wtorek, 29 stycznia 2013

Myślenie przy rysowaniu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wyjęłam papier, kredki, zapaliłam szaleńczą lampę i narysowałam jeden z charakterystycznych bukiecików mojej mamy. Na jej działce było ponad 120 krzaków róż. Często dostawałam zatem bukiety, w których nie powtarzał się ani jeden kwiatek. Miały swój urok te bukieciki i nigdy, u nikogo nie widziałam nic podobnego. Dobrze, że fotografowałam te bukiety, bo już ani jeden więcej nie powstanie.




Nie upieram się, że jest to jakiś dobry szczególnie obrazek, bo nie jest. Kompozycja kuleje, kolory tez mogły by być lepsze. Ale jest jak jest, jutro też jest dzień, a humor zaraz lepszy się zrobił. I zrobiłam przy okazji kilka pożytecznych odkryć technicznych, które są już całkiem moje i szybko o nich nie zapomnę.
Na drutach przerabiam dropsową Limę w dropsowy wzór Celtica. Robi się to powoli, w jednym kawałku póki co i jest przy takim dzierganiu sporo czasu na myślenie.




Dość długo nie miałam wiele do czynienia z dziećmi. Niby jestem dyplomowaną nauczycielką (pedagogą???), ale w szkole nie bywam już 13 lat, własne dziecko jest wprawdzie dalej moje, ale już nie dziecko z niej. Zatem sprawy z dziećmi związane widzę z dużej czasowej perspektywy.

Nauczyciele, zwłaszcza długo pracujący w zawodzie zawsze narzekali, ze kolejne roczniki dzieci są coraz głupsze, albo coraz gorzej wychowane. Wydawało mi się to zawodowym zboczeniem. Aż trafiłam na niedający się przeoczyć dowód na to, że mieli rację.
Ot weźmy sprawę pieluch, nocników i naukę czystości.
W pradawnych, tetrowych czasach, gdy pieluchy trzeba było codziennie prać, a zamiast automatycznej pralki do dyspozycji rodzice mieli Franię lub własne ręce i tarę dzieci były dużo zdolniejsze i szybciej uczyły się korzystać z nocnika.
Możliwe, że to nie dzieci były zdolniejsze, tylko matki miały większą siłę przekonywania. Umęczone wiecznym smrodem moczących się w kuble, czekających na pranie pieluch, wieczną wilgocią od nieustannie schnących na sznurku w łazience a czasem i w salonie tetrowych płacht, koniecznością codziennego kombinowania (starczy pieluch, czy nie starczy?) i codziennego prania potrafiły przekazać potomstwu do czego służy nocnik. Dzieciaki też nie czuły się komfortowo z mokrym i śmierdzącym okładem na pupie. Zatem było normą, że w okolicy drugiego roku życia mali obywatele wiedzieli co to jest nocnik i do czego służy. Zdolniejsi w okolicach pierwszych urodzin byli wolni od pieluchy.  W tych zamierzchłych czasach zasrana i zasikana bielizna nie była przez opiekunów traktowana z czułością, lecz z irytacją. Do przedszkola nie przyjmowano dzieci, które się moczyły. Matka takiego dziecka nie mogła wrócić do pracy.  Dla wszystkich matek było zatem jasne, że trening czystości ma być przede wszystkim skuteczny, a niekoniecznie miły dla dzieciaka. Ten trening nie służył dobrej zabawie dziecka, ale suchym majtkom.

Pampersy uwolniły wszystkich od wspomnianych niedogodności, od smrodu, codziennego prania, suszenia mokrych pieluch na kaloryferach, piekących okładów z moczu na pośladkach. Dzieci srają pod siebie i sikają wcale o tym nie wiedząc coraz dłużej. Rodzice widać liczą w tym względzie na cud samokształcenia. Bo skoro ich potomek sam nauczył się siadać, raczkować, chodzić i mówić, to pewnie przyjdzie czas na to, że sam sobie zdejmie pieluchę i pobiegnie na sedes. A tu figa z makiem, nic podobnego samo nie następuje. 
W pierwszym oddziale przedszkolnym niemal wszyscy występują w pampersie. Ponieważ mamy monitorują swoje pociechy przez telefony i mikrofony, wychodzi na jaw, że opiekunki nazywając jednego z drugim "obsrańcem" nazywają sprawę po imieniu. Takie opiekunki opisywane są w prasie jako dręczycielki małych dzieci nie respektujące ich godności, a sedno sprawy otacza wyniosłe milczenie. (O godnosci opiekunek zmagających się z zasranymi i zasikanymi majtkami jakoś się nie wspomina).
Można pomyśleć, że zmoczony trzylatek to nie tragedia, ale już dzieciak regularnie sikający w majtki w szkole, dziesięciolatek, który nie zauważa, że mu się chce kupę to inna bajka. A jak wspomniałam, dziecko samo się tego nie nauczy.
Przewiduję, że wielki majątek zrobi ten, kto wymyśli gadget przyklejany do dziecka i obwieszczający wyciem syreny i migającą lampką, że dzieciakowi chce się to lub owo.  Można także robić pampersy dla coraz większych.
Moja wyobraźnia podsuwa mi podział społeczeństwa na elitę, która wie co, się robi na sedesie i w związku z tym może nosić wąsko krojone spodnie i na resztę, dożywotnio chodzących z pieluchą i w obszernych dresach. No bo w końcu ludzie równi są jedynie wobec prawa, czyż nie?

A może by w związku z rosnącymi kosztami utylizacji śmieci obciążyć rodziców, którzy nie nauczyli dzieci na czas korzystania z nocnika