. Na meble w Desie nas nie stać. Jest jasne, że trzeba będzie zamówić serwis składający te meble w domu.
Tomek lubi mieć jasno zaplanowaną przyszłość. Lubi wiedzieć kiedy pojedzie na wakacje, kiedy pójdzie do dentysty i co ma załatwić w piątek, a co w poniedziałek. Teraz, wiedząc, że ma pierwszy raz w życiu mieć pokój wyłącznie dla siebie porwał mnie do Ikei w celu zaplanowania tego pokoju. Wkroczył tam pełen nadziei. Po godzinie oglądania sklepowych aranżacji i złożonych mebli był tak skołowany i zrozpaczony, że aż mi go było żal. I było mi trochę wstyd. Aranżacje mu się podobały, ale pojedyńcze meble już nie. Biurka były za małe, szafki na książki za mało pojemne, fotele za małe na niego a za duże do pokoju. A wszystko na dodatek było byle jakie. Sfrustrowani i wsciekli wróciliśmy do domu kłócąc się zawzięcie.
Kłociliśmy się jeszcze w domu, już zanosiło się na ciche dni, gdy wpadłam na prosty pomysł. Z miarką w ręku policzyliśmy, ile książek ma mój miły mieć w gabinecie. Wyszło, że 27,5 metrów bieżących. Przeliczyłam to na standardowe regały i błysneło mu światełko w tunelu. Zarządał planu swojego pokoju. Wykonałam plan. Zaczął ustawiać wirtualne meble w tym narysowanym pokoju. Znowu było coś nie tak - a to skala się pomyliła, a to fotel wyszedł szeroki na 25 cm. W końcu wyciął sobie szablony mebli z papieru, uwzglednił wysokość ścian i było już z górki.
A trzeba się było bawić w przedszkolu klockami.
Misia przytomnie zauważyła, że na szczęście Tomek ma żonę biegłą w metrach bieżących, metrach sześciennych i technicznych aspektach mebli i domowych instalacji. Taką, która w przedszkolu bawiła się klockami z upodobaniem.


Kretka i amstaffy




Kretka niebawem skończy trzy lata. Do wieku mniej więcej dwóch lat zupełnie nie wykazywała poza niesłychanym do mnie przywiązaniem i pracowitością psychicznych cech niemieckiego teriera myśliwskiego. Zajrzyjcie sobie na dowolną stronę o jagdterierach a dowiecie się, że to wcielone diablęta, dziki pożerają na śniadanie, gryzą obcych, domowników stawiają pod ścianą, tolerują jedynie swojego wybranego pana, rozbójniki, pracoholiki i do hodowania w rodzinie się nie nadają.

A moja suka to ciapek. Z nikim nie wojuje, jak ktoś zabierze jej piłeczkę, to niech się nią bawi, w końcu pańcia ma worek piłeczek, nie ma się o co awanturować. Małe dzieci lubi, starsze panie lubi - przyjaciółka wszystkich psów i wszystkich ludzi. Nawet listonosza kocha.
I była sobie taka spokojna i opanowana, wiecznie uśmiechnięta i zajęta własnym kształceniem (nauką nurkowania na przykład) aż skonczyła dwa lata.
Zmiana była subtelna. Dawniej każda koleżanka mogła przejąć jej piłeczkę rzuconą przeze mnie i Kretka spokojnie ją oddawała. Bera - również jagdterierka podnosiła o pól centymetra lewą górną wargę, pokazywala czubek kła i piłeczka była już jej. A teraz suki dobiegają do piłki razem i Bera nawet nie próbuje jej podnieść z trawy. Bez pokazywania kłów Kretka ustanowiiła dominację. I to wszystko.
I bawiła się psia zgraja na trawniku pewnego niedzielnego poranka w zgodzie i poszanowaniu własnych piłeczek, aż przyszedł jakiś facet z amstafką. Przyglądali się psim zabawom z daleka, aż w końcu młodzian spuścił swą sukę ze strasznej smyczy, żeby sobie piesek pofiglował. Piesek figlował jak to amstafy bez wykształcenia mają w zwyczaju. Porwał Kretkową piłkę, a gdy Kretka chciała ją zabrać straszna suka stanęła na szeroko rozstawionych nogach, zjeżyła się, pokazała kły az do dziąseł, nos podjechal jej między oczy i z głębi gardła warknęła "zabiję cię!". Kretka popatrzyła na nią zdumiona, wywaliła ozór, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała "żartujesz".
Amstafka powtórzyła groźbę z paskudnym grymasem. Kretka przechyliła łeb i widać było, ze myśli "odbiło ci, czy jak?". Amstafka wyglądała jak furia. Trzeci raz okazała zgryz i tak warknęła, że aż sie opluła. Jej pan obserwował to spokojnie - ona się tylko tak bawi - oznajmił mi. Kretka zrobiła się jakby wyższa, oczy się jej zwęziły a uszy powędrowały na czubek głowy. Widać było, ze mówi "jesteś pewna, że wiesz, co robisz?". Amstafka była pewna "zabiję cię!!!" warczała czwarty raz i natarła na Kretkę z zębami. Ale nie mogla wcelować. Pozornie niedbałe skoki mojej psinki były bardzo podobne do techniki uników Muhammmada Ali na ringu. Wygladalo to na kpine z silniejszej, masywniejszej przeciwniczki. Amstafka powtórzyła piaty raz " zabiję cię!!!". I wtedy Kretka odpowiedziała:"nie prawda, to ja cię zabiję i nie bedę się z tym tak guzdrać jak ty". Pokazała uzębienie, przy którym amstafie zęby wygladają jak koraliki na sznureczku, nos podjechał jej między oczy, wydała z siebie dźwięk, jaki w filach grozy przysługuje najgorszym potworom, rzuciła się przez bark między amstafie nogi i już już miała rozerwać suce brzuch, gdy własciciel tejże porwał ją na ręce i uciekł.
Towarzystwo na trawniku patrzyło na to zdumione. A Kretka wzięla swoją pomarańczową piłeczkę, położyła mi pod nogami i poprosiła jak zwykle "no rzuć!".
Jagdteriery się bardzo łatwo uczą. I mój się właśnie nauczył, że amstaf to taka odmiana miejskiego dzika. Jakby co , to ona jest w końcu od dzików specjalistką.

Dziś Kretka ma prawie osiem lat. Jest spokojna, zrównoważona, kocha dzieci, starsze panie i piłeczki. Nie napada na psy i nie wzruszają jej niczyje warkoty, wygodnie mieć takiego psiaka i wiedzieć, że jakby co, to sobie poradzi. A mimo to nikogo nie straszy.

Ostrość wzroku



Mam ostatnio niejakie problemy z haftowaniem, ze względu na ostrość wzroku. 

