czwartek, 27 września 2012

Fuksje

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Z wywieszonym ozorem kończyłam dziś w Domu Sztuki pastel z fuksjami.
2 godziny to żaden czas, nie zauważyłam ich. 30 minut przed końcem zajęć wdusiłam gaz do dechy i wyszły takie fuksje:


Spory format nie bardzo nadaje się nawet na prezent. Pas-partu i antyrama , czyli najtańsza oprawa to całkiem spory koszt. Aż głupio kogoś czymś takim uszczęśliwiać.
To pierwszy mój tego typu obrazek, częściowo wymyślony, rysowany na podstawie zdjęć i szkicu a nie na podstawie żywego kwiatu obserwowanego osobiście w trakcie rysowania.
Pozwolono mi go zabrać do domu. Wolałabym, żeby nie leżał na kupie macanych i przerzucanych w kółko prac dzieci i innych uczestników. Nie ma cudów żeby w takich warunkach ocalał nie wytarty do gołego papieru.
Na czerwcową wystawę poczeka w domu. W bezpiecznej, wielkiej teczce.

wtorek, 25 września 2012

Śliwki dla Fafki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szukam ostatnio sensu życia i jakiegoś rozumnego celu. Jak sobie nie znajdę to będę się tak bujała między drutami a psim pólkiem jako wiatrem niesiony listek.

I wpadłam na to, ze moje obrazki wszakże poza dostarczaniem mi radości z samego ich rysowania może się komuś przydadzą.
Na pasku obserwowanych blogów wisi u mnie od zawsze Pełnia Lata w Domu Tymianka. Bo zdjęcia są tam przepiękne, teksty znakomicie pisane i cel zbożny: wyciągnąć ze schronisk ile się da cudnych psów wprost do kochania.
Skoro Dom Tymianka ma już fundację, może legalnie sprzedać taki obrazek, to niech sprzedaje. I niech dalej Ori wyciąga z biduli i schronów najpiękniejsze pieski świata.
Ponieważ wśród jej podopiecznych moją absolutną faworytką jest niejaka Fafka (pójdźcie do Ori i sami sobie Fafkę na bocznym paseczku znajdźcie), zatem sztaluga. zwana krową, zadebiutowała jako trzymacz dzieła "Śliwki dla Fafki". Jak Ori się to spodoba, to Śliwki niebawem będą w sklepiku Pod Orionem.
Ori mi jeszcze na propozycję nie odpowiedziała konkretnie, obrazków do sprzedania wiele nie ma, ale jak się okaże, że ktoś chce to kupić, to będą.
No dobra, debiutująca sztaluga i śliwki w doborowym towarzystwie:



Przy okazji, coś mi się owoce towarzyszące śliwkom w misce nie wiem czy udały. Widać, co to jest?

niedziela, 23 września 2012

Jesień wymaga przedsięwzięć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Posprzątanie na półeczkach robótkowych nie pomogło w uzyskaniu duchowej homeostazy. Zatem zawziąwszy się i namówiwszy koleżankę z psiego pólka w końcu, po czterech latach jojczenia i planowania kupiłam sobie karnet na basen.
Żeby nie było, obecność dwóch basenów w okolicy przemawiała za kupieniem naszego mieszkania. Baseny na moją obecność cztery lata (cztery lata!!!) czekały.
Basen za domem jest bliżej, bardzo blisko, 300 metrów od drzwi mieszkania. Jest ciemny, wiecznie pełen dzieciaków i mi się nie podoba. Basen na SGGW jest wypasiony, ma niebieską rurę - zjeżdżalnię, bicze wodne, jacuzzi, i spryskiwacze do dezynfekcji nóg. I można w nim pływać na karnet, a nie tylko za jednorazowym biletem na godzinę.
Zatem pływam w zawrotnym tempie 250 metrów na minutę. Ale do zawodów się nie szykuję, więc nie szkodzi. Frajdę mam nieziemską. A Archimedes fajny był i kochany, co zawsze powtarzam wyłażąc z wody po kilometrze żabką. Ciążenie przeszkadza.
Drugą inwestycją jest, uwaga , uwaga, tram tam dam tam:
SZTALUGA. Sztaluga na płozach, stabilna i wielka, za 100 zł na Gumtree kupiona. Bo niestety sztalugi stołowe to sobie można wsadzić wiadomo gdzie, jeśli o malowanie chodzi. Na nich można obrazek eksponować i to wszystko. Malować można tylko na takiej stabilnej, wielkiej krowie, która od byle pacnięcia w podobrazie nigdzie sobie nie pójdzie.
Jeszcze trzeba pokombinować, gdzie ta krowa stanie, bo że światło najlepsze jest w moim pokoju, to jasne, ale przechowywać jej tu się nie da. Na razie zdobi salon.

