sobota, 28 grudnia 2013

Kropka tv

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie wiem, co to za kropka, ale od jakiegoś czasu owa kropka tv wysyła mi radosne SMSy. A to wygrałam samochód, a to 100 tysięcy. Zmęczona tym zablokowałam w telefonie ten numer. Kropka natarczywie wysyłała SMS y z innego.
Alicja, również zirytowana tymi wiadomościami zauważyła ponadto, że płaci za jakieś wiadomości tekstowe, których nie wysyła. Alicja śledzi swój rachunek telefoniczny nieco staranniej niż my. Poszła do BOK i się dowiedziała, że płaci za wszystkie SMS y z numerów cztero- i pięciocyfrowych, które wpadają do jej skrzynki. Nieważne, że ich nie czyta, nieważne, że je tylko kasuje. Płaci za każdy. 
Znane są nam oczywiście opowieści o ludziach, którzy splajtowali, bo dzwonili na seks telefony w Tajlandii, bo do ich linii telefonicznej podpiął się ktoś , kto to robił, albo ich nieletnie dzieci dzwoniły godzinami na jakieś zakazane numery. Ale nie wiedziałam, ze można nas obciążyć rachunkiem za coś, co ktoś wysyła nam, a my za to płacimy choć nie wyraziliśmy zgody, bo mamy numer. 
Pan w BOK uprzejmie zablokował Alicji możliwość otrzymywania takich wiadomości na poziomie operatora uprzednio przez 40 minut analizując jej bilingi.
Zatem i my poszliśmy do naszego BOK. Pan w T-mobile potwierdził istnienie tego przekrętu. Kropka tv nie zarabia na lipnych loteriach, a na wysyłaniu przez internet generowanym sztucznie numerom telefonów takich SMS-ów. Jak numer nie istnieje, to nie istnieje, ale jak istnieje i nie ma blokady to wpada grosz. Grosz do grosza i będzie kokosza. Śmiejąc się do nas perliście pan włączył blokadę i Tomkowi i mnie. Dało się także zablokować dzwoniących namolnie ludzkich telefonokrążców chcących nas ubezpieczyć, leczyć, wyposażyć w sprzęt nikomu do niczego niepotrzebny i przeszkadzających w życiu jak cholera.

Klienci, szorujcie do BOK-ów aby się dać kompletnie zablokować.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, ze nie jestem już człowiekiem. Jestem jedynie baranem, którego należy ogolić do skóry z każdej, najbardziej nieoczekiwanej strony.

wtorek, 24 grudnia 2013

Już za chwileczkę, już za momencik...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

No i proszę, jest wigilia a do roboty zostało... odkurzyć bardzo z grubsza i bardzo z wierzchu, tam, gdzie się nasypało przy robocie i gdzie kosmate obywatelki zostawiają kłaczki i kudełki.
Pomiędzy gotowaniem i sprzątaniem udało się na czas wykonać małe a niezbędne dziergadła.
Dziecina zażyczyła sobie kolejnego kominka na głowę, ale takiego, który da się dwa razy na szyi zamotać. Mówisz i masz:


Przy okazji sobie kolejną sweet focię strzeliłam. Wełna 100% wprost z lumpeksu. Pierwotnie była w kolorze błękitu majtkowego, zatem potraktowałam ją w swoim czasie farbkami Kakadu i jest do przyjęcia. Wzór darmowy z Ravelry, niejaki Boomslang. Żadna filozofia, 220 oczek na okrągłym drucie i przerabiamy 6 rzędów prawymi, 6 rzędów lewymi co najmniej 7 razy. Kilka filmów i gotowe.

Bratowa jest wielbicielką mitenek i barwy zielonej. Zatem skarpetkowa włóczka z tego samego źródełka, wzorek darmowy z tego samego miejsca co poprzednio i voila:


Teściowa jest wielbicielką szlachetnej bieli. Jej zdaniem czapka ma być biała. Tym razem wzór pochodzi z ostatniego Intervawe Knits (wersja na iPada kosztuje tyle co Sandra w kiosku). Za to wełna - doskonała zresztą i nowa w motku znów lumpeksowa. Tyle, że dwa potrzebne motki były  nie całkiem w tym samym kolorze. Niby oba w  bieli ecru, ale każda biel inna. Zatem robiłam z dwóch kłębków na zmianę, jedna runda bielszą, druga runda ciemniejszą.  Efekt znakomity.



No i trzeba to wszystko było popakować. Nie znoszę papierowych torebek na prezenty. Nie chce mi się ich szukać po sklepach. Są jednorazowego użycia, nie da się w nie nawet psiej kupy z trawnika zebrać. Do niczego się poza wyrzuceniem do śmieci nie nadają.
Ale od czego domowe archiwum szmatek i tasiemek? Tasiemki są jeszcze po babci, jak chodziłam do przedszkola, to mi takimi pasmanteriami ( w języku babci pasmanteria to nie sklep, a właśnie ozdobna tasiemka :-)) dekorowała stroje balowe. Worek tych pasmanterii był babcinym skarbem.
Worki ze szmatek powstały szybciej, niż bym dotarła do najbliższego marketu z papierowym śmieciem. Jak się łeb karpiowy z włoszczyzną, płetwami i kręgosłupem na galaretę gotowały.


Życzę wszystkim czytelnikom świąt bardzo przyjemnych: z ulubionymi potrawami i napojami, bez scysji i tarć, a w workach pod choinką niech będą rzeczy, które sprawią Wam prawdziwą frajdę.
A o północy posłuchajcie, co Wam powiedzą zwierzęta.

środa, 18 grudnia 2013

A co ze Świętami?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Rozbijamy się z Kretką w towarzystwie Świętego Mikołaja coraz intensywniej. Kalendarz pełniutki, wczoraj cały dzień był zajęty, jutro Pogotowie Opiekuńcze, w piątek od skowronka do żaby robimy, w sobotę też kilka godzin ucieknie. Zrozpaczona Muszka siedzi sama w domu i nie rozumie ani trochę, co się dzieje. Rozumie, że jest inaczej niż zwykle i bardzo jej przykro. Ale nie ma Muszka ani trochę daru potrzebnego do takich peregrynacji.
Dziś czwarte urodziny Kacperka uczulonego na psa bardzo, więc dziewczynki posiedzą sama cały wieczór. Tradycyjne roboty przedświąteczne upycham kopytkiem pomiędzy aniołowaniem. 
Meble już przebrane w zimowe pokrowce, okien nie umyję, bo nie ma kiedy, odkurzacz mało nie skonał na zatkanie. Ale dał radę. Dziś wykorzystałam Pana Męża i z grubsza aprowizację ogarnęliśmy, sama bym z bazarku tego nie przywlekła, bo na obie nogi okulałam. Nawet mi kazali na cito robić dopplera, ale nie mam żadnych strasznych chorób, tylko kurcz trwający od miesiąca i siniaki na brzuchu od heparyny przepisanej na wszelki wypadek. Zastrzyki zrobiłam sobie sama, bo skoro i tak prędzej czy później (sądząc po rodzinnym wywiadzie) dostanę insulinę, to nie ma się co opitalać i biegać z podskórnym zastrzykiem do pielęgniarek. Druga noga tradycyjnie nie działa z powodu zwyrodnień, które jak powiedział mi fizjoterapeuta, z wiekiem będą się jedynie nasilać. Zaopatrzona w składaną laskę poruszam się dość sprawnie, ale z laską i dwoma psami nie jestem w stanie ciągnąć jeszcze rolls royce'a z bazarku.
Zatem sery, wędliny, włoszczyzny, kartofle, buraki, woda mineralna i dwie tłuste Stollen już w domu.
Poskakałam sobie po stołkach aby zapędzić w jedno miejsce półmiski, które przez cały rok rozlazły się po szafkach, zlokalizowałam z piętnaście opakowań worków do lodu - Pan Mąż uważa, że przygotowania do świąt obejmuje kupno owych worków, a potem i tak kupuje lód do ulubionego napoju na Statoilu; wyrzuciłam z lodówek masę słoików z resztkami nieokreślonych substancji, załadowałam spiżarnię nowymi słoikami ze znaną póki co zawartością, wyprałam kolejną partię szmacianych dywaników. Zorganizowałam również nielegalnie opłatek, bo nikt do kościoła się nie pofatyguje, ale od dawna nieżywa babcia w głowie krzyczy, że opłatek być musi. Dobrze, że nie krzyczy, że ten opłatek ma być legalny.
Karp i pstrągi w zamrażarce, jemioła na gwoździu w przedpokoju, gwiazdy betlejemskie zamiast bukietu na stole. Nie jestem pewna, czy kupię choinkę. Od kilku lat mam wrażenie, że wciąż ją ubieram i rozbieram. Przez cały rok znajduję pod dywanem jej szpilki. Na Sylwestra ma przyjść trochę ludzi, przy choince nie da się potańczyć, zajmuje pól salonu (saloniku?). Być może czubek pewnej sosny z ogródka w wielkim wazonie posłuży za choinkę. Się zobaczy.
Zmiatam puścić kolejne pranie, trzeba przede wszystkim przygotować łóżko dla Alicji, bo co jak co, ale na święta musć teściowa musi być!
Ma ktoś z czytelników dobry przepis na przepalankę? Dziadek nazywał to krupnikiem, ale w składzie była kawa, karmel i korzenie - poza spirytusem rzecz jasna. proporcje mi z głowy wyleciały.