Rozumianą dwojako.
W aspekcie czysto fizycznym chyba coś jest nie tak z moimi okularami. Noszę modne progresy i to jest trzecia para jaką mam. Felerna para. Obie poprzednie były świetne, nie musiałam się przyzwyczajać, nałożyłam u optyka wykonane szkła i było OK. Widziałam na odległość, widziałam na dystans średni i widziałam co czytam i co haftuję. Te są jakieś inne. Może to wina modnej, wąskiej oprawki odcinającej część pola widzenia? Może wzrok mi się aż tak przez rok popsuł? Fakt, że bez szkieł a nawet w okularach od kilku miesięcy nie mogę przeczytać ulotki leku, wyjąć sobie kolca z dłoni ani precyzyjnie nałożyć makijażu. (Może ktoś mi poradzi jak się malować w okularach?). Przesuwam te okulary wyżej i niżej na nosie i nie mogę osiągnąć z nimi porozumienia. Jasne, że na ten aspekt ostrości widzenia pomóc mi może jedynie okulista.
Drugi problem to niesłychana ostrość widzenia wszelkich robót do wykonania na cito, uniemożliwiająca spokojne zajęcie się ulubionymi zabawkami. Widzę koty kurzu i muszę je usunąć, bo je WIDZĘ. Widzę warstwę piasku na parkiecie, widzę poziom napełnienia kosza na brudną bieliznę, widzę wysychające 2 x dziennie kwiaty w skrzynkach na tarasie, widzę nieszczęśliwy wzrok Kretki błagającej o dłuuuuugi spacer, widzę zbłąkanego, pięknego rasowego gołębia, który pada z głodu i pragnienia, a wszyscy go przeganiają, żeby nie zafajdał im balkonu, widzę mnóstwo rzeczy, które muszą być załatwione już natychmiast i kradną mi czas i koncentrację. I miotam się, bo chciałabym sobie poczytać, pohaftować, pomalować, a tu obiad, Kretka, trawnik, gołąb, mężowska marynarka, pościel do zmiany, serwetki do ukrochmalenia i uprasowania, dobrobyt w lodówce piszczy, kartofle wyszły i same nie przyjdą itd itp itd.
No i co tu robić? na to okulista nie pomoże.

(2012 - problem okularowy został rozwiązany, pozostałe niestety nie)

Pan Hrabia


Mieszkanie na Starym Mieście zasiedliła rodzina Tomka w 1953 roku. Od tamtej pory było okazjonalnie malowane, popaczone okna administracja wymieniła na jeszcze gorsze w późnych latach osiemdziesiątych,  we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zmieniono instalację CO i z remontów to by było na tyle. Kiedy w końcu zebraliśmy się w sobie - i kasę na koncie - aby doprowadzić je do porządku, mama poleciła mi fachowca, który ponoć umiał zrobić wszystko. Pewnego niedzielnego popołudnia w sierpniu odwiedził nas niewysoki starszy pan, rozejrzał się dookoła, pooglądał krany, stary piec, łazienkę o urodzie dworcowej toalety za Gomułki, liczniki, ściany i całą resztę. Miauknęliśmy, ze chcielibyśmy mieć nieco czyściej, opowiedziałam mu o moim projekcie tejże łazienki, popatrzył zainteresowany i powiedział, że da się zrobić. I że w takim razie od poniedziałku przyjdzie z chłopakami. A teraz sobie pójdzie, bo mamy co robić. To - powiódł rękę wokół wskazując nasz ruchomy majątek - trzeba gdzieś schować. Zrobiliśmy co w naszej mocy wynosząc majątek na korytarz  i okręcając to, co zostało na miejscu folią malarską.  Następnego dnia o 8 rano wpadła do mieszkania pod wodzą majstra horda krzepkich młodzieńców z Pragi i Ukraińców zatrudnionych okazjonalnie i zaczęli robić demolkę. Dezintegracji uległo niemal wszystko. Drzwi wyleciały z futryn a futryny ze ścian. Niejaki Pan Dareczek osobiście wyrwał ze ścian w łazience żeliwną wannę i zniósł ją do śmietnika. Przez trzy tygodnie z naszego mieszkania wynoszono gruz workami, diaks warczał i pylił, sąsiedzi płakali, dozorczyni klęła a my musieliśmy to wytrzymać. Gdyby nie głównodowodzący wszystkim mistrz, pan Jacek, pomarlibyśmy ze stresu. Jego trzydziestoletni volkswagen ogórek dzielnie dostarczał materiały budowlane i zabierał gruz, jego robotnicy byli pilnowani, ale traktowani z szacunkiem, wszystkie ważne prace, takie jak spawanie miedzianych rur, instalacja elektryczna czy  montowanie drzwi mistrz robił osobiście. Wszystkie odłączania i przyłączania prądu i gazu odbyły się legalnie, nowy Junkers dostał pieczątkę do książki gwarancyjnej. Prace elektryczne, hydrauliczne, gazowe i wykończeniowe odbywały się składnie, zaopatrzenie było na czas, a potrzebni fachowcy spoza ekipy pana Jacka znajdowali się w polu robót, kiedy byli potrzebni.  Na dodatek pan Jacek miał niesłychane poczucie humoru. Tytułował nas różnie, a to Panem Dziedzicem , a to Panem Baronem. O mało nie umarłam ze śmiechu, gdy przymierzając sedes do kompletnie pustej łazienki bez tynku zaprosił mnie tak:" pani Baronowa raczy spróbować, czy mebel dobrze stoi". No i po tygodniu już mówiliśmy do niego Panie Hrabio. Ku obustronnej radości. Ekipy remontowe mają to do siebie, ze okropnie bluźnią. No bo jak się do takiej psia mać rury po imieniu nie powie, to się taka i owaka nie da zamontować.  Tak też było i przy naszym remoncie. Przez sześć tygodni przeszłam taką szkołę w tej dziedzinie, że długo bałam się odezwać przy ludziach. Łatwo mi się jakoś słówka wyrywały...

Ale poza tym nie odnieśliśmy żadnych szkód, a wręcz przeciwnie. W sześć tygodni slums zmienił się w wypicowane mieszkanko z śliczną funkcjonalną łazienką, drzwiami, instalacjami wszelkimi położonymi mądrze i pod tynkiem, z gładkimi ścianami i pojemną garderobą.  Inni lokatorzy naszej kamienicy takie remonty robili pół roku! Z panem Hrabią rozmawiało się jasno i konkretnie, pojawiające się problemy rozwiązywał sprawnie i fachowo, gdy trzeba było wiózł nas do marketu po materiały, co mogliśmy kupić sami, kupowaliśmy. Rachunki były przejrzyste, cena całości do przyjęcia.
Nic więc dziwnego, ze gdy teraz kupiliśmy mieszkanie, zaprosiliśmy pana Hrabiego do współpracy. Przyszedł, popatrzył, posłuchał, co byśmy chcieli zrobić, powiedział, ze pewnie cuda wyjdą  przy bliższych oględzinach (miał rację) i 10 kwietnia przyjechał do nas z kolegą, starszym panem, mechanikiem precyzyjnym.  Ekipy młodzieńców, których z wielką cierpliwością szkolił - oj, trzeba było do tego wiele cierpliwości- wyjechały do Irlandii, ale pan Hrabia na saksach już był i się nie wybiera.
Wymienił zamki w drzwiach, przerobił drzwi, z kolegą elektrykiem tydzień rozkuwał przedziwną, wykonaną własnym sposobem instalację elektryczną, założył lampy, powymieniał wszystkie niebezpieczne wyłączniki i gniazdka, wymontował bicze wodne i pisuar, odkorkował rury, założył wannę, dopilnował malowania i uzupełnienia kafelków w łazience, zrobił ekran na wannę i ekran szklany do prysznica, załatwiłł firmę gazowników, żeby instalacja gazowa była ok - bo nie była - pomógł skręcać meble, zrobił przegląd hydrauliki, założył oczko wodne w ogródku, pociągnął dwie linie internetu i na koniec jeszcze zorganizował nam przeprowadzkę dużych mebli, które nie weszły do skody.  I to wszystko w miesiąc. Jak zwykle nic nie popsuł a wszystko naprawił, jak zwykle bawiliśmy sie setnie jego powiedzonkami i dowcipami i ponownie słówka niecenzuralne wymykają mi się dość łatwo. Tak jak uprzednio z anielską cierpliwością traktował chłopaków z Pragi, tak teraz pilnował nas i swojego kolegi.  Choćby nie wiem co się działo, gdy ktoś wołał o pomoc biegł natychmiast z odsieczą.
Przepadam za panem Hrabią. Na przyszłą wiosnę jesteśmy umówieni na budowę tarasu kuchennego, obecny taras jest już bardzo spróchniały.
Dziwiłam się skąd pan Hrabia ma tak rozmaite talenty. Nijak nie da się go porównać z innymi fachowcami w dziedzinie remontów. Sprawa jest prosta. Pan Hrabia jest wykształcony. Przywykł do używania rozumu. Nim coś zrobi najpierw pomyśli. A kiedy powie "o mamusiu" albo "tragedia narodowa", znaczy, że już wie jak zagadnienie ugryźć. Jest fizykiem, kierował dawniej laboratorium doświadczalnym na Politechnice Warszawskiej. Potem przymuszony koniecznością - znaczy dla pieniędzy - zajął się tym, co lubi, czyli remontami. I zamiast robić doktorat fantastycznie remontuje ludziom mieszkania. 


