środa, 31 października 2012

Meret

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Meret z wiśniowej Perfect Superwash od SandenesGarn  (wprost z lumpeksu, choć z metkami) dał się zrobić, zblokować i wysechł akurat na cmentarne peregrynacje.
W obiektywie teściowej byłam tak ogromna, że obcięłam  na zdjęciu niemal wszystko poza głową. Poza Meretem widać tu także nowe, doskonałe okulary. Jeśli podsunę je na nosie o kilka milimetrów, to idealnie widzę ekran komputera. Czytać mogę w nich leżąc choćby na plecach. Taki komfort przy progresach dają jedynie niemodne, wielkie oprawki. Te wszystkie możliwości wymagają miejsca aby zaistnieć. W modnych, wąskich oprawkach jedna z możliwości idzie po prostu do śmietnika, obcięta przy montowaniu szkieł w ramki. To ja wolę być niemodna ale widząca wszystko za pomocą jednych okularów.


Czyszcząc za pomocą stempla w aplikacji Adobe PS kołnierz palta przypomniałam sobie, ze szczotka do odzieży skonała od ciągłego czyszczenia kanap z psiego futra.
Po Zaduszkach udam się na poszukiwanie następnej.
Meret jest OK, ale jako że zwykle chodziłam bez czapek nie umiem z godnością trzymać głowy prosto. Ruszam się i wtedy Meret się kiwa, przekręca i przesuwa.
Nie wiem, czy zniosę to na dłużej.
Sfilcowany niebieski kask lepiej się trzyma głowy.
Na zdjęciu Meretowi towarzyszy Szeherezada, mój pierwszy ażurowy wyrób. Powinnam ją zrobić ponownie z lepszej włóczki, na grubszych drutach i z przyzwoitym marginesem 5 oczek francuzem. 2 oczka to za mało i szal się zwija.




wtorek, 30 października 2012

Grabiami i drutami

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Udało mi się w końcu wymusić na Panu Mężu podróż do OBI, znalazł lukę w swoich rozlicznych zajęciach i kupiliśmy kolejne widły, uchwyt do grabi, trzy worki kory oraz nawóz jesienny do trawnika. Ledwie ciągnie ten nasz trawnik wiecznie przekopywany, obsikiwany, ciemny i na glinie rosnący. A z powodu suszy wyłysiały i biedny. Ale przykryty gnijącymi liśćmi i bez nawozu nie przetrwa zimy na bank.
W piątek zabrałam się za testowanie nowych narzędzi. Do południa zgrabiłam 3/4 kontenera liści, gałęzi i wszystkiego, czego w ogródku w zimie być nie powinno.
W duchu jak zwykle gratulowałam sobie, że nie mieszkamy w domku z prawdziwym, pełnoformatowym ogródkiem, w którym Pan Mąż by palcem o palec nie tknął. Raz do roku można w końcu zagrabić. I wysiać ten nawóz.
W ostatniej chwili to zrobiłam, bo w nocy z piątku na sobotę spadł śnieg. Śnieg padał, a my świętowaliśmy, nieco przedwcześnie wprawdzie, ale hucznie Halloween.
Wystąpiłam jako Hogata, miałam zieloną twarz, jedną brew i szatańsko czerwone ust korale. Nawet na szczotce pofruwałam.


Innych przebierańców nie pokażę, bo mogą sobie tego nie życzyć.
Sobota była spokojna, poimprezowa, ale w niedzielę na cmentarzach stało się jasne, że dalej bez przejściowej czapki żyć się nie da. Mój zeszłoroczny wyrób rozwlekł się tak, że spadał aż na nos. Poświęciłam zatem niebieskiemu kaskowi pól godziny i dotąd go gniotłam i tarłam w gorącej wodzie z mydłem, aż nieco się zbiegł i sfilcował. I teraz naprawdę wygląda jak kapelusz - klosz z lat dwudziestych.
Potem na druty wskoczył niejaki Meret ( na ravelry jest przepis), właśnie schnie i się blokuje. Jeszcze ze dwie czapki trzeba zrobić. Jest z czego ubrać w berety pułk wojska. I to różnokolorowe.
Z koszyka woła o skończenie jedna skarpetka i aran z alpaki, a w kolejce ustawiła się również Lima z Dropsa. Do końca roku Drops ma szaloną obniżkę cen na włóczki z alpaką i sklep Magicloop się w te włóczki przytomnie zaopatrzył. Niejaki Celtic (wzór z Dropsa) wymaga w moim rozmiarze niemal kilograma Limy. Teraz kombinuję w jakim rozmiarze mam go wykonać. Jako L/ XL będzie dobry w biuście, za szeroki w zadku i za mały w talii. Jako XXL/ XXL będzie dobry w talii, za szeroki w biuście a w okolicy tyłka zmieszczę się podwójnie.
Albo wykorzystam patent z tej książki na iPada i zrobię rejon talii grubszymi drutami, albo nie odejmę na talię tyle co napisane w instrukcji.