Jesienią dziecinki idą do szkoły, a starsze panie na zajęcia gdzie popadnie. Pilates, taniec Latino, uniwersytet trzeciego wieku, basen... albo rysowanie lub lepienie garnków z gliny. Legalnie zapisać się na Ursynowie na zajęcia plastyczne już nie można. Dziarskie panie w dżinsach, adidasach, okularach, apaszkach i z przeważnie sztucznymi zębami wymiotły już wszystkie wolne miejsca. Zatem uważam za fart, że prowadząca zajęcia plastyczne w Domu Sztuki usłyszawszy mój głos w telefonie zaprosiła mnie serdecznie na zajęcia poza listą. Ja się jej nie dziwię, zajęcia finansuje gmina i w czerwcu gmina chce zobaczyć wyniki. Teraz ludzie walą na darmowe zajęcia, ale już w listopadzie zostanie z tego tłumu garsteczka rokujących, reszta zaniknie. Prowadząca zajęcia ma pewność, bo mnie zna, że będę chodzić, będę malować i to się potem da bez wstydu gminie okazać.
Zatem na pierwsze, tzw organizacyjne zajęcia przywiozłam sobie papier, pastele, kawę w termosie, kubek i kilka zdjęć własnych fuksji. Pozostali rysowali ołówkiem gipsowy łeb, a ja w kąciku, pod świetlikiem rozstawiłam sobie sztalugę (na płozach!) i zaczęłam się z tymi fuksjami boksować. W dwie godziny fuksje nie powstały, jedynie jakiś wstęp nad którym trzeba jeszcze popracować, żeby bodaj wszystkie liście tej fuksji w jednolitej zieleni były, ale już wiem, co będę robić w czwartki od 11 do 13.

Dzisiejsze przedpołudnie spędziliśmy z Panem Mężem w piwnicy przestawiając tam umeblowanie i demontując półki wyprodukowane przez naszego poprzednika na włościach. Skubany półki z drutu przykręcił do ściany za pomocą dwudziestocentymetrowych śrub zrobionych z bardzo miękkiego metalu. Piłką poszło by szybciej niż kluczem. Ale półki znikły, szafy stoją, rowery nie zawadzają. I jeszcze kolejną partię cementowych piesków, plastikowych doniczek i wiaderek po farbie na śmietnik wyniosłam. Do wieczora dobra zostały rozdrapane i znikły.

I na końcu znalazłam mój wełniany, zielony kubrak, bo coś zimno się zrobiło.
Jesieni, możesz się rozgościć.


wtorek, 18 września 2012

Wodnik Szuwarek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Swego czasu e.gunia sprezentowała mi motek własnoręcznie ukręconego Wodnika Szuwarka (wełna merynosa, czarny bambus i soja). Wodnik wpadł mi w ręce przy Wielkim Porządkowaniu i został przerobiony na mini kominek, a właściwie na coś zwanego z angielska cowl.  Polski szyjogrzej mi się nie podoba. Szyjoozdób też brzmi paskudnie. W razie potrzeby można to na głowę naciągnąć.
Zatem druty nr 5, bardzo prosty ścieg i wuala :
Zostało pół metra!