Wychowanie teriera


Podczas kiedy my planowaliśmy, malowaliśmy, nadzorowalismy i decydowaliśmy o kształcie nowego mieszkanka Kretka buszowała w ogródku. Brykała, kopała, wyrywała korzenie i skakała ze szczęścia. I musiała zranić sobie pazur. Zaczęła któregoś dnia oszczędzać jedną łapę. I tak oszczędzała, oszczędzała, aż zaczeła znów chodzić na trzech. Jedna wizyta u lekarza, druga, trzecia, w końcu chirurg, antybiotyk, zrywanie pazura, perspektywa amputacji ostatniego członu palca w prawej łapie. Chirurg znał sie na rzeczy, stan zapalny zgasił, ale obserwując nas obie zaproponował mi opisanie, jak się wychowuje jagdteriera, żeby był takim uroczym zwierzakiem.

Nie wiem, czy mam w tej sprawie wiele do powiedzenia. Moje przemyślenia nie spodobaja się nikomu, kto chce psa kupić w prezencie, nikomu, kto się zwierząt brzydzi albo boi i nikomu, kto z czystym sumieniem twierdzi, ze "teriery są złośliwe". No i tym, co nie maja czasu też się to nie spodoba.
Bo odpowiedzialne manie psa bardzo niestety przypomina manie dziecka. Chomika czy mysz mozna wpuscić do klatki, dać jeść i pić i kołowrotek do biegania i sobie zwierzak będzie tak siedział. Jak zdziczeje, a nawet zwarjuje z samotności to i tak nie bedzie widać przez szybkę. Z psem, a z terierem szczególnie, tak sie nie da zrobić. Kto kupuje sobie takie zwierzę, decyduje sie na wieloletnie współżycie z inteligentnym, bystrym i bardzo żwawym zwierzęciem, do którego niestety ( tak samo jak do dziecka) nie dołączono instrukcji obsługi.
Posiadacz szczenięcia zdany jest w kwestiach wychowania na własne obserwacje, zmuszony do prawidłowej interpretacji zachowania dziecka obcego gatunku i reagowania w taki sposób, by stworzonko go rozumiało. Nie działają zupełnie krzyki "zbiję cię" ani twierdzenia "to zwierzę jest złośliwe". Dla pocieszenia powiem, ze to dziecko ma przed sobą podobne zadanie - ono też musi się nauczyć interpretacji naszych zachowań, bo mowy przecież nie rozumie, rozumie ton.
Zjawia się w naszym domu mały zwierz i zaczyna się zabawa. Jasne, ze musi jeść i pić, jasne, że musi mieć swoje miejsce. Ale czy tylko jedno miejsce? Kretka ma koszyk, psie miękkie łózeczko i kilka foteli do dyspozycji. I nasze łóżko. Kto sądzi, że psu do łóżka wchodzić nie wolno, niech dalej nie czyta.
Każde zwierzę, czy to gęś, czy mysz, czy kot, czy hiena wiedzą, ze dziecko pozostawione samo sobie bez opieki zginie niechybnie. Tylko człowiek dla własnej wygody zostawia niemowlęta w osobnych, odległych pomieszczeniach, żeby mu nie przeszkadzały, nie zawracały głowy i dały sie wyspać. A małe stworzenie ma atawistyczny lęk przed samotnością. Wie, że samotność jest niebezpieczna. Wie, że jest małe, bezbronne i może przyjść z ciemności jakieś złe i je zjeść. I płacze godzinami nawołując opiekuna. I dlatego ani dzieci, ani szczeniąt nie powinno sie zostawiać w nocy samych.  Wygodniej jest moim zdaniem wziąć gada ze soba do łóżka, niż tkwić po nocach przy jego posłanku. Zanim sie to jednak zrobi trzeba stworzenie odrobaczyć i wykąpać - łóżko to łóżko. 
Takie postępowanie biegiem przekonuje nowoprzybyłego, kto jest teraz jego stadem i rodziną. Maluch przytula się do nóg i śpi jak anioł. A jak się zaczyna kręcić, to znak, ze pora wyskakiwać z betów i gnać na trawnik. Przez pierwsze kilka miesiecy wygodnie jest spać w dresie. Kto  śpi z psem szybko przywyka do częstego kąpania go - trudno znieść w łóżku smolucha, smoluch uczy się zaś, że właściciel może zrobić przy nim wszystkie czynności obsługowe z myciem zębów i czyszczeniem uszu i łap włacznie.
Kiedy tylko małe stworzenie może wychodzić na spacery, należy zabierać je ze sobą wszędzie, gdzie się da. Szczeniaka wpuszczają wszędzie, bo jest malutki, śliczny i można go trzymać pod pachą. I należy to wykorzystać.  Psu, podobnie jak człowiekowi do dobrego zachowania potrzebne jest doświadczenie życiowe. Trzeba się zatem nauczyć jazdy autobusem, pociagiem, tramwajem i samochodem, chodzenia po chodniku miedzy ludźmi, czekania na światłach, chodzenia na smyczy, uważania na szklane drzwi, żeby w nos nie uderzyły, czekania przed sklepem i biegania po trawnikach. A Pani lub Pan nie powinni mieć oprócz psa siedmiu siatek z zakupami w rękach i niewygodnych butów. Bo czasem trzeba kucnąć i psiaka uspokoić, czasem trzeba go wziąć na ręce, czasem pogłaskać. I lepiej niech nam wtedy z siatek nie wylatują jajka ani kilo schabu bo nie powstrzymamy niecierpliwości. 
Obserwowałam pieska od małego bardzo czujnie. Jak demonstruje emocje, jak wygląda kiedy jest zmęczona albo źle się czuje, jak się lubi bawić, jak się zachowuje w stosunku do inych psów i ludzi. Zachęcałam, osmielałam i próbowałam sobie wyobrazić, co dzieje się w tym małym łebku.
Zauważyłam, ze większośc sytuacji, w których odczytujemy zachowanie psa jako złośliwe lub niegrzeczne wynika z naszego nieprzygotowania do sytuacji, a nie ze złosliwych intencji psa. On nie rozumie, że nam sie spieszy, bo musimy to i tamto i owo i dziesiąte. Skoro jesteśmy na spacerze to jesteśmy na polowaniu, nie może być ono za krótkie! 
Jeśli nie masz czasu, trzeba było wyjść wcześniej, albo nie mieć teriera. I tyle.
Kolejną niesłychanie ważna dla psa sprawą jest porządek dnia. Ma być wiadomo jaki i zachowywany. Dla ruchliwych ras spacer jest rzeczą świętą. Spacer, czyli długie przebywanie na dworze połączone z bieganiem, skakaniem i kopaniem nor, a nie dreptanie na smyczy choćby godzinami. Chcesz mieć teriera, to sprawdź, czy masz gdzie chodzic z nim na spacer. Teren nie musi byc Bóg wie jak wielki, ale pies musi mieć możliwość przebiegnięcia na nim swoich kilometrów w atrakcyjny sposób. Jeśli dopilnujesz pory spacerów, Twój terier na widok smyczy będzie fikał kozły ze szczęścia. Wybiegany i najedzony pies może spokojnie zostać w domu sam i tego też trzeba go uczyć wcześnie. Jeśli jest niewybiegany, to tak pohula po domu, że Wam w pięty pójdzie. Jak sobie z tym radzić opisano w setkach książek, nie ma sensu ich tu przytaczać.
Po jakimś czasie właściciel orientuje się, ze rytuały spaceru, karmienia i spania są bardzo przyjemne. Godziny spędzone na zabawach nie są czasem straconym. Wypoczywamy, dotleniamy sie, możemy spokojnie pomysleć, bo psy nie są gadatliwe i nie zakłócaja paplaniną toku myślenia własciciela. I im wiecej spędzamy razem czasu, tym lepiej się znamy i rozumiemy, tym szybciej odczytujemy wzajemnie nasz jezyk ciała, czego wszystkim właścicielom psów serdecznie życzę. 