Czy ktoś wie, jak wstawić tu ten sprytny znaczek z ravelry????

Piszę tu głupoty ale przykro mi bardzo i smutno. Chustka doszła do końca swojej drogi.



czwartek, 25 października 2012

Łaszczę się....

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

.... na candy u Myszopticy.
Strasznie chcę ten tweed od Rowana.
Ale pewnie będę go musiała zwyczajnie kupić.

wtorek, 23 października 2012

Książki o dzianinie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiedyś miało się jedną taką na półce i musiała starczyć. Nabieranie oczek, zamykanie oczek, prawe, lewe, narzut, parę ściegów, kilka modeli i szlus.
Dziś w każdej księgarni internetowej jest tego od cholery. Czasem się poszczęści i książeczka jest przydatna, częściej trafia nam w ręce kolejny samograj z wiecznie tą samą zawartością: co to jest wełna, a co moher, wielki rozdział o drutach i ich jakości itd. Bywa jednakże, że w okładkach znajdziemy skarb przydatny i nie do zastąpienia czym innym.
Trafił mi się taki skarb.
O taki (klik):
http://www.interweavestore.com/Knitting/Books/The-Knitters-Handy-Book-of-Top-Down-Sweater-Patterns.html

Przyjemną stroną kupowania był fakt, że wersja na iPada kosztuje 1/3 księgarnianej ceny. Ale trzeba mieć iPada. W okładkach może to być nawet bardziej przydatne.
Nabyłam zatem i jestem zachwycona.
Przede wszystkim nie ma tu żadnego sera, że posłużę się metaforą z Kubusia Puchatka, żadnego sera, a sam miód.
Na czym polega patent?
Ann Budd sprytnie opisała jak zrobić cztery różne wersje swetra robionego od góry: z okrągłym karczkiem, raglanu, z wrabianymi rękawami i z rękawami tzw saddle, gdzie środkowa część rękawa ma listwę sięgającą aż do podkroju szyi.
Tylko cztery wersje? Ale za to we wszystkich rozmiarach, od niemowlęcego do "na wielkiego chłopa", i dla próbki ściegów od 12 do 28 oczek na 10 cm.
Każda z czterech instrukcji ciągnie się przez wiele stron i w stosownych tabelkach trzeba sobie znaleźć na skrzyżowaniu kolumny z robionym rozmiarem i rzędem z gęstością ściegu ile i czego mamy wykonać.
Trochę trzeba nad tym pomyśleć, takie instrukcje czyta się z trudem, ale nie ma nic za darmo. Ponadto autorka zawarła w książce po kilka przykładowych modeli dla każdego stylu swetra. I to są znakomite modele. Naturalnie detalicznie opisane. Po angielsku.
Oprócz tego rzeczowo i bez bla blania podane są wszelkie informacje dotyczące dostosowywania instrukcji do naszej osobistej próbki, patenty na wykonanie dobrze leżących kołnierzy i listew itd.
Mam poczucie nie wyrzucenia pieniędzy w błoto.