czwartek, 12 grudnia 2013

Coś z bielizny - henley

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Henley to nazwa męskiego podkoszulka o specyficznym kroju. Przylegający do ciała, ale z umiarem, wykonany z dzianiny o specyficznym ściegu gwarantującym zachowanie ciepła, z owalnym podkrojem  i krótkim rozpięciem pod szyją. Z rękawami. 
Wyobrażam sobie coś takiego pod kraciastą koszulą kowboja.
Jakiś czas temu tak skrojone bluzki wdarły się w świat wielkiej mody i noszone są nie pod czymś, a zupełnie na wierzchu. Przez panów i przez panie. Pan Mąż od kilku lat nabywa coraz to nowe wierzchnie henleye i bardzo mu w tym dobrze, wygląda młodo i wiotko.
W związku z tym nawet poważne dziewiarskie czasopisma jakim są Knitscene i Interwave Knits poświęciło  henleyom i ściegom waflowym do ich tworzenia spory artykuł. Ściegi waflowe do mnie jeszcze nie przemówiły. Widać jeszcze porządnie nie zmarzłam. Ale projekt Amandy Scheuzger Mauveine Henley do mnie przemówił. Zamiast ściegu waflowego, pogrubiającego i ogrzewającego użyto w nim dżerseju i oszczędnie dawkowanego ażuru, dzięki czemu moje puszyste ciało nie wygląda jak paradna poducha z białej izby gdzieś w Karpatach.




I sobie taki zrobiłam z BFL Socka prosto z Zagrody.
W trakcie roboty zrobił się klasyczny zezwłok, ale po zblokowaniu korpusu było cudnie.
Wzór rozpisany doskonale i na szczęście nie do pępka. Zasłania to i owo. 
Zdjęcie na człowieku kiedy indziej, bo jestem sama i zaniemogłam cokolwiek i tak się światu nie pokażę.
Włóczka świetna. I bardzo, ale to bardzo wydajna. Kupiłam ją daaaawno temu zachwycona chwytem i kolorem i... leżała. Nie miałam pomysłu. Aż drogą autopsychoanalizy doszłam czemu. Bo w czasach mianowicie męża nr. 1 polar w takim kolorze był moim jedynym wierzchnim ubraniem. Całorocznym. Nawet jak w nim usiadłam na płonącym palniku gazowym i spaliły się plecy, dalej musiałam w tym chodzić, bo czego innego nie miałam.
Trauma odkryta, przerobiona, ametyst po mamie na palcu błyszczy i fioletowego henleya można nosić na okazje wytworne.
Tylko co zrobić z pozostałymi kłębkami? Kupiłam ich 5, wiedząc, że jestem wielką babą. Na tę bluzkę wyszły 2. 
Proszę nie robić uwag o tym, że widać gdzie skończył się pierwszy kłębek. Efekt mory widoczny przy robocie dookoła strasznie mi się podoba.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Entropia i hydraulika

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Któregoś dnia Pan Mąż, całkiem goły i mokry oświadczył mi, że leje się spod wanny. I spytał, dlaczego się stamtąd leje. Odpowiedziałam mu, że zapewne z tego powodu, że woda płynie w dół i musi być przy ekranie jakaś dziura.
Pan Mąż nabył najbardziej chłonną gąbkę na rynku i układał ją na owej domniemanej dziurze podczas zażywania natrysku. 
Woda się lała dalej. Dywanik łazienkowy codziennie trzeba było suszyć. W końcu, po kilku tygodniach suszenia dywanika odpadł od ściany i wanny biały ćwierćwałek i moim oczom okazał się dziurawy i spleśniały silikon. Były zaiste powody dla codziennej Niagary spod wanny. Brzegi drugiego ćwierćwałka były również podejrzane. Zatem bez stosowania szczególnej przemocy zdjęłam i jego. To co było pod spodem wyglądało jak brązowe smarki w czarne łaty. 
Zaprzyjaźniony mechanik poradził jak usunąć stary silikon. Nożyk do tapet marnej jakości nadaje się do tego idealnie. Tuba silikonu, flaszka benzyny ekstrakcyjnej, taśma malarska i szklanka wody z mydłem pozwoliły mi osobiście wykonać naprawę. Kiedy już kończyłam silikonować te szpary i przytwierdziłam ćwierćwałki przypomniałam sobie, że na Starym mieście sama uszczelniłam silikonem wszystkie okna, bo kit z nich wypadł. 6 szyb w jednym skrzydle okiennym x 4 skrzydła w oknie x 4 okna - powinno mi to dać jaka taką wprawę. Tymczasem o całym procesie zapomniałam. Poza tym, żeby dotykać silikonu jedynie namydlonymi rękami. Tego nie zapomniałam na szczęście.
Pakując w szczelinę śmierdzącą octem mazię rozważałam, jak trzeba być durnym, żeby sobie dać coś takiego wstrzyknąć w tyłek albo cycki. TLC ostatnio z upodobaniem pokazuje zmasakrowane silikonem ciała.



Pod wanną wyschło, za to w kiblu namokło. Dziś o trzeciej w nocy nieprzytomny  Pan Mąż wdepnął w małe jeziorko sięgające aż pod próg. Na szczęście pod nami jest jedynie piwnica i to nasza własna.
Hydraulik wezwany rano stwierdził, że kibel choruje na zaawansowane zmiany starcze. Zwłaszcza niejaka armaturka i uszczelka pomiędzy rezerwuarem a muszlą. Uszczelka wewnętrzna też była do zmiany. A ponieważ nie można kupić samej uszczelki do dawno nie produkowanego i od dawna nie importowanego mebla łazienkowego z Włoch, trzeba było kupić i armaturkę i resztę bebechów w kompletach. Jestem lżejsza o 170 złotych, hydraulik z obleśnym uśmiechem starał się ze mnie jeszcze trochę kasy wydusić, ale odmówiłam. Chyba nie miał na to wielkich nadziei, bo serdecznie polecił się na przyszłość.