13 lat państwa Aleksandrowicz


3. marca 1995 roku o godzinie 14.44 wynioslam się z małzeństwa nr 1 i od tego czasu mieszkam z Tomkiem. Mija nam właśnie 13 rocznica bycia razem. To dłużej niż trwały nasze poprzednie małżeństwa. (dziś to już ponad 17 lat razem)

Jak się kochają państwo Aleksandrowicz? 
Jak jeże - ostrożnie.
Wygląda na to, że wyciągnęliśmy oboje wnioski z poprzednich związków i na głowie stajemy, żeby nie uprawiać pospolitych małżeńskich gierek niszczących związek na pył i proch. Jesteśmy zupełnie różni - on teoretyk, ja praktyk, on lubi historię, politykę i nauki społeczne, ja wolę biologię, medycynę, języki obce i sztuki piękne. On nie wie ile to jest 5 metrów, ja nie wiem co to jest linia Maginota i co właściwie zrobił Ghandi, który wielkim człowiekiem był. On czyta namiętnie cyberpunk, ja horrory Kinga i poezje. On tonie w "Nowym Państwie", za mną wleką się niteczki. On ma pudła papierów, ja mam pudła tkanin, mulin, tamborków i igieł, aparaty fotograficzne, pudła kredek i sztalugi. Księgi szpiegów, rozprawy polityczne, prawne kodeksy i tajne służby zgodnie stoją na półkach obok podręczników photoshopa, zbiorów hafciarskich ściegów w rozmaitych językach, książek kucharskich, stosów kolorowych pisemek z wzorami, albumamów z reprodukcjami i podręczników medycznych. On lubi kuchnie polską, ja tajską. No ogień i woda.

Ale mamy coś wspólnego, co daje nam stabilność i jasną perspektywę. 
Mamy niemal identyczną rodzinną historię.
Nasi dziadkowie ze strony ojca byli w naszym życiu nieobecni. Ojcowie też znikli z niego bardzo wcześnie. Naszymi opiekunami i mentorami byli mądrzy dziadkowie ze strony mamy. W czasie wojny mój dziadek siedział w oflagu, a jego dziadek w KZ. Nasze babki spedziły wojnę i okupację dbając o dzieci i byt, co zrobiło z nich twarde, żelazne baby. Obie w dzieciństwie wychowywane były przez zakonnice, co nadało obu rodzinom charakterystyczny antyklerykalny rys.
Nasze samotne matki użerały się z nami, własnymi rodzicami i koniecznościa stałego dorabiania, bo pensje były jakie były. Wychowaliśmy się w środmieściu wielkiego miasta. W naszych rodzinach żyło się bardzo podobnie. I dlatego mamy pewnie w zasadniczych sprawach poglądy jednakowe. Nie musimy się kłócić o sprawy zasadnicze. 
Wiadomo, że na wakacje się jeździ i już. Nie w ciepłe kraje, ale za to kilka razy do roku. Wiadomo, że okulary sie kupuje jak się wzrok zmienia, a nie jak stare oprawki się rozlecą.
Niedzielne poranki spędzamy z prasą z całego tygodnia i kawą, a nie w kościele.Nie urządzamy hucznych przyjęć z okazji imienin i urodzin, a na spotkaniach towarzyskich jest dla nas ważniejsza rozmowa niż jedzenie. Święta spędzamy w rodzinnym gronie, a nadmiary finansowe zostawiamy w księgarni. Bez krzeseł i łóżka możemy się obyć, bez książek nie. Nie oglądamy telewizji od 16 do flagi, a jeśli któreś z nas sobie zaszaleje, drugie nie ma do niego szczególnych pretensji. Znamy miarę.

Tym razem uniknęliśmy mezaliansu. Mezalians  nie jest małżeństwem księcia z kopciuszkiem, tylko małżeństwem ludzi z różnych środowisk. 
Jeśli nie wiadomo, czy obchodzić wspólnie Chanukę, czy Boże Narodzenie; czy kształcić wszystkie dzieci, czy tylko synów; czy urządzamy rodzine imieniny i wesela na 30 fajerek czy małe kameralne spotkania, to musi iskrzyć.
Istotę mezaliansu pojęłam dopiero teraz.  Na starość robię się konserwatywna. :-)

wtorek, 27 listopada 2012

Przenosiny 10

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ząb



W styczniu 1995 roku jedna z moich górnych ósemek powiedziała, że dłużej się leczyć nie da. 
Dentystka nieskłonna do wyrywania jakichkolwiek zębów, lecząca ofiarnie ostatnie spróchniale pieńki, o ile miały nadający się do wyleczenia korzenie poddała się. Musisz to wyrwać i już,  te korzenie są tak kręte, że nie dadzą się szczelnie wypełnić - powiedziała mi po którejś z kolei wizycie, podczas której próbowała ocalić trzonowca.

Wypisała skierowanie na Nowy Zjazd do Centrum Stomatologii i kazała mi tam jak najszybciej pójść. Poszłam, zarejestrowałam się i zaczęłam kombinować, kogo poprosić o towarzyszenie mi podczas tej okrutnej medycznej interwencji.

Mogłam poprosić męża nr 1, ale on się strasznie boi lekarzy, a dentystów szczególnie. I mogłoby się okazać, że zemdleje mi biedaczek w poczekalni i będę go musiała do Śródmieścia, albo co najmniej do autobusu taszczyć z tej przychodni na plecach.

Mogłam poprosić Tomka, z którym znajomość w owym czasie zaczynała się dość szybko klarować. Ale wtedy on pewnie taszczył by mnie do tego autobusu na plecach. A to było nie do przyjęcia. 

Poprosiłam więc o towarzyszenie mi Misię. Jasne było, że ani ona mnie, ani ja jej nie bedę nigdzie taszczyć.

