czwartek, 30 sierpnia 2012

Wczasowiczki w Bobolinie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kretka od dzieciństwa bywała nad morzem. Za pierwszym razem strasznie dała nam popalić, bo jako roczny jagdterier umiała tylko bez opamiętania gnać przed siebie na łeb na szyję oraz pływać w odmętach fal, niezrażona ani sztormem, ani deszczem.
Muszka nigdy przedtem nad morzem nie była. Zdumiała ją i ogromna, słona, zielona kałuża i piaskownica bez końca.
Ponieważ wczasowicze bez jagdterierów, za to z dziećmi lubią siedzieć tuż przy zejściu na plażę musieliśmy z naszymi wczasowiczkami w futrach iść na dziką plażę, 4 kilometry w jedną stronę. Tak przynajmniej oceniał tę odległość mój krokomierz.
I bardzo dobrze, nim dotarliśmy na miejsce Kretka pierwszą parę już spuszczała z kotła i była ciut spokojniejsza.
Potem dwie godziny na piachu, i z powrotem przez Dąbki i obiad do Bobolina.


Iść przez taki las na plażę to marzenie okresu zimowego. Wczasowiczki biegną swobodnie.


Rzuć! No rzuć! No rzuć! I tak bez końca.
Kretkę trzeba wyprowadzać na koniec świata, bo inaczej molestuje malutkie dzieci, kopie nory pod cudzymi kocykami i kradnie zabawki.




A na pustej, dzikiej plaży to można się pobawić.

Dzięki takiemu trybowi życia na wakacjach ani nie jesteśmy spaleni słońcem na stary narciarski but, ani zwierzaki nikomu nie przeszkadzały.
Niech żyje Bobolin i Dąbki.

środa, 29 sierpnia 2012

Powiedz grubemu, że ma schudnąć...

Tak samo możesz gadać gejowi, że ma natychmiast zostać heterykiem.
Byłam długo szczupła i się tym cieszyłam.
Potem utyłam. Nagle, mocno i z powodu leczenia różnych takich.
Cóż, od niektórych leków się tyje. Nie miałam wtedy wielkiego wyboru.
Od 10 lat jestem gruba. Widać to okiem nieuzbrojonym. A z chudnięciem jest tak sobie. Kiedyś osiągnąwszy niemal 90 kilo schudłam dychę i teraz od dawna utrzymuję wagę w granicach 75 - 81.
Jak jest na wadze 81 to wdrażam szybki program o, trochę zlatuje i tak jest jak jest.
Wiem jak wyglądam, co mi odstaje i co wisi.
Zapewniam wszystkich, że wiem.
Podśmiewam się z tego sama, ale to podśmiewanie to manewr uprzedzający i inni lepiej niech tego nie robią. Jednak jest to temat drażliwy.

Niedawno teściowa zaczęła coś o sąsiadce. Że dietetyczkę uczoną w alergiach i cukrzycach sąsiadka znalazła. I biegusiem oponę zgubiła. 6 kilo zleciało niemal samo. I ja też mogłabym pójść do tej cudownej osoby. Dieta wymaga wprawdzie skrupulatnego trzymania się przepisów, robienia jedzenia 5 razy dziennie i żelaznej konsekwencji, ale jak działa!
Moja teściowa, która odchudza się całe życie i wszystkim tym głowę suszy, jest ode mnie tylko trochę węższa w pasie a talię ma wypukłą, gotować nie znosi, odżywia się krakersami i giczami przerobionymi na zupę nie zwracając uwagi na moje miny i fochy oraz ostentacyjne olanie tematu drążyła go dalej.

Po kilku dniach od rozmowy odwiedziłam teściową. Niestety temat wrócił. Niestety została również ściągnięta z mieszkania obok owa cudownie odchudzona sąsiadka. Obie panie zaczęły pracować nade mną od nowa. Dla mojego własnego dobra i dla mojego zdrowia. Bo cukrzyca, nadciśnienie ble ble ble...
Próbowałam je utemperować, byłam prześmiewcza, złośliwa, i coraz bardziej zła. Nie pomogło. Mam zdaniem teściowej iść do wspaniałej znającej się na żarciu dietetyczki, skoro sama nie umiem się odchudzić. A ona, owa dietetyczka da mi rozpiskę jak i co jeść, jak dziecku w przedszkolu, a ja mam grzecznie kupować tylko to z rozpiski a nie to co lubię i to co jada mój wielce wybrzydzający mąż.