Wnioski:
a) zapamiętać że silikon sanitarny ma 5 lat trwałości, zatem w 2018 ponowię manewry przy wannie
b) nie kupować niczego z przygodnych importów, bo potem życia wewnętrznego do tego dostać nie można i dostępne są tylko komplety 

sobota, 7 grudnia 2013

Sezon rozpoczęty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ksawery bardzo przeszkadzał Mikołajowi z kompanią dotrzeć do oczekujących nań dzieci, ale jakoś dotarłyśmy. Korek do Piaseczna zaczynał się już na Ursynowie.  Dzięki wprawie i zgraniu, oraz przede wszystkim dzięki przemyślności Mikołaja  wszystko się udało poskładać na czas.


Anioł pociągowy w akcji. Mikołaj wprawnie rozmawia ze Skrzatem.


Piękna niebiańska ekipa.


 Anioł towarzyszący w akcji.


Skrzat na patrolu - uszka leżą na "jestem bardzo grzeczna".
 Trzeba do każdego podejść, poprzymilać się, dać się pogłaskać, liznąć po ręce. Okazywać przyjazne i ciepłe uczucia.


I wyprawić gości do domu. Skrzat w szatni.



Mikołaj też nikogo nie przeoczył, każdy gość postukał pastorałem na szczęście.


A po imprezie można pobuszować w śmietniku i obwąchać słodycze. Ciasteczko pies dostał, czekolady nie dostał, taki to już psi los.

wtorek, 3 grudnia 2013

Anielskie powinności

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Grudzień już jest, w piątek Mikołaj z Aniołem ruszają w trasę. I mają nadzieję oblecieć tyle miejsc, gdzie dzieci w różnej kondycji na nich czekają, ile się tylko da.
Nawet ciężka choroba renifera nie odwiedzie Mikołaja od jego corocznej powinności. Renifer czuje się trochę lepiej, powoli zaczyna jeść, ale wycięcie kawałka jelita i zapalenie otrzewnej to poważna przypadłość.
Mikołaj sam wyremontował niedawno swój wózek, bo po 10 latach wiernej służby pojazd był już nieco zdewastowany. Przez ostatnie dwa dni pod czujnym okiem Mikołaja i renifera pod kroplówką Anioł wykonał według dość niejasnych wskazówek Świętego tapicerkę na wózku. Wózek będzie piękny!

Wolno kapie dziś kroplówka
Wartko płyną brzydkie słówka
Nić w maszynie wciąż się zrywa
Tekla leży ledwie żywa


Ratuj, ratuj święty Józku, lamujemy brzegi w wózku!

Anioł zemści jak cholera, robi dziś za tapicera.
A ten wózek, psia go mać trzeba będzie prać i prać. ( To co musi być od czasu do czasu prane, musi dać się zdjąć z ramy. Stąd kilometry naszytego na wózkową tapicerkę rzepa)



Płyn Ringera ledwo kapie
Tekla liże wenflon w łapie
Z wierzchu szmatka dołem miś,
Jak się pięknie szyje dziś


A w ogóle to:

Lepiej mieć migrenę dzisiaj 
niźli z rzepem zszywać misia.

Wskazówki Mikołaja były dla Anioła mało zrozumiałe, ale po pokazaniu na meblu co i jak  wszystko się pięknie udało. Pewnie święty Józef, rzemieślnik, miał w tym swój udział. Jeszcze trzeba napompować czerwone koła, pozawieszać na wózku wszystkie dzwonki, zabawki, świecidełka, ustroić hołoble i oczywiści wsadzić do wózka choinkę oraz worki z prezentami. Renifer w tym sezonie będzie bardzo oszczędzany z oczywistych powodów, więc jako siła pociągowa posłuży Anioł.
Ponieważ w niedzielę w Domu Kultury Stokłosy przez półtorej godziny słuchałyśmy Artura Andrusa, rymuje się nam wyjątkowo łatwo. Zatem jeszcze próbka aniołowych poezji.

W zielonym samochodzie 
Mikołaj jeździ na co dzień.
Jednak gdy bieży do dzieci
Po niebie wózeczkiem leci.
Zaprzęga do niego bouviera.
On robi za renifera.

Anioł, co chodzi piechotą
Czy upał, czy wichry, czy błoto
Gdy się do dzieci wybiera
Pod pachą taszczy teriera
Co ma straszliwe kły 
I wcale nie jest zły.


wtorek, 26 listopada 2013

Tekla jest bardzo chora

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Tekla, wielka bouvierka flandryjska, przyjaciółka Kretki, czynna co roku jako renifer pociągowy w zaprzęgu św. Mikołaja posmutniała od jakichś dwóch, trzech tygodni.
W nocy nie chciała spać tylko prosiła opiekunkę o spacerki, miała niewyraźną biegunkę - nie biegunkę, na którą nie pomagał ani węgiel, ani Smecta, ani głodówka.  Opiekunka wykonała badania kału, z których nic nie wynikło, poza tym sama  borykała się z remontem mieszkania, remontem wózka do zaprzęgu i wizytacją PKA na wydziale.
Wczoraj zabrała psiaka do kliniki. Niby na badanie ogólne. Pani doktor wymacała w psie guz. USG potwierdziło to, co ręce lekarza stwierdziły. Tekla trafiła szybciutko na stół operacyjny i straciła 40 cm jelita cienkiego oraz powiększone węzły krezki. Zastałam je obie ledwie żywe w pokoju pooperacyjnym na SGGW. I zabrałam do siebie. U mnie jest więcej miejsca na chorowanie 40 kilowej suki, ledwo stojącej na łapach po znieczuleniu zewnątrzoponowym.


W dużej kuchni duży pies jakoś się mieści. Pani dostała zupę, bułkę z przyległościami, wiele herbat a w końcu trzy piwa. Dopiero po drugim piwie pani się nieco otworzyły oczy. Na zdjęciu widać ogolony do operacji brzuszek.


Znieczulili psa porządnie, ale i tak jest kijowo. No zupełnie do d… Na szczęście okryli psa czymś ciepłym. Po ogólnym znieczuleniu zwierzęta są bardzo wyziębione. (Ula, ta chusta jest na samym wierzchu, pod nią są jeszcze ręczniki i inne wełniane chusty, nie gniewaj się)


Kretka pociesza koleżankę. Też była kiedyś operowana i wie, czym to pachnie.


Znalazło się miejsce i dla psa i dla pani. Spało się dobrze, ogródek rano się przydał.


Psy też mają znieczulenie zewnątrzoponowe. Tekla wygląda jak pies nakręcany kluczykiem z dziurą na kluczyk nad ogonem.

Trzymajcie kciuki za Teklę. Za dwa tygodnie będzie wiadomo, czy jest już zdrowa. Za dwa tygodnie poznamy wyniki histopatologii.
Anioł założy sobie na głowę rogi renifera i sam pociągnie wózek z prezentami pod szpitalne choinki, a Teklę będzie rozpieszczał. A z dziećmi pobawi się psotny krasnal - Kretka. Tekla będzie tylko godnie wyglądała.

piątek, 22 listopada 2013

Zasady koszerności

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Jak widać po kolejnej sesji z pastelami por zrobił się bardziej do pora podobny, ładnie zapleciony w porowy warkoczyk. Plasterek cytryny prawie ładnie wystaje nad brzegiem skrzynki, a wszystko, choć prawie całe zielone, jest zielone rozmaicie. Z zielonym kolorem jest zawsze kłopot, kolory kredek nigdy nie są podobne, do tego co się widzi i trzeba strasznie kombinować. Ta sama ochra na kapuście jest zielona, a na cytrynie żółta. Por nabrał właściwego koloru po otrzymaniu jasnobłękitnego pudru na liściach. Takie sztuki poznaje się wyłącznie malując, malując i malując. 