W piekny, mroźny, roziskrzony i snieżny dzień, po lekcjach, poszłyśmy we dwie do Centrum Stomatologii. Wychodzac ze szkoły minęłyśmy na korytarzu męża nr 1, ktory sciskając pod pachą dziennik biegł na lekcję geografii do 5b. Życzył mi w biegu powodzenia i kazał być dzielną. W Centrum Stomatologii chyba wysiadło  ogrzewanie, bo cały personel miał na sobie swetry, polary, kamizelki, kurtki i czapki. Lekarze powciągali na to wszystko białe fartuchy, żeby się jakoś odróżniać od posiniałych pacjentów. 
Misia w poczekalni zajęła się jakąś pracą domową z historii, a mnie wzięto na męki. Wielka, chuda opatulona jak bałwan lekarka dała mi zastrzyk i zaczęła rwać ten ząb. A ząb ani drgnął. Ciągnęła, ciągnęła jak ten dziadek rzepkę. Ząb się ułamał. 
Założyła cęgi od nowa i znów ciągnęła. W końcu zaczęła się rozbierać, ciepło jej się zrobiło. Po jakimś czasie wezwała na pomoc drugą lekarkę i pielęgniarkę. Siedziałam spokojnie, bo znieczuliły mnie na trupa, ale z nich trzech lał się pot, gdy w końcu założywszy dźwignię na sąsiedniej siódemce po 45 minutach ciężkiej pracy wyciagnęły po kawałku z mojej szczęki tę straszną, ósemkę.
Poszłyśmy z Misią do domu. Jak ten koń w kieracie wykonałam jeszcze szybko obiad dla męża nr 1 ( schabowe są szybkie, nieprawdaż?) wzięłam z zamrażarki worek fasolki szparagowej, zawinąwszy go w sciereczkę przytuliłam sie doń stosownym policzkiem i poszłam spać.
Mąż nr 1 wrócił z pracy  i zaczął mnie szukać po mieszkaniu.  Chyba sie jeszcze nigdy nie zdażyło, żebym sie w dzień położyła do łóżka. Zapalił swiatło, krzyknał - Co na obiad? I dopiero mu sie wtedy przypomniało jakie miałam plany na ten dzień.
Nie uznałam za stosowne niczego mu tłumaczyć. Podałam mu obiad. Popatrzyłam, jak mu smakowało a potem poszłam z psem na wyjatkowo długi spacer. I dotarło do mnie w końcu, że ten facet mnie na pewno nie kocha. Potrzebuje miejsca do spania, obiadu, kobiety, ale ja go nie obchodzę ani trochę.

Żadne z nas nie przypuszczało, że nasze małżeństwo potrwa jeszcze raptem 6 tygodni i cztery dni....


Poskramianie demonów


We wrześniu 1988 roku poszłam do pracy i jako młoda pani od nauczania początkowego dostalam I klasę. Dzieci w niej były może nieco żwawsze niż przeciętnie, ale wiadomo, że młody w pracy musi swoje odpękać. Odpękiwanie obejmowało również prace na II zmianę. Zaczynaliśmy zajęcia przed 11, kończyliśmy 15.10. Na dodatek karierę zawodową zaczęłam od trzech tygodni zwolnienia z powodu salmonellozy. Inne pierwsze klasy poznały już szkolny reżim, a moja leżala odłogiem. Przez kilka następnych lat miałam w pokoju nauczycielskim ksywkę Salmonella.

Pewnego ponurego październikowego dnia dzieci były wyjatkowo niespokojne. Po prostu jakby sie wszystkie wściekły. Kłóciły się, przekrzykiwały wzajemnie, i dokuczały sobie okropnie,  jak złe osy. 
Wszyscy nauczyciele z pewnością wiedzą, o czym mówię. 
Były zmęczone i głodne. Wiekszość z nich wyszła z domu przed ósmą rano i przed ósmą zjadły śniadanie. Niejadki nie zjadły śniadania. Trafiły do świetlicy, gdzie czekały na zajęcia szkolne. Tylko kilkoro zjadło obiad w świetlicy i nie wszyscy mieli drugie śniadanie. Niejadki obiadu i drugiegio śniadania nie tknęły.
Każda matka wie, że głodny dzieciak zmienia się w okropnego bachora. A tu głodnych, zmęczonych bachorów było w klasie 30. Istne pandemonium!
Przyszła pora zaprowadzić dziecinki po lekcjach do szatni. Poprosiłam, by ustawiły sie parami przed drzwiami klasy. Szarańcza z wyciem rzuciła się do drzwi przewracając ławki i krzesła i podcinając sobie wzajemnie nogi. Ja też byłam głodna i zła. Na nich w szatni czekali rodzice, na mnie Misia w przedszkolu, zakupy i gotowanie obiadu. Poprosiłam dzieciarnię, by wróciła do ławek i wyjaśniłam zasady: wstajecie cicho z miejsc, bierzecie tornistry, stawiacie krzesła na miejsce i ustawiacie się bez słowa przede mną parami, najpierw rząd od ściany, potem środkowy, na końcu od okna. każdy wrzask, szuranie tornistrem, przepychanki, biegi i podcinanie nóg skutkują powrotem do ławek. Chyba nie wzięli mnie na poważnie. Po 25 powrocie całej klasy do ławek jakby sie uspokoili. W oczach błysnęło zrozumienie. Dzieci stały przede mną ustawione parami, ławki i krzesełka były w klasie ładnie ustawione. Niestety, przed nami było jeszcze 3 metry korytarza i 20 stopni do pokonania. Zapowiedziałam powrót do ławek przy jakichkolwiek próbach wyprzedzania się na schodach i biegu do szatni. Słyszałam już poirytowanych rodziców czekających na swoje pociechy pewnie ze 30 minut. Bo to wszystko trwało. Ale gdybym odpuściła, byłoby po mnie. Ktoś tu w końcu musiał dowodzić. I to nie siedmiolatki.
Z korytarza cofaliśmy się trzy razy, ze schodów jeszcze pewnie z pięć. W końcu dotarliśmy do szatni i rodzice odebrali swoje dzieci z rąk podłej wiedźmy. I wtedy pewien tatuś zaczął na mnie krzyczeć: To jest niedopuszczalne! My czekamy na dzieci prawie 40 minut! Tak nie wolno robić! Tak się z dziećmi nie postepuje! To sa małe dzieci! Ja jestem pedagogiem, ja uczę nauczycieli! Ja to wiem!!!

No i wtedy się zezłościłam naprawdę. To świetnie, że pan wie - odparłam cichym, scenicznym szeptem. - To znakomicie. Dali mi państwo pod opiekę głodne, źle wychowane, nienawykłe do karności dzieci i oczekujecie, że odbierzecie je ze szkoły zdrowe i całe. Jeśli pan uczy nauczycieli to ja panu zapłacę, a pan nam wszystkim pokaże - i mnie nauczy - jak bezpiecznie sprowadzić te dzieciaki w takim stanie z 20 stopni do szatni.
Nim skończyłam zdanie w szatni był tylko ten tatuś, jego grzeczna zresztą i bardzo zmieszana córka oraz ja. Wszyscy inni cichutko sie ulotnili.
Na następnym zebraniu z rodzicami zarządziłam arbitralnie zbiórkę pieniędzy na ciasteczka, a uzbieraną kwotę wręczyłam trójce klasowej z poleceniem kupna dużej ilości wysokoenergetycznych, nie psujących się łatwo ciasteczek bez czekolady. Następnego ranka dostarczono mi dwie wielkie torby wafelków z nadzieniem waniliowym. I jak widziałam, że ktoś w klasie ma objawy hipoglikemii to dostawał wafelka. Ciastka mieszkały w szafce, w której zwykle się trzyma zeszyty do sprawdzenia razem z moją grzałką, kubeczkiem i kawą.
Dzieciaki wkrótce przywykły do tego stanu rzeczy i jak ktoś był głodny to prosił o ciasteczko.