Teściowo, oświadczam Ci co następuje:
Jak Ci się nie podobam, to na mnie nie patrz.
Czy myślisz, że ja nie wiem od czego się tyje? Czy ja to zrobiłam specjalnie, żeby się mnie rodzina wstydziła?
Czy nie wiem, że tusza jest szkodliwa?
Zapewniam Cię, że wiem.
Pragniesz iść do dietetyczki to idź. A ja pójdę, jak sama tego zapragnę.
I to by było na tyle.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Kolory - potwory

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nowy sezon, nowa moda i nowe obowiązujące kolory.
A wśród nich jeden przyciągający oko, mamiący złudnie i wyjątkowo zdradliwy.
A najgorsze, ze się nabrałam. I mam w tym paskudnym, rzekomo atramentowym kolorku niezobowiązujące porteczki. W sam raz do wynoszenia śmieci i zbierania w ogródku psich kup.
Dobrze, że tylko tyle.
Ten wściekły błękicik, dający po oczach i po nerwie wzrokowym ma właściwie jedną jedyną cechę: z niczym nie da się go sensownie połączyć.
No może się i da, ale tego, z czym się da nikt nie ma w szafie. Jedyny sklep, gdzie widziałam ów atrament zgodnie grający z innymi barwami to Wallis. Złoto i Eau de Nil dano mu do towarzystwa.
Jakikolwiek inny kolor z tym wściekłym granatem wygląda tanio i biednie. Albo jak odzież sportowa. A styliści projektując wystawy łączą go z szalonym oranżem.
To co dobrze wygląda na pastelowym obrazku, na człowieku niekoniecznie.
Projektanci łączą go z czarnym, co jest aktem desperacji. Podobno z czarnym wszystko można połączyć, ale to bzdura.
Z czernią mało co jest naprawdę ładne.
A ten cholerny, wściekły granacik, jaki dobrze pamiętam z komunistycznych rajstopek zwanych pospolicie szafirkami i z fartuchów roboczych sprzątaczek oraz z kufajek budowlańców Dworca Centralnego za głębokiej komuny jest po prostu straszny. Przez chwile był w Wielkiej Modzie obecny w latach osiemdziesiątych, w swoim glamour poliestrowym wydaniu ze złotymi guzikami. Czym prędzej o nim zapomniano. A teraz znów wypłynął.
I jest coraz bardziej widoczny, niestety.
Prezenterzy TV w tym "atramencie" wyglądają jak pracownicy fizyczni po szychcie. Czyżby jakiś koncern chemiczny odkopał komuszy przepis na najdziwniejszy i najtandetniejszy błękit na świecie?
To już szmaragdowa zieleń lepsza, fiolet i bordo do niej jak śmietanka do truskawek pasują.



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Jeszcze trochę lalek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dlaczego nie mogę tych lalek jak zabawa nakazuje codziennie pokazywać po jednej?
Bo:
a) mój wewnętrzny awanturnik - cecha osobowości, którą posiadam w nadmiarze - nigdy by na to nie pozwolił. Trzymanie się takich reguł jest nudne.
b) każde wyciąganie i chowanie lalek do witryny to poważne przedsięwzięcie. One tam maja dość ciasno.

Kokarda


Moja pierwsza porcelanka. Przywieziona z Niemiec w 1991, kupiona w niedzielę w jakiejś eleganckiej cukierni w Bielefeld.
Peruka już się jej odkleja, ale lalka trwa na straży rodzinnej biblioteki.

Drzewo
A konkretnie jarzębina. A na jarzębinie Agnes Dreary od Tonnera, zwana w domu Morticią Addams.
Nie wygląda na zadowoloną z takiego miejsca pozowania. Nie jest jej wygodnie.


Czytałam w czwartej klasie książkę Babcia na Jabłoni.
A tu - Morticia na jarzębinie!

Szklanka

Ze szklanką sfociła się dzielna wojowniczka, Lana Croft od Tonnera.
Coś w niej drgnęło i przeglądała się w tafli wody jak w lustrze. Ale przy dzisiejszym świetle rzecz była nie do uchwycenia. Zatem siedzi z tą szklanką bez przekonania. Po co komu tyle wody na raz?