A co do koszerności: starozakonni rozumieją ją ściśle i zgodnie z jakimiś rozdziałami w Biblii. Z grubsza zasady te dotyczą tego, co nadaje się do jedzenia, a co jest zakazane. Nie jestem w tym zbyt biegła. Nie szukam produktów do jedzenia ze stemplem koszerności przystawionym przez jakiegoś rabina. Ale zaczynam powoli widzieć, jak jedzenie zdrowych rzeczy przekłada się na wyniki badań laboratoryjnych. Marsze w poszukiwaniu sera zrobionego z sera, wędlin zrobionych z mięsa i śledzi przyniosły skutek, pożegnałam się ku wielkiej mojej uldze ze statynami. 
Żegnaj Atorvastatyno, przynajmniej na jakiś czas.
Czytam metki, naklejki i składy, wybieram do jedzenia tylko to, co nadawało się do jedzenia w czasach mojej prababci.
I bingo, tak rozumiana koszerność działa jak powinna. Bo jadalne tłuszcze to masło (z masła!), smalec, oliwa, olej rzepakowy i na tym koniec. Żadnych margaryn, ich spożycie zdrowe jest jedynie dla przemysłu tłuszczowego, ale nie dla mnie. Jajek - ile wlezie, śledzi z cebulą też. I nic z syropem glukozowo - fruktozowym. Wystarczą słodycze własnej roboty ze zwykłym cukrem.
I pomogło!

Po pięciu latach leżakowania w szafie światło dzienne ujrzał Paw Teresy Wentzler. Wzór jest tak wymagający, że się go nie da robić przy telewizorze. Zatem w towarzystwie Dylana i Dublinersów trochę pohaftuję. Jobelan 25 wcale nie jest taki drobny.

Kogo męczy chandra i smutki niech sobie przeczyta, a potem obejrzy Kroniki Portowe Annie Prolux. Nawet w najokropniejszej pogodzie może znaleźć nas szczęście i radość.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Naczytałam się

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Są jeszcze książki warte czytania i pewnie jest ich dużo, ale o tych naprawdę dobrych powiedzą Wam  zaczytani znajomi i należy ich słuchać.
Psychopaci Są Wśród Nas Roberta D. Hare powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich nauczycieli, psychologów, przedstawicieli sadownictwa i opieki społecznej. Bo psychopaci faktycznie są wśród nas i zwykle robią nam krzywdę a Robert D. Hare zjadł zęby na ich obserwacji, opisie, stworzył skalę do diagnozy psychopatii i wie o tym naprawdę dużo. Psychopatia jest właściwością człowieka od najmłodszych lat do starości tak jak kolor oczu. Nie można się z niej wyleczyć, ale można się psychopaty wystrzegać. Dobrze wiedzieć jak takiego/ taką rozpoznać.
Współczuję wszystkim, którzy maja psychopatyczne dziecko. To dopiero jest pat.

Doktor Siddhartha Mukherjee napisał Cesarza Wszech Chorób Biografię Raka. Książka dostała nagrodę Pulitzera. I słusznie. Licząca 615 stron cegła czyta się prawie sama, napisana jest zrozumiale, bardzo zrozumiale jeśli weźmie się pod uwagę jak skomplikowane zjawiska i procesy opisuje. Zadedykowana jest dwuletniemu dziecku cierpiącemu na białaczkę, jednemu z pierwszych pacjentów leczonych chemioterapią.
Gdyby ten Hindus pisał podręczniki do biologii to by dopiero były książki. To ja bym wszystko umiała.

Wiedźmi gen zadziałał mi wczoraj z taką mocą, że sama się zadziwiłam. Moce nadprzyrodzone chyba rosną w siłę z wiekiem. Wybierałam się na Szarotkowo porobić na drutach w dobrym towarzystwie. I już już miałam wychodzić jak mi się alarm w głowie rozdzwonił i zamiast na Szarotkowo poszłam z pieskami na długi spacer. A po powrocie Pan Mąż zameldował, że się metro wzięło i zapaliło. A potem spanikowana Alicja zadzwoniła z tą samą wiadomością.
Nie lekceważę takich przeczuć, bo chyba by mnie już z sześć razy nie było gdybym im nie ufała - kobieta uczy się wiary w przeczucia nawet mgliste.

Pan Mąż szykuje się do kolokwium habilitacyjnego i dość jest zestresowany. Jego nadnercza pracują pełną parą i przewlekła choroba, którą o tej porze roku trzeba sterydami traktować siedzi cicho i się nie ujawnia. Pan Mąż ma tyle własnych sterydów, że choróbsko ani piśnie.

Na lalkowym zjeździe naoglądałam się tyle cudów, że w głowie już rozważam produkcję skórzanych buciorów i trampek w rozmiarze 2 cm i 5 cm. Wczoraj mimochodem ulepiłam z modeliny kopyto dla Marcelli. Bo niestety, czy dla lalki, czy dla człowieka but musi powstać na kopycie. Inaczej się nie da.


piątek, 15 listopada 2013

Kapusta zamiast lalek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Jutro zjazd lalkowego forum, a ja nic dla lalek nowego nie mam. Wszystkie plany - jak to u mnie - wzięły w łeb, bo mi się odmieniło. Bo zamiast szyć zgrabne płaszczyki i spodenki, cud sukienki i maleńkie piżamki, ja się bez opamiętania bawię kredkami. I pewnie bym jakąś pannę zdążyła do jutra ubrać, ale odłożę sobie to na po zjeździe. A dziś pokażę niedokończony pastel z kapustą. 
Strasznie mi się ta kapusta podoba, nie ukrywam. Za tydzień go skończę, bo jest jeszcze to i owo do narysowania, ale kapusty chyba już nie ruszę. Kapusta jest OK. Marchewki zresztą też.


Gdyby kogoś dziwiło, czemu czasem mówię do Muszki per Kaszanko, to tu jest wyjaśnienie:


A takie coś pies ma w głowie. 
Wybaczcie poruszone zdjęcie, jest ciemno, z fleszem rysunki marnie wychodzą. Psia czaszka trzyma w zębach ołówek ratunkowy. Bez tego ołówka byłoby to bardzo trudno narysować.


Czternastowieczny łucznik po skopiowaniu do góry nogami:


I w końcu widok z lusterka. W takich okolicznościach robi się dziwne miny.


