czwartek, 27 grudnia 2012

Świąteczne fair island

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Święta były tak spokojne, że mogłam się wziąć za dawno rozważaną robótkę, czyli naukę fair island.




Dla ułatwienia sobie sprawy zamiast worka kolorowych włóczek wzięłam w obroty zaledwie dwa motki Magic Fine od Yarn Art, za to barwione odcinkowo w rozmaitych tonacjach. I powstała czapeczka. Wzór jak zwykle darmowy z Ravelry, opisany TU. Bardzo porządny, bo regularny do bólu i po trzecim rzędzie nic nie trzeba liczyć.
Miała niby być dla mnie, ale się okazało, że trzyletniemu bratankowi jakoś łebek urósł ostatnio i nie ma czapki, a zima jest chwilami bardzo zimowa. Zatem wyrób prototypowy dostanie bratanek. Centymetr twierdzi, że czapka będzie na bratanka dobra.

Moje pierwsze wrażenia z działalności tą techniką: pozorna długość nabranych oczek nie ma się nijak do rozmiaru wyrobu, dzianina jest o połowę gęściejsza niż mówi banderolka (tu miało być 22,5 oczka na 10 centymetrów, a jest 30).
Robienie próbki jest niezbędne, co niestety jest bolesne. Włoczka z próbki jest nie do odzyskania, bo trzeba robić tę próbkę jedynie na prawej stronie: Po każdym rzędzie uciąć nitkę i zaczynać znów od prawego brzegu. Albo na pięciu drutach w kółko.

Zasdady Alice Starmore działają i przez całą czapkę ani razu nie poplątałam nitek.

Widoczne na pierwszym zdjęciu paski kartonu to próbnik czerni bieli i szarości. Przy kolorowych zdjęciach powinno się tego właściwie używać zawsze, jeśli chcemy pokazać prawdziwe kolory fotografowanej rzeczy. Potem w programie edycyjnym używamy tych pól do próbkowania. A potem się ten kawałek zdjęcia obcina, co widać na zdjęciu drugim, bo tam już pasiastego kartonu nie ma!


niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Mimo różnych awarii i wypadków dotrwaliśmy.
Od jutra świętujemy i wypoczywamy i wszystkim życzymy tego samego.

sobota, 22 grudnia 2012

Przedświąteczne skarpetki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pomiędzy anielskimi wypadami, zakupami i takimi tam obligatoryjnymi zajęciami powstały skarpetki z włóczki Fabel od Dropsa.




Powstały niemal dokładnie według darmowego wzoru Firebird z Ravelry. Niemal dokładnie, bo rzędy skrócone na palcach i pięcie robiłam metodą opisaną wcześniej.
Już wiem, do czego służą oczka przekręcone w drobnych warkoczach. Takie malutkie warkoczyki stanowczo wygodniej robić bez druta pomocniczego. No i jestem mądrzejsza o sposób wyrabiania pięty tradycyjnej z klinem od palców w górę.
Jeśli chodzi o samą włóczkę to jest sznurkowata i bardzo mało elastyczna. Wykonując druga skarpetkę musiałam liczyć rzędy cholewki, nie można w tej włóczce ot tak przyłożyć jednej części do drugiej i porównać wielkości, bo raz przymierzona skarpetka natychmiast się rozciągnęła i zachowała kształt nogi a nie swój. Każdy kłębek był zwinięty w inna stronę, co uniemożliwiło wykonanie jednakowego wzoru na obu skarpetkach. Mam teraz z tym kłopot, bo w szufladzie leży jeszcze 8 kłębków w bardzo pięknych kolorach kupionych z myślą o małym sweterku, ale nosić sznurkowy sweterek? Jak się przywykło do szlachetnych, jędrnych, zachowujących kształt włókien? Zatem będą jeszcze cztery pary skarpet z Fabel na cztery różne pary nóg. Się wyrobi z czasem.
Muszka pozostawiana sama w domu w czasie mikołajowo - anielskich podroży nie opuszcza mnie ani na chwilę i prezentuje nieustannie swoje wdzięki. Kretka walczy z brzuchem przepełnionym ciasteczkami i cieszy się świętym spokojem.