Płot

Misaki i Momoko jakiś czas temu nadzorowały budowę płotu. Było o tym na poprzednim blogu. A teraz sprawdzają, czy płot aby na pewno stoi gdzie stał.

Ależ kolorowa ta fotka!

Tyle lalek na dziś.
Teraz troszkę o awanturniku.
Napomknęłam już, że kilka razy widziałam się z psychologiem? Jakoś musiałam sobie to i owo uporządkować. Zwłaszcza wobec niełykania SSRI. Praca nad sobą to nie jest niestety nic miłego. Trzeba dużo myśleć, odwalić detektywistyczną robotę z najprawdziwszego zdarzenia i znieść jakoś to, co z dochodzenia wynika.
Zrobiłam research rodzinny. Poszło o tyle łatwo, że rodzina nie była w stanie nic wyrzucić, nawet papierka z ceną za mebel z roku 1953 ani liściku wysłanego między ławkami do mojej mamy jeszcze za Stalina. Zatem materiałów było mnóstwo. Rozszyfrowałam nawet babciny pamiętnik z czasów wojny i okupacji pisany harcerskim szyfrem.
Za pomocą tego psychologa ustaliłam co i gdzie w rodzinie mi nie pasowało i nie przystawało. Poszłam o krok dalej i sprawdziłam na sobie narzędzie do badania osobowości, test oparty na amerykańskiej klasyfikacji DSM IV.
Wyniki bardzo mnie zaskoczyły, ale jednocześnie doskonale mnie opisały. Poza nudnymi i oczywistymi cechami takimi jak ofiarność i powaga hoduję w środku całkiem mocnego awanturnika. Gdyby ta cecha była kilkakrotnie silniej reprezentowana, byłabym najprawdziwszym aspołecznym, nienaprawialnym psycholem. Bez dodatku tego awanturnika, czyli mocno aspołecznego, nie dającego się nigdzie zrzeszyć anarchisty, czytającego bez trudu między wierszami, rozkuwającego w biegu wszelkie kłamstwo i brednię byłabym nudna jak flaki z olejem. A tak, to jak twierdzą moi obaj mężowie, o nudzie ze mną mowy nie ma.
A do rodziny wyróżniającej się sumiennością i cechami wręcz dla księgowego charakterystycznymi jak pięść do nosa pasowałam. W sumienności osiągnęłam najniższy możliwy wynik. W sam raz, żeby nie zgubić własnego dyplomu i psiej książeczki zdrowia oraz kluczy i żeby dzieci, które uczyłam jednak nauczyły się czytać i pisać. Ale już z dziennikiem musieli za mną biegać, żebym go uzupełniła.
Anarchistę mam po babci.

środa, 22 sierpnia 2012

Marcella i kółko

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Koło

Marcella z FDA przybyła do mnie dziś. Jest świetna: giętka, szupła, sprawna. Potrafi się nawet w plecy podrapać.
Rozelka, od której Marcella przybyła twierdzi, że tak ruchliwy nie jest żaden dolf.

FDA robi bardzo specyficzne lalki. Wszystkie mają jednakową rzeźbę twarzy, różnią się makijażami. Nie są ani słodkie, ani przesadnie śliczne. Mają charakter i mają swoją cenę.
Bardzo się z niej cieszę!

Strażnicy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Według głosu populi pająki są straszne, obrzydliwe i nie wiadomo po co.
To zaklęte przez złych i zazdrosnych Bogów w paskudną postać zdolne i cierpliwe prządki, koronczarki i dziergaczki.
Przepadam za późnym latem i za ich koronkami rozpiętymi na krzakach w ogródku.
Strażnicy pracowicie remontują swoje sieci co noc, by rano znów siedzieć i pilnować. Nie wiem czego pilnują, ale niech pilnują. Komarów i meszek jest mniej.





Poza pająkami w ogródku pojawiło się takie coś:



Czy ktoś wie, co to za roślina? Nasionko musiało być w mieszance letnich kwiatów z Lidla, bo widzę tę roślinę w kilku ursynowskich ogródkach. Tylko ona i nagietki wytrwały do dziś, resztę wymyślnej mieszanki szlag trafił. Ale co to jest nie mogę dojść, bo po pierwsze dziecię zabrało mi opakowanie, po drugie na tym opakowaniu wymienione były chyba wszystkie letnie kwiaty jakie są z marchwią włącznie. Naturalnie wszystkie nazwy napisano bardzo drobnymi literkami.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Dalej lalki: zboże i woda

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zboże

No i przy zbożu wymiękam. Nie mam zboża, ani kłoska. Mam wprawdzie kaszę jęczmienną, ale co to za zboże. Koleżanka mi podpowiada: pokaż chleb, to też zboże. Ale to nie to.
Global Babe, globetrotterka zwiedza co może. Zatem ogląda obrazy i inne takie. Ten obraz wcale jej się nie podoba. Kto to widział, żółte, chwiejne i niecywilizowane.
Global Babe to miejskie stworzenie.



Woda

Glam, lalka od Kamarzy, z namalowaną przez Kamarzę buzią postanowiła w ten upalny dzień pomoczyć nogi w wodzie. Zdjęła skarpetki,  białe Martensy i cieszy się chłodem wody.
Woda najbardziej doceniana jest w upalne, letnie dni.


I w końcu wiem, po co ta lalka ma takie wielkie nogi.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Nożyczki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

lalkom dajmy na kilka godzin spokój. Te kilka godzin jest mi potrzebne, aby wymyślić skąd mam wziąć rekwizyt do następnego zdjęcia.
Ostatnio było o znikającej ładowarce. W tle był również zniknięty pierścionek. Piękny, zmieniający kolor pod wpływem ciepła ręki, kupiony na straganie z badziewiem koralikowym w Dąbkach za 10 złotych, co po sprawdzeniu na Allegro okazało się ceną paskarską. Takie ozdoby na Allegro są po 3.45 pln. 5,50 z wysyłką.
Ale zginął był drań. Dziś się objawił schowany pod psią miską. Dziewczyna chciała ponosić?

Rzeczą, która w moim rodzinnym domu ginęła wciąż i bez ustanku były nożyczki.
Na 7 osób, w tym jedno dziecko były jedne duże krawieckie nożyczki babci, moje małe nożyczki do papieru i maluśkie nożyczki do paznokci mojej mamy.
Babcia strzegła swoich jak oka w głowie, ale niestety wszyscy wiedzieli, gdzie one leżą. I co kto chciał uciąć, to jak po sznurku szorował do szuflady w stoliku maszyny do szycia, gdzie owe nożyczki zawsze leżały. I naturalnie każdy do nich trafiał bezbłędnie. I nie zawsze odkładał na miejsce. Awantury bywały o to straszliwe. Awantury bywały również o cięcie tymi nożyczkami drutu, blachy i innych takich. Babcia świetnie wiedziała, że stępić umie każdy, a naostrzyć - nikt. Moich, dziecinnych, tępo zakończonych nikt nie brał, bo i po co? Były zawsze tępe i umazane klejem. Mama swoich bardzo pilnowała.

Nie tylko u nas ginęły nożyczki. Doktor Nolan w książce "Jak zostałem chirurgiem" barwnie opowiedział o znikających nożyczkach do zmiany opatrunków w nowojorskim szpitalu. Spotkało go tam wielkie wyróżnienie: pewna bardzo sroga siostra oddziałowa uznawszy, że jest dobrym lekarzem podarowała mu nożyczki z wygrawerowanym nazwiskiem.

Zadbałam, żeby u mnie w domu nożyczek była obfitość. Nie życzę sobie żadnych więcej awantur o nożyczki. W kuchni, razem z nożami stoją w bloku drewnianym kuchenne. Mają i otwieracz do puszek i mocne ostrza i porządne uszy. Nie znoszę rozrywać opakowań zębami.
Do szycia i haftowania mam kilka stosownych par. Do papieru i innych rzeczy też są w strategicznych miejscach te nożyczki porozmieszczane. Dziecku zawsze kupowałam szybciutko kolejne, gdy poprzednia para znikała. Na każdym stole do pracy jedne muszą być!
Pan Mąż ma miskę nożyczek do paznokci i skórek w łazience. Nie wiem, czy się do czegoś nadają, pewnie nie, ale Pan Mąż odmawia oddania ich na złom. Co kilka miesięcy dokupuje sobie nowe, a stare leżą i leżą.

Żeby tak samo można zrobić ze wszystkimi ginącymi przedmiotami!


niedziela, 19 sierpnia 2012

Lalki i.... super wkurw

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Najpierw lalki, bo wciąż ich wszystkich nie pokazałam a potem post właściwy, bo inaczej pęknę i Pan Mąż będzie mnie ze ścian zeskrobywał.

Kwadrat

Ten temat prezentują moje perełki, zamknięte wiecznie w gablocie ze strachu przed kurzem i słonecznym światłem. Są tak śliczne, że boję się ich dotykać: trzy Giselle od Integrity Toys i takiegoż pochodzenia Imogena - prezent na Gwiazdkę od Alicji, czyli od teściowej.
Wszystkie są małobiuściaste i zgrabne w talii.
To one w zamyśle mają nosić te wszystkie ciuchy, których ja już nie nałożę. Są wytworne, chude, wiotkie, mają długie, gęste, nierzadko rude włosy i wampy z nich jak ta lala (sic!)



Nici

Ellowyne Wilde od Wilde Imagination, perukowa lalka z akrylowymi oczyma, była kupiona jako pierwsza. I stoi i czeka na kreacje. Znudziło jej się czekanie. Tu wybiera właśnie nici do szycia czegoś na nią.

Róż

Róż to kolor, ale też konkretny przedmiot koniecznie potrzebny kobiecie.
I lalce.
I gejszy.
Nawet rudej gejszy. Gejsza bez różu na świat nie wyjdzie.


Zapałki

Zapałki wyszły z mody. Kto dziś się nimi jeszcze posługuje? Kuchenki mają elektryczne zapalarki, zapalniczki leżą w każdym sklepie...
Chyba że ognisko trzeba rozpalić, albo w starym, kaflowym piecu napalić.
Albo, jak się jest Dziewczynką z Zapałkami trzeba je sprzedać.
W tej roli porcelanka Ania, u mnie od dwudziestu paru lat, wciąż w oryginalnym stroju, który wraz z nią się stosownie zestarzał.


No to by było na dziś o lalkach wszystko. Teraz pora na wkurw.

Od zawsze słyszałam że jestem bałaganiarą. Babcia mi to powtarzała nieustannie. Mama też. Bałaganiara i wszystko zarzuca. (Zarzuca, czyli kładzie nie na miejsce i gubi).

Nie bardzo to pamiętam, mało co dziś gubię, ale w tyle głowy wciąż mi coś gada, że na miejsce trzeba odkładać, bo będzie kaplica. Nie znajdę, przepadnie i co będzie? Pół życia, a może i więcej można przecież strawić na szukaniu kluczy, okularów, książki z biblioteki, scyzoryka czy innego drobiazgu, który jakby żył własnym życiem i na swoich małych nóżkach sam z siebie przemieścił się w nieznane i niewidoczne rejony.
Dziś schowała się ładowarka do aparatu. Pamiętam, że zabrałam ją z wakacji, ale co się z nią stało po powrocie - już nie pamiętałam.
Zatem nastąpiło szukanie. Przekopywanie się przez szuflady, w których powinna być.
Przez miejsca domniemane i prawdopodobne. Skradanie się na kolanach i przegląd kątów na podłodze, bo może gdzieś wpadła.
Nic.
Pan Mąż, który jak coś zgubi, to dostaje palmy, piany i furii, klnie, wrzeszczy, wymyśla i nawet robi się czerwony na twarzy zadeklarował pomoc. Ochoczo ruszył na przekopywanie moich szuflad.
Tu mnie trafiło, też byłam już gotowa głośno kląć, wrzeszczeć i czerwienieć. Zaczęłam rozważać nabycie nowej ładowarki. Tyle, że dziś jest niedziela.
I kiedy już o mało nie pękłam i o mało wszyscy sąsiedzi na osiedlu nie dowiedzieli się, co zgubiłam, dostrzegłam ją jak niewinnie dyńda sobie na kabelku starannie ukryta w połowie drogi między blatem stołu a podłogą, schowana za skrzynią na szmatki. Niewidoczna z żadnej strony.
Taka podła była.
Jestem opętana manią odkładania na miejsce. Przy tylu hobby wiążących się z posiadaniem morza przedmiotów z różnych dziedzin nieodkładanie na miejsce jest prostą drogą do apopleksji.
Każda hobbystyczna czynność wymaga wyjęcia na wierzch morza szpeju. A potem trzeba to poodkładać.
I dlatego tak niechętnie szyję.



sobota, 18 sierpnia 2012

Bardzo Lalkowy Sierpień cd

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Moi nielalkowi czytacze mają już tego pewnie dość. Ja też.
Nie jestem stworzeniem sumiennym i lubiącym długotrwałe, monotonne zadania.
Mam do napisania coś innego niż tylko prezentacja lalek. Ale jakoś to dociągnę, bo lalki mam naprawdę fajne i czas je światu pokazać.
Po drodze dzieją się rzeczy marnie komponujące się z sesjami foto, a to koleżanka przyjedzie, a to astma dusi.
Takie życie.
I pomysły na eseje muszą się na wrzesień przesunąć i pewnie wywietrzeją.
Ale do rzeczy, najpierw zaległe
Okulary




Okulary prezentuje łebek lalki Kuhr osadzony na ciele Azone Nemo. Lalka Kuhr miała takie barbiowe ciałko co się wcale nie ruszało. Zatem straciła je na rzecz ciekawszego i ruchomego. I teraz jest lalką idealną.
 Lalkę tę Chińczycy produkują na rynek wewnętrzny, ale czasem się wymknie gdzieś dalej. Tu chciała poczytać horoskop, ale bez okularów się nie da.

Guzik

To mój guzik, oznajmia maleńka Ninon od Moulin Roty



Skarpetki

Balerina Jolina od Zapf od dawna przechrzczona na Dorotkę z krainy Oz rozmawia o skarpetkach z Bailey od Goetz.
Obgadują moje lenistwo, bo Dorotka też chce mieć skarpetki. A nie ma.


Gra
Panny od Tonnera grają w kości aż furczy.



Czy wygra Cami, czy Tyler przemalowana przez Kamarzę?
Suki też by zagrały.

Motyl

Jacob wybrał się na motyle. Nic z tego. Dostępne dla niego są jedynie motyle emaliowane.



Jacob z Kid's&Katz, lalka zaprojektowana przez Sonję Hartmann jest winylową lalką BJD.  Nie łatwo się taką lalką bawić. Po Jacobie wiem, że chyba BJD nie dla mnie są.

Korale




Ingrid od Joe Tai duma, czy aby wybrała sobie dobre korale. Niby do ubrania pasowało by coś szarego, ale szare i szare i szare, nie! Granaty są akurat.

Lustro

Gavin, słodka jak cukierek Dynamitka postanowiła się powielić przy użyciu lustra



No i teraz mam zagwozdkę, czy im jest naprawdę tremo potrzebne?

wtorek, 14 sierpnia 2012

Oko (BLS)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Oko jest zaległe, ale ponieważ dziś mają być chmury, które już zamieściłam, popatrzcie sobie na ręcznie malowane przez Kamarzę oczy moich Dynamite Girls.



Dynamite Girls są od Integrity Toys

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Lato w kratkę (BLS) czyli znowu lalki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam zaległości w fotografiach z lalkowego sierpnia.
O kratce nic nie było. A dziś letni temat. No cóż, młoda kapusta (też na k tak jak kratka) jest tylko w lecie. To bardzo, bardzo letnie warzywo.
Zatem dwa grzyby w barszczu. Ale jakie! Kratka i lato.


Agnes Dreary - dla mnie wciąż panna Addams, w sukni w kratkę zajmowała się kapustą. I co w niej znalazła?



Tycią Kicię znalazła Agnes w kapuście!
Czyli Tinny Kitty.
A ponieważ nie tylko stroje lalek ale i lato są w kratkę (czarno - białą kratkę) panie zrobiły sobie z kapuścianych liści leżaki i gapią się na deszcz.

Obie lalki biorące udział w sesji pochodzą z Tonner Doll Company

niedziela, 12 sierpnia 2012

Chmury i lalka (Bardzo Lalkowy Sierpień)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
No nie jest po kolei, zamiast guzików i motyli oraz kratki nagle chmury. Ale tak jest i już. Nie mam jak dziś fotografować. Piorę sprzątam prasuję.

Dziś do zdjęć pozuje Prośka.
Prośka została specjalnie w tym celu nabyta za 6 złotych w namiocie pełnym śmierdzących, tanich, nie rzadko niebezpiecznych, okropnych i śmiesznych do łez przedmiotów wyprodukowanych gdzieś w świecie nie wiadomo po co. Takie namioty od jakiegoś czasu uzupełniają krajobraz wypoczynkowych miejscowości nad Bałtykiem. Wczasowicze wyładowują w nich popęd do kupowania.
Prośka była najmniej ohydną lalką w tym namiocie. Koszmarne podróbki Mini Blythe oraz Polly Pocket które stały obok Prośki do pięt jej nie dorastały urodą i szlachetnością. Zatem pozuje właśnie Prośka. Jej oryginalne imię było napisane krzaczkami i było dla mnie nie do odczytania.
Prośka została Prośką ze względu na nos składający się jedynie z dwóch dziurek - istny ryjek.
Dodam tylko, że w drugim takim namiocie w Bobolinie koleżanka Prośki w stroju goth i z kółkiem do kluczy przymocowanym na głowie kosztowała aż 11 złotych.
Prośka bardzo lubi gapić się na chmury. W tym celu właziła w różne wysoko położone i niebezpieczne miejsca.







W chmurach kryją się niespodzianki!

sobota, 11 sierpnia 2012

Kolejne lalki z mojej kolekcji

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Klucz

Maleńka Susie RD siedzi i duma, który klucz będzie pasował do jej kłódeczki. I nie wpada na pomysł, żeby to wypróbować.


Susie jest bardzo miłą i niekłopotliwą lalką, chciała jedynie czerwonej sukienki i bucików. Dostała jedno i drugie i się wcale nie odzywa.
Teraz jest bardzo zakłopotana koniecznością wyboru. To bardzo nieśmiała osoba. Najchętniej ginie w tłumie lalek. Kiedyś jeszcze spróbuję zrobić z niej Królową Balu.

Czerń



Oto Little Apple Doll - lalka wprost z japońskiego horroru pokazuje, czym jej zdaniem jest czerń.
Być może lalka symbolizuje  dziecko, któremu nie dane było się urodzić? A może kogoś, kto nie całkiem umarł? Do każdej takiej lalki dołączona jest piękna książeczka z bajką kompletnie nie dla dzieci.
Moi goście trochę się Jabłuszkowej Panienki boją. I niech się boją, po to jest.
Elizja bardzo chętnie pozowała do tego zdjęcia.

Przepraszam, jeśli kolejne odsłony bardzo lalkowego sierpnia zachodzą nie po kolei. Mam za sobą zarwaną nockę w samochodzie i padam na nos.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Herbata

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zaprosiłam Momoki na herbatę, przybyły w pełnym składzie i natychmiast zaczęły plotkować. Podobało im się w ogródku.




Dostały dziś stare - nowe mebelki i skorzystały z radością.






Jedynie Yukata Summer przeraziła się mojego kubasa z moją herbatą. Podobał się jej tylko i jedynie wzorek na kubku. Coś nawet napomknęła, że na jej yukacie mógłby być podobny.




Ale ten kolor, ilość i sposób parzenia to według niej czysta zgroza. Wake Up się z nią zgodziła. Herbata powinna być zielona i w czarkach.






A potem wybrała z kredensu naczynie jej zdaniem dla mojej herbaty odpowiednie




Tak to jest jak się z Japonkami o herbacie gada. Każda z nas rzecz jasna została przy swoim.


W sesji brały udział lalki Momoko od Sekiguchi

środa, 1 sierpnia 2012

Kapelusz

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Patrz, co to?

 Wpłynęłyśmy na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi...


To jest kapelusz a nie łódka ani powóz, to się nosi na głowie jak się jest eleganckim. Tyle, że ten jest na jakiś ogromny łeb. Dla mnie za duży. Jakbym znalazła jakiś mniejszy, to może by się nadał...


A tymczasem zadowolę się petunią.

W sesji brały udział dwie Poppy Parker i jedna z Dynamite Girls od Integrity Toys.