niedziela, 21 października 2012

Bardzo droga biżuteria

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dwa tygodnie migreny, krótkie ręce i lekki ból oka wygnały mnie do okulisty.
Ledwo dwa lata temu zrobiłam sobie nowe progresy za nieziemskie pieniądze. Z wszystkimi powłokami, najnowszej generacji i w modnych oprawkach. Oprawki zaczęły obłazić z kolorowego lakieru po sześciu miesiącach użytkowania. Po roku jeden nausznik odstawał bardziej niż drugi; to moja wina, okulary zdejmuje się z głowy obiema rekami. Progresy nierówno siedzące na nosie to makabra.
Odpadające noski i regulacje przeprowadzał rodzimy optyk z anielską cierpliwością.
W międzyczasie wpadłam na ulicy na dawno niewidzianą koleżankę. Pochwaliłam jej niesłychane, druciane oprawki do okularów. Czyste w formie i bardzo charakterystyczne. Zaśmiała się perliście - to wciąż te same" powiedziała.
Podarowałam jej te oprawki coś około roku 1985. Sama dostałam je w prezencie od innej koleżanki w roku 1974 i kilka lat nosiłam. Były to stare, mocno przedwojenne angielskie druciaki pokryte najprawdziwszym szyldkretem, rzecz dziś już niespotykana i prawem zakazana. Skorup egzotycznych żółwi nie wolno używać do takich gadgetów. Szyldkret z wiekiem odpadł, ale stalowe druty mocno trzymały szkła. Co jakiś czas trzeba je było skręcić śrubokrętem.
W końcu zebrałam szaloną kwotę 40$ na nowoczesne, fotochromowe, duże, modne szkła z cylindrami i kupiłam je sobie w Pewexie. U rodzimego optyka nabyłam dwie jednakowe oprawki (jedną na zapas) i miałam okulary, jakich astygmatyk za komuny mieć nie miał prawa. Zapasowa oprawka się po kilku latach przydała, ale jak wszystko wyszła z mody. Nic nie wygląda na człowieku bardziej de mode niż oprawki okularowe z poprzedniej dekady. A zmiany w tej dziedzinie zawsze są radykalne.
Oprawki staruszki poszły do koleżanki, która nosi je do dziś i zrobiła z nich swój znak firmowy.

Pani okulistka zrobiła swoje czary-mary z komputerem i skrzynką szybek. Dostałam receptę na szkła o dioptrię mocniejsze. Lewe oko, które ponoć już tak miało mieć, że nie bardzo widzi nagle ożyło i się roześmiało. Nic dziwnego, że głowa boli od czytania.
Wpadłam z tą receptą do rodzimego optyka. Spytałam, czy da się u niego zrobić progresy za mniej niż 2 500 złotych.
Odparł, że się da i zasiedliśmy przed katalogami szkieł optycznych. Zrozumiał, że chcę szkła mineralne. Zalecił brak powłok antyodblaskowych, jeśli mi zależy na trwałości i nierysowaniu szkieł. Oprawkę dobraliśmy w trzy minuty. Matowy, czarny plastik w bardzo, bardzo tradycyjnym kształcie umożliwiającym czytanie na leżąco. I trochę podobne do okularów mojego ulubionego muzyka.
Z pazurem i z jajem.
Cena całości to połowa ceny takich okularów wykonanych w okularowym, popularnym supermarkecie.
Czekam na telefon.
Taką biżuterię będę nosić. Jak zwykle.
Zastanawiam się, czy na jakimś pchlim targu nie kupić sobie takich starutkich druciaków. Kosztują według allegro około 40 złotych. Biżuteria, tak jak suknia, jest piękna dopiero po stu latach!