Wojowałam potem z dyrektorką i innymi nauczycielami, bo na moich lekcjach zawsze wolno było dzieciom jeść i pić. Jeśli ktoś kupił sobie coś w sklepiku, to mógł bez dławienia się skończyć posiłek na lekcji. Byle tylko nie kładł jedzenia na zeszycie i nie pluł na sąsiada. Nikomu to nie przeszkadzało. Ale opór innych pedagogów był wielki. Uporczywie gadali coś o szacunku i jego braku. A co to miało do rzeczy?

PS. Tytuł wpisu zapożyczyłam z książki Shirley Jackson pod tym samym tytułem

Pożeracze czekoladek

Z okazji Dnia nauczyciela i na koniec roku szkolnego uczniowie przynosili dawniej pedagogom kwiaty i słodycze. Koleżanka dalej praktykująca w nauczycielskim zawodzie, twierdzi, że te czasy minęły. 

Biedne kwiaty były najpierw składane przez dzieciaki w stercie na biurku, potem dzielone między personel szkoły, który zwykle nic nie dostawał: między woźne, sekretarki, intendentki itd. Potem były wiezione do domu, gdzie w wannie, kubłach i miednicach dokonywały krótkiego żywota.

Moja babcia miała frajdę roznosząc szkolne wiązanki swoim ulubionym sprzedawczyniom w okolicy.

Dla dzieci wręczane kwiaty były z zasady nieużytecznym, acz niezbędnym rekwizytem. Rzecz się miała zgoła inaczej, gdy wręczały nauczycielom bombonierki. 
Mój własny brat cioteczny, nieusłuchany i łakomy wsławił się wręczając nauczycielce bombonierkę, w ktorej nie było ani jednej czekoladki. Do szkoły miał spory kawałek i widać w drodze bardzo chciał spróbować łakoci. Wydłubał palcem w pudełku dziurę i nim doszedł do szkoły bombonierka była pusta.
Kiedy zobaczyłam, jakim wzrokiem jest śledzona przez jakiegoś głodomora wreczana mi przez innego ucznia bombonierka, natychmiast ją rozpakowałam i poczęstowałam chętnych. Kolejna została potraktowana podobnie i jeszcze jedna też. Do domu doniosłam tę, ktorej już nikt nie chciał (a może tylko się nie przyznawał) zjeść. I taki się u nas w klasie zrobił obyczaj. Imieninowe czekoladki też zjadaliśmy na poczekaniu. Później dzieciaki same przypominały mamom, że  bombonierka dla pani musi być duża, bo nas w klasie z panią jest przecież 31! 


Remont


Mieszkanie na Starym Mieście, wybudowane i zasiedlone w 1953 roku nigdy nie było gruntownie remontowane. Raz wymieniono w nim okna z nieszczelnych na nieszczelne, pod koniec lat 50 tych kuchnię węglowa zastąpiono gazową, kilkakrotnie je malowano, a na xylolicie kuchennym ( w którym więcej było xylo niż litu, czyli trocin niż cementu), naklejono płytki pcv. No i raz zmieniono instalację co. Wybudowane w warszawskim tempie Stare Miasto słynie z tego, ze nie uświadczysz w nim kąta prostego, lecz i tak jest miejscem czarodziejskim. 
Sprowadziwszy się na Podwale pomalowaliśmy ściany przeklinając gospodarnych budowniczych z lat pięćdziesiątych, używających do rekonstrukcji budynku spalonej cegły z Powstania Warszawskiego. Ile razy byśmy nie malowali ścian na biało, tyle razy z tej popalonej cegły wyłaziły brązowe zacieki i łaty na ścianach. Burczeliśmy również na Alicję, która chyba z 15 lat nie odnawiała ścian za to paliła jak smok. O ile pokojom malowanie pomogło, o tyle łazience w stylistyce kibla na dworcu w Zakopanem w roku pańskim 1972 byle kubełek z farba pomóc nie zdołał. Nic nie mogło pomóc piecowi gazowemu rodem z NRD, który miał tak zaklopsowany dopływ wody, że w końcu przestał się włączać. Nic doraźnego nie było w stanie wskrzesić instalacji elektrycznej. Co roku przed świętami, gdy wszystkie gospodynie prały, prasowały i piekły przewody elektryczne w kamienicy fajczyły się w ciemnych zakamarkach a administracyjny elektryk wypruwał je ze ścian i wymieniał po kawałku. W każdym pokoju było aby jedno gniazdko elektryczne bez uziemienia, w łazience gniazdka nie było wcale. Pralkę podłączaliśmy do przewleczonego przez wyborowaną w ścianie dziurę przedłużacza. Rozważaliśmy teoretycznie kwestię remontu, że konieczny, że trzeba... Aż w końcu w sierpniu 2001 piec umarł na zwapnienie rozlegle i nie było wyjścia. Zadzwoniliśmy do Pana Jacka. Pan Jacek przyszedł do nas w piątek, rozejrzał się, pokiwał głową i kazał poskładać rzeczy. Obiecał, że w poniedziałek rano przyjedzie z chłopakami.

Nie miałam pojęcia co nas czeka.

Ile mebli i książek się dało, tyle wynieśliśmy na korytarz. Sąsiad przechował je za kratą. Resztę zestawiliśmy na środek pokoju i zasłoniliśmy płachtami malarskimi. Nasze łóżko stanęło nagle na środku pokoju i też dostało narzutę z czarnej folii, to samo spotkało telewizor.
Ekipa pana Jacka w postaci kilku mocarnych chłopaków z Targówka i kilku chudych Ukraińców wpadła do nas w poniedziałek o ósmej rano i zaczęła demolkę. Z wielką wprawą i uciechą niejaki pan Dareczek osobiście i bez odkuwania wyrwał ze ścian żeliwną wannę i wyniósł ją z drugiego piętra na podwórko. Zawarczały diaksy, poszły w ruch młoty i wypruto instalację elektryczną i wodną. W łazience pozostały cegły na ścianach i rura kanalizacyjna stercząca z podłogi. Sajgon sie zrobił kompletny.


Tomek co rano wywlekał z worka foliowego garnitur i prawie na klatce schodowej wcielał sie w urzędnika Kancelarii Prezydenta. Wracając z pracy wyskakiwał z ubranka niemal na schodach i pakował ancug do tejże torby, aby odzież robocza od Bossa nie spotkała się aby z Cekolem ani akrylową farbą. Po 6 tygodniach chodzenia w tym jedynym garniturze w kółko ze złości go podeptał skacząc po nim z szaleńczym błyskiem w oku.
Mieliśmy sztywne włosy i szarą cerę. Spaliśmy w łóżku pełnym może nie gruzu, ale co najmniej piachu i Cekolu. Kąpiel braliśmy u przyjaciół na przeciwko. W chwilę po powrocie do domu znów przypominaliśmy murarzy.
Pierwotna instalacja elektryczna w naszym mieszkaniu składała się z jednego aluminiowego kabla ułożonego dookoła całego mieszkania. Zamieniliśmy ją na 200 metrów miedzianego przewodu ułożonego jako 7 osobnych linii, każda z uziemieniem.  Komputery i pralka mają niezależne zasilanie. W budynku instalacja była jeszcze stara, ale pan Jacek podszykował wszystko tak sprytnie, że przy wymianie kabli w całym domu podłączenie naszego lokalu zajęło może 20 sekund.
 