 Lalki muszą poczekać, aż mi się faza zmieni. Na Zjazd pójdzie ze mną jakaś od dawna ubrana vinylowa panienka.

niedziela, 10 listopada 2013

Psie życie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Po wielu miesiącach cierpień a to na to, a to na tamto Kretka znów jest jak nowa.
Okulistyczne leczenie działa i psie oczy zrobiły się znów gładkie i przezroczyste. Rano i wieczorem pakuję do każdego oka odrobinę cholernie drogiej maści. Pies na zabieg przychodzi w podskokach. Krople też daje sobie do oczu wpuszczać bez awantury - podstawia cierpliwie prawe i lewe oko i nie ma nic na przeciwko.
Kretkowe wrzody rogówki biorą się z wysuszenia oka. Suche oko dokucza i mnie i zawsze mam jakieś nawilżające krople. Zatem skończywszy tę kurację będę psa kilka razy dziennie traktować jakimiś sztucznymi łzami. Sztuczne łzy są tanie a cyklosporyna A droga. No i zapobiegnę tym samym bolesnemu schorzeniu.
Kubraczki, kombinezony i ludzki preparat z glukozaminą i chondroityną też swoje zrobiły. Kretka biega i skacze jakby nigdy żaden kręgosłup jej nie dokuczał. Piesek jak nowy! Ponoć leki weterynaryjne mają lepszą dostępność biologiczną - tak mi vet w głowę kładł - ale doświadczalnie stwierdzam, że ludzki preparat działa lepiej. I jest o niebo tańszy, choć nie tak smaczny jak psi syropek. Połowę tabletki trzeba codziennie w paszczę wrzucać i popychać palcem w różową gardziel nie zwracając uwagi na zębiska. Podobno z boku ta procedura wygląda dość ryzykownie. I tym sposobem Trocoxil na razie nie jest potrzebny.
Na zdjęciach Kretka dokazuje ze swoją koleżanką Teklą. Problemem jagdteriera, pracoholika bezmiernego, jest to, że puszczony wolno ze smyczy na dworze natychmiast jest w pracy. A jak jest w pracy, to bawić się nie może. Kretka bawi się z Teklą w domu albo jak jest na smyczy. A bez smyczy i nie w domu będzie kopać mnie w tyłek żądając tupania i pohukiwania, będzie żebrała o piłeczkę i kopała w ziemi wielkie dziury.
Muszka też już czasem umie się bawić. Jednak nie lubi odstępstw od rutyny ani silników spalinowych. Dziś odwiedziła nas Zazulka i wszystkie psy razem wyszły na dwór. Muszka przy pierwszej okazji skręciła ze spacerowej trasy i uciekła. Uciekła do domu. Pan Mąż klasnął w ręce w ogródku i zabrał ją zza płotu do mieszkania. Tym razem Muszka spacer odbyła na smyczy.
Mój malutki piesek na dźwięk kosiarki do trawy, motocykla albo odkurzacza do liści staje się straszliwym brytanem z ząbeczkami na wierzchu. Nasz gospodarz domu śmieje się z tego i się pieska nie boi, ale jego kolega po fachu z drugiej strony osiedla jakby coraz bardziej krzywo patrzy na Muszkę. 
Powstał nowy poranny rytuał. Rano budzę się, a Muszka leży mi na nogach. Wystarczy odchylić kołdrę i cmoknąć i puchata kula wtula mi się w ramiona. Muszka jest w dotyku absolutnie rozkoszna. Taka przyjemność jeszcze przed kawą!

Przez ostatnie piętnaście lat właściwie nie kontaktowałam się z rodziną mojego ojca. Nie miałam siły. Ostatnio jednak mój brat coraz częściej o nich napomykał, nienatrętnie zachęcał, przetarł szlak, a i czas zrobił pewnie swoje. Przetrawiłam żałobę po wszystkich  starych i młodych najbliższych i zaczęłam się łamać.
Przecież ja się boję tylko Baby Jagi i ciemnej szafy, ale cioci mam się bać? Drżeć ze strachu przed spotkaniem stryjka? Pocić się na myśl o ciotecznej siostrze? Po kilku dniach drżączki i trzęsionki zadzwoniłam do stryjka. Ucieszył się. Spotkamy się niebawem i pogadamy o hafcie krzyżykowym. Pojechałam do cioci. Niedaleko, tylko trzy przystanki metrem pod same drzwi. Chyba nadużyłam jej gościnności, ale naprawdę się stęskniłam.
I żyję!

poniedziałek, 4 listopada 2013

Ołóweczkiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Od czegoś trzeba zacząć studia portretowe. A czemu nie od najbliższej rodziny?
Tatuś prawie jest do siebie podobny.
Tatuś z fryzurą w kaczy kuper, wprost z późnych lat pięćdziesiątych. Brat twierdzi, ze jest OK. Moim zdaniem czegoś jeszcze mu brakuje, ale póki co nie widzę czego.

piątek, 1 listopada 2013

Ze sztambucha kamieniarza

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Cmentarne peregrynacje za nami. 
Po raz pierwszy Pan Mąż zgubił się na cmentarzu na Węglowej Wólce. Bywalcy małych, lokalnych cmentarzy nie mają pojęcia jak wielkie potrafią być cmentarze komunalne. I jak się z roku na rok zmieniają.
Do grobu jego babci trzeba iść ze dwa kilometry albo i lepiej, droga jest w zasadzie prosta, ale od osiemnastu lat - bo tyle  lat już z nim tam chodzę - zawsze startował ze ściśle określonego punktu: od bramy głównej. Tym razem zaparkował pod inną bramą, nasyczał na mnie i nawarczał, że już nie da się pojechać tam, gdzie zawsze i się zgubił. Nawet przez chwilę był w rozpaczy.
Dobrze, że mam kompas na wyposażeniu w głowie zamontowany na stałe i jakoś grób się znalazł. Tym razem zanotowaliśmy oboje numer kwatery w notatnikach w telefonach.

Na Powązkach było jak zwykle spokojnie, ale zauważyłam nowy trend w kamieniarstwie nagrobnym. Gdzieś z boku czarnej, marmurowej lub granitowej płyty z małych mosiężnych literek ułożona jest podniosła sentencja. Ma taka sentencja ze dwie linijki tekstu. Dla kamieniarzy taka moda to złoty interes, wszak każda literka i jej zamontowanie to strumień złotówek. Tyle, że kamieniarze powinni sobie założyć jakieś sztambuchy z tymi sentencjami, bo na razie chyba te wierszyki są przechowywane na luźnych kartkach w warsztacie, z nagrobka na nagrobek literki się troszkę zmieniają, choć widać że dla całego rzędu czarnych grobowców w okolicy Pomnika Smoleńskiego źródłem natchnienia musiał być jakiś wiersz. Tyle że każdy wykonawca coś w nim po trochu zmieniał (może literek poszczególnych brakowało?). Efekt jest… niezwykły. Przypomina to trochę pamiętnik ze szkoły podstawowej z wpisami ku pamięci. Niby wszystkie wpisy takie same, ale jednak nie całkiem.

A dziś na cmentarzu przy Wałbrzyskiej zobaczyłam, jak będę wyglądać za sześć, siedem i ewentualnie jak dożyję za dwadzieścia kilka lat. Spotkałam tam spore stadko ciotek i kuzynek z którymi dzielę rysy twarzy. Sama bym ich nie zauważyła, widujemy się rzadko i nieregularnie - zwykle z okazji pogrzebów i Zaduszek - ale Misia widząc te osoby trzeci raz w życiu i to z daleka nie miała wątpliwości, z kim ma do czynienia. Pokrewieństwo mamy wypisane na twarzach. Wymieniłyśmy rytualne uściski i to by było na tyle.

Nasi zmarli mają zapalone znicze. 


niedziela, 27 października 2013

Kolorowa jesień

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jak jest za oknem - każdy widzi i nie będę tu pokazywać, jakie kombinacje kolorystyczne Pani Jesień nam przyniosła.
Na zajęciach plastycznych zajmowaliśmy się owocami. Doświadczenie ze śliwkami dla Fafki z zeszłego roku okazało się pomocne. Miała to być kompozycja otwarta, czyli coś jak wzór na tkaninę. Bez konkretnych szczegółów tła.