czwartek, 18 października 2012

Głodne dzieci na ulicy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Bardzo dawno nie byłam u babskiego lekarza. Przymuszona koniecznością poszłam, acz bez entuzjazmu. Zachowałam się jak ktoś z głuszy, a co najmniej z innej epoki. Miła pani doktor za rękę zaprowadziła mnie do ślicznej przebieralni z kibelkiem, umywalką i bidetem. Sama tych wielkich drzwi znaleźć nie mogłam.
Hurrra! Koniec skakania przed obcym człowiekiem z jedną nogą w pończoszce, a drugą bosą, za to przyozdobioną majtkami dyndającymi w okolicy kolana.
Ponoć teraz żaden gabinet ginekologiczny bez takiej przebieralni ze stosem jednorazowych spódniczek i foliowych kapciuszków istnieć nie może.
Nic mnie nie ominie niestety, i USG i mammografię mam zrobić do za dwa miesiące i koniec.
Z szoku i emocjonalnej huśtawki (nic na to nie poradzę, wszystkie moje zdrowotne nieszczęścia zaczęły się właśnie od ginekologii i bardziej z gwałtem mi się te wizyty kojarzą niż z pomocą) nabyłam sobie na wynos kawę, zaraz za drzwiami zapaliłam papierosa i pognałam do metra.
W metrze wyrośnięty, blady czternastolatek poprosił, bym kupiła mu coś do jedzenia. Obok był sklep spożywczy i już tam szorowałam, gdy dzieciak poprosił o coś ciepłego w okolicznym barku. Zdecydował się na kotlet schabowy (o 11 przed południem) za 14 złotych , do picia (a mogę wziąć coś do picia????) chciał Nestee z cytryną. Barmanka patrzyła na nas jak na dziwolągi.
Chłopak takich schabowych pewnie mógłby zjeść z pięć porcji, wyglądał na ten wiek, kiedy apetytu młodego człowieka nie zaspokoi się porcją mniejszą, niż serwowaną wiadrem.
Po powrocie opowiedziałam to Panu Mężowi.
Pan Mąż, komuch z natury, zczerwieniał na twarzy i wrzasnął: Chuj z takim ustrojem, gdzie można zbudować do niczego niepotrzebny stadion za 2 miliardy złotych, wymieniać na nim trawę za kolejne miliony i dalej się do niczego nie nadaje, a dzieci nakarmić nie można.
Zgadzam się z Panem Mężem, choć nigdy nie byłam komuchem. I czasy słusznie minione uważam za słusznie minione.
Czytelników proszę o powściągliwość w wyrażaniu opinii, że dzieciak udawał i nie był głodny. Widziałam wiele głodnych dzieci i teraz widuję ich coraz więcej. Ten chłopak był głodny. Nastolatki nie budzą tak ciepłych emocji jak słodkie niemowlaczki, co nie znaczy, że nie bywają w potrzebie.
Bywają, i to częściej, niż się wydaje. Jak ktoś takiego spotka to trzeba nakarmić i już.

A teraz obrazek zeszłotygodniowy. Kopia portretu Gauguina


Dopiero na małym zdjęciu, takim jak tu, na blogu widzę błędy. Coś z wąsami jest nie halo i prawe oko ma zbyt jasną powiekę. Cień na czole też nie bardzo. Ale to nie jest moje ostatnie słowo w malowaniu.
To akryl, nie tak łatwo go poprawić jak pastel.


wtorek, 16 października 2012

Widok dynamiczny: instrukcja i kocosweter

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zmieniłam widok bloga trochę przypadkiem i mi się spodobał.

Aby przeczytać posta należy na niego kliknąć. Pod spodem jak zwykle jest klikadło do komentarzy (Add a comment), w celu skomentowania, kliknąć.
Dalej jak zwykle.

Listy blogów, archiwum i inne przydasie są schowane na prawym marginesie, tam, gdzie linia jest trochę grubsza. Jak się myszą najedzie to wyłażą spod marginesu.
To tyle.

Skończyłam kocosweter z dwóch dropsowych włóczek i ma on z pewnością jedną zaletę: szybko się zrobił.


Nada się jako podszewka do paletka bez watoliny i jako gruntowny otulacz do siedzenia na kanapie. Jest u nas znacznie chłodniej niż w mieszkaniach bez mierników pobranego z kaloryferów ciepła, staram się zachowywać w części mieszkalnej około 18 - 20 stopni. Dla rozbestwionej nieograniczonym grzaniem Alicji to trochę mało. Zatem pozuje Alicja, ale bez głowy!

Do zadawania szyku wśród ludzi kocosweter się nie nadaje.

niedziela, 14 października 2012

Studio portretowe zaczyna działać

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Niech mi nikt nie mówi, że do wszystkiego trzeba dojść samemu. I że samemu trzeba wszystko od nowa wymyślać.
Wiele dróżek przedeptali przed nami Wielcy tego świata i uczyć się od nich to żaden wstyd. Eduard Manet namalował pastelowy portret Irmy Brunner w 1882 roku. Pozwoliłam sobie zapożyczyć pozę, kolorystykę, czarny kapelusz i sposób malowania karnacji.
Koleżanka, której twarz narysowałam jest zadowolona.
Panie Manet, bardzo dziękuję za lekcję!
Oczywiście rysunek jest na obu stronach opisany co i jak.

sobota, 13 października 2012

Roztrojenie jaźni

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

A nawet rozczworzenie jaźni mi się szykuje.
Idzie zima zła i kolejka dziergadeł do wykonania urosła nieprzyzwoicie.
Kocosweter wymaga jeszcze metra kwadratowego co najmniej cierpliwego dziergania. Aran Alice Starmore ma dalej jedynie plecy. Kolejka skarpetek coraz dłuższa i jeszcze Lima na żakiet zamówiona.