Zardzewiałe rury wodne zamieniliśmy na spawaną instalację miedzianą. W łazience, gdzie przedtem nie było umywalki zmieściło się wszystko co powinno w niej być. Prawdą jest, ze geometria łazienkowa przez kilka tygodni spędzała mi sen z powiek, ale teraz jest i wanna z dwoma prysznicami, i umywalka ( żegnajcie siniaki na udzie od waniennej armatury) kibelek najmniejszy na rynku i pralka w normalnych rozmiarach. Instalację gazową ze skręcanych na pakuły z towotem, pordzewiałych rur zamieniliśmy na spawaną. Majster od gazu nie pozwolił jej do niczego podłączyć, nim nie wykonał testów z piekielnym ciśnieniem na jej szczelność. Wyrzuciliśmy wszystkie stare szklone drzwi i założyliśmy nowe, pełne, drewniane. Nie wiem skąd ta moda na szklone drzwi wewnętrzne. Przecież jeśli ktoś zamyka za sobą drzwi, to znaczy, że chce być sam. Skutek jest taki, że na przeszklonych drzwiach wiecznie wiszą jakieś plakaty, słomianki i inne zasłaniacze zapewniające minimum intymności. W tych wszystkich czynnościach towarzyszyło nam radio. Telewizor był jak wspomniałam pogrzebany w czarnym worku.
 
I pewnego dnia, gdy ściany były już obdarte z farby a w łazience tylko sterczała z podłogi kiblowa rura bez wykończenia, radio zaczęło bardzo często podawać niepokojącą informację. O jakimś samolocie, Pentagonie. To samo w kółko, potem o drugim samolocie. I wtedy wrócił do domu Tomek. Zapytałam go co się dzieje, ale nic nie słyszał, nawet mnie ofuknął, że jakieś mu bzdury opowiadam. Nazwisko tego Araba na O i nazwę jego organizacji co prawda wymienił tak samo sprawnie jak spiker radiowy, doskonale wiedział o kim mowa, ale był pełen wątpliwości co do Nowego Jorku. Wyciągnęłam z wora telewizor. Włączyłam trzymając antenę w zębach. I na gruzach własnej kuchni zobaczyliśmy, jak w World Trade center wbijają się po kolei dwa Boeingi. Moja mądrzejsza połowa ze zgrozy zapomniała o ratowaniu Bossa przed Cekolem. Ukraińcom i panu Dareczkowi oczy się zrobiły okrągłe jak spodki.

Wieczór tego dnia spędziliśmy w radio. Tomek udzielał wywiadu i informował radiosłuchaczy, kto To jest Osama ibn Laden i al Kaida, a ja piłam herbatę z czystego kubka bez Cekolu w środku i bujałam się w wygodnym fotelu reżysera dźwięku. Nim skończyliśmy remont, nim nałożono nowe drzwi, kable telefoniczne i od kablówki pochowano w ścianach, pomalowano ściany na biało, przykręcono regały na książki, wzniesiono szafę z lustrem w przedpokoju i założono w łazience nowy piec, nie wspominając o kaflach, fugach i armaturze cały świat już znał na pamięć nazwisko tego Araba na O i nazwę stworzonej przez niego organizacji. I tylko nieliczni pamiętają, że to małe słówko w środku jego nazwiska to ibn, czyli syn, a nie żadne bin, co jak wiadomo znaczy po angielsku kosz na śmiecie.

A dog is not for Christmas, it's for life / Pies nie jest na Gwiazdkę, a na całe życie

Ilekroć słyszę, że ktoś chce kupić psa dziecku, bo ono bardzo chce, nie mogę się nadziwić ludzkiej naiwności. 

Psa może kupić dorosły człowiek sobie albo jako uzupełnienie swojej rodziny, na pewno nie wolno kupować stworzenia dziecku. Zwłaszcza, że posiadanie dziecka i psa tak bardzo się od siebie nie różni. Czy ktoś by dał dzieciakowi w prezencie... dziecko?
Widzę nieszczęśników w różnym wieku, którzy uczynili ten nierozważny krok i cierpią męki spacerów przy każdej pogodzie. Widzę amstaffy i pitbule wyprowadzane na krótkie siusiu przez kruche starsze panie i zupełnie nieodpowiednich tatusiów, którym odebrało rozum i kupili dziecku psa. Widziałam nawet żarłocznego beagla, który żwawo rwał po Wisłostradzie w poszukiwaniu wyrzuconych z samochodów jadalnych kąsków, a na drugim końcu smyczy biegła za nim mała dziewczynka halsując między samochodami. Pewnie dostała pieska na gwiazdkę.
Niestety, biorąc do domu psa trzeba się liczyć z mnóstwem osobistych  obowiązków i ograniczeń.
Na wakacje jedzie się tam, gdzie psy są mile widziane. 
Do domu przychodzi się na czas, żeby stworzenie nie pękło. Zupełnie jak z dzieciakiem, którego trzeba na czas odebrać z przedszkola.
Wasze fotele, łazienka a nawet talerze bywają pełne kłaków. W porze linienia kłaków tych będzie dużo. Nawet bardzo dużo. 
Zupełnie jak matki malutkich dzieci będziecie latami chodzić w strojach, na których nie znać plam. Być może wasze kieszenie i brzegi kurtek będą ponadrywane, a całe ubranie będzie miało charakterystyczny wzorek w łapki. But od strony psa będzie zawsze miał na środku odcisk psiej łapki. Zwłaszcza beżowy, zamszowy but. Żadne rękawiczki nie przetrwają dłużej niż jeden zimowy sezon, jeśli pies lubi aportować patyczki. 
Nawet jeśli pies jest krótkowłosy i ma długie łapy w waszym przedpokoju straszyć będzie w mokrej porze roku ręcznik do wycierania łapek i brzuszka. Jeśli pies jest długowłosy i ma krótkie łapki... w domu będzie błotniście i piaszczyście. Niezależnie od ręczniczka. 
Choćby w stosownym miejscu stało pięć misek dla psa, i tak kość cielęca z główką lub indycza szyja będą pożerane na jakimś dywaniku. Jeśli to perski dywanik, to macie problem.
 Kochane psie zabawki, takie jak owa kość z główką, suszone świńskie uszy, wołowy penis, śmierdzące żwacze, piłeczki z wyrwaną piszczałką i rozdarta na pół lateksowa kaczka będą leżały na widoku. Jeśli pies lubi Waszych gości, to podaruje im w prezencie swoją najukochańszą zabawkę, być może będzie to właśnie śmierdzący kawałek żwacza lub ów wołowy penis. 
Po domu trzeba będzie chodzić w kapciach z porządną podeszwą, bo nadepnięcie na kawałek kości lub rozgryziony orzech bywa bolesne. 
Poznacie kliniki weterynaryjne, a numer do nich będzie na liście szybkiego wybierania znacznie wyżej, niż numer do Waszego lekarza. Po jakimś czasie jego weterynarz będzie udzielał porad zdrowotnych również Wam. Będziecie z tego zadowoleni i będziecie zazdrościć swojemu psu bezkolejkowego dostępu do badań profilaktycznych i RTG. Własne dolegliwości być może zignorujecie - jego marne samopoczucie zmobilizuje Was do szukania weterynarza o trzeciej nad ranem. 
Nawet jeśli Wasze mieszkanie jest niewielkie, w każdym pomieszczeniu będzie koszyczek lub psie łóżeczko. 
W łazience pojawią się specjalne szampony, pasty do zębów i śmieszna szczotka w kształcie litery V do czyszczenia strasznych zębów. I słusznie, w końcu potrafi wrócić ze spaceru z brązowym pyskiem, albo co gorsza całym grzbietem i obrożą.