Szafirowy podpaltek na szczęście jest gotowy. Mogą przyjść mrozy jakie chcą. Mój cienki, wełniany kubrak bez żadnej watoliny, kochany ze względu na świetną długość, dobrą objętość i zawadiacki look w towarzystwie tego futrzaka zmieni się w pełnozimową odzież. Sam szafirowy podpaltek do noszenia się nie nadaje, chyba że do wynoszenia śmieci. Jak bałwan w nim wyglądam.  Naprawdę jak bałwan, tylko niebieski. (Jakiego koloru marchewkowy nos powinien mieś kobaltowy bałwan?)


Za chwilkę listopad, a fuksjom na tarasie powodzi się świetnie. Tak zdrowo nie kwitły przez cały sezon. Ta roślina, kupiona zeszłej wiosny  pierwotnie była małym krzaczkiem i przez pierwsze lato zachowywała elegancki, zwarty pokrój fuksji z marketu. Przezimowała z biedą w domu i z sadzonki zrobionej wiosną wyrosła zwykła, krzaczasta, nieporządna fuksja wymagająca podpór. Zobaczymy jak w tym roku będzie z zimowaniem. Parapety są w tym mieszkaniu bardzo mizerne.


Zygokaktus powinien kwitnąć w grudniu. Ten już kolejny raz kwitnie po powrocie z tarasu do domu.
Bardzo podoba mi się ten kwiat widziany od dołu, ma segmenty jak jakaś stonoga.


A teraz oddalę się w celu studiowania budowy dłoni. To nie może tak być, żebym sobie z nimi poradzić nie umiała. Naturalnie ołóweczkiem.

środa, 23 października 2013

SMS od operatora

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

T Mobile ciągle czegoś ode mnie chce. Ostatnimi czasy dzwonili do mnie o przeróżnych porach i panienka o miodopłynnym głosie stanowczo żądała rozmowy z właścicielem numeru. Ponieważ nie pracuję na etacie, nie przysługują mi telefony inne niż na kartę, nie wspominając o wypasionych smartfonach ze sporym limitem minut. Pan Mąż ma mój telefon uwieszony przy swoim koncie. Nie mam ochoty wysłuchiwać kolejnych reklamowych tekstów o oszczędnych ofertach, które powodują jeszcze szybszy wypływ gotówki z naszego konta. Pan Mąż też tego sobie nie życzy. Ponadto Pan Mąż nie jest przyczepiony sznurkiem do mojego telefonu i żądań panienki nie da się ot tak zrealizować. Pan Mąż często bywa w pracy. Albo śpi.

Panienki są jednak nieubłagane i dzwonią do upadłego. Telefony z BOK zaczęły dzwonić przez całą dobę w kółko. Ponoć te połączenia zestawia komputer. Czasem nawet odebrać się tego nie da, bo połączenie po dwóch dzwonkach samo się urywa.
Zablokowałam zatem BOK. Jak ja mam do nich interes to sama zadzwonię, a mnie proszę nie dręczyć.
Zaczęli mnie zasypywać SMS-ami.
Wczorajszy SMS postawił mi włosy na głowie:

Za parę groszy możesz wiedzieć gdzie są Twoi bliscy! Namierzymy ich logowania i powiemy Ci gdzie się szwendają! (naturalnie było to sformułowane troszkę inaczej, ale sens był właśnie taki)

Osz co do cholery, domowa szpiegownia ma być u mnie otwarta? Sama mam chodzić bez telefonu jak w przypływie porządliwosci pójdę na bazar po jakiś kłębek, którego lepiej nie pokazywać Panu Mężowi? 
Generalnie wiem, że każdego i zawsze można wyśledzić, namierzyć, sfotografować i ustalić. Ale do cholery, po co mi takie narzędzia w prywatnym życiu?
Co może i powinna robić policja, niech robi policja. Albo detektywi.
A reszcie po diabła takie zabawki? Chyba po to, żeby operator zarobił.
Zresztą posiadacze I phonów zawsze są do znalezienie funkcją Znajdź Mojego I phona. Wystarczy się zalogować do systemu i voila, widać gdzie kto jest.
Ale ten SMS bardzo mi się nie podoba. Już widzę żony szpiegujące mężów a zazdrośników z zespołem Otella sprawdzających żony, matki i ojców podglądających dzieci i wcale mi się to nie podoba. Ileż z tego będzie kłótni, bójek i rodzinnych kwasów.
Ludzie wyposażeni w takie narzędzia zupełnie nie będą umieli wykształcić u siebie zaufania, bo łatwiej i szybciej niż znosić męki niepewności jest kogoś sprawdzić.

Ci którzy do mnie dzwonicie, nie dziwcie się, że tak rzadko odbieram i zwykle oddzwaniam, strasznie nie lubię chodzić na smyczy.

wtorek, 22 października 2013

Kuchenne realia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jakiś czas temu byliśmy z Panem Mężem na urodzinach Bardzo Mądrego Człowieka. W eleganckiej restauracji podano jedzenie, o jakim się raczej na co dzień tylko czyta: od smalcu z ciemnym chlebem, przez drób, wędliny, dania ciepłe i zimne a potem desery jak z bajki. Pomiędzy tym wszystkim była niebiańska zupełnie pieczona kaczka. Tak dobra i tak miękka, że żegnając się z gospodarzami i obsługą napomknęłam o tym jednemu z kelnerów, gratulując artyzmu w przyrządzaniu kaczki. Młody człowiek pokraśniał, przyznał, że to on jest szefem kuchni (przy takim tłumie gości i szef musiał kelnerować) i ujawnił mi tajemnicę kaczki: polewanie przy pieczeniu sokiem jabłkowym i parowy piec.
Naturalnie musiałam sprawdzić, co to za piec. I już wiem, że rzecz jest droga, wielka i zapobiega wysychaniu pieczonego mięsa. Do restauracji mającej kaczki w karcie na stałe - coś pięknego. Do dwuosobowego gospodarstwa - kompletne nieporozumienie.
Obgadałam sprawę pieczenia kaczek z Alicją. Alicja niby nie gotuje, ale ma na różne rzeczy patenty i wiedzę z różnych pór historii. Zamyśliła się i powiedziała: A co zrobiłaś z tą brytfanką, którą ci dałam?
A no właśnie, brytfanka, czyli domowa, tania wersja parowego pieca za makabryczne pieniądze.
Brytfanka okazała się tak samo skuteczna jak piec. Nawet ta kaczka zamknięta w brytfance zrumienić się potrafi. A podlana wermutem i nadziana jabłkami przez kilka godzin potrafi się zrobić miękka jak na amen rozpieczony kurczak, taki co już sam z kości wyskakuje.

W książce kucharskiej, wydanej jak powieść w twardej okładce za to z niewieloma przepisami siedziała jako wrzutka reklama bardzo znanego, amerykańskiego robota kuchennego. Słynnego z zawrotnej ilości barw, w jakim się go produkuje. Jak dla mnie za duży, za drogi i ma tylko jedną miskę roboczą na raz. I aby sobie skompletować maszynę marzeń trzeba za każdy dodatkowy element płacić jak za zboże i czekać tygodniami, aż dajmy na to wymarzony wypychacz do kiełbas przypłynie do nas z tej Ameryki. No nie, nie do zdobienia kuchni służy malakser. W każdym razie nie mój. Mój stoi zawsze na blacie, bo prawie codziennie ciężko pracuje, a całe potrzebne do niego oprzyrządowanie było wraz z nim w jednym pudełku. Jak mu coś dolega, to idziemy do Brauna na Pańską i dokupujemy, a to silnik, a to miskę. Nie kolor był w tym Braunie istotny, a fakt, że potrafi pokroić, pomieszać i usiekać za mnie prawie każdy produkt.