Głowa pozbawiona otępiaczy coraz więcej rozumie z tajników programów edycyjnych - fotografia to drugie życie.

Ręce świerzbią do malowania i rysowania. W tym roku prowadząca zajęcia w Domu Sztuki postanowiła nas z ludzką postacią i z portretem zaznajomić. Akrylowymi farbami kopiujemy słynne portrety. Mnie przypadł Cezanne. I nawet podobny do oryginału wyszedł. Pozwoliłam sobie na kolorki prosto z tuby, jasne, wyraźne i bez opamiętania.

foto za tydzień

 Mam ochotę w różnych manierach krewnych i znajomych sportretować. Bo jak tego zrobię dużo, to się dużo nauczę. A własny styl i tak da o sobie znać.

Pan Mąż, gadgeciaż nieuleczalny, nabył sobie kolejną wersję i Pada z procesorem mocarnym, wyświetlaczem retina i pamięcią jak u słonia. Zatem jego stary tablet przypadł mnie. Mogę sobie teraz jak jakiś hipster przesiadywać w modnych kawiarniach i surfować za pomocą nadgryzionego jabłuszka gdzieś w sieci. Tyle, że surfować wolę ze stacjonarnego.
Ale Pan Mąż mnie zna. Zatem natychmiast zainstalował mi kilka czytników książek. I kazał założyć konto na Amazonie. I już mam dwie świeżutkie powieści (powiastki?) Kinga, z czego jedna jest wyłącznie do kupienia na Kindla i traktuje właśnie o Kindlu. Pożądaną książkę o dzierganiu swetrów od góry też już w tablecie mam. Książki na tablet kosztują 1/3 tego co w papierze, nie zajmują miejsca na półce i są gotowe do czytania w minutę po kliknięciu przyciski "płacę". I jest ich strasznie dużo - można wybierać.

I teraz trzeba pozwolić, żeby ogródek sam się na zimę przygotował, mieszkanie zarosło kurzem i psią sierścią, kuchnię zamknąć na patyk, a samej albo okręcić się kocem w kratkę, uwalić na kanapie i czytać, aż oczy zmętnieją, albo malować te portrety, albo dłubać swetry i skarpety, albo obrabiać te fotki bez końca.
Tylko z przerwami na psie spacery i kilometrowe sprinty w basenie.


wtorek, 9 października 2012

Poszedł zły odkurzacz precz

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy




Wybiegane, nażarte,wystraszone ryczącym odkurzaczem w końcu ułożyły się obok kochanego, ciepłego już kaloryfera i wyglądają pięknie.
Nie ma jak zasnąć z Muszką pod głową. Ja też czasem tak zasypiam. Muszka jest cierpliwa.

A ja idę do kocoswetra, który ma już oba rękawy i kadłuba mu brakuje. Wszystko wskazuje na to, że będzie idealną podszewką do wiatrem podszytego paletka.

poniedziałek, 8 października 2012

Bojowa cebula

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Unikam ostatnio smażonego. Razem z kilometrem wpław dwa razy w tygodniu unikanie dało mi pewien luz w okolicach paska od spodni. Nie ma smażonego, jest duszone!
Ale dziś za sprawą pewnej cebuli poniosłam sromotną klęskę kulinarną.
Cebula wyszła i poszłam po nową. Wraz z marchewką miała być podstawowym składnikiem sosu warzywnego do klopsików z wołowej siekaniny.
Zwykła, żółta cebula wyglądała dziś jakoś nieapetycznie i pachniała śmietnikiem. Zatem ja, głupia, kupiłam białą.
Biała swołocz już w garnku niestety okazała się gorzka jak piołun a pachniała jak jakiś gaz bojowy.
Po czterdziestu minutach duszenia z klopsikami gaz bojowy zatruł całe mieszkanie. Gorycz niemal znikła, jakoś to zjadłam, ale byłam wdzięczna losowi, że Pana Męża dziś w domu na obiedzie nie było.
Komu i po co potrzebna jest gorzka, śmierdząca chemią cebula? I po czym poznać, że się do jedzenia nie nadaje, choć wygląda na oko bardzo urodziwie?
Niestety, bez cebuli gotować nie umiem.