Ale nie ma bez niego domu. Nie ma domu, jeśli w fotelu, w łóżeczku lub na Waszej kanapie nie leży kosmaty, ciepły, posapujący obwarzanek. Nie ma domu, jeśli w nocy nie słychać stukotu pazurów po parkiecie i chłeptania wody z miski. Nie ma domu, jeśli szukasz czegoś w parterze, a od tyłu nie tryka Cię mokry, pełen entuzjazmu nos. Nie ma domu, jeśli po dywanie nie przewala się na plecach wierzgając łapami w powietrzu ufne że go nie podepczesz stworzenie. Nie ma domu bez buziaka na dzień dobry i bez niecierpliwego czekania na spacer. Nie ma domu bez radości na powitanie, gdy wracacie z pracy.
Nie ma domu.






Dosyć tego!

Mieszkamy na Starym Mieście już ponad 10 lat (pisane w roku 2008), to znaczy Misia i ja tu tyle czasu mieszkamy. Tomek się tu urodził. I powoli mamy dość. 
Mamy dość z wielu powodów.
Póki Tomek był urzędnikiem i rano wychodził do pracy, można było jeszcze wytrzymać w naszych 2 pokojach z wielką, widną kuchnią. My w dużym pokoju mieliśmy sypialnię i salon, dziecko było w drugim, w kuchni się jadało i czasem przyjmowało mniej oficjalnych gości. W salonie goście bywali przy niewielkich poczęstunkach albo przy kawie, z powodu braku w nim wielkiego stołu. W razie wielkich fet przenosiliśmy stół kuchenny do salonu i można było świętować, choć raczej bez spacerowania. Za dnia mogłam w naszym salonie malować, w kuchni szyłam, choć krosna na stałe nie bardzo można było tu zainstalować. Od biedy jak rodzina sobie poszła mogłam nawet aerobic w domu trenować. 

Od kiedy jednak mój mądry mąż jest wyłącznie akademickim wykładowcą i pisze w domu książki sprawy wyglądają dużo gorzej. Przez trzy dni w tygodniu krąży po Polsce zaczynając zajęcia w odległych uczelniach o ósmej rano, więc musi wstać o 4 . Zatem poprzedniego wieczora stara się być w łóżku o ósmej. Wraca późną nocą zmęczony jak pies i pada do łóżka najwcześniej jak się da, żeby następnego dnia znów wstać bladym świtem. Zatem o jakimkolwiek życiu towarzyskim w weekendy mowy nie ma. W dni, kiedy nie jeździ do Pułtuska, Olsztyna i Kielc, siedzi w salonie przy stole i pisze książki, z których żyjemy. Ma za mały stół i jeśli potrzebuje dodatkowej powierzchni do pracy robi sobie dostawkę ze stolika do kawy. Dobry z niego człowiek, więc mnie z pokoju nie wyrzuca i twierdzi, że mu nie przeszkadzam siedząc obok.
Fakt, jak siedzę, to mu nie przeszkadzam. Ale jak włączę TV, chcę zobaczyć film na DVD, mam ucznia albo chcę pofikać nogami przy kasecie z instrukcjami to mu bardzo przeszkadzam niestety. Więc drogą kompromisu wynosi się z pokoju jak mam lekcje, a z fikania nogami i rozkładania sztalug nici. Od dawna nie rozłożyłam kredek, bo nie mam gdzie.

Książki przestają nam się mieścić, rower treningowy stoi w kącie, pies zwykle śpi na łóżku, żeby uniknąć podeptania. Nie mamy ani jednego kawałka ściany, przy którym można by postawić jakiś mebel. Ja marzę w skrytości ducha o komodzie, w której znajdę majtki i stanik na daną okazję, on marzy coraz głośniej o dużym biurku, na którym zmieszczą się jego materiały źródłowe. Poza tym jestem głęboko przekonana, że człowiekowi żyjącemu z pisania należy się gabinet z drzwiami, które może za sobą zamknąć. Mnie też się należą drzwi, które bym mogła za soba zamknąć odcinając się od bliźnich. Odkąd straciłam w wyniku zamążpójścia własny pokój tęsknię do niego nieustannie. Własny pokój z własnymi zabawkami i własnym bałaganem, niewystawionym na publiczny widok, miejsce, gdzie niedokończony obraz czy  szycie dotrwa bez sprzątania bałaganu do następnego dnia, gdzie można posłuchać muzyki bez słuchawek.
 
Stare Miasto też nam daje w kość. To prawda, że nie ma tu ruchu samochodowego. Ale też nie można przywieźć zakupów z marketu pod bramę, skoro jest zakaz wjazdu. W niedzielę, kiedy chciało by się po obiedzie zaparkować na łóżku kołami do góry przed sąsiednim kościołem wystawiane są na chodnik wielkie wzmacniacze i nieudolny chór bardzo głośno i fałszywie głosi chwałę Pana. Tłumy turystów tupią, krzyczą i śmiecą. Pijaki po nocach rozrabiają, muzykanci rozmaitej maści nie mają dla nas litości. Pewnej zimy jakaś nieczuła na mróz Ukrainka zasiadła w Barbakanie w październiku i do kwietnia, przez osiem godzin dziennie grala fałszywie na akordeonie trzy melodie w kółko. W tym sezonie na dziennej zmianie jakiś pan gra na banjo w dzień - myli się co chwilę, ale repertuar ma dość bogaty, za to w nocy dziewczyna z bardzo mocnym głosem od zeszłego lata codziennie śpiewa tylko trzy piosenki.  Zaczyna około 21, kończy sama z siebie bez interwencji Policji około 2 w nocy. Policja wzywana codziennie nie może się nauczyć, że trzeba barbakanowego śpiewaka około 23 wyłączyć. W lecie dołączają do nich rosyjscy filharmonicy z rozmaitymi instrumentami, dziadek z flecikiem, jazzbandy i menele z gitarami jawnie zbierający na piwo. Pewien pan gra na gitarze ze wzmacniaczem rockowy repertuar, nawet ciekawy, a jak się już dobrze nawodni, nieodmiennie konczy pieśnią, w której są jedynie brzydkie słowa. Potrafi ją kontynuować bardzo długo.
Reflektory oświetlające pięknie Starówkę w nocy świecą nam prosto w okna. Kładę się spać, gdy reflektor na kościele św.Jacka jest wyłączany o godzinie 00.05.
Co roku w sierpniu uciekamu z domu w porze pielgrzymki do Częstochowy, która wyrusza sprzed naszych okien, koczując przedtem kilka dni w fosie.
Nie oszczędza nas także Stołeczna Estrada organizując w fosie występy różnych teatrów i nieznanych grup rockowych. Znane grupy rockowe grają za to w parku na podzamczu i na Placu Zamkowym, co niestety u nas świetnie słychać.
Edukację seksualną Misia odbyła wyglądając przez okno. Tuż pod naszymi oknami stała sobie kilka miesięcy furgonetka - atrapa będąca reklamą Kompanii Piwnej. Na jej pace po nocy przygodne pary ćwiczyły wszelkie możliwe pozycje. Furgonetkę usunięto, gdy pokazałam menadżerowi restauracji zdjęcia, jakie jej zrobiłam z okien. Ale co się dziewczyna naoglądała, to jej.
Zatem korzystając z faktu, ze ceny mieszkań na Starym Mieście są jakie są - czyli zabójcze, zaporowe i nie do wyobrażenia, zamierzamy rodzinną schedę sprzedać i kupić za uzyskane środki coś większego. Mieszkanie z osobnym pokojem dla każdego z nas, z salonem i dużą kuchnią, w cichej okolicy z dobrą komunikacją, bo nie zamierzam się ponownie uczyć prowadzenia samochodu. Poza tym na drugi samochód już nam pieniędzy nie starczy. No i naturalnie musi tam być sporo terenów zielonych, żeby było gdzie z Kretką biegać.Nawet mamy już coś na oku. Trzymajcie palce, żeby się udało.

PS Udało się znakomicie!

aaa