środa, 28 listopada 2012

Przenosiny 11

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wielka radość



Udało nam się w rekordowym czasie sprzedać i kupić mieszkanie. Cieszymy sie jak dzieci i jesteśmy tak podnieceni, ze nie możemy spać, a gdyby nie uszy, to nasze usmiechy ciągnęłyby się dookoła głowy. Podjęliśmy w styczniu decyzję o zmianie mieszkania. Teraz jest początek kwietnia, formalności są pozałatwiane, kasa przepłynęła, za kilka dni przejmujemy w posiadanie nasze nowe lokum.

Nowe mieszkanie jest kompromisem między naszymi potrzebami i marzeniami. I to udanym kompromisem. Tomek chciałby mieszkać w domku z ogrodem, najchętniej daleko od miasta. To bardzo pociągająca perspektywa, ale ja nie prowadzę samochodu i nie mam zamiaru się tego uczyć, mamy w Warszawie dwie mamusie, których opuścić nie wypada no i marząc o domku na odludziu mój piękny mąż nie bierze pod uwagę takich zjawisk jak roztopy, zamiecie śnieżne, jesienne szarugi i odśnieżanie podjazdu o 4 rano w grudniu.
Wiem ponadto, że strzyżenie trawnika bawiło by go najwyżej trzy razy. A potem dyskutował by z trawą i kazał jej wolniej rosnąć. (sprawdziło się, kosi raz na sezon)
Ja chciałam mieszkać w Warszawie, ale w jakimś spokojniejszym, zieleńszym miejscu. No i koniecznie chciałam mieć własny pokój, najchętniej zamykany na klucz od środka. Misia też chciała zostać w Warszawie i żeby w jej pokoju nie było moich rzeczy. Ani betów tatusia. 
Z takimi założeniami zaczęliśmy szukać mieszkania naszych marzeń wśród ofert w internecie. Zaczęliśmy to robić groszem nie śmierdząc, bo wydatki zamierzaliśmy pokryć pieniędzmi ze sprzedaży mieszkania na Starym Mieście. Byliśmy przekonani, że jest ono warte grube miliony. Z błędu wyprowadziła nas wynajęta agentka nieruchomości, która przyszła do nas i co do złotówki określiła rynkową wartość naszego mieszkania. Tomek przeżył spory zawód dowiadując się o różnicy między ceną ofertową a ceną sprzedaży. Miał jednak na tyle rozumu, żeby szukać mieszkania w cenie nieco niższej niż spodziewane zyski z naszego mieszkanka. I po tygodniu poszukiwań znaleźliśmy ofertę idealną. Po mniej więcej 2 tygodniach od postanowienia, że sprzedajemy nasz lokal powiedziałam o tym sąsiadce, starszej pani. Pani posłała wiadomość w świat dużo skuteczniej niż internet i wszystkie warszawskie gazety. Kupiec znalazł się w ciągu kolejnego tygodnia i dał tyle, ile dobra Nina powiedziała, że weźmiemy.
Pojechaliśmy zobaczyć wyszukaną przez nas ofertę. Duże, 85 metrowe mieszkanie na Ursynowie nieopodal Dolinki Służewieckiej, 5 minut od metra, tuż przy przystanku licznych autobusów. na parterze, z okratowanymi oknami i zrobioną na tip top kuchnia, na pierwszy rzut oka dość ciemne. Właściciel, facet z gatunku majster-klepka z frontowego balkonu zrobił 13 metrowy wyłożony terakota taras . Po przeciwnej stronie mieszkania jest taras drewniany, ma 9 m2 i z niego schodzi się do 230 metrowego ogródka gęsto obsadzonego drzewami i krzewami. Ponieważ właściciel miał wielki szacunek do roślinności po 15 latach dzikiego wzrostu roślinność woła o sekator - już go sobie kupiłam. Pod jednym z pokoi jest wyłożona kaflami piwnica z doprowadzoną wodą, pod łazienka jest druga piwnica. Obie suche i ciepłe. Majster klepka przebił się z mieszkania do piwnicy - musimy zamontować tam schody., bo zamierzamy pomieszczenia często korzystać. Sam budynek ma jedynie 2 piętra, na klatce schodowej jest tylko 6 mieszkań. Wszystko jest zadbane, wyczyszczone, zieleń najwyraźniej pielęgnują ogrodnicy. Na ogrodzonym parkingu dla lokalu są zarezerwowane 2 miejsca parkingowe. Parking widać z okna.
Dzięki agentce nieruchomości negocjacje, choć zażarte nie były specjalnie uciążliwe. Pan, który kupował nasze mieszkanie ma duże doświadczenie w interesach i tak to wszystko urządzono, ze formalności skończyły sie na podpisaniu 2 aktów notarialnych. W akcie kupna nowego mieszkania Alicja jednocześnie podarowała mieszkanie Tomkowi. Bardzo obniżyło to koszty całego przedsięwzięcia.
No i teraz na razie na papierze meblujemy i urządzamy ursynowskie mieszkanie. Każdy już wie, co chce mieć w swoim pokoju. W salonie będziemy spać, bo żadne z nas nie poświęci osobistej przestrzeni na sypialnię, zresztą spanie w większym pokoju jest zdrowsze. Dwa tarasy i ogród powiększają przestrzeń życiową.
Moja mama widząc co się dzieje wezwała mnie na poufną rozmowę. kazała mi założyć sobie osobne konto w banku i przelała mi na nie jako darowiznę sumę wystarczającą spokojnie na całkowite urządzenie mieszkania zgodnie z naszą wolą. Zgłosiłam kwotę skarbówce, bo jakby nam łupnęli podatek, to strata byłaby spora. Zaprosiłam potem do lokum naszego rodzinnego speca od remontów i pana od okien ( jak mam myć 6 okien i 2 balkonowe, to niech to będzie prosta czynność a nie boksowanie się ze starymi skręcanymi trupami). Myślimy o takich miłych rzeczach jak dywany, lampy, bieżące metry pólek potrzebne na nasze zbiory książek i szat, gdzie będą wisiały szczotki do podłogi, czy zmieści się w jakimś kącie komoda i czy wymalować ciemnawe pokoje nową, lepiej odbijająca światło farbą od Duluxa, czy zwykłą Jedynką. Myszkuję już  po sklepach meblowych, jutro się wybieram do Komfortu popatrzeć na dywany. I mamy zabawę po pachy.



A Kretce się bardzo podoba ogródek. Już wykopała dziurę w trawniku. 

Zabawa klockami

Chodziłam z Tomkiem do liceum, zatem należy przypuszczać, ze przedtem chodził do podstawówki, a jeszcze wcześniej do przedszkola. Misia jednak nie może w to uwierzyć. Jej zdaniem Tomek urodził się już dorosły i bardzo mądry. O ile nieprzyzwoite przedszkolne wierszyki mój mąż potrafi nam prezentowac o każdej porze, o tyle każda inna czynność zalatująca wychowaniem przedszkolnym budzi w nim odrazę. Nie cierpi tańców towarzyskich, śpiewa okropnie i wnioskuję, że rytmika była przezeń znienawidzona. Podobno bardzo szybko nauczył się czytać i przedkładał to zajęcie nad typowe przedszkolne zabawy. Jest jeszcze w rodzinnym archiwum jakieś jego zdjęcie w przedszkolnej piaskownicy, jednak jego mina na tym zdjęciu - na którym inne dzieci bawią się z pełnym zaangażowaniem - mówi, że trafił tu zupełnie przypadkiem i nie czerpie z tej piaskownicy ani trochę radości. Podobnie chyba było z klockami. Sądzę, że potrafi z nich ułożyć wieżę i pociąg.
Trudno powiedzieć o moim mężu, że ma jakieś braki rozwojowe. Panuje nad czasem i pieniędzmi, zna kilka obcych języków, łacinę Rzymian też, doktorat z trudnej dziedziny prawa napisał i obronił za granicą w bardzo młodym wieku i rekordowo krótkim czasie. Bystry jest do bólu, pamięta wszystko, co przeczytał, umie z wiedzy korzystać, więc trochę się zdziwiłam, gdy mi kiedyś wyznał, że standardowy duży test Wechslera napisał jak ktoś z ograniczeniem umysłowym. Ja tam Wechslera zrobiłam całego bezboleśnie, a przy Tomku czuję się czasem jak imbecyl. Nie drążyłam tematu, ale im dłużej żyję z Tomaszem, tym bardziej widzę, że to narzędzie pomiarowe miało jednak coś istotnego do przekazania. 
Tomek jest zagubiony w przestrzeni. I sprawny inaczej w dziedzinach wymagających wiedzy technicznej.
Nie bardzo wie, ile to jest metr. 2 lub 3 metry to już abstrakcja. A jak wyglądają 2 metry i 3 metry razem stanowi kompletną tajemnicę.
Można z tym żyć, ale bywa niewesoło. Samotnie i w bólach uczył się parkowania i do dziś nie wierzy, ze da radę zaparkować na standardowym miejscu parkingowym pod supermarketem. Te miejsca są wyznaczone w jednakowych odstępach, a zdarza nam się krążyć mijając mnóstwo pustych okienek, nim Tomasz zdecyduje w którym jednak nasz krążownik szos się zmieści. Zdaje się, że ma to coś wspólnego z wysokością samochodów parkujących obok.
Prawdziwy horror przeżyliśmy skręcając wspólnie stół kupiony w Ikei. Małżonek przyniósł paczkę do domu i nim zdjął z siebie palto rozerwał na środku salonu opakowanie i na oślep zaczął przykładać do siebie różne elementy. Obrazkowa instrukcja zrozumiała rzekomo dla każdego człowieka na globie była dla niego nie do rozczytania.  Klął, groził, że pozwie Ikeę do sądu - bo takie robi badziewne stoły - a ja podawałam mu po kolei części mebla i stosowne śrubki, pokazując gdzie ma je wkręcić. W przerwach między wkręcaniem tych śrubek Tomek siedział na podłodze i klnąc bardzo głośno monotonnie kiwał się w przód i w tył. Tak zastała nas Misia. W końcu stół został złożony, ale Tomek go nienawidzi. Ponieważ los jest złośliwy, właśnie ten stół jest teraz jego miejscem pracy. 
Mamy w planach zamianę mieszkania na większe i trzeba będzie nowe mieszkanie umeblować. W Ikei. niestety, bo na Ikeę nas stać. Na meble w Desie nas nie stać. Jest jasne, że trzeba będzie zamówić serwis składający te meble w domu.
Tomek lubi mieć jasno zaplanowaną przyszłość. Lubi wiedzieć kiedy pojedzie na wakacje, kiedy pójdzie do dentysty i co ma załatwić w piątek, a co w poniedziałek. Teraz, wiedząc, że ma pierwszy raz w życiu mieć pokój wyłącznie dla siebie porwał mnie do Ikei w celu zaplanowania tego pokoju. Wkroczył tam pełen nadziei. Po godzinie oglądania sklepowych aranżacji i złożonych mebli był tak skołowany i zrozpaczony, że aż mi go było żal. I było mi trochę wstyd. Aranżacje mu się podobały, ale pojedyńcze meble już nie. Biurka były za małe, szafki na książki za mało pojemne, fotele za małe na niego a za duże do pokoju. A wszystko na dodatek było byle jakie. Sfrustrowani i wsciekli wróciliśmy do domu kłócąc się zawzięcie.
Kłociliśmy się jeszcze w domu, już zanosiło się na ciche dni, gdy wpadłam na prosty pomysł. Z miarką w ręku policzyliśmy, ile książek ma mój miły mieć w gabinecie. Wyszło, że 27,5 metrów bieżących. Przeliczyłam to na standardowe regały i błysneło mu światełko w tunelu. Zarządał planu swojego pokoju. Wykonałam plan. Zaczął ustawiać wirtualne meble w tym narysowanym pokoju. Znowu było coś nie tak - a to skala się pomyliła, a to fotel wyszedł szeroki na 25 cm. W końcu wyciął sobie szablony mebli z papieru, uwzglednił wysokość ścian i było już z górki.
A trzeba się było bawić w przedszkolu klockami.
Misia przytomnie zauważyła, że na szczęście Tomek ma żonę biegłą w metrach bieżących, metrach sześciennych i technicznych aspektach mebli i domowych instalacji. Taką, która w przedszkolu bawiła się klockami z upodobaniem.