niedziela, 7 października 2012

Przesadziłam!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zdecydowanie przesadziłam z komputerem.
Nie da się tak dalej. Czas pożera jak jakiś czasowy żarłok i w nocy śni mi się gra w mahjonga. To straszny sen, bo na planszy są jedynie czwórki i piątki.
Zatem koniec z graniem. Jako przerywnik codziennych czynności teraz obowiązują do odwołania szkicowniki. Zamiast w Mahjonga i w kulki zdrowiej się z Kretką bawić piłeczką.
Jakiż to człowiek skłonny do uzależnień.

wtorek, 2 października 2012

Panowie meblują mieszkanie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dłubiąc na drutach wieczorem oglądam jednym okiem TV. Zwykle kryminałki, ale CSI leci na AXN w kółko i chyba wszystkie odcinki widziałam po dwa razy. Zatem przełączyłam się na TLC i zobaczyłam odcinek całkiem nowej serii bodaj pod tytułem Awantura O Remont czy jakoś tak.
Kolejny bardzo smutny serial, sprytnie pomyślany tak, aby skłócić bohaterów programu.
Zasady "zabawy" są następujące:
1) Na remont mieszkania para dostaje 40 000 złotych. W dobie kryzysu i przy odpowiednim doborze kandydatów to naprawdę masa pieniędzy.
2) Pani się wyprowadza z domu na trzy tygodnie, a przez te trzy tygodnie Pan musi zrobić remont, z projektem, własnoręcznym wykonaniem i stylizacją włącznie. Dobierając kandydatów do programu bez trudu można wybrać leniwych, niekształconych w sztuce aranżacji mieszkań Panów i Panie z Bóg wie jakimi oczekiwaniami.
3) Pana zostawia się przy robocie, a Panią obwozi po studiach architektury wnętrz, sklepach meblowych, buduje się dla niej w studio replikę mieszkania do wyremontowania z zawartością i daje do pomocy zawodowych projektantów. Pani sobie gniazdko urządza tak, jak by chciała mieszkać. Jej oczekiwania rosną jak balon do podróży międzykontynentalnych. Pani już ma w głowę włożone, co za tę kasę można zrobić.
4) Pan może obejrzeć projekt partnerki na 72 godziny przed końcem "zabawy". Okazuje się, że to co zrobił nijak się nie ma do jej oczekiwań. Na zmiany jednak nie ma już ani czasu, ani pieniędzy.
5) Konfrontacja!
W odcinku, który zobaczyłam ludzie mieszkali ze sobą dopiero od pięciu miesięcy, a mieszkanie należało do Pana. Zatem Pan robił remont własnego mieszkania i Pani właściwie nie miała nic do powiedzenia. Jakby się jej nie podobało (a miało się prawo nie podobać, oj miało) to mogła wrócić do mamusi.
Pan zignorował potrzeby partnerki całkowicie i w salonie zbudował sobie studio odsłuchowe audio z fotelami i kanapami wyjętymi z samochodowych wraków i stolikiem ze starym silnikiem zamiast nóg.
Miejsca do pracy dla Pani nie zrobił, bo zapomniał. Łóżka przed kupnem ani nie zmierzył, ani nie wypróbował, czy wygodne.

Cel programu jest oczywisty: pokazać skrajne emocje uczestników począwszy od wyśrubowanych oczekiwań, rozpacz i rozterki kogoś kto nie umie, a musi zrobić, po załamanie na końcu połączone być może z efektownym rozstaniem. Celem jest wywołanie koszmarnej i bardzo kosztownej awantury.

A można by z tego zrobić fajny program o realistycznym urządzaniu zwykłych polskich wnętrz z realistycznym budżetem. Ale emocje, gdzie by były wtedy gorące emocje... No i tak pięknie upokorzyć by się ludzi nie dało. No i to pewnie obcy, sprawdzony format.

I widzowie nie przeżyli by pełnego pychy poczucia "jestem lepszy, ja bym tak nie zrobił" lub (do wyboru) "ale czad, ja też chcę mieć studio odsłuchowe zamiast stołu i regału."