poniedziałek, 17 września 2012

Kretkowe oczy



To jest zdjęcie młodej, niespełna rocznej Kretki.
Nic przy nim nie grzebałam, więc w siatkówce odbija się flesz. Widać, jakie bystre ma ślepka.
Teraz Kretka ma siedem lat z okładem i jej oczy w lecie były w opłakanym stanie. Myślałam, że to zaćma, bo oczy zrobiły się mętne. A potem zauważyłam, że stały się również nierówne, miały jakby ponadgryzaną powierzchnię.
Pani doktor z okolicznej przychodni leczyła, leczyła, aż wysłała nas do psiego okulisty.
Chciałabym, żeby mój okulista miał tak wyposażony gabinet i żeby tak szybko i sprawnie badał moje oczy jak ten psi.
Okazało się, ze psina ma autoimmunologiczne zapalenie rogówki. I po śladach na oku sądząc, nie pierwszy już raz przechodzi rzut choroby. Po poprzednich rzutach na oczach są brązowe przebarwienia trwale upośledzające widzenie peryferyjne.
Dostaliśmy recepty na krople, maść z cefalosporyną A, której trzeba było zakładać do oka tylko ciut ciut, ale za to dwa razy dziennie.
Tak leczyłam pieska całe lato. Teraz Kretka była u okulisty na kontroli.
Oczy są śliczne i jak dawniej przezroczyste i bystre. Leczenie pomogło, okulista pochwalił mnie za wytrwałość w stosowaniu leków. Powinien pochwalić Kretkę, że grzecznie przybiegała i podawała łeb do obsługi gdy widziała, że biorę w ręce kropelki albo malutką tubkę z cefalosporyną A.
Wrzód rogówki jest bardzo bolesny. Człowiek, gdy mu się to przydarzy biegnie do okulisty co sił w nogach. Niestety, jagdteriery nie manifestują bólu, właściciel takiego teriera musi być wrażliwy na cierpienie za własnego psa!  Nieleczona choroba może doprowadzić do pęknięcia oka - wrzód po prostu przeżera rogówkę na wylot. Samo myślenie o takim przebiegu powoduje, że cierpnie mi skóra na plecach.
Pan doktor uprzedził nas, że choroba będzie wracać i mamy oczy uważnie obserwować. A na koniec kuracji jeszcze mamy jedną flaszeczkę kropelek do ślepków wpuszczać.
Za to piłeczki Kretka łapie jak dawniej w locie. Kąski mięsne też.

Dodałam jeszcze moja ulubioną fotkę kreciej mordy. Bystrość spojrzenia widać jak najbardziej.

niedziela, 16 września 2012

Tyle dóbr i co z tym zrobić?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Moje zbiory różnych różności rosną przez pączkowanie.Szmatki, gałganki, guziki, włoczki, kredki i papierki mnożą się bez końca.
Pierwotny porządek, który sobie wypracowałam po wprowadzeniu się tu, gdzie mieszkamy sam z siebie, za pomocą entropii zamienił się w dziki bałagan. No niby na wierzchu nic nie leżało i nie trzeba było usuwać z drogi kartonów z rupieciami, aby dostać się dajmy na to do łóżka, niby wszystko miało się gdzie schować, ale coraz mniej logiki w tym było.
Zatem w pourlopowej euforii ruszyłam do dzieła.
Cele do osiągnięcia:
1) ułożyć posiadane dobra tak aby można z nich było korzystać i nie szukać każdego drobiazgu godzinami
2) pozbyć się tego, co niekoniecznie potrzebne
3) ogarnąć mentalnie stan i zaplanować co z czego i kiedy.
Nie ukrywam, że inspiracji dostarczyły mi szalone programy w TV o ludziach żyjących w nieogarniętym bałaganie.
Podzieliłam zatem swoje zbiory na grupy tematyczne i zaczęłam działać.
Niech wszystko do szycia mieszka w okolicach maszyny i niech będzie dostępne z jednego miejsca przebywania.
Po to, by do uszycia majtek dla lalki nie trzeba było wywracać domu do góry nogami.

Szmatki, włóczki i szycie ogarnięte! Część zbiorów podległa redukcji, część małej wymianie. I dziś mogłam się cieszyć świeżo osiągniętym efektem w dziedzinie krawiectwa.
Dwie zasłony z pięknego, angielskiego drukowanego kretonu oraz resztka nowej tkaniny zostały przerobione na olbrzymią poszwę na kołdrę.
Od jakiegoś czasu bielizna pościelowa w kolorze białym się nie sprawdza. Musi być kolorowa i już. Bo tak. Są ku temu Bardzo Poważne Przyczyny.
Piorąc kretonowe zasłony przed szyciem zastosowałam się do rad Kankanki o wstępnym ręcznym przepraniu tychże, jednak chyba zrobiłam to nie dość dokładnie; łaty i wytarcia na tkaninie pewnie przeznaczonej do prania na sucho jednak wystąpiły. Ale mi to nie przeszkadza.
Przy takiej poszwie narzuta nie jest już chyba potrzebna. letniej kołdrze do towarzystwa wystarczy tylko lekki koc.


Przede mną jeszcze porządna archiwizacja rodzinnych fotografii i sortowanie wełny do haftu według kolorów. Miłe zajęcia na jesienne dni.