Kretka i amstaffy




Kretka niebawem skończy trzy lata. Do wieku mniej więcej dwóch lat zupełnie nie wykazywała poza niesłychanym do mnie przywiązaniem i pracowitością psychicznych cech niemieckiego teriera myśliwskiego. Zajrzyjcie sobie na dowolną stronę o jagdterierach a dowiecie się, że to wcielone diablęta, dziki pożerają na śniadanie, gryzą obcych, domowników stawiają pod ścianą, tolerują jedynie swojego wybranego pana, rozbójniki, pracoholiki i do hodowania w rodzinie się nie nadają.

A moja suka to ciapek. Z nikim nie wojuje, jak ktoś zabierze jej piłeczkę, to niech się nią bawi, w końcu pańcia ma worek piłeczek, nie ma się o co awanturować. Małe dzieci lubi, starsze panie lubi - przyjaciółka wszystkich psów i wszystkich ludzi. Nawet listonosza kocha.
I była sobie taka spokojna i opanowana, wiecznie uśmiechnięta i zajęta własnym kształceniem (nauką nurkowania na przykład) aż skonczyła dwa lata.
Zmiana była subtelna. Dawniej każda koleżanka mogła przejąć jej piłeczkę rzuconą przeze mnie i Kretka spokojnie ją oddawała. Bera - również jagdterierka podnosiła o pól centymetra lewą górną wargę, pokazywala czubek kła i piłeczka była już jej. A teraz suki dobiegają do piłki razem i Bera nawet nie próbuje jej podnieść z trawy. Bez pokazywania kłów Kretka ustanowiiła dominację. I to wszystko.
I bawiła się psia zgraja na trawniku pewnego niedzielnego poranka w zgodzie i poszanowaniu własnych piłeczek, aż przyszedł jakiś facet z amstafką. Przyglądali się psim zabawom z daleka, aż w końcu młodzian spuścił swą sukę ze strasznej smyczy, żeby sobie piesek pofiglował. Piesek figlował jak to amstafy bez wykształcenia mają w zwyczaju. Porwał Kretkową piłkę, a gdy Kretka chciała ją zabrać straszna suka stanęła na szeroko rozstawionych nogach, zjeżyła się, pokazała kły az do dziąseł, nos podjechal jej między oczy i z głębi gardła warknęła "zabiję cię!". Kretka popatrzyła na nią zdumiona, wywaliła ozór, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała "żartujesz".
Amstafka powtórzyła groźbę z paskudnym grymasem. Kretka przechyliła łeb i widać było, ze myśli "odbiło ci, czy jak?". Amstafka wyglądała jak furia. Trzeci raz okazała zgryz i tak warknęła, że aż sie opluła. Jej pan obserwował to spokojnie - ona się tylko tak bawi - oznajmił mi. Kretka zrobiła się jakby wyższa, oczy się jej zwęziły a uszy powędrowały na czubek głowy. Widać było, ze mówi "jesteś pewna, że wiesz, co robisz?". Amstafka była pewna "zabiję cię!!!" warczała czwarty raz i natarła na Kretkę z zębami. Ale nie mogla wcelować. Pozornie niedbałe skoki mojej psinki były bardzo podobne do techniki uników Muhammmada Ali na ringu. Wygladalo to na kpine z silniejszej, masywniejszej przeciwniczki. Amstafka powtórzyła piaty raz " zabiję cię!!!". I wtedy Kretka odpowiedziała:"nie prawda, to ja cię zabiję i nie bedę się z tym tak guzdrać jak ty". Pokazała uzębienie, przy którym amstafie zęby wygladają jak koraliki na sznureczku, nos podjechał jej między oczy, wydała z siebie dźwięk, jaki w filach grozy przysługuje najgorszym potworom, rzuciła się przez bark między amstafie nogi i już już miała rozerwać suce brzuch, gdy własciciel tejże porwał ją na ręce i uciekł.
Towarzystwo na trawniku patrzyło na to zdumione. A Kretka wzięla swoją pomarańczową piłeczkę, położyła mi pod nogami i poprosiła jak zwykle "no rzuć!".
Jagdteriery się bardzo łatwo uczą. I mój się właśnie nauczył, że amstaf to taka odmiana miejskiego dzika. Jakby co , to ona jest w końcu od dzików specjalistką.

Dziś Kretka ma prawie osiem lat. Jest spokojna, zrównoważona, kocha dzieci, starsze panie i piłeczki. Nie napada na psy i nie wzruszają jej niczyje warkoty, wygodnie mieć takiego psiaka i wiedzieć, że jakby co, to sobie poradzi. A mimo to nikogo nie straszy.

Ostrość wzroku



Mam ostatnio niejakie problemy z haftowaniem, ze względu na ostrość wzroku. 

Rozumianą dwojako.
W aspekcie czysto fizycznym chyba coś jest nie tak z moimi okularami. Noszę modne progresy i to jest trzecia para jaką mam. Felerna para. Obie poprzednie były świetne, nie musiałam się przyzwyczajać, nałożyłam u optyka wykonane szkła i było OK. Widziałam na odległość, widziałam na dystans średni i widziałam co czytam i co haftuję. Te są jakieś inne. Może to wina modnej, wąskiej oprawki odcinającej część pola widzenia? Może wzrok mi się aż tak przez rok popsuł? Fakt, że bez szkieł a nawet w okularach od kilku miesięcy nie mogę przeczytać ulotki leku, wyjąć sobie kolca z dłoni ani precyzyjnie nałożyć makijażu. (Może ktoś mi poradzi jak się malować w okularach?). Przesuwam te okulary wyżej i niżej na nosie i nie mogę osiągnąć z nimi porozumienia. Jasne, że na ten aspekt ostrości widzenia pomóc mi może jedynie okulista.
Drugi problem to niesłychana ostrość widzenia wszelkich robót do wykonania na cito, uniemożliwiająca spokojne zajęcie się ulubionymi zabawkami. Widzę koty kurzu i muszę je usunąć, bo je WIDZĘ. Widzę warstwę piasku na parkiecie, widzę poziom napełnienia kosza na brudną bieliznę, widzę wysychające 2 x dziennie kwiaty w skrzynkach na tarasie, widzę nieszczęśliwy wzrok Kretki błagającej o dłuuuuugi spacer, widzę zbłąkanego, pięknego rasowego gołębia, który pada z głodu i pragnienia, a wszyscy go przeganiają, żeby nie zafajdał im balkonu, widzę mnóstwo rzeczy, które muszą być załatwione już natychmiast i kradną mi czas i koncentrację. I miotam się, bo chciałabym sobie poczytać, pohaftować, pomalować, a tu obiad, Kretka, trawnik, gołąb, mężowska marynarka, pościel do zmiany, serwetki do ukrochmalenia i uprasowania, dobrobyt w lodówce piszczy, kartofle wyszły i same nie przyjdą itd itp itd.
No i co tu robić? na to okulista nie pomoże.

(2012 - problem okularowy został rozwiązany, pozostałe niestety nie)

Pan Hrabia


Mieszkanie na Starym Mieście zasiedliła rodzina Tomka w 1953 roku. Od tamtej pory było okazjonalnie malowane, popaczone okna administracja wymieniła na jeszcze gorsze w późnych latach osiemdziesiątych,  we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zmieniono instalację CO i z remontów to by było na tyle. Kiedy w końcu zebraliśmy się w sobie - i kasę na koncie - aby doprowadzić je do porządku, mama poleciła mi fachowca, który ponoć umiał zrobić wszystko. Pewnego niedzielnego popołudnia w sierpniu odwiedził nas niewysoki starszy pan, rozejrzał się dookoła, pooglądał krany, stary piec, łazienkę o urodzie dworcowej toalety za Gomułki, liczniki, ściany i całą resztę. Miauknęliśmy, ze chcielibyśmy mieć nieco czyściej, opowiedziałam mu o moim projekcie tejże łazienki, popatrzył zainteresowany i powiedział, że da się zrobić. I że w takim razie od poniedziałku przyjdzie z chłopakami. A teraz sobie pójdzie, bo mamy co robić. To - powiódł rękę wokół wskazując nasz ruchomy majątek - trzeba gdzieś schować. Zrobiliśmy co w naszej mocy wynosząc majątek na korytarz  i okręcając to, co zostało na miejscu folią malarską.  Następnego dnia o 8 rano wpadła do mieszkania pod wodzą majstra horda krzepkich młodzieńców z Pragi i Ukraińców zatrudnionych okazjonalnie i zaczęli robić demolkę. Dezintegracji uległo niemal wszystko. Drzwi wyleciały z futryn a futryny ze ścian. Niejaki Pan Dareczek osobiście wyrwał ze ścian w łazience żeliwną wannę i zniósł ją do śmietnika. Przez trzy tygodnie z naszego mieszkania wynoszono gruz workami, diaks warczał i pylił, sąsiedzi płakali, dozorczyni klęła a my musieliśmy to wytrzymać. Gdyby nie głównodowodzący wszystkim mistrz, pan Jacek, pomarlibyśmy ze stresu. Jego trzydziestoletni volkswagen ogórek dzielnie dostarczał materiały budowlane i zabierał gruz, jego robotnicy byli pilnowani, ale traktowani z szacunkiem, wszystkie ważne prace, takie jak spawanie miedzianych rur, instalacja elektryczna czy  montowanie drzwi mistrz robił osobiście. Wszystkie odłączania i przyłączania prądu i gazu odbyły się legalnie, nowy Junkers dostał pieczątkę do książki gwarancyjnej. Prace elektryczne, hydrauliczne, gazowe i wykończeniowe odbywały się składnie, zaopatrzenie było na czas, a potrzebni fachowcy spoza ekipy pana Jacka znajdowali się w polu robót, kiedy byli potrzebni.  Na dodatek pan Jacek miał niesłychane poczucie humoru. Tytułował nas różnie, a to Panem Dziedzicem , a to Panem Baronem. O mało nie umarłam ze śmiechu, gdy przymierzając sedes do kompletnie pustej łazienki bez tynku zaprosił mnie tak:" pani Baronowa raczy spróbować, czy mebel dobrze stoi". No i po tygodniu już mówiliśmy do niego Panie Hrabio. Ku obustronnej radości. Ekipy remontowe mają to do siebie, ze okropnie bluźnią. No bo jak się do takiej psia mać rury po imieniu nie powie, to się taka i owaka nie da zamontować.  Tak też było i przy naszym remoncie. Przez sześć tygodni przeszłam taką szkołę w tej dziedzinie, że długo bałam się odezwać przy ludziach. Łatwo mi się jakoś słówka wyrywały...

Ale poza tym nie odnieśliśmy żadnych szkód, a wręcz przeciwnie. W sześć tygodni slums zmienił się w wypicowane mieszkanko z śliczną funkcjonalną łazienką, drzwiami, instalacjami wszelkimi położonymi mądrze i pod tynkiem, z gładkimi ścianami i pojemną garderobą.  Inni lokatorzy naszej kamienicy takie remonty robili pół roku! Z panem Hrabią rozmawiało się jasno i konkretnie, pojawiające się problemy rozwiązywał sprawnie i fachowo, gdy trzeba było wiózł nas do marketu po materiały, co mogliśmy kupić sami, kupowaliśmy. Rachunki były przejrzyste, cena całości do przyjęcia.
Nic więc dziwnego, ze gdy teraz kupiliśmy mieszkanie, zaprosiliśmy pana Hrabiego do współpracy. Przyszedł, popatrzył, posłuchał, co byśmy chcieli zrobić, powiedział, ze pewnie cuda wyjdą  przy bliższych oględzinach (miał rację) i 10 kwietnia przyjechał do nas z kolegą, starszym panem, mechanikiem precyzyjnym.  Ekipy młodzieńców, których z wielką cierpliwością szkolił - oj, trzeba było do tego wiele cierpliwości- wyjechały do Irlandii, ale pan Hrabia na saksach już był i się nie wybiera.
Wymienił zamki w drzwiach, przerobił drzwi, z kolegą elektrykiem tydzień rozkuwał przedziwną, wykonaną własnym sposobem instalację elektryczną, założył lampy, powymieniał wszystkie niebezpieczne wyłączniki i gniazdka, wymontował bicze wodne i pisuar, odkorkował rury, założył wannę, dopilnował malowania i uzupełnienia kafelków w łazience, zrobił ekran na wannę i ekran szklany do prysznica, załatwiłł firmę gazowników, żeby instalacja gazowa była ok - bo nie była - pomógł skręcać meble, zrobił przegląd hydrauliki, założył oczko wodne w ogródku, pociągnął dwie linie internetu i na koniec jeszcze zorganizował nam przeprowadzkę dużych mebli, które nie weszły do skody.  I to wszystko w miesiąc. Jak zwykle nic nie popsuł a wszystko naprawił, jak zwykle bawiliśmy sie setnie jego powiedzonkami i dowcipami i ponownie słówka niecenzuralne wymykają mi się dość łatwo. Tak jak uprzednio z anielską cierpliwością traktował chłopaków z Pragi, tak teraz pilnował nas i swojego kolegi.  Choćby nie wiem co się działo, gdy ktoś wołał o pomoc biegł natychmiast z odsieczą.
Przepadam za panem Hrabią. Na przyszłą wiosnę jesteśmy umówieni na budowę tarasu kuchennego, obecny taras jest już bardzo spróchniały.
Dziwiłam się skąd pan Hrabia ma tak rozmaite talenty. Nijak nie da się go porównać z innymi fachowcami w dziedzinie remontów. Sprawa jest prosta. Pan Hrabia jest wykształcony. Przywykł do używania rozumu. Nim coś zrobi najpierw pomyśli. A kiedy powie "o mamusiu" albo "tragedia narodowa", znaczy, że już wie jak zagadnienie ugryźć. Jest fizykiem, kierował dawniej laboratorium doświadczalnym na Politechnice Warszawskiej. Potem przymuszony koniecznością - znaczy dla pieniędzy - zajął się tym, co lubi, czyli remontami. I zamiast robić doktorat fantastycznie remontuje ludziom mieszkania. 


Wychowanie teriera


Podczas kiedy my planowaliśmy, malowaliśmy, nadzorowalismy i decydowaliśmy o kształcie nowego mieszkanka Kretka buszowała w ogródku. Brykała, kopała, wyrywała korzenie i skakała ze szczęścia. I musiała zranić sobie pazur. Zaczęła któregoś dnia oszczędzać jedną łapę. I tak oszczędzała, oszczędzała, aż zaczeła znów chodzić na trzech. Jedna wizyta u lekarza, druga, trzecia, w końcu chirurg, antybiotyk, zrywanie pazura, perspektywa amputacji ostatniego członu palca w prawej łapie. Chirurg znał sie na rzeczy, stan zapalny zgasił, ale obserwując nas obie zaproponował mi opisanie, jak się wychowuje jagdteriera, żeby był takim uroczym zwierzakiem.

Nie wiem, czy mam w tej sprawie wiele do powiedzenia. Moje przemyślenia nie spodobaja się nikomu, kto chce psa kupić w prezencie, nikomu, kto się zwierząt brzydzi albo boi i nikomu, kto z czystym sumieniem twierdzi, ze "teriery są złośliwe". No i tym, co nie maja czasu też się to nie spodoba.
Bo odpowiedzialne manie psa bardzo niestety przypomina manie dziecka. Chomika czy mysz mozna wpuscić do klatki, dać jeść i pić i kołowrotek do biegania i sobie zwierzak będzie tak siedział. Jak zdziczeje, a nawet zwarjuje z samotności to i tak nie bedzie widać przez szybkę. Z psem, a z terierem szczególnie, tak sie nie da zrobić. Kto kupuje sobie takie zwierzę, decyduje sie na wieloletnie współżycie z inteligentnym, bystrym i bardzo żwawym zwierzęciem, do którego niestety ( tak samo jak do dziecka) nie dołączono instrukcji obsługi.
Posiadacz szczenięcia zdany jest w kwestiach wychowania na własne obserwacje, zmuszony do prawidłowej interpretacji zachowania dziecka obcego gatunku i reagowania w taki sposób, by stworzonko go rozumiało. Nie działają zupełnie krzyki "zbiję cię" ani twierdzenia "to zwierzę jest złośliwe". Dla pocieszenia powiem, ze to dziecko ma przed sobą podobne zadanie - ono też musi się nauczyć interpretacji naszych zachowań, bo mowy przecież nie rozumie, rozumie ton.
Zjawia się w naszym domu mały zwierz i zaczyna się zabawa. Jasne, ze musi jeść i pić, jasne, że musi mieć swoje miejsce. Ale czy tylko jedno miejsce? Kretka ma koszyk, psie miękkie łózeczko i kilka foteli do dyspozycji. I nasze łóżko. Kto sądzi, że psu do łóżka wchodzić nie wolno, niech dalej nie czyta.
Każde zwierzę, czy to gęś, czy mysz, czy kot, czy hiena wiedzą, ze dziecko pozostawione samo sobie bez opieki zginie niechybnie. Tylko człowiek dla własnej wygody zostawia niemowlęta w osobnych, odległych pomieszczeniach, żeby mu nie przeszkadzały, nie zawracały głowy i dały sie wyspać. A małe stworzenie ma atawistyczny lęk przed samotnością. Wie, że samotność jest niebezpieczna. Wie, że jest małe, bezbronne i może przyjść z ciemności jakieś złe i je zjeść. I płacze godzinami nawołując opiekuna. I dlatego ani dzieci, ani szczeniąt nie powinno sie zostawiać w nocy samych.  Wygodniej jest moim zdaniem wziąć gada ze soba do łóżka, niż tkwić po nocach przy jego posłanku. Zanim sie to jednak zrobi trzeba stworzenie odrobaczyć i wykąpać - łóżko to łóżko. 
Takie postępowanie biegiem przekonuje nowoprzybyłego, kto jest teraz jego stadem i rodziną. Maluch przytula się do nóg i śpi jak anioł. A jak się zaczyna kręcić, to znak, ze pora wyskakiwać z betów i gnać na trawnik. Przez pierwsze kilka miesiecy wygodnie jest spać w dresie. Kto  śpi z psem szybko przywyka do częstego kąpania go - trudno znieść w łóżku smolucha, smoluch uczy się zaś, że właściciel może zrobić przy nim wszystkie czynności obsługowe z myciem zębów i czyszczeniem uszu i łap włacznie.
Kiedy tylko małe stworzenie może wychodzić na spacery, należy zabierać je ze sobą wszędzie, gdzie się da. Szczeniaka wpuszczają wszędzie, bo jest malutki, śliczny i można go trzymać pod pachą. I należy to wykorzystać.  Psu, podobnie jak człowiekowi do dobrego zachowania potrzebne jest doświadczenie życiowe. Trzeba się zatem nauczyć jazdy autobusem, pociagiem, tramwajem i samochodem, chodzenia po chodniku miedzy ludźmi, czekania na światłach, chodzenia na smyczy, uważania na szklane drzwi, żeby w nos nie uderzyły, czekania przed sklepem i biegania po trawnikach. A Pani lub Pan nie powinni mieć oprócz psa siedmiu siatek z zakupami w rękach i niewygodnych butów. Bo czasem trzeba kucnąć i psiaka uspokoić, czasem trzeba go wziąć na ręce, czasem pogłaskać. I lepiej niech nam wtedy z siatek nie wylatują jajka ani kilo schabu bo nie powstrzymamy niecierpliwości. 
Obserwowałam pieska od małego bardzo czujnie. Jak demonstruje emocje, jak wygląda kiedy jest zmęczona albo źle się czuje, jak się lubi bawić, jak się zachowuje w stosunku do inych psów i ludzi. Zachęcałam, osmielałam i próbowałam sobie wyobrazić, co dzieje się w tym małym łebku.
Zauważyłam, ze większośc sytuacji, w których odczytujemy zachowanie psa jako złośliwe lub niegrzeczne wynika z naszego nieprzygotowania do sytuacji, a nie ze złosliwych intencji psa. On nie rozumie, że nam sie spieszy, bo musimy to i tamto i owo i dziesiąte. Skoro jesteśmy na spacerze to jesteśmy na polowaniu, nie może być ono za krótkie! 
Jeśli nie masz czasu, trzeba było wyjść wcześniej, albo nie mieć teriera. I tyle.
Kolejną niesłychanie ważna dla psa sprawą jest porządek dnia. Ma być wiadomo jaki i zachowywany. Dla ruchliwych ras spacer jest rzeczą świętą. Spacer, czyli długie przebywanie na dworze połączone z bieganiem, skakaniem i kopaniem nor, a nie dreptanie na smyczy choćby godzinami. Chcesz mieć teriera, to sprawdź, czy masz gdzie chodzic z nim na spacer. Teren nie musi byc Bóg wie jak wielki, ale pies musi mieć możliwość przebiegnięcia na nim swoich kilometrów w atrakcyjny sposób. Jeśli dopilnujesz pory spacerów, Twój terier na widok smyczy będzie fikał kozły ze szczęścia. Wybiegany i najedzony pies może spokojnie zostać w domu sam i tego też trzeba go uczyć wcześnie. Jeśli jest niewybiegany, to tak pohula po domu, że Wam w pięty pójdzie. Jak sobie z tym radzić opisano w setkach książek, nie ma sensu ich tu przytaczać.
Po jakimś czasie właściciel orientuje się, ze rytuały spaceru, karmienia i spania są bardzo przyjemne. Godziny spędzone na zabawach nie są czasem straconym. Wypoczywamy, dotleniamy sie, możemy spokojnie pomysleć, bo psy nie są gadatliwe i nie zakłócaja paplaniną toku myślenia własciciela. I im wiecej spędzamy razem czasu, tym lepiej się znamy i rozumiemy, tym szybciej odczytujemy wzajemnie nasz jezyk ciała, czego wszystkim właścicielom psów serdecznie życzę. 

13 lat państwa Aleksandrowicz


3. marca 1995 roku o godzinie 14.44 wynioslam się z małzeństwa nr 1 i od tego czasu mieszkam z Tomkiem. Mija nam właśnie 13 rocznica bycia razem. To dłużej niż trwały nasze poprzednie małżeństwa. (dziś to już ponad 17 lat razem)

Jak się kochają państwo Aleksandrowicz? 
Jak jeże - ostrożnie.
Wygląda na to, że wyciągnęliśmy oboje wnioski z poprzednich związków i na głowie stajemy, żeby nie uprawiać pospolitych małżeńskich gierek niszczących związek na pył i proch. Jesteśmy zupełnie różni - on teoretyk, ja praktyk, on lubi historię, politykę i nauki społeczne, ja wolę biologię, medycynę, języki obce i sztuki piękne. On nie wie ile to jest 5 metrów, ja nie wiem co to jest linia Maginota i co właściwie zrobił Ghandi, który wielkim człowiekiem był. On czyta namiętnie cyberpunk, ja horrory Kinga i poezje. On tonie w "Nowym Państwie", za mną wleką się niteczki. On ma pudła papierów, ja mam pudła tkanin, mulin, tamborków i igieł, aparaty fotograficzne, pudła kredek i sztalugi. Księgi szpiegów, rozprawy polityczne, prawne kodeksy i tajne służby zgodnie stoją na półkach obok podręczników photoshopa, zbiorów hafciarskich ściegów w rozmaitych językach, książek kucharskich, stosów kolorowych pisemek z wzorami, albumamów z reprodukcjami i podręczników medycznych. On lubi kuchnie polską, ja tajską. No ogień i woda.

Ale mamy coś wspólnego, co daje nam stabilność i jasną perspektywę. 
Mamy niemal identyczną rodzinną historię.
Nasi dziadkowie ze strony ojca byli w naszym życiu nieobecni. Ojcowie też znikli z niego bardzo wcześnie. Naszymi opiekunami i mentorami byli mądrzy dziadkowie ze strony mamy. W czasie wojny mój dziadek siedział w oflagu, a jego dziadek w KZ. Nasze babki spedziły wojnę i okupację dbając o dzieci i byt, co zrobiło z nich twarde, żelazne baby. Obie w dzieciństwie wychowywane były przez zakonnice, co nadało obu rodzinom charakterystyczny antyklerykalny rys.
Nasze samotne matki użerały się z nami, własnymi rodzicami i koniecznościa stałego dorabiania, bo pensje były jakie były. Wychowaliśmy się w środmieściu wielkiego miasta. W naszych rodzinach żyło się bardzo podobnie. I dlatego mamy pewnie w zasadniczych sprawach poglądy jednakowe. Nie musimy się kłócić o sprawy zasadnicze. 
Wiadomo, że na wakacje się jeździ i już. Nie w ciepłe kraje, ale za to kilka razy do roku. Wiadomo, że okulary sie kupuje jak się wzrok zmienia, a nie jak stare oprawki się rozlecą.
Niedzielne poranki spędzamy z prasą z całego tygodnia i kawą, a nie w kościele.Nie urządzamy hucznych przyjęć z okazji imienin i urodzin, a na spotkaniach towarzyskich jest dla nas ważniejsza rozmowa niż jedzenie. Święta spędzamy w rodzinnym gronie, a nadmiary finansowe zostawiamy w księgarni. Bez krzeseł i łóżka możemy się obyć, bez książek nie. Nie oglądamy telewizji od 16 do flagi, a jeśli któreś z nas sobie zaszaleje, drugie nie ma do niego szczególnych pretensji. Znamy miarę.

Tym razem uniknęliśmy mezaliansu. Mezalians  nie jest małżeństwem księcia z kopciuszkiem, tylko małżeństwem ludzi z różnych środowisk. 
Jeśli nie wiadomo, czy obchodzić wspólnie Chanukę, czy Boże Narodzenie; czy kształcić wszystkie dzieci, czy tylko synów; czy urządzamy rodzine imieniny i wesela na 30 fajerek czy małe kameralne spotkania, to musi iskrzyć.
Istotę mezaliansu pojęłam dopiero teraz.  Na starość robię się konserwatywna. :-)

wtorek, 27 listopada 2012

Przenosiny 10

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ząb



W styczniu 1995 roku jedna z moich górnych ósemek powiedziała, że dłużej się leczyć nie da. 
Dentystka nieskłonna do wyrywania jakichkolwiek zębów, lecząca ofiarnie ostatnie spróchniale pieńki, o ile miały nadający się do wyleczenia korzenie poddała się. Musisz to wyrwać i już,  te korzenie są tak kręte, że nie dadzą się szczelnie wypełnić - powiedziała mi po którejś z kolei wizycie, podczas której próbowała ocalić trzonowca.

Wypisała skierowanie na Nowy Zjazd do Centrum Stomatologii i kazała mi tam jak najszybciej pójść. Poszłam, zarejestrowałam się i zaczęłam kombinować, kogo poprosić o towarzyszenie mi podczas tej okrutnej medycznej interwencji.

Mogłam poprosić męża nr 1, ale on się strasznie boi lekarzy, a dentystów szczególnie. I mogłoby się okazać, że zemdleje mi biedaczek w poczekalni i będę go musiała do Śródmieścia, albo co najmniej do autobusu taszczyć z tej przychodni na plecach.

Mogłam poprosić Tomka, z którym znajomość w owym czasie zaczynała się dość szybko klarować. Ale wtedy on pewnie taszczył by mnie do tego autobusu na plecach. A to było nie do przyjęcia. 

Poprosiłam więc o towarzyszenie mi Misię. Jasne było, że ani ona mnie, ani ja jej nie bedę nigdzie taszczyć.

W piekny, mroźny, roziskrzony i snieżny dzień, po lekcjach, poszłyśmy we dwie do Centrum Stomatologii. Wychodzac ze szkoły minęłyśmy na korytarzu męża nr 1, ktory sciskając pod pachą dziennik biegł na lekcję geografii do 5b. Życzył mi w biegu powodzenia i kazał być dzielną. W Centrum Stomatologii chyba wysiadło  ogrzewanie, bo cały personel miał na sobie swetry, polary, kamizelki, kurtki i czapki. Lekarze powciągali na to wszystko białe fartuchy, żeby się jakoś odróżniać od posiniałych pacjentów. 
Misia w poczekalni zajęła się jakąś pracą domową z historii, a mnie wzięto na męki. Wielka, chuda opatulona jak bałwan lekarka dała mi zastrzyk i zaczęła rwać ten ząb. A ząb ani drgnął. Ciągnęła, ciągnęła jak ten dziadek rzepkę. Ząb się ułamał. 
Założyła cęgi od nowa i znów ciągnęła. W końcu zaczęła się rozbierać, ciepło jej się zrobiło. Po jakimś czasie wezwała na pomoc drugą lekarkę i pielęgniarkę. Siedziałam spokojnie, bo znieczuliły mnie na trupa, ale z nich trzech lał się pot, gdy w końcu założywszy dźwignię na sąsiedniej siódemce po 45 minutach ciężkiej pracy wyciagnęły po kawałku z mojej szczęki tę straszną, ósemkę.
Poszłyśmy z Misią do domu. Jak ten koń w kieracie wykonałam jeszcze szybko obiad dla męża nr 1 ( schabowe są szybkie, nieprawdaż?) wzięłam z zamrażarki worek fasolki szparagowej, zawinąwszy go w sciereczkę przytuliłam sie doń stosownym policzkiem i poszłam spać.
Mąż nr 1 wrócił z pracy  i zaczął mnie szukać po mieszkaniu.  Chyba sie jeszcze nigdy nie zdażyło, żebym sie w dzień położyła do łóżka. Zapalił swiatło, krzyknał - Co na obiad? I dopiero mu sie wtedy przypomniało jakie miałam plany na ten dzień.
Nie uznałam za stosowne niczego mu tłumaczyć. Podałam mu obiad. Popatrzyłam, jak mu smakowało a potem poszłam z psem na wyjatkowo długi spacer. I dotarło do mnie w końcu, że ten facet mnie na pewno nie kocha. Potrzebuje miejsca do spania, obiadu, kobiety, ale ja go nie obchodzę ani trochę.

Żadne z nas nie przypuszczało, że nasze małżeństwo potrwa jeszcze raptem 6 tygodni i cztery dni....


Poskramianie demonów


We wrześniu 1988 roku poszłam do pracy i jako młoda pani od nauczania początkowego dostalam I klasę. Dzieci w niej były może nieco żwawsze niż przeciętnie, ale wiadomo, że młody w pracy musi swoje odpękać. Odpękiwanie obejmowało również prace na II zmianę. Zaczynaliśmy zajęcia przed 11, kończyliśmy 15.10. Na dodatek karierę zawodową zaczęłam od trzech tygodni zwolnienia z powodu salmonellozy. Inne pierwsze klasy poznały już szkolny reżim, a moja leżala odłogiem. Przez kilka następnych lat miałam w pokoju nauczycielskim ksywkę Salmonella.

Pewnego ponurego październikowego dnia dzieci były wyjatkowo niespokojne. Po prostu jakby sie wszystkie wściekły. Kłóciły się, przekrzykiwały wzajemnie, i dokuczały sobie okropnie,  jak złe osy. 
Wszyscy nauczyciele z pewnością wiedzą, o czym mówię. 
Były zmęczone i głodne. Wiekszość z nich wyszła z domu przed ósmą rano i przed ósmą zjadły śniadanie. Niejadki nie zjadły śniadania. Trafiły do świetlicy, gdzie czekały na zajęcia szkolne. Tylko kilkoro zjadło obiad w świetlicy i nie wszyscy mieli drugie śniadanie. Niejadki obiadu i drugiegio śniadania nie tknęły.
Każda matka wie, że głodny dzieciak zmienia się w okropnego bachora. A tu głodnych, zmęczonych bachorów było w klasie 30. Istne pandemonium!
Przyszła pora zaprowadzić dziecinki po lekcjach do szatni. Poprosiłam, by ustawiły sie parami przed drzwiami klasy. Szarańcza z wyciem rzuciła się do drzwi przewracając ławki i krzesła i podcinając sobie wzajemnie nogi. Ja też byłam głodna i zła. Na nich w szatni czekali rodzice, na mnie Misia w przedszkolu, zakupy i gotowanie obiadu. Poprosiłam dzieciarnię, by wróciła do ławek i wyjaśniłam zasady: wstajecie cicho z miejsc, bierzecie tornistry, stawiacie krzesła na miejsce i ustawiacie się bez słowa przede mną parami, najpierw rząd od ściany, potem środkowy, na końcu od okna. każdy wrzask, szuranie tornistrem, przepychanki, biegi i podcinanie nóg skutkują powrotem do ławek. Chyba nie wzięli mnie na poważnie. Po 25 powrocie całej klasy do ławek jakby sie uspokoili. W oczach błysnęło zrozumienie. Dzieci stały przede mną ustawione parami, ławki i krzesełka były w klasie ładnie ustawione. Niestety, przed nami było jeszcze 3 metry korytarza i 20 stopni do pokonania. Zapowiedziałam powrót do ławek przy jakichkolwiek próbach wyprzedzania się na schodach i biegu do szatni. Słyszałam już poirytowanych rodziców czekających na swoje pociechy pewnie ze 30 minut. Bo to wszystko trwało. Ale gdybym odpuściła, byłoby po mnie. Ktoś tu w końcu musiał dowodzić. I to nie siedmiolatki.
Z korytarza cofaliśmy się trzy razy, ze schodów jeszcze pewnie z pięć. W końcu dotarliśmy do szatni i rodzice odebrali swoje dzieci z rąk podłej wiedźmy. I wtedy pewien tatuś zaczął na mnie krzyczeć: To jest niedopuszczalne! My czekamy na dzieci prawie 40 minut! Tak nie wolno robić! Tak się z dziećmi nie postepuje! To sa małe dzieci! Ja jestem pedagogiem, ja uczę nauczycieli! Ja to wiem!!!

No i wtedy się zezłościłam naprawdę. To świetnie, że pan wie - odparłam cichym, scenicznym szeptem. - To znakomicie. Dali mi państwo pod opiekę głodne, źle wychowane, nienawykłe do karności dzieci i oczekujecie, że odbierzecie je ze szkoły zdrowe i całe. Jeśli pan uczy nauczycieli to ja panu zapłacę, a pan nam wszystkim pokaże - i mnie nauczy - jak bezpiecznie sprowadzić te dzieciaki w takim stanie z 20 stopni do szatni.
Nim skończyłam zdanie w szatni był tylko ten tatuś, jego grzeczna zresztą i bardzo zmieszana córka oraz ja. Wszyscy inni cichutko sie ulotnili.
Na następnym zebraniu z rodzicami zarządziłam arbitralnie zbiórkę pieniędzy na ciasteczka, a uzbieraną kwotę wręczyłam trójce klasowej z poleceniem kupna dużej ilości wysokoenergetycznych, nie psujących się łatwo ciasteczek bez czekolady. Następnego ranka dostarczono mi dwie wielkie torby wafelków z nadzieniem waniliowym. I jak widziałam, że ktoś w klasie ma objawy hipoglikemii to dostawał wafelka. Ciastka mieszkały w szafce, w której zwykle się trzyma zeszyty do sprawdzenia razem z moją grzałką, kubeczkiem i kawą.
Dzieciaki wkrótce przywykły do tego stanu rzeczy i jak ktoś był głodny to prosił o ciasteczko.

Wojowałam potem z dyrektorką i innymi nauczycielami, bo na moich lekcjach zawsze wolno było dzieciom jeść i pić. Jeśli ktoś kupił sobie coś w sklepiku, to mógł bez dławienia się skończyć posiłek na lekcji. Byle tylko nie kładł jedzenia na zeszycie i nie pluł na sąsiada. Nikomu to nie przeszkadzało. Ale opór innych pedagogów był wielki. Uporczywie gadali coś o szacunku i jego braku. A co to miało do rzeczy?

PS. Tytuł wpisu zapożyczyłam z książki Shirley Jackson pod tym samym tytułem

Pożeracze czekoladek

Z okazji Dnia nauczyciela i na koniec roku szkolnego uczniowie przynosili dawniej pedagogom kwiaty i słodycze. Koleżanka dalej praktykująca w nauczycielskim zawodzie, twierdzi, że te czasy minęły. 

Biedne kwiaty były najpierw składane przez dzieciaki w stercie na biurku, potem dzielone między personel szkoły, który zwykle nic nie dostawał: między woźne, sekretarki, intendentki itd. Potem były wiezione do domu, gdzie w wannie, kubłach i miednicach dokonywały krótkiego żywota.

Moja babcia miała frajdę roznosząc szkolne wiązanki swoim ulubionym sprzedawczyniom w okolicy.

Dla dzieci wręczane kwiaty były z zasady nieużytecznym, acz niezbędnym rekwizytem. Rzecz się miała zgoła inaczej, gdy wręczały nauczycielom bombonierki. 
Mój własny brat cioteczny, nieusłuchany i łakomy wsławił się wręczając nauczycielce bombonierkę, w ktorej nie było ani jednej czekoladki. Do szkoły miał spory kawałek i widać w drodze bardzo chciał spróbować łakoci. Wydłubał palcem w pudełku dziurę i nim doszedł do szkoły bombonierka była pusta.
Kiedy zobaczyłam, jakim wzrokiem jest śledzona przez jakiegoś głodomora wreczana mi przez innego ucznia bombonierka, natychmiast ją rozpakowałam i poczęstowałam chętnych. Kolejna została potraktowana podobnie i jeszcze jedna też. Do domu doniosłam tę, ktorej już nikt nie chciał (a może tylko się nie przyznawał) zjeść. I taki się u nas w klasie zrobił obyczaj. Imieninowe czekoladki też zjadaliśmy na poczekaniu. Później dzieciaki same przypominały mamom, że  bombonierka dla pani musi być duża, bo nas w klasie z panią jest przecież 31! 


Remont


Mieszkanie na Starym Mieście, wybudowane i zasiedlone w 1953 roku nigdy nie było gruntownie remontowane. Raz wymieniono w nim okna z nieszczelnych na nieszczelne, pod koniec lat 50 tych kuchnię węglowa zastąpiono gazową, kilkakrotnie je malowano, a na xylolicie kuchennym ( w którym więcej było xylo niż litu, czyli trocin niż cementu), naklejono płytki pcv. No i raz zmieniono instalację co. Wybudowane w warszawskim tempie Stare Miasto słynie z tego, ze nie uświadczysz w nim kąta prostego, lecz i tak jest miejscem czarodziejskim. 
Sprowadziwszy się na Podwale pomalowaliśmy ściany przeklinając gospodarnych budowniczych z lat pięćdziesiątych, używających do rekonstrukcji budynku spalonej cegły z Powstania Warszawskiego. Ile razy byśmy nie malowali ścian na biało, tyle razy z tej popalonej cegły wyłaziły brązowe zacieki i łaty na ścianach. Burczeliśmy również na Alicję, która chyba z 15 lat nie odnawiała ścian za to paliła jak smok. O ile pokojom malowanie pomogło, o tyle łazience w stylistyce kibla na dworcu w Zakopanem w roku pańskim 1972 byle kubełek z farba pomóc nie zdołał. Nic nie mogło pomóc piecowi gazowemu rodem z NRD, który miał tak zaklopsowany dopływ wody, że w końcu przestał się włączać. Nic doraźnego nie było w stanie wskrzesić instalacji elektrycznej. Co roku przed świętami, gdy wszystkie gospodynie prały, prasowały i piekły przewody elektryczne w kamienicy fajczyły się w ciemnych zakamarkach a administracyjny elektryk wypruwał je ze ścian i wymieniał po kawałku. W każdym pokoju było aby jedno gniazdko elektryczne bez uziemienia, w łazience gniazdka nie było wcale. Pralkę podłączaliśmy do przewleczonego przez wyborowaną w ścianie dziurę przedłużacza. Rozważaliśmy teoretycznie kwestię remontu, że konieczny, że trzeba... Aż w końcu w sierpniu 2001 piec umarł na zwapnienie rozlegle i nie było wyjścia. Zadzwoniliśmy do Pana Jacka. Pan Jacek przyszedł do nas w piątek, rozejrzał się, pokiwał głową i kazał poskładać rzeczy. Obiecał, że w poniedziałek rano przyjedzie z chłopakami.

Nie miałam pojęcia co nas czeka.

Ile mebli i książek się dało, tyle wynieśliśmy na korytarz. Sąsiad przechował je za kratą. Resztę zestawiliśmy na środek pokoju i zasłoniliśmy płachtami malarskimi. Nasze łóżko stanęło nagle na środku pokoju i też dostało narzutę z czarnej folii, to samo spotkało telewizor.
Ekipa pana Jacka w postaci kilku mocarnych chłopaków z Targówka i kilku chudych Ukraińców wpadła do nas w poniedziałek o ósmej rano i zaczęła demolkę. Z wielką wprawą i uciechą niejaki pan Dareczek osobiście i bez odkuwania wyrwał ze ścian żeliwną wannę i wyniósł ją z drugiego piętra na podwórko. Zawarczały diaksy, poszły w ruch młoty i wypruto instalację elektryczną i wodną. W łazience pozostały cegły na ścianach i rura kanalizacyjna stercząca z podłogi. Sajgon sie zrobił kompletny.


Tomek co rano wywlekał z worka foliowego garnitur i prawie na klatce schodowej wcielał sie w urzędnika Kancelarii Prezydenta. Wracając z pracy wyskakiwał z ubranka niemal na schodach i pakował ancug do tejże torby, aby odzież robocza od Bossa nie spotkała się aby z Cekolem ani akrylową farbą. Po 6 tygodniach chodzenia w tym jedynym garniturze w kółko ze złości go podeptał skacząc po nim z szaleńczym błyskiem w oku.
Mieliśmy sztywne włosy i szarą cerę. Spaliśmy w łóżku pełnym może nie gruzu, ale co najmniej piachu i Cekolu. Kąpiel braliśmy u przyjaciół na przeciwko. W chwilę po powrocie do domu znów przypominaliśmy murarzy.
Pierwotna instalacja elektryczna w naszym mieszkaniu składała się z jednego aluminiowego kabla ułożonego dookoła całego mieszkania. Zamieniliśmy ją na 200 metrów miedzianego przewodu ułożonego jako 7 osobnych linii, każda z uziemieniem.  Komputery i pralka mają niezależne zasilanie. W budynku instalacja była jeszcze stara, ale pan Jacek podszykował wszystko tak sprytnie, że przy wymianie kabli w całym domu podłączenie naszego lokalu zajęło może 20 sekund.
 
Zardzewiałe rury wodne zamieniliśmy na spawaną instalację miedzianą. W łazience, gdzie przedtem nie było umywalki zmieściło się wszystko co powinno w niej być. Prawdą jest, ze geometria łazienkowa przez kilka tygodni spędzała mi sen z powiek, ale teraz jest i wanna z dwoma prysznicami, i umywalka ( żegnajcie siniaki na udzie od waniennej armatury) kibelek najmniejszy na rynku i pralka w normalnych rozmiarach. Instalację gazową ze skręcanych na pakuły z towotem, pordzewiałych rur zamieniliśmy na spawaną. Majster od gazu nie pozwolił jej do niczego podłączyć, nim nie wykonał testów z piekielnym ciśnieniem na jej szczelność. Wyrzuciliśmy wszystkie stare szklone drzwi i założyliśmy nowe, pełne, drewniane. Nie wiem skąd ta moda na szklone drzwi wewnętrzne. Przecież jeśli ktoś zamyka za sobą drzwi, to znaczy, że chce być sam. Skutek jest taki, że na przeszklonych drzwiach wiecznie wiszą jakieś plakaty, słomianki i inne zasłaniacze zapewniające minimum intymności. W tych wszystkich czynnościach towarzyszyło nam radio. Telewizor był jak wspomniałam pogrzebany w czarnym worku.
 
I pewnego dnia, gdy ściany były już obdarte z farby a w łazience tylko sterczała z podłogi kiblowa rura bez wykończenia, radio zaczęło bardzo często podawać niepokojącą informację. O jakimś samolocie, Pentagonie. To samo w kółko, potem o drugim samolocie. I wtedy wrócił do domu Tomek. Zapytałam go co się dzieje, ale nic nie słyszał, nawet mnie ofuknął, że jakieś mu bzdury opowiadam. Nazwisko tego Araba na O i nazwę jego organizacji co prawda wymienił tak samo sprawnie jak spiker radiowy, doskonale wiedział o kim mowa, ale był pełen wątpliwości co do Nowego Jorku. Wyciągnęłam z wora telewizor. Włączyłam trzymając antenę w zębach. I na gruzach własnej kuchni zobaczyliśmy, jak w World Trade center wbijają się po kolei dwa Boeingi. Moja mądrzejsza połowa ze zgrozy zapomniała o ratowaniu Bossa przed Cekolem. Ukraińcom i panu Dareczkowi oczy się zrobiły okrągłe jak spodki.

Wieczór tego dnia spędziliśmy w radio. Tomek udzielał wywiadu i informował radiosłuchaczy, kto To jest Osama ibn Laden i al Kaida, a ja piłam herbatę z czystego kubka bez Cekolu w środku i bujałam się w wygodnym fotelu reżysera dźwięku. Nim skończyliśmy remont, nim nałożono nowe drzwi, kable telefoniczne i od kablówki pochowano w ścianach, pomalowano ściany na biało, przykręcono regały na książki, wzniesiono szafę z lustrem w przedpokoju i założono w łazience nowy piec, nie wspominając o kaflach, fugach i armaturze cały świat już znał na pamięć nazwisko tego Araba na O i nazwę stworzonej przez niego organizacji. I tylko nieliczni pamiętają, że to małe słówko w środku jego nazwiska to ibn, czyli syn, a nie żadne bin, co jak wiadomo znaczy po angielsku kosz na śmiecie.

A dog is not for Christmas, it's for life / Pies nie jest na Gwiazdkę, a na całe życie

Ilekroć słyszę, że ktoś chce kupić psa dziecku, bo ono bardzo chce, nie mogę się nadziwić ludzkiej naiwności. 

Psa może kupić dorosły człowiek sobie albo jako uzupełnienie swojej rodziny, na pewno nie wolno kupować stworzenia dziecku. Zwłaszcza, że posiadanie dziecka i psa tak bardzo się od siebie nie różni. Czy ktoś by dał dzieciakowi w prezencie... dziecko?
Widzę nieszczęśników w różnym wieku, którzy uczynili ten nierozważny krok i cierpią męki spacerów przy każdej pogodzie. Widzę amstaffy i pitbule wyprowadzane na krótkie siusiu przez kruche starsze panie i zupełnie nieodpowiednich tatusiów, którym odebrało rozum i kupili dziecku psa. Widziałam nawet żarłocznego beagla, który żwawo rwał po Wisłostradzie w poszukiwaniu wyrzuconych z samochodów jadalnych kąsków, a na drugim końcu smyczy biegła za nim mała dziewczynka halsując między samochodami. Pewnie dostała pieska na gwiazdkę.
Niestety, biorąc do domu psa trzeba się liczyć z mnóstwem osobistych  obowiązków i ograniczeń.
Na wakacje jedzie się tam, gdzie psy są mile widziane. 
Do domu przychodzi się na czas, żeby stworzenie nie pękło. Zupełnie jak z dzieciakiem, którego trzeba na czas odebrać z przedszkola.
Wasze fotele, łazienka a nawet talerze bywają pełne kłaków. W porze linienia kłaków tych będzie dużo. Nawet bardzo dużo. 
Zupełnie jak matki malutkich dzieci będziecie latami chodzić w strojach, na których nie znać plam. Być może wasze kieszenie i brzegi kurtek będą ponadrywane, a całe ubranie będzie miało charakterystyczny wzorek w łapki. But od strony psa będzie zawsze miał na środku odcisk psiej łapki. Zwłaszcza beżowy, zamszowy but. Żadne rękawiczki nie przetrwają dłużej niż jeden zimowy sezon, jeśli pies lubi aportować patyczki. 
Nawet jeśli pies jest krótkowłosy i ma długie łapy w waszym przedpokoju straszyć będzie w mokrej porze roku ręcznik do wycierania łapek i brzuszka. Jeśli pies jest długowłosy i ma krótkie łapki... w domu będzie błotniście i piaszczyście. Niezależnie od ręczniczka. 
Choćby w stosownym miejscu stało pięć misek dla psa, i tak kość cielęca z główką lub indycza szyja będą pożerane na jakimś dywaniku. Jeśli to perski dywanik, to macie problem.
 Kochane psie zabawki, takie jak owa kość z główką, suszone świńskie uszy, wołowy penis, śmierdzące żwacze, piłeczki z wyrwaną piszczałką i rozdarta na pół lateksowa kaczka będą leżały na widoku. Jeśli pies lubi Waszych gości, to podaruje im w prezencie swoją najukochańszą zabawkę, być może będzie to właśnie śmierdzący kawałek żwacza lub ów wołowy penis. 
Po domu trzeba będzie chodzić w kapciach z porządną podeszwą, bo nadepnięcie na kawałek kości lub rozgryziony orzech bywa bolesne. 
Poznacie kliniki weterynaryjne, a numer do nich będzie na liście szybkiego wybierania znacznie wyżej, niż numer do Waszego lekarza. Po jakimś czasie jego weterynarz będzie udzielał porad zdrowotnych również Wam. Będziecie z tego zadowoleni i będziecie zazdrościć swojemu psu bezkolejkowego dostępu do badań profilaktycznych i RTG. Własne dolegliwości być może zignorujecie - jego marne samopoczucie zmobilizuje Was do szukania weterynarza o trzeciej nad ranem. 
Nawet jeśli Wasze mieszkanie jest niewielkie, w każdym pomieszczeniu będzie koszyczek lub psie łóżeczko. 
W łazience pojawią się specjalne szampony, pasty do zębów i śmieszna szczotka w kształcie litery V do czyszczenia strasznych zębów. I słusznie, w końcu potrafi wrócić ze spaceru z brązowym pyskiem, albo co gorsza całym grzbietem i obrożą.


Ale nie ma bez niego domu. Nie ma domu, jeśli w fotelu, w łóżeczku lub na Waszej kanapie nie leży kosmaty, ciepły, posapujący obwarzanek. Nie ma domu, jeśli w nocy nie słychać stukotu pazurów po parkiecie i chłeptania wody z miski. Nie ma domu, jeśli szukasz czegoś w parterze, a od tyłu nie tryka Cię mokry, pełen entuzjazmu nos. Nie ma domu, jeśli po dywanie nie przewala się na plecach wierzgając łapami w powietrzu ufne że go nie podepczesz stworzenie. Nie ma domu bez buziaka na dzień dobry i bez niecierpliwego czekania na spacer. Nie ma domu bez radości na powitanie, gdy wracacie z pracy.
Nie ma domu.






Dosyć tego!

Mieszkamy na Starym Mieście już ponad 10 lat (pisane w roku 2008), to znaczy Misia i ja tu tyle czasu mieszkamy. Tomek się tu urodził. I powoli mamy dość. 
Mamy dość z wielu powodów.
Póki Tomek był urzędnikiem i rano wychodził do pracy, można było jeszcze wytrzymać w naszych 2 pokojach z wielką, widną kuchnią. My w dużym pokoju mieliśmy sypialnię i salon, dziecko było w drugim, w kuchni się jadało i czasem przyjmowało mniej oficjalnych gości. W salonie goście bywali przy niewielkich poczęstunkach albo przy kawie, z powodu braku w nim wielkiego stołu. W razie wielkich fet przenosiliśmy stół kuchenny do salonu i można było świętować, choć raczej bez spacerowania. Za dnia mogłam w naszym salonie malować, w kuchni szyłam, choć krosna na stałe nie bardzo można było tu zainstalować. Od biedy jak rodzina sobie poszła mogłam nawet aerobic w domu trenować. 

Od kiedy jednak mój mądry mąż jest wyłącznie akademickim wykładowcą i pisze w domu książki sprawy wyglądają dużo gorzej. Przez trzy dni w tygodniu krąży po Polsce zaczynając zajęcia w odległych uczelniach o ósmej rano, więc musi wstać o 4 . Zatem poprzedniego wieczora stara się być w łóżku o ósmej. Wraca późną nocą zmęczony jak pies i pada do łóżka najwcześniej jak się da, żeby następnego dnia znów wstać bladym świtem. Zatem o jakimkolwiek życiu towarzyskim w weekendy mowy nie ma. W dni, kiedy nie jeździ do Pułtuska, Olsztyna i Kielc, siedzi w salonie przy stole i pisze książki, z których żyjemy. Ma za mały stół i jeśli potrzebuje dodatkowej powierzchni do pracy robi sobie dostawkę ze stolika do kawy. Dobry z niego człowiek, więc mnie z pokoju nie wyrzuca i twierdzi, że mu nie przeszkadzam siedząc obok.
Fakt, jak siedzę, to mu nie przeszkadzam. Ale jak włączę TV, chcę zobaczyć film na DVD, mam ucznia albo chcę pofikać nogami przy kasecie z instrukcjami to mu bardzo przeszkadzam niestety. Więc drogą kompromisu wynosi się z pokoju jak mam lekcje, a z fikania nogami i rozkładania sztalug nici. Od dawna nie rozłożyłam kredek, bo nie mam gdzie.

Książki przestają nam się mieścić, rower treningowy stoi w kącie, pies zwykle śpi na łóżku, żeby uniknąć podeptania. Nie mamy ani jednego kawałka ściany, przy którym można by postawić jakiś mebel. Ja marzę w skrytości ducha o komodzie, w której znajdę majtki i stanik na daną okazję, on marzy coraz głośniej o dużym biurku, na którym zmieszczą się jego materiały źródłowe. Poza tym jestem głęboko przekonana, że człowiekowi żyjącemu z pisania należy się gabinet z drzwiami, które może za sobą zamknąć. Mnie też się należą drzwi, które bym mogła za soba zamknąć odcinając się od bliźnich. Odkąd straciłam w wyniku zamążpójścia własny pokój tęsknię do niego nieustannie. Własny pokój z własnymi zabawkami i własnym bałaganem, niewystawionym na publiczny widok, miejsce, gdzie niedokończony obraz czy  szycie dotrwa bez sprzątania bałaganu do następnego dnia, gdzie można posłuchać muzyki bez słuchawek.
 
Stare Miasto też nam daje w kość. To prawda, że nie ma tu ruchu samochodowego. Ale też nie można przywieźć zakupów z marketu pod bramę, skoro jest zakaz wjazdu. W niedzielę, kiedy chciało by się po obiedzie zaparkować na łóżku kołami do góry przed sąsiednim kościołem wystawiane są na chodnik wielkie wzmacniacze i nieudolny chór bardzo głośno i fałszywie głosi chwałę Pana. Tłumy turystów tupią, krzyczą i śmiecą. Pijaki po nocach rozrabiają, muzykanci rozmaitej maści nie mają dla nas litości. Pewnej zimy jakaś nieczuła na mróz Ukrainka zasiadła w Barbakanie w październiku i do kwietnia, przez osiem godzin dziennie grala fałszywie na akordeonie trzy melodie w kółko. W tym sezonie na dziennej zmianie jakiś pan gra na banjo w dzień - myli się co chwilę, ale repertuar ma dość bogaty, za to w nocy dziewczyna z bardzo mocnym głosem od zeszłego lata codziennie śpiewa tylko trzy piosenki.  Zaczyna około 21, kończy sama z siebie bez interwencji Policji około 2 w nocy. Policja wzywana codziennie nie może się nauczyć, że trzeba barbakanowego śpiewaka około 23 wyłączyć. W lecie dołączają do nich rosyjscy filharmonicy z rozmaitymi instrumentami, dziadek z flecikiem, jazzbandy i menele z gitarami jawnie zbierający na piwo. Pewien pan gra na gitarze ze wzmacniaczem rockowy repertuar, nawet ciekawy, a jak się już dobrze nawodni, nieodmiennie konczy pieśnią, w której są jedynie brzydkie słowa. Potrafi ją kontynuować bardzo długo.
Reflektory oświetlające pięknie Starówkę w nocy świecą nam prosto w okna. Kładę się spać, gdy reflektor na kościele św.Jacka jest wyłączany o godzinie 00.05.
Co roku w sierpniu uciekamu z domu w porze pielgrzymki do Częstochowy, która wyrusza sprzed naszych okien, koczując przedtem kilka dni w fosie.
Nie oszczędza nas także Stołeczna Estrada organizując w fosie występy różnych teatrów i nieznanych grup rockowych. Znane grupy rockowe grają za to w parku na podzamczu i na Placu Zamkowym, co niestety u nas świetnie słychać.
Edukację seksualną Misia odbyła wyglądając przez okno. Tuż pod naszymi oknami stała sobie kilka miesięcy furgonetka - atrapa będąca reklamą Kompanii Piwnej. Na jej pace po nocy przygodne pary ćwiczyły wszelkie możliwe pozycje. Furgonetkę usunięto, gdy pokazałam menadżerowi restauracji zdjęcia, jakie jej zrobiłam z okien. Ale co się dziewczyna naoglądała, to jej.
Zatem korzystając z faktu, ze ceny mieszkań na Starym Mieście są jakie są - czyli zabójcze, zaporowe i nie do wyobrażenia, zamierzamy rodzinną schedę sprzedać i kupić za uzyskane środki coś większego. Mieszkanie z osobnym pokojem dla każdego z nas, z salonem i dużą kuchnią, w cichej okolicy z dobrą komunikacją, bo nie zamierzam się ponownie uczyć prowadzenia samochodu. Poza tym na drugi samochód już nam pieniędzy nie starczy. No i naturalnie musi tam być sporo terenów zielonych, żeby było gdzie z Kretką biegać.Nawet mamy już coś na oku. Trzymajcie palce, żeby się udało.

PS Udało się znakomicie!

aaa

niedziela, 25 listopada 2012

Cuuudny weekend

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Od dawna nie miałam tak przyjemnego weekendu. Pan Mąż (cud, no cud normalnie!) zapowiedział, że będzie w domu i był.
Naschodziło się wczoraj ludzi, a ja sobie siedziałam przed sztalugami i malowałam Pana podinspektora i nikomu to nie przeszkadzało. Pan podinspektor przyszedł, obrazek obejrzał i zabierać już chciał, ale pastel bez ramki, szkła i zabezpieczenia nijakiego do transportu się nie nadaje, zatem pewnie przekazanie nastąpi jutro.
Córcia zrobiła zakupy i obiad, lampa swieciła i z każdą minutą humor się robił lepszy.

A dziś pozwiedzaliśmy jarmarki swiąteczne.
Mam garść prześlicznych markerów do drutowych zabaw za niewarte wzmianki pieniądze i mam w końcu ciepłe, baranie rękawiczki na futrze.
Takie rękawiczki można nabyć na Rynku Starego Miasta, gdzie jak co roku przyjechali kupcy z Litwy i sprzedają fantastyczne wyroby skórzane.
Zaczęłam penetrować ich stoiska w poszukiwaniu naprawdę ciepłych rękawiczek. Ponieważ za takimi rękawicami rozglądam się już drugi rok, odkąd poprzednie, takież na futrze, nabyte w lumpeksie za 10 zł jako nówki sztuki oddały ducha Panu od rękawic, byłam zdeterminowana. Emu za 300 zł mnie nie interesują.
Przeczesałam już targ w Zakopanem, budy przy metrze, allegro i niestety kicha. Wszędzie są do nabycia cieniutkie, chińskie skórzane rękawiczki we wszystkich kolorach tęczy z jakimś plastikowym życiem wewnętrznym. Ale te chińskie wyroby mają fatalną cechę: palce są za wąskie na końcach. W takich rękawiczkach ręce marzną szybciej niż bez nich. Ich ciepłochronność poprawia się w trakcie użytkowania (czytaj jak już się rozciągną), i jest z nią OK dopiero jak prześliczny kolor i lico skóry zlezą z nich do cna. Uzyskujemy wtedy ciepłe, ale bardzo brzydkie, rozciągnięte, obdarte coś.
Rękawiczek z polaru nie cierpię. Nie wiedzieć dlaczego, ręce misię w nich robią mokre (błeee), w rękawiczkach narciarskich nie da się rzucić piłeczki psu; sznurek zaczepia się o te wszystkie sprzączki i karabińczyki. Rękawiczki wełniane przemakają błyskawicznie i z powodu tejże piłeczki są wiecznie wymazane w błocie. I robią się w nich dziury. Przez chwilę miałam nadzieję na sukces, gdy jakiś handlowiec przekonywał mnie do rękawiczek na króliczym futerku. Niestety, rzekomy królik musiałby mieć skórę z dzianiny - futro królicze okazało się krótko strzyżonym misiem o szklistym połysku.
Moje rękawiczki mają być skórzane, mają mieć w środku owcze futro ( a nie plastikowe pseudo futerko) i mają mieć pięć palców. I nie kosztować 300 zł, bo i tak przetrwają najwyżej dwa sezony.
I mam! Mam trzy pary w różnych kolorach. Pan Mąż też ma. Sprzedawczyni patrzyła na nas jak na idiotów.
W drugiej budce wypatrzyłam dla Pana Męża czapkę z daszkiem z porządnym ociepleniem, taką w jakiej Lennon występował w filmie Help. Pan Mąż jest wniebowzięty. W tym nakryciu głowy wyglada stylowo i niecodziennie.

Ja się jeszcze na ten jarmark przejadę bez niego. Co ma mi na ręce patrzeć. Nie spenetrowałam stoiska z Bolesławcem i litewskimi serami.


sobota, 24 listopada 2012

Kim chciałby być pan podinspektor?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przyjaciel domu, pan podinspektor miał marzenie, żeby zostać...
Chociaż na obrazku, na niby.
No kim chciałby być?


Trzeba jeszcze to i owo poprawić, choćby niewiarygodnie płaski kołnierz peleryny i zbyt równo - biały kołnierzyk koszuli, ale chyba widać, jakie jest marzenie pana podinspektora.
Tuż po naszkicowaniu tematu z grubsza przysięgłam sobie, że żadnych kratek na czapce malować nie będę. No nie i już!

A w mężowskim gabinecie, na ścianie, na gwoździu, schnie olejny. Fotki na wprost zrobić się nie da, bo mokry i światło szaleje.

Kilka godzin przy sztaludze daje w kość, ale i humor dobry daje natychmiastowo. Co w ponure, listopadowe dni jest nieocenione.

Zrezygnowawszy z antydepresantów w tabletkach kupiłam sobie lampę dla smutnych w zimie.
Nie wiem, czy ta lampa poprawia humor. Natomiast wiem, że do malowania, haftowania i takich innych nadaje się wyśmienicie. Widać kolory i widać wszystko.
10 000 luxów robi swoje.

piątek, 23 listopada 2012

Przeprowadzka 9

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie będą nam dziecka dręczyć


W pierwszej i drugiej klasie podstawówki Misia chodziła na religię. Były tego przedmiotu dwie godziny tygodniowo, bo trzeba było dziecinki przygotować do Pierwszej Komunii Świętej. Uległam naciskom męża nr 1 i tesciów, dziecko pobierało stosowne nauki.

Na dwa tygodnie przed uroczystością w zeszycie do religii pojawiło się 7 dwójek i komentarz katechetki, że dziecko nie zna modlitw.

Odpisałam pani uprzejmie, że skoro nie zna, to trzeba je nauczyć. Skoro przez dwa lata miała na to 2 godziny tygodniowo, to trzeba było uczyć, a nie zbijać bąki. A jeśli nie wie, jak to się robi, to ja jej chętnie pokażę.
Przerażona moim postępkiem rodzina czmyhnęła z domu i dziecka modłów musiała nauczyć najmniej odpowiednia osoba, czyli ja - zadeklarowana agnostyczka - ale czegoż się nie robi dla spokoju w domu. Dobrze, że litościwa rehabilitantka lecząca mnie jonoforezą wapniową z bezgłosu napisała mi w szkicowniku teksty tych modlitw.
Pani katechetka zinterpretowała moją bezczelność po swojemu i podczas uroczystości moje najmniejsze w klasie dziecko stało na szarym końcu między wielgaśnymi dziewuchami. Było jasne, ze dostałam metkę rodzica niewspółpracującego z placówką oświatową. Po tym doświadczeniu zrezygnowałam z usług szkoły rejonowej i zabrałam Misię do szkoły, w której pracowałam. Tam nie było żadnych problemów, do czasu, kiedy fizycznie byłam w szkole.

Kiedy zaczęłam pracować w księgarni i znikłam ze szkoły Misia zaczęła uczęszczać na kurs informatyki. O nauczycieli tego przedmiotu było trudno, nie można się więc dziwić dyrektorce, że z radością zatrudniła na to stanowisko starszego pana z bardzo długim i robiacym wrażenie CV. Było w nim napisane, że ten pan o informatyce i pedagogice wie wszystko i studiował je w  Sorbonie i na Harwardzie i w Oxfordzie też.
Niestety, z praktyką lekcyjną było gorzej. Przez trzy tygodnie opowiadał dzieciakom o sobie i swojej rozległej wiedzy a komputera nie dał włączyć. I zaczął dręczyć dzieci. Krzyczał na nie, postulował usunięcie ze szkoły integracyjnej dwóch bardzo zdolnych dziewczynek z porażeniem mózgowym (mających jedynie niewielkie problemy z chodzeniem) i wysłanie ich do szkoły specjalnej, bo są nienormalne, obrażał dzieci i wyrzucał je z lekcji. I nikt na to nie mógł nic poradzić. Ani rodzice, ani dyrektorka. Aż w końcu pan od informatyki wyrzucił z lekcji Misię. Bo była bezczelna. Konkretnie pan kpił sobie z koleżanki Misi i dopytywal się, do jakiego to lekarza idzie z mamą, że aż musi wyjść z jego bardzo ważnej lekcji o nim. Misia na to wstała i powiedziała, że to nie jego sprawa, tylko koleżanki, jej mamy i lekarza. I że jak zwolnienie nie jest podrobione, podpis się zgadza ze wzorem, to on nie ma prawa drążyć tematu. Pan nazwał Misię niewychowanym kurduplem. No i wyleciała.

Z rykiem poszła do sekretariatu, skąd pozwolono jej po znajomości zadzwonić do mnie do księgarni - na numer stacjonarny, na komórkę nie było wolno. Ja nie mogłam z księgarni wyjść, bo to wrzesień, szczyt sezonu i kolejka przez trzy pomieszczenia. Zadzwoniłam do Tomka. A Tomek w pracy miał piekło, Tego dnia pewien słynny poseł postanowił się dowiedzieć, co jest w pancernych szafach GROMu. Cała Kancelaria Prezydenta stała na głowie. Mimo to przełączył telefony na odbiór z komórki i natychmiast pojechał do szkoły, gdzie sekretarka pocieszala zszokowane dziecko. 
Lekcja informatyki właśnie się skończyła i pan się nie zdążył oddalić. Został, że tak powiem przyłapany.  Pani dyrektor, wychowawczyni Tomka z liceum, zaczęła go uspokajać i łagodzić sytuację, bo jeszcze nigdy się nie zdażyło, żeby opiekun tak szybko po incydencie przybył do szkoły, ale Tomek nie dał się zbyć. I w obecności dyrektorek pogadał sobie z panem od informatyki. Uświadomił fachowcowi, jakie są jego obowiązki i co mu grozi za ich zaniedbywanie. Wspomniał o tym, że wyrzucone z lekcji dziecko może sobie pójść gdzieś, gdzie je spotka coś złego, na przykład wypadek uliczny, ale odpowiedzialność za to spada na nauczyciela. Pan poczerwieniał i wybuchnął - Pan mnie straszy! - A straszę, odparł mój dzielny mąż, prokuratorem konkretnie. Tu pan od informatyki nagle przezedł na ty: Może mnie jeszcze pobijesz?! Jakbym cię dziadu stuknął, to byś się rozsypał - grzecznie odpowiedział Tomek. Po czym ucałował rączki obu dyrektorkom i wrócił do piekła w pracy zabierając Misię do domu. 

Pan już nigdy nie przyszedł do szkoły. Następnego dnia przysłał zwolnienie od kardiologa i znikł a dzieci odetchnęły z ulgą. Tylko jeszcze przysłał do pracy Tomka zażalenie na jego karygodne zachowanie. Szef mego męża wykazał ubolewanie zaistniałą sytuacją i w dopisku  do odpowiedzi zapytał, cóż takiego  skarżący się na Tomka obywatel uczynił, że go tak skutecznie wyprowadził z równowagi, skoro to taki spokojny człowiek. Odpowiedzi nie było. 

Jak widać można pozbyć się gnoja, byle to zrobić prędko i nie dać sprawie wystygnąć.



Świąteczne wpadki i niepowodzenia

Teoretycznie święta powinny być wesołe i szczęśliwe, ale jak każdy dorosły człowiek wie wcale niekoniecznie tak jest. Jako dziecko byłam przekonana, ze w święta musi koniecznie być choinka. 
Duża choinka. 
Aż przyszedł rok 1981 i nie znalazłyśmy nigdzie miejsca, gdzie choinkę można by kupić. W Wigilię wytropiłam w końcu ciężarówkę z choinkami, kolejka do niej miała pewnie z kilometr i wiła się na trawniku obok bazaru na Polnej. Stałam tak na śniegu i mrozie i nic nie wystałam, choinki sie biegiem skończyły, a tłum rozdrapał nawet najmniejsze choinkowe gałązki. Przyszłam do domu z niczym. 
Babcia pokiwała głową i powiedziała, że ona przeżyła dwie światowe wojny, okupację i stalinizm. I jej brak choinki nie przeszkadza. Ma być tylko koniecznie opłatek i ryba. Mama przypięła lampki choinkowe do zasłony i tak spędziłyśmy te święta. 

W rok później choinkowe gałązki były, za to nie było już z nami dziadka. To było dużo gorsze, bo dziadek zmarł na kilka dni przed świętami a przy Wigilii omawiałyśmy szczegóły jego pogrzebu.

Wyszłam za mąż i zaczęły się Wigilie rozdarte na pół. 
Początkowo organizowaliśmy je na zmianę u mojej babci i u rodziców męża nr 1, ale któregoś roku coś wypadło, ktoś do nich przyjechał, babcia nigdzie jechać nie chciała i musieliśmy być i u babci i u nich. 
To bardzo niedobry pomysł. Jedna Wigilia odbywała się nim na dobre zapadł zmierzch, w pośpiechu i pędzie. Potem jazda do drugiego domu, gdzie gospodarze poszcząc przykładnie przez cały dzień niemal konają z głodu i pytają z wyrzutem, czemu tak późno przyjechaliśmy. Z tego obrotu rzeczy była zadowolona tylko Misia, bo pod dwiema choinkami znajdowała dwie góry prezentów. Potem rzecz jasna całe świeta spędzaliśmy w towarzystwie kompletnej rodziny zmieniając tylko adresy pod którymi chłoneliśmy schaby i barszcze. 
Czyli jako wypoczynek od codzienności mielismy codzienność w megadawce. Z wszystkimi tego konsekwencjami.
Raz w końcu uciekliśmy na święta do Zakopanego. I to był świetny pomysł, bawiliśmy się znakomicie, ale żarły nas wyrzuty sumienia, że zostawilismy osamotnionych rodziców i babcię z mamą. 

Świąteczny koszmar oznaczał również, że niezależnie od zamożności trzeba wszystkim drogim bliskim zafundować upominki. To jest dopiero straszne. Im ludzie biedniejsi, tym oczekiwania szczęścia w pudełku pod choinką niestety większe. A z pustego i Salomon nie naleje. Kombinowaliśmy zatem w tych latach biedy i niedoboru jak uszczęśliwić bliźnich z mizernymi rezultatami. Kiedyś w rozpaczy uszyłam teściowej modną, nobliwą białą bluzkę na gwiazdkę. Myślała, ze sobie z niej żartuję i prezent doceniła dopiero w maju następnego roku, gdy córka sąsiadki wybłagała tę bluzkę na studniówkę i traktowała ciuch z ogromnym nabożeństwem. Innym razem popełniliśmy przestępstwo finansowe z premedytacją i malutkiej Misi za całe nadgodziny z letniego semestru męża nr 1 kupiliśmy kolejkę Duplo. To była wspaniała inwestycja, dzieciak bawił się tym codziennie przez trzy lata! 
Zamęt w głowie i rozpacz w kwestii prezentów pomnażają jeszcze wielokrotnie dodawane do różnych gazet broszurki z pomysłami na prezenty. Wszystko tam jest takie apetyczne i piękne, doskonałe i absolutnie nie możemy sobie na to pozwolić! No i do nikogo z naszych krewnych ta superdary nie pasują. 

I tak to trwało, aż doszłam do wniosku, że nienawidzę świąt. Zdaje mi się, ze wśród kobiet odpowiedzialnych za organizację świąt i uszczęśliwianie nimi rodziny jest to afekt powszechny. I z tą świąteczną fobią wkroczyłam w nowy związek.

I tu zdarzyła się jedna  jedyna wpadka. Lepiłam uszka, gdy Tomek wróciwszy z pracowego śledzia usiadł na mojej całodziennej produkcji. Popłakałam się. A dobry mąż widząc mnie w rozpaczy ulepił z ciasta i farszu olbrzymie koślawe ucho. Ryczał przy tym ze smiechu a Misia z nim. Trochę trwało, nim odzyskałam wiarę w święta Bożego narodzenia, ale odzyskałam. Teraz święta się zaczynają, gdy przyjeżdża do nas Alicja. Alicja ma za zadanie zrobić śledzie, choć bywa, że o tym zapomni. Moja mama przynosi karpia w galarecie według receptury babci, bez żelatyny. Uszka kupujemy w restauracji, a barszcz, kompot i smażonego karpia robię ja. Kapusta z grzybami nie jest nam do szczęścia potrzebna. Bo jak mawia moja mama nie ważne co, jak i gdzie - ważne z kim!

W liceum

Podstawówka nie stanowiła problemu. Chodziłam do niej i dobre stopnie jakie z niej przynosiłam były dla rodziny oczywiste jak fakt, że po zimie przychodzi wiosna. Owszem, musiałam zmienić szkołę między klasą siódmą a ósmą ale z powodów towarzyskich. Jakoś łatwiej mi przychodziło rozkuć funkcję i policzyć objętość wielościanu, napisać wypracowanie na temat, nauczyć się o budowie serca żaby niż sprawić,  by tego faktu nie dostrzegły dziewczyny gitowców - moje koleżanki z klasy. Dość powiedzieć, że z mojej rodzimej klasy może trzy dziewczyny ze mną włacznie nie powiły dzieciątek przed 17. rokiem życia. 
Zmieniłam szkołę podstawową na milszą, ósmą klasę zaliczyłam jak zwykle i złożyłam papiery do renomowanego warszawskiego liceum. Musiałam tylko przekonać Straszną Sekretarkę, że chcę chodzić do klasy z angielskim, bo niemiecki już znam. Moja mama zaczęła wtedy chorować i kwestię wyboru szkoły zostawiła mnie, zupełnie się do tego nie wtrącała. No to wybrałam Zamoyskiego - blisko domu, dobra opinia, wysoki odsetek przyjęć na studia.

Ale sobie narobiłam koło pióra

W podstawówce bardzo lubiłam matematykę. Fajna była, zrozumiała, dobra nauka.W liceum - a poszłam do klasy matematycznej - trafiłam na wychowawcę matematyka. Spojrzeliśmy sobie w oczy i chyba od razu zapałaliśmy do siebie obustronną antypatią. Od razu podejrzewałam, że pod bujnymi wąsami i brodą kryją się jakieś lęki przed dentystą i marna autokreacja. 
W naszej szkole trzeba było nosić mundurki. Chłopcy nosili marynarki, dziewczęta fartuchy. Naturalnie im bardziej kuse, tym lepsze. Wróciłam po pierwszym dniu do domu i kazałam sobie załatwić największy i najmniej kształtny fartuch, jaki stworzyła sztuka krawiecka. Mama przyniosła mi z pracy granatowy, flanelowy fartuch prawie do pięt odkupiony od sprzątaczki. Skryłam sie w nim skutecznie przed wzrokiem wychowawcy, który rok wcześniej ożenił się ze swoja maturzystką, a teraz wychowywał niemowlątko i najwyraźniej wypatrywał swieżej krwi. Kiedy nie miałam na sobie tego fartucha nosiłam sweter z resztek, który babcia udziergała dziadkowi, a on nie zgodził się na noszenie okropego wyrobu.
W rozliczeniu wychowawca zrewanżował mi sie biegiem redukujac moje możliwosci intelektualne niemal do zera. Jego moc nie obejmowała języków obcych, biologii i polskiego, ale w dziedzinie nauk ścisłych odniósł pełen sukces. W kilka tygodni zrobiłam się tak durna, że nawet milicja na to nie pozwalała. Nauczycielka chemii i fizyk podzielali nie bez przyczyny złą o mnie opinię. A ponieważ ten stan rzeczy był i dla mnie nie do wytrzymania, zaczęłam chodzić do kina zamiast do szkoły. To oczywiście nie pomagało w uzdrowieniu sytuacji. Wprawdzie spędzając ranki w Iluzjonie poznałam sztukę filmową od podszewki, ale przez pierwszą klasę ledwie przebrnęłam. W drugiej było tak samo źle, miłe w szkole były tylko spędzane w szatni lub w parku przerwy. Groził mi zupełny upadek umysłowy i naradziwszy się z madrymi ludźmi postanowiłam przerwać błędne koło. Zdumiewające, że wychowawca zgodził się na moje propozycje. On mnie nie promuje do następnej klasy, a ja zmienię profil na humanistyczny - zwany przez wszystkich tumanistycznym. Dyrektorka także wyraziła na to zgodę.

Z dnia na dzień zaczęło się dla mnie inne życie. To co w mat-fiz uchodziło za debilizm, w klasie humanistycznej oznaczało błyskotliwośc w dziedzinie nauk ścisłych. Łacinę nadrobiłam bardzo prędko, a dzięki innemu - poza tym cholernym matematykiem  i uroczą polonistką - kompletowi pedagogów mogłam sie jakos zebrać w sobie i znów odżyłam umysłowo. Rok później i matematyka zmieniła miła spokojna pani i całkowicie odzyskałam spokój ducha w tej dziedzinie. Potem w humanistycznej klasie nastał fizyk, u którego ponosiłam dawniej sromotne porażki. I stał się cud! Wymagania miał takie same jak poprzednio, ale tym razem jakoś nie stanowiło to problemu. Po kilku miesiącach rozwiązywałam zadania hurtowo dla calej klasy. Odwdzięczył mi się i dał na maturze piątkę.

Tak, szkoła średnia to stanowczo najgorsze lata mojego życia, mimo, ze dała mi dokładnie to co obiecywała. Dobrze zdaną maturę, miejsce na studiach no i mojego Tomka. Poznaliśmy się bądź co bądź paląc w szatni papierosy na dużej przerwie.

A co się stało z moim pierwszym wychowawcą? Byłam chyba w trzeciej klasie, gdy w ciemni fotograficznej zapragnął udzielić pilnych korepetycji pewnej młodej, ładnej osobie. Młoda osoba poskarżyła się swojej bardzo młodej wychowawczyni, która nie wiedziała, że ten pan jest członkiem POP i nie można go ruszyć. W trzy dni zrobił sie skandal, jakiego szkoła nie zaznała nigdy wcześniej. Przeniesiono go (podobno) do jakiegoś technikum pełnego silnych byków i gdy (podobno) zaserwowal silnym bykom stary numer z klasówką, z której wszyscy dostali dwójki, znalazł (podobno) swojego małego fiata bez kół, za to na dachu śmietnika. To doświadczenie (podobno) przywróciło mu zdolności metodyczne i dydaktyczne. Podczas skandalu wyszlo również na jaw, że pan profesor nie ma niestety magisterium. 
Wioząc kiedyś Misię w wózeczku do teściów nr.1 spotkałam drania na spacerze z rodziną. Zimno się pozdrowiliśmy. 
Facet dalej jest pedagogiem. Na stanowisku.