Co jakiś czas niesie mnie licho do ekskluzywnych salonów z kuchennymi gadgetami i z niedowierzaniem widzę, jak drogo można sprzedawać od wieków znane sprzęty. Własna praktyka kuchenna dowiodła, że nie ma niezniszczalnej patelni teflonowej, że każda, ale to każda po dwóch latach wymaga wymiany, za to patelni żeliwnej niemal nic (poza polaniem jej zimną wodą prosto po zdjęciu z ognia) nie jest w stanie zaszkodzić. Oglądam z zachwytem kolekcje noży, bo są bardzo ładne. metki obiecują wieczną niemal ostrość tych narzędzi. Ale nie ma cudów, nie ma noży ostrych na zawsze. Zatem moja kolekcja noży ma do towarzystwa zakupioną za 4 złote osełkę i raz na tydzień co najmniej jeden nóż ma z osełką do czynienia. Tylko obieraczki trzeba co jakiś czas wymienić, bo tak już jest. I metalowe trzepaczki bo rdzewieją. A rękawy do zdobienia ciast kremem zawsze mi się drą i żaden komplet jeszcze nie przetrwał sezonu świątecznego.

Ale skoro ja kolekcjonuję papierki, niteczki i lalki to rozumiem, że inni kolekcjonerzy zbierają miksery, patelnie i noże. I niech tak będzie!

I chyba pora się rozejrzeć za garnkami, którym nie da się uszu upalić. Mój dwudziestopięcioletni komplet jest jeszcze całkiem na chodzie, ale te uszy...

sobota, 19 października 2013

Pastele, ołówek i węgiel

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zmieniłam pracownię plastyczną, udało mi się wkręcić do pracowni plastycznej przy Domu Kultury Stokłosy. Kosztowało mnie to czatowanie przez połowę sierpnia i sprawdzanie, kiedy otworzy się lista zapisów na kolejny rok. I się udało, co czwartek pomykam z koleżanką na bardzo dobrze prowadzone zajęcia.
Nie dość, że maluję, to jeszcze z koleżanką.
Najpierw były dynie. Leżały sobie na szarym płótnie w towarzystwie ocynkowanego dzbanka, drewnianej palety i szarego kamyka. Pozornie to mało barwny zestaw (poza dyniami).
Najpierw je potraktowałam ołówkiem, 



Potem pastelami, a w końcu i akwarelą, akwarela nie została ukończona i do prezentacji się nie nadaje. Pewnie umyję papier wodą i szczotką i do czegoś się jeszcze przyda. 


A dziś były warsztaty z żywym modelem. Z modelką konkretnie. Bardzo mi się podobało, bo trzeba było patrzeć i widzieć. Jestem zadowolona, bo modelka siedzi, a nie lewituje. Drugi szkic był robiony dość pośpiesznie i nie jest skończony, ale modelka na nim dalej siedzi.





I jeszcze dwie czapeczki: moja z Malabrigo Lace a Misi z Fabel od Dropsa. Proste nadzwyczaj i bardzo wygodne.


<a href="http://www.ravelry.com/badges/redirect?p=the-opie-hat"><img src="http://api.ravelry.com/badges/projects?p=the-opie-hat&amp;t=.gif" style="border: none;" /></a>

Jak widać dalej nie umiem wstawić guzika z Ravelry, choć już wiem, gdzie go szukać.



poniedziałek, 14 października 2013

Jesienne eksperymenty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Każda pora roku jest jakaś: zimą się żyje, bo nie bolą kości; wiosna poza urokami krajobrazu jest smutna, latem trzeba dojść do siebie a ekscytacje i eksperymenty przypadają na jesień. Pan Mąż co roku o tej porze zauważa, że nadszedł wiedźmi czas. Poza grabieniem ogródka i wynoszeniem worków pełnych liści otacza mnie więcej niż zwykle niteczek i wełenek. Czapki powstają jakby same z siebie ( już 3 są gotowe, ale takie proste, że nie ma co pokazywać), chustki w aktualnych kolorach się dłubią i naruszane zostają nienaruszalne zapasy trumienne.
Kankanka tak to nazywa. Zapasy trumienne to są zapasy surowców (naszym zdaniem) tak pięknych i cennych, ze nasi bliźni wsadzą nam je do trumny, żebyśmy je mogły przez wieczność całą podziwiać. Bo do śmierci nic z tego nie zrobimy, ze strachu, że szkoda tej wełny/ tkaniny/ nitki na nasz pospolity wyrób.
Taki też trumienny zapas naruszyłam. Kilka lat temu w lumpku trafił mi się motek moheru długowłosego w bardzo moim kolorze, w szatańskim szafirze czyli bardzo nasyconym błękicie kobaltowym z czarnymi węzełkami. Motek był potężny, ważył 35 deko i miał byle jaką metkę jakiejś rodzinnej angielskiej przędzalni moheru. Posiałam tę metkę. Po zwinięciu motka na kłębki powstały trzy wielkie kłęby. Przekonałam się przy zwijaniu, że taka byle jaka, ręcznie pisana metka jakby na kartce z zeszytu wyrwanej zrobiona, to tak samo jak w przypadku włoskich win i whisky gwarancja jakości nigdzie indziej nie osiągalnej.


Ja wiem, że grubasom puchaty moher nie przysługuje. Ale piękna jesień i widmo szybkiego swetra na drutach nr 6 i ten kolor popędziły mnie do roboty. Być może wyjdzie z tego nie sweter a płaszcz. I dobrze, bo zeszłoroczny szaro fioletowy podpaltek już u ludzi.
W dalszym ciągu nie haftuję. Zupełnie mi z haftem nie po drodze. Wcale możliwe, że to haftowany kot mnie z haftowania wyleczył. Wzór kota Fryderyka W Bibliotece wraz z nićmi kosztuje w Needleart ponad sto złotych. Gotowego Fryderyka w lumpeksie znalazłam za złotych 6. Wisi u Pana Męża na ścianie i udaje, że jest mojej produkcji.
Nosz co to ma za sens. Dla bliźnich obowiązuje wytłumaczenie, że oczy mi się psują.

Kuchenne eksperymenty obejmują kiszenie kapusty. Kiedyś fajny przepis na kapustę opublikowała Małgosia, ale nie zapisałam, a ona skasowała bloga. Trudno, internet i You Tube pełne jest przepisów. Skorzystałam! Przygotowanie kapusty do ukiszenia wraz z szatkowaniem za pomocą malaksera trwa krócej niż wybranie się po dobrą kiszona kapustę. A kwaszenie trwa dwa dni. Kamionkowa beczułka jest pełna zakiszonego zielska i sobie podjadam po całych dniach. Lepsze od czekolady i pasuje do pieczeni wieprzowej, na którą pora jest tylko jesienią.
Jesień uderzyła mi do głowy i zapragnęłam ugotować coś z Nigellą, Na BBC Lifestyle leci cykl Nigellissima skoordynowany z książką kucharską pod tym samym tytułem. Sos do spaghetti bez gotowania z oliwek i anchovies wydawał się ponętny. Ale jak śmierdział! Nie do opisania. Jest jednak powód, że cywilizowane narody do solenia potraw używają soli a nie rybnych filecików. Nie kupię książki Nigellissima, o nie!
Zastanawiające jest że na co najmniej dziesięciu kanałach telewizyjnych ciągle coś jest gotowane, pieczone, duszone, garnirowane i organizowane są w tych konkurencjach zawody jak sportowe. A w realu mało kto naprawdę cokolwiek gotuje. Pewna znajoma realistka w nowo kupowanym mieszkaniu wcale sobie kuchni nie zorganizowała, bo jej przestrzeni szkoda na nieużyteczne zupełnie pomieszczenie. Będzie miała tylko elektryczny czajnik i pewnie mikrofalówkę.




czwartek, 10 października 2013

Posokowce już ubrane!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Miałam wielką frajdę(!) szyjąc dwa sprytne garnitury na dwie znajome suki. Mama i córka, Farba i Frajda, potrzebowały odzieży na zimę. Posokowce nie mają gęstego futra z grubym podszerstkiem i marzną w mrozy. Model derki podbity polarem, z nieprzemakalnego dakronu z wierzchu, zapinany na rzep w pasie sprawdził się dla nich doskonale. Rękawy i nogawki są psom potrzebne jak piąte koło u wozu. Właścicielka zwierzaków przysłała mi to zdjęcie i bardzo jej za to dziękuję :-)
W znajomej hurtowni leżały pasujące do siebie tkaniny, wesoły dakron w kwiatki i granatowy polar niemal w tym samym kolorze.
Ładnie brązowym psom w granacie.

Ciepło dziś bardzo, więc Kretka hasa bez sweterka. Natomiast Muszka dostała bandanę Pana Męża. Gdy idę z nimi po Ursynowie a Kretka jest w swoim sweterku, co najmniej kilka osób dziennie pyta mnie dlaczego jeden pies jest ubrany, a drugi goły i czy tego gołego aby mniej nie kocham.
Muszka nie potrzebuje żadnego sweterka. Jak nastaną mrozy wypuści takie futro, że nóg jej spod portek nie będzie widać. Kiedyś przy - 30 oC spędziła na dworze trzy dni i trzy noce. W schronisku też nie mieszkała za piecem a w klatce na dworze. Kombinuję zatem w co ją ustroić, żeby się te głupie pytania skończyły. Ale każdy pomysł jest tak samo niedorzeczny. Bandanka umazała się w błocie. W czapeczce Muszka jak idiotka będzie wyglądać  Chyba zostanie goła! 

niedziela, 6 października 2013

Cicer cum caule 2

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ktoś z czytelników mnie pogania, że się ociągam i nie piszę. No nie piszę, bo życie trwa, a jak wiadomo z wiekiem czas się strasznie kurczy. Lato mi minęło nie wiadomo kiedy, nim mu się dobrze przyjrzałam przyszła jesień i trzeba grabić liście spomiędzy dąbrówki i bluszczy. Dni takie są krótkie, że poza czynnościami rutynowymi i obowiązkowymi niewiele czasu pozostaje na jakieś fanaberie. 

Awansowałam chyba na kogoś, kto już wszystko ma sądząc z prezentu Pana Męża na kolejną rocznicę ślubu. Takiego bukietu nie dostałam nigdy i od nikogo.



Wstawiłam go w ogrodowy dzbanek, bo żadne inne naczynie nie utrzyma go w pionie. Rozmaitość roślin składających się na bukiet przyprawia o zawrót głowy. Zaskoczyły mnie liście dębu farbowane sprayem na wiśniowo, jakieś jagody i mocny zapach eukaliptusa. Bukiet jest ogromny i pasował by do wnętrz zamkowych a nie do naszego salonu. Aby go nie uszkodzić Pan Mąż siada teraz w psim fotelu po drugiej stronie salonu. Jest na co popatrzeć.

Kretka pomyka po świecie w sweterku. Jej szary, wełniany aran zamiast się w praniu filcować robi się coraz większy i bardziej rozwlekły. Nic dziwnego, skoro użytkowniczka traktuje go w taki sposób:


Zatem u nasady golfa wszyłam od lewej strony szeroką gumę. Leży lepiej. Zazulka została wczoraj ponownie ostrzyżona. Ale ponieważ jest malutka, subtelna i nie lubi marznąć, dostała ode mnie kolejny sweterek. Wełniany naturalnie stuprocentowo.



Na pierwszym zdjęciu sweterek jest przymierzany na psa przed postrzyżynami, na drugim już po. Zazulka ma teraz goły, szczurzy ogon, ale my lubimy szczury. Pieseczek uczy się szybko i tym razem już z fryzjerką nie walczyła.
Znajoma z parku, posiadaczka dwóch posokowców widząc Kretkę w sweterku uprosiła mnie o wykonanie zimowej odzieży dla jej zmarzlaków. Twierdzi, że na długiego i chudego posokowca nic gotowego się nie kupi. Chyba posokowce dostaną uszyte derki, tylko najpierw muszę zdobyć ortalion, polar i ocieplinę, bo jak na razie mam tylko rzep w kolorze niebieskim. Jeszcze studio psiej mody na miarę założę!

Zmieniłam - trochę przypadkiem pracownię plastyczną i prowadzącą zajęcia. Miałam nadzieję chodzić dwa razy w tygodniu do obu pracowni ale niestety terminy sobie wzajemnie przeczą. I chyba dobrze na tej zmianie wyjdę. Pokażę za jakiś czas, co mi się udało wymalować, bo tym razem prace będzie każdy trzymał w domu. Nowa pracownia jest oblegana i każdy kąt przeznaczony jest na przechowywanie materiałów plastycznych, a nie stert koślawych rysunków uczestników.

Kto jest większy niż rozmiar 42 ten wie, jak trudno jest kupić sensowne zimowe okrycie. 
Pan Mąż nawet nie protestował, gdy zażądałam zimowej kurtki z Tchibo. Tchibo ma takie rozmiary i to rozsądnie wykonane. Za znacznie mniej niż w Peek&Cloppenburg, za to z takimi samymi udogodnieniami. Przy moich okrągłościach konieczny jest zamek błyskawiczny otwierający się od góry i od dołu. Dzięki niemu kucając (zazwyczaj po kupę albo po piłeczkę) nie wyrywam tego zamka ze szwu. Poza tym kurtki z Tchibo mają kaptur i przepastne kieszenie - moim zdaniem niezbędne, a w damskiej odzieży zwykle pomijane. Zwłaszcza sobie cenię kieszeń wewnętrzną zapinaną na zamek. Bo zwykle majątek na wynoś noszę po kieszeniach.
Francuskie szwy i guma w talii fajnie imitują posiadanie tejże. Jestem na zimę opatulona.

Dziś mieliśmy nockę z głowy. Około północy Kretka zaczęła kasłać. Kaszlała do rana. Ma niezłe rezonatory i każde jej kaszlnięcie było jak strzał z papierowej torebki. Cały dywan był rankiem opluty. Dziś rano (niedziela!) zadzwoniłam do jej lekarza i już o dziesiątej byłyśmy w gabinecie. Jest chora na antybiotyk i flegaminę! I mamy sobie spacery długie darować przez kilka dni.
Chyba wystąpię do NFZ o uznanie mnie za psa i pozwolenie na leczenie się u weterynarza bo u nich jakoś to sprawniej przebiega. Przedwczoraj okulistka zwierza przebadała, dała leki, zalecenia i znów na jakiś czas pies odzyska wzrok. Czas oczekiwania na wizytę wynosił 2 dni. Jakby co to kardiologa wezwą do gabinetu, ortopedę też mają znajomego. Nic tylko być psem u dobrych ludzi, jak się ma słabe zdrowie.