piątek, 14 września 2012

Jak co roku po wakacjach...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

spodnie się nie dopinają.
Przyczyna jest bardzo prosta. W naszych kurortach (kurorcikach?), w każdym razie w tych, w których bywamy, liczba stałych mieszkańców wynosi od dwudziestu do może dwustu. Natomiast ilość przyjezdnych to tysiące ludzi.
Dla dwudziestu czy dwustu stałych mieszkańców nikt nie wybuduje restauracji slow food, nie założy sklepu ze zdrową żywnością ani nie będzie się bawił w organizowanie bazarku.
Stali mieszkańcy na zakupy jadą do ościennych miejscowości z Biedronkami, Kauflandami, Lidlami czy innymi takimi. Raz na tydzień.
Wczasowicze niby mają możliwości gotowania sobie samodzielnie.
Ale kupić tam produkty niezbędne dla zdrowej diety to niepodobieństwo. W naprędce zakładanych na potrzeby sześciotygodniowego sezonu sklepikach w budkach, dziuplach i pod schodami jest mnóstwo napojów gazowanych, piwa, chipsów, kiełbas na grilla, parówek z mom, sera żółtego i białego pieczywa.
Owoców (słodkich i popularnych) jest coraz więcej, a warzywa bywają.
Nadto jeśli się już wyjechało na łono natury, to na litość boską nie po to, by w letniej kuchni albo w domku kempingowym warzyć dania slow food, co zabiera jak sama nazwa wskazuje dużo czasu.
Zatem jada się w sezonowych restauracjach co dają, a właściwie to, po czym na pewno się sraczki nie dostanie. Pewniakiem jest schabowy z ziemniakami (frytkami) i z kapustą zasmażaną.
Prowadzący te zakłady gastronomiczne liczą i kalkulują każdy grosz i każdą wymianę oleju we frytkownicy. Nie będą się bawić w gotowanie kaszy, ciemnego ryżu, skoro gawiedź i tak zje kartofle. Skutek jest dla obwodu w talii katastrofalny.
Nie da się zawieźć na urlop przygotowanych zawczasu sałatek ze świeżych warzyw i gotowanego kurczaka na dwa tygodnie.
Czy to znaczy, że jeśli chcę w przyszłym roku wyjechać na urlop to teraz muszę schudnąć z zapasem, zachować obecne ubranie a potem po prostu przyjąć do wiadomości, że i tak się spasę, bo poza pizzą, smażoną fladrą, schabowym, golonką, kurczakiem z rożna, kartoflami, goframi z bitą śmieaną i lodami nie będzie nic innego do jedzenia?

poniedziałek, 10 września 2012

W krainie chłopięcych zabaw

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ostatnie kilka dni spędziłam w Krainie Chłopięcych Zabaw.
Chłopcy w wieku od lat trzydziestu do siedemdziesięciu z hakiem bawili się doskonale.
Nibylandia była tym razem w Poroninie i w Zakopanem.
W Krainie Chłopięcych Zabaw śniadania robią się same, posiłki podają do stołu młode kobiety w strojach regionalnych, a w wiadrach chłodzi się wódka. Do sklepu chodzi się jedynie po papierosy i piwo.
Posiłki wykonane własnoręcznie to kiełbasa z grilla, kaszanka z grilla i boczek z grilla.
Inne źródło ciepła niż grill się nie liczy i jest za mało romantyczne.
Obejrzałam co chciałam. Pociąg z Warszawy do Zakopanego jak dawniej zmienia kierunek ruchu w Krakowie Płaszowie, Suchej Beskidzkiej i w Chabówce a z Pyzówki, do której dociera z wielką biedą chyżo spada na Równinę Nowotarską.
Czerwone Wierchy są już czerwone, jak na wrzesień przystało, Zakopane przez ostatnie kilkanaście lat, kiedy mnie tam nie było zmieniło się ale nie aż tak, żeby się w nim zgubić. Góry jak stały, tak stoją.


Drugi raz w życiu byłam na dyskotece, wtedy w Hybrydach, teraz w Morskim Oku. Pasuje mi to jeszcze mniej niż dawniej, ale doznania były niepowtarzalne. Dostałam stempel na rękę.
Zrobiłam tyle zdjęć, że teraz nie wstanę od komputera ze dwa tygodnie, jeśli zechcę to porządnie edytować.
Pięć dni w Nibylandii to dla pani po pięćdziesiątce trochę za dużo.
Z przyjemnością wróciłam do zabawy w dom i do zabawy lalkami. Przez następne dwa tygodnie będę jadła wyłącznie rośliny.
Uff.