czwartek, 20 grudnia 2012

Rozanielona

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie będzie zdjęć, bo w miejscach, w których ostatnio Mikołaj Z Aniołem, Teklą i Kretką bywali zdjęć robić nie wolno. Pacjenci szpitali neuropsychiatrycznych mają prawo zachować anonimowość i ich wizerunki podlegają słusznie prawnej ochronie. Poza tym Aniołowi tradycyjnie lustrzanka z lampą błyskową do wizerunku nie pasuje. I Anioł na takiej wizycie ma co robić.
Anioł musi pilnować, żeby wózek w drzwi się zmieścił, zaprząc psa do wózka, pomóc się ubrać Mikołajowi (zwłaszcza w montowaniu obfitego brzucha), pilnować ciekawskiego Skrzata, żeby nie pobiegł, gdzie go nie prosili, pilnować Tekli - Renifera, ładować prezenty do wielkiego czerwonego wora, gadać z dzieciakami, śpiewać z dzieciakami, pakować Skrzata na inwalidzkie wózki spastyków i pilnować, żeby pies zajęty przytulaniem kosmatego ucha do dziecka nie zsunął się z kolan, Anioł podzwania dzwonkiem i ogólnie jest bardzo potrzebny. Anioł rozdaje dzieciom ciasteczka do karmienia strudzonego renifera (petitki są najlepsze, nie szkodzą psom i jak dzieciak zje sam to tez jest ok). Anioł prezentuje własny, obfity brzuch, tańcuje i rozśmiesza.
Pierwszy raz w dziejach Mikołaj odwiedził w Zagórzu zamknięty oddział OTU, czyli miejsce, gdzie leczą się dzieci uzależnione. Mówiąc jasno: nieletni narkomani, lekomani i alkoholicy. Czyli postaci, przed którymi Anioł w realu ucieka. A tu nie było powodu do uciekania. Wszyscy pacjenci grzecznie rozmawiali z Mikołajem i Aniołem, potrząsali pastorałem na szczęście i kopali w worku poszukując misia lub pluszowego smoka najbardziej dla siebie odpowiedniego. A Anioł pogadał z młodym człowiekiem znużonym świąteczną komercją i zachwyconym niekomercyjnym podejściem Mikołaja do świąt oraz swobodnym słownictwem Anioła.
Dużo się Anioł naoglądał ostatnimi czasy cudów.
Dziewczynka w kompletnej katatonii sama zadecydowała, że chce niebieskiego smoka, a nie żółtą kaczkę. Chłopczyk, który mówi po niemiecku zachwycił się, że Anioł wie, o co kaman. I cichą noc z Aniołem pacjent po niemiecku odśpiewali. A potem z resztą dzieci po polsku, a potem jakaś dziewczynka po angielsku solo, bo Anioł tekstu zapomniał. Pacjentka oddziału psychiatrycznego, ponuro wyglądająca nastolatka, pożegnała się z Aniołem robiąc żółwika.
I w bardzo specjalnej szkole Anioł był, gdzie dzieci uczy się czucia głębokiego i jedzenia, a tylko niektórych pensjonariuszy literek.
O tej małej szkole przypomnę czytelnikom w czasie składania PIT-ów, bo 1% podatku przyda się tam bardzo.
Wszędzie , gdzie Mikołaj z Aniołem ostatnio bywali Tekla i Kretka były bardzo potrzebne. Wygłaskane, wymęczone, obżarte ciasteczkami i spracowane psy po całych dniach odwalały ciężką, dobrą robotę. I mali spastycy i zdrowe dzieci i wielcy narkomani tak samo tulili się do ciepłych ciał i miękkich pysków.
Talent zierzaków do uspokajania i uszczęśliwiania jest wielki.
Dziewczynka na oddziale psychiatrycznym popatrzyła na nie i rzekła: jak ja długo nie widziałam psa! No fakt, na takich oddziałach siedzi się dłużej niż dwa tygodnie. 

Przypomniała mi się w związku z tym moja stara notka.

Nieskładny ten wpis, ale zdecydowanie istnieje magia świętego Mikołaja.
A jakbyście zobaczyli świętego wędrującego przez ciemny, zaśnieżony las, z Teklą w roli pociągowego renifera, z wózkiem, na którym stoi ubrana choinka i wielki wór prezentów to też byście się uśmiechnęli, złagodnieli i zapragnęli pogrzebać w czerwonym worku w poszukiwaniu Waszego misia. I zadzwonić pastorałem na szczęście


piątek, 14 grudnia 2012

Siedmiu wspaniałych

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Znaczy ma być o facetach co mnie kręcą. Albo kiedyś kręcili. Czyli w intymności wchodzimy.

Otagowała mnie Ania z bloga "Sztuka oswojona", zasady są takie:

1. Wymieniamy 7 waszym zdaniem naj naj panów, nie gra roli, czy cenicie ich za piękną buźkę, czy też za jakieś inne przymioty, grunt, żeby Wam się podobał

2. Uzasadniamy przynajmniej jeden wybór, dlaczego ten, a nie inny pan. W miarę możliwości wstawiamy fotkę albo filmik.

3. Napisz, w jakiej kolejności tworzysz swoją listę Wspaniałych

4. Otaguj przynajmniej jedną osobę.

Nie jest to zadanie łatwe, bo w długim życiu dobrych egzemplarzy spotyka się mnóstwo, ale może i warto zerknąć w ten ciemny kącik.

Zatem jedziemy

1) od zawsze na zawsze The Beatles. Najpierw w całej swojej poczwórności, a później w osobie Lennona.
The Beatles wyglądali w młodości tak (klik w link)
http://www.youtube.com/watch?v=F3RYvO2X0Oo

a Lennon wyglądał z żoną tak:


A za co?  Za rewolucję w muzyce, obyczajach i modzie, za entuzjazm i profesjonalizm, za muzykę, za teksty, za rysunki, za styl.
Temu stylowi staram się być wierna. Na ile sobie mogę pozwolić. Zatem motor - buty tak, mieszkanie w Dakocie - nie.
Od trzydziestu dwóch lat mieszka w mem sercu nostalgijka malutka i straszny żal o jego śmierć.

2) Sean Connery,  w czasach Bonda bardzo ale to bardzo przypominał mojego tatę. I jako że tata był w świecie a zdjęć wiele nie zostawił, to czasem sobie w Iluzjonie szłam na Bonda z tatą pogadać. Tata robił w podobnej firmie jak Bond, wiec miało to ciut sensu. Szyk i styl też miał podobne, tylko gadgety inne. Z wiekiem Sean zrobił się ładniejszy, a tata brzydszy. To już zdecydowanie Seana wolałam oglądać.


3) Robert Redford w wydaniu z Żądła lub z Butch Cassidy i Sundance Kid. Atrakcyjności dodawał mu oczywiście Paul Newman. Co za para ciasteczek! W Jeremiachu Johnsonie też było na co popatrzeć i w Trzech Dniach Kondora


A potem mi wychłódło, bo się zrobił stare pudło! I jak go zaczęto przez pończochę/glicerynę  filmować  i się okazało, że jest mojego wzrostu to mi odeszło.
Tak patrzę na zdjęcie i widzę, ze Mąż nr 1 całkiem w redfordowym typie był. Odmówić mu tego nie można.

4) Albrecht Duerer. Nic mi nie przeszkadza te kilkaset lat różnicy wieku. Przez kilka lat kontemplowałam jego portret. Teraz kontempluję jego prace. Z coraz większym nabożeństwem.


5) Clint Estwood z czasów jego romansu z westernami. Jako Brudny Harry już mi nie leżał. Strasznie mnie kręciły te długie nogi w wąskich dżinsach. No istny Roland z Gilead.


6) David Morse:gra zwykle dużych, spokojnych, wesołych ludzi. W Zielonej Mili - cudny. Nie jest to bardzo popularny aktor, ale porusza we mnie jakąś cienką strunkę. I głos ma miły.

7) Moja ostatnia i najważniejsza postać.
    Pan Mąż.



Kręci mnie nieustająco, mądry jest bardzo, nogi długie w wąskich dżinsach prezentuje, brzucha nie zapuszcza i jest dostępny tu i teraz, a nie 400 lat temu. Potrafi mówić zmysłowym basem, zawsze pięknie pachnie, doskonale się ubiera i jest zrobiony cały akurat dla mnie. I razem ze mną robi się coraz starszy, wiec pasuje wciąż a nie tylko w 1995 dajmy na to.
Ostatnio podoba mi się coraz bardziej.
I bardziej.
I bardziej.
I chyba już tak mi zostanie.
Ku mojej wielkiej radości.
Jak czasem na niego patrzę, to się zastanawiam, czy w kinie nie jestem i czy seans się zaraz nie skończy. Ale skoro 17 lat razem, a seans trwa, to jeszcze chwilę przecież potrwa.

I teraz powinnam kogoś wyrwać do tablicy.
Ale nie mam śmiałości.

Wiem!
Rozelko, do odpowiedzi, kto Cię kręci????

środa, 12 grudnia 2012

Rzędy skrócone - jak to zrobić

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Każda mama pilnuje swoich dzieci i trzyma je przy sobie, żeby się z innymi dziećmi nie pomyliły. Tak właśnie zrobią zaraz dla nas oczka - matki.

Oczko, z którego wychodzą oczka na drucie to oczko - mama. Na zdjęciu oczka matki zaznaczyłam na fioletowo. Po prawej stronie tej robótki oczko - matka wygląda jak V, na lewej jak  -

Na lewym drucie widać trzy oczka - matki z których wyłażą po dwa nowe oczka; za chwilę ostatnie, pojedyncze oczko też dostanie bliźniaka, a oczko - mama będzie te bliźniaki dobrze razem trzymało, żeby się z niczym nam nie poplątały.


W oryginalnym tutorialu następowało teraz mnóstwo zdjęć i opisów, co podnosić jakim drutem i gdzie przekładać. Ta wiedza okazała się zbędna. Najzwyczajniej pod słońcem przerabiamy oczko mamę na prawo - da się to wykonać bez podnoszenia mamy na lewy drut, a następnie układamy powstałego bliźniaka obok braciszka. Mama trzyma razem oba oczka i ich pilnuje.


A my odwracamy robótkę i lecimy po lewej stronie do miejsca, gdzie czeka na nas lewe oczko - mama z jednym póki co dzieciakiem:


I nie fatygując się przekładaniem mamy na lewy drut przerabiamy mamę na lewo.



Powstałego bliźniaka układamy na lewym drucie obok braciszka, mama pilnuje.


Obracamy robótkę i lecimy znów prawymi do miejsca kolejnej mamy z jedynakiem.
Proste, prawda?


Robiąc palce w skarpetkach robionych od dołu trzeba po kolei przywrócić oczka z rzędów skróconych do życia. Przerabiamy zatem zwyczajnie na prawo  pierwszą parkę bliźniaków, ale nim wrócimy do drugiego końca "żywego rządka" dajmy kolejnej mamie trzecie dziecko. W następnym powrotnym rzędzie nie powstanie dziura. Mama dopilnuje, żeby nam się nic nie pokręciło. 

Idea wszystkich kombinacji z rzędami skróconymi polega na jakimś zakotwiczeniu nitki roboczej przy nieprzerabianych oczkach na lewym drucie. Czy to będzie owijanie, czy wieszania agrafek na nitce roboczej, czy układanie jej na innej nitce, czy w końcu ściąganie oczka do upadłego i przenoszenia go na prawy drut bez przerabiania,  cel jest ten sam.
Ale na moje rozeznanie tylko wyżej opisany sposób gwarantuje brak pomyłek bo:
a) widać wyraźnie, gdzie trzeba zrobić kolejnego "bliźniaka"(lub "trojaczka")
b) bliźniaki i trojaczki łatwo razem przerobić bez szukania oplotów, bujania się z nitkami, agrafkami etc.

Howgh!

A dziś rano na Ursynowie i okolicach nastąpiła zapowiedź końca świata w postaci kompletnego braku prądu wszędzie. Zamilkły radia i telefony, stanęły windy z ludźmi w środku, wysiadły kodowane domofony a w mieszkaniach i na ulicach zapadły ciemności. Ekspresy do kawy i czajniki nie dały porannych napojów i zęby trzeba było myć po ciemku. I skarpetek do pary też po ciemku trzeba było szukać.
Tylko metro działało z zabawek na prąd, ale ono ma swoje własne zasilanie.
Rano słyszałam jak spanikowani sąsiedzi szukali po ciemku kluczy do drzwi wejściowych. Klucze zatem nosić na kółku wraz z tymi od mieszkania, a spory worek świeczek i kilka lichtarzyków warto mieć na podorędziu. 21 grudnia już niebawem!






niedziela, 9 grudnia 2012

Skarpetkowe braki i rzędy skrócone

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wydaje mi się, że ciągle coś dziergam i często bywają to skarpetki.
Ale w szafce wciąż ich za mało leży, a jak się robi zimno i po mieszkaniu hulają przeciągi, to nędza skarpetkowa objawia się w całej okazałości. Dziś odwiedziło mnie dziecko, bo ojca trzeba było pilnie wymasować, coś mu się znów grzbiet usztywnił. Dziecko popatrzyło na moje nogi i zaśmiało się perliście - obie byłyśmy przyodziane w moje skarpetki. Ona miała na nogach parę, o której w lecie zapomniała i twierdziła, ze ta para nie istnieje. Zima sprzyja poszukiwaniom i wykopaliskom skarpetkowym.
Zatem odłożyłam powolnego arana ad acta (drugi rok nad nim ślęczę) i wzięłam się za błękitną włóczkę Fabel od Dropsa. Wzór pożądanych skarpet robionych od dołu leży i czeka już bardzo długo. Zrażała mnie do niego tradycyjna metoda rzędów skróconych. Zwłaszcza w obrębie palców, gdzie trzeba odejmować a potem dodawać oczka bez żadnych rzędów rozdzielających te operacje doszukiwanie się kolejnych owinięć jest dla mnie nie do przyjęcia.
Dziunia z bloga "Poplątane nitki" kiedyś napomknęła mimochodem, że znalazła jakąś cudowną metodę na rzędy skrócone. Dała linka, którego przekazuję dalej tu.
Kochane dziergaczki, lepszej metody nie ma i nie będzie. Nie ma zmiłuj, trzeba sobie te obrazki obejrzeć, popróbować i wszystko będzie jasne. Palce robią się same! Nie trzeba liczyć tych cholernych oczek w każdym rzędzie, nie można się pomylić i nie ma sposobu na wyprodukowanie żadnej dziury.
Autorka nazwała rzecz "oczka cienie" i polega to na ponownym przerobieniu oczka leżącego bezpośrednio pod tym oczkiem, które zwykle w rzędach skróconych bywa owijane.
Jak się to dobrze zrobi i niczego nie skręci, to wygląda to tak, jakby z oczka poprzedniego rzędu wyłaziły dwa oczka a nie jedno. W powrotnej drodze te dwa oczka się razem przerabia i nie ma dziur. W skarpetkowych palcach po prostu operację wykonuje się jeszcze raz i z oczka matki wyglądają teraz trzy oczka, do zebrania razem w następnym rzędzie. I widać co trzeba razem przerobić bez żadnych wątpliwości.

Jestem zachwycona .
Sposobu nie da się ani zapomnieć, ani schrzanić.
Cudne.
Dziuniu, dzięki stokrotne!.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołaj

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zainaugurowałyśmy sezon mikołajowy 2012 w szkole specjalnej w Warszawie.
Każdy, kto kiedykolwiek był w szkole zna specyficzne postacie stojące na straży tej placówki: panią w stylonowym fartuchu w okolicach drzwi i pana z miotłą. Jedno i drugie na widok naszej, jeszcze nieprzebranej czeredy wykrzyknęło gromko Ho ho ho! Dla mnie jasny znak, że Mikołaj w tej szkole bywa od dawna i regularnie.
W ustronnym gabineciku ze zwykłych, takich sobie pań przeobraziłyśmy się w postacie bajeczne, to samo spotkało nasze psy. Tekla została zaprzężona do wózka z choinką i prezentami, Kretka stała się Skrzacikiem i zachwycona pomknęła miedzy dzieciaki.
 Jako aniołowi nie wypada mi z aparatem fotograficznym potrząsać skrzydełkami, więc zdjęcia tylko z przebieralni:





A dziś , jutro i pojutrze kontynuujemy dzieło wesołego Świętego w innych, niekoniecznie wesołych miejscach.
Jakieś dziecko pytało mnie, jak mam na imię. W tym białym giezełku mogę być chyba jedynie aniołem Arielem. Kretka absolutnie i nieustająco nadaje się na dogoterapeutkę.  Wszystkie dzieci jej się podobają i wszystkim okazuje względy. A co bardziej potrzebujący jeszcze buziaka dostaną. Kretki nie denerwują wózki inwalidzkie, kule, dzieci nadpobudliwe, spastyczne i autystyczne. Wcale z tych miłych cech nie wyrosła. Jak skrzacik w czerwonym kubraczku zabawiała czeredę, gdy Mikołaj obdarowywał dzieci prezentami, a biedna Tekla w roli renifera stała zaprzężona do wózka.


środa, 5 grudnia 2012

Gdzie są moje szydełka?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Niedawno zrobiłam sobie porządek w robótkowych szargałach.
Skądinąd bardzo przyzwoicie go zrobiłam i dokładnie wiem, gdzie co jest.
Dziś się okazało, że wiem sporo, ale gdzie są szydełka, nie wiedziałam. Pamiętałam tylko, że dwa cieniutkie umieściłam z koralikami. Ale gdzie wetknęłam resztę - nie. A ponieważ szło o zakończenie bardzo ciepłej i na już potrzebnej czapki zaczęłam metodycznie przeszukiwać moje włości.
Raz, drugi, trzeci.m I NIC.
I mimo późnej pory postanowiłam te szydełka jednak odnaleźć. Pomagałam sobie głośno klnąc jak jakiś szewc. Przekopywałam się jak kret przez skrzynie, półki, pudełka i worki. Wszelkimi słowami brzydkimi we wszystkich znanych językach rzucałam obficie. I pierwszy raz od lat wściekłam się tak, że mało nie pękłam. Była i śmiesznie czerwona twarz, i wrzaski i niemoc i prawie się ze złości popłakałam. A Pan Mąż uradowany stał sobie i patrzył i twierdził, że się cieszy, bo znów człowiek się zrobił z zastupaczonego robota; taki człowiek, co jak coś zgubi i nie może znaleźć to klnie, szuka i jest śmieszny i normalny jak człowiek. A nie chłodno spokojny i niewzruszony jak głaz.

Szydełka się znalazły, były starannie zapakowane i zamknięte wraz z jakimś rodzajem wełny na solidną, nieprzezroczystą pokrywkę, żeby się nie zakurzyły. Zaraz schowam je tam, gdzie całe lata siedziały i gdzie jak po sznurze szoruję, gdy są mi potrzebne, czyli w koszyku z podręcznymi robótkami.

A z czego się cieszy Pan Mąż (i ja też)? Antydepresanty prasują uczucia na gładko.Wszystkie uczucia. Owszem, pozwolą się rozgniewać, obrazić, ale dopiero w 24 godziny po zdarzeniu. Czyli wtedy, gdy normalny człowiek o sprawie zapomina. Po cholerę się pieklić o niewyrzucone śmiecie na drugi dzień? Co gorsza to samo dotyczy cieszenia się, zainteresowania, radości, miłości i wszystkich ich odcieni dodających życiu smaku. Nie łykam ich od lipca i uczucia wróciły.
Pan Mąż się cieszy, bo odzyskuje swoją żonę. Ja się cieszę, bo znów mam siebie dla siebie. I znów, jak dawniej potrafię się zdrowo wściec.
Jak dobrze!

niedziela, 2 grudnia 2012

Wiele jesiennych twarzy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Aż mi się nie chce wierzyć, że jeszcze niedawno zastanawiałam się ponuro nad sensem życia.
Ta lampa to jednak jest wynalazek epokowy.
A poczucie bezsensu egzystencji tonie w gorączkowej działalności oblanej białym, dziennym światłem.
Bo proszę państwa jest jednak wiele rzeczy do zrobienia. Ot, choćby kostium aniołka, który będzie mi potrzebny przez niemal cały grudzień.
Lokalnemu Świętemu Mikołajowi wykruszyła się bowiem z zespołu Śnieżynka. I Mikołaj zaproponował mi współpracę. Charytatywnie i bezpłatnie rzecz jasna, za to w wielu potrzebnych i smutnych na ogół placówkach, w szpitalach, w zakładach opiekuńczych i w kilku całkiem zwykłych szkołach. Kto Mikołaja zaprosi, ten nas ugości.
Na Śnieżynkę to ja nie bardzo, jakby takie Śnieżynki z nieba leciały, to nikt by się żywy nie ostał, ale przyobleczona w anielskie giezełko, z futrzanymi skrzydełkami i aureolką wyglądam bardzo dostojnie.
Szata jeszcze nie jest gotowa, muszę ją obszyć wściekle kolorowymi cekinami. Na szczęście przed skrojeniem szatki zmierzyłam się dokładnie tu i tam. I dobrze zrobiłam. Zdaniem tabel z Burdy jestem doprawdy ogromna. Dzięki centymetrowi w strategicznych miejscach giezełko leży doskonale i się nie opina na anielskich krągłościach.
Myślę, że okrągły, błyszczący Aniołek ze strusimi piórkami wmontowanymi w kosmatą perukę, w opadających, grubych skarpetach i z aureolką, prowadzący na smyczy udekorowane psy, stanowiące zaprzęg Świętego Mikołaja rozśmieszy niejedno dziecko.
Wraz ze Świętym montowałam dziś przebranie dla Kretki. Darujemy jej reniferowe rogi, bo sukienka peszy ją dostatecznie.



Muszka na występy wśród dzieci się nie nadaje. Zostanie zatem w domu. Alicja zgodziła się jej potowarzyszyć w te dni, gdy wypady będą dłuższe.

Nie samą pracą żyją Aniołki, zatem w andrzejki bawiliśmy się do rana w Quick Steaku. Przebrani mieli 20% rabatu, grzech się nie przebrać. Przemontowałam trochę kostium Hogaty, zrezygnowałam z zielonego makijażu i niegłupio zrobiłam. Pan Mąż twierdzi, że trochę jak Slash z Guns N Roses wyglądam na poniższym zdjęciu. Widać, że ręce jeszcze co nieco pamiętają.



A to Pan Mąż osobiście w roli bliżej niezidentyfikowanego rockmana. Miał niezwykłe powodzenie i podobał mi się tak, że chyba czasem na co dzień ustroję go w te włoski. Zaczynam rozumieć, co kręci facetów w długich włosach.

I jeszcze jedno wcielenie knajpiane, tym razem w sprytnej czapeczce Pana Męża:


Jak już zaczniemy z Mikołajem nasze podróże z pastorałem, wózkiem zaprzężonym w Teklę i Kretkę, choinką i  workami misiów - przytulanek, to się niewątpliwie pochwalę.