poniedziałek, 3 września 2012

A słodkich pierniczków dla wszystkich nie starczy i tak...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czytam sobie ostatnią Politykę a post dojrzewa w głowie.
Społeczeństwo się starzeje, niektóre gminy się wyludniają z powodu emigracji i nierozmnażania się nieemigrujących i ogólnie przybywa starych a młodych jest tyle co jest.
I nieliczni młodzi będą mieli za chwilę na głowie stada starych. I będą się musieli opiekować i starymi i swoimi dziećmi na raz. Bo nawet najemnych rąk z krajów ościennych do tej roboty nie będzie. Tamci też się starzeją.
Opiekowanie się kimś starym i chorym w domu to klops, tragedia i kompletna życiowa zapaść.
Wiem coś o tym, niejaka Babora, ciotka mojej babci, zjawiła się na progu naszego domu kilka miesięcy po otrzymaniu przez dziadków kluczy doń. Inna babcina siostra miała dość Babory z Alzheimerem w komplecie, sama pracowała na pełen etat i miała dwa pokoje. Babcia niby nie pracowała, to za karę dostała Baborę. A razem z babcią reszta rodziny.
I stąd wiem, jaki to miód.
Potem moja babcia wymagała opieki. Oślepła, ogłuchła, nie miała wprawdzie Alzheimera, ale żyła niemal do setki i też nam pokazała co to jest przewlekła opieka.
Młodzi mają przechlapane. Jeśli na jednego młodszego (biorąc statystycznego, płci obojętnej) przypadnie dwoje starych, to praktycznie znaczy, że na jedną kobietę jeszcze przytomną i nie w latach przypadnie około pięciu zgrzybiałych staruchów do obrobienia.
Bo mężczyźni się nie opiekują zazwyczaj. Ten trud przypada córkom, w przeciwieństwie do spadku, który zwykle raczej synowi się zostawia. Jak się nie ma córki, to poopiekuje się synowa.
Domy opieki dla staruchów są coraz droższe, i jak zwykle trudno dostępne. Dziennych oddziałów umożliwiających opiekunom pracę zawodową nie ma.
No rzesz, super.
Aż się cieszyć należy, że właśni rodzice sprawnie pomarli.
Ale co zrobi moja córka? Na nią solo wypada troje przyszłych staruchów: jej tata, ja i Tomek. No przegwizdane ma dziewczyna. Jak jej jakieś dziecko jeszcze się przydarzy i mąż z rodzicami, to do własnej siedemdziesiątki dziewczyna z pieluch nie wybrnie.
Z pomocą rusza nam medycyna. Ta sama medycyna, która przedłużając ludziom życie spowodowała ten demograficzny korek.
A właściwie nawet nie medycyna, jej niedostępność.
Medycyna radośnie przedłużyła życie nawet beznadziejnym przypadkom ( teraz wymagającym drogiej opieki), ograniczyła choroby zakaźne i zostawiła obywateli z tym bałaganem sam na sam.
A państwo piszczy, że go nie stać na leczenie wszystkich w nowoczesny sposób.
I faktycznie nie stać.
Nie ma na świecie państwa, które by mogło wszystkim zafundować nowoczesne, drogie procedury (i tym samym wyprodukować jeszcze więcej staruchów do opiekowania się).
Ale jakoś tak głupio powiedzieć obywatelom: sami się ubezpieczcie, sami za siebie płaćcie. Wybory następne by władza natychmiast przerżnęła.
A usługi medyczne są coraz mniej dostępne. Lekarze pierwszego kontaktu przepisują coraz mniej refundowane leki na nadciśnienie i robią wszystko, żeby nie przepisać badań jakichkolwiek.
Badań kontrolnych dla niezatrudnionych w ramach NFZ nie ma.
Jeszcze kilka lat i cofniemy się w dziedzinie opieki zdrowotnej do początku XX wieku: kogo stać to do lekarza pójdzie, badania zrobi i leki wykupi.
Kogo nie stać to nie stać.
Ten, kogo nie stać o działaniu leków będzie się dowiadywał z reklam w TV i zbrojny w tę wiedzę kupi sobie w aptece Furagin (na zakażenia dróg moczowych), Prazol lub Ranigast na zgagę oraz Ibuprom czy jakiś inny na bóle.
Coraz więcej leków można kupić bez recepty, bo coraz więcej ludzi na uzyskanie recepty nie ma szans.
Będą się sami leczyć aż po zgon, czym uwolnią pokolenie swoich dzieci od opiekowania się nimi.

sobota, 1 września 2012

Hibiskusy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ostatnie dwa lata hibiskusy spędziły bezpłodnie. Nie chciały kwitnąć.
Nie służył im ani nawóz z dżdżownic, ani Florowit dla roślin kwitnących.
Co za wyrafinowane zachcianki!
Planton K w szarej torebce sprowokował cud:



Pąków jest mnóstwo i roślina ich nie gubi.
Bardzo mnie to cieszy. Teraz tylko jeszcze tajemnicę robienia z nich sadzonek muszę posiąść. Ich doniczki robią się za duże na trzymanie na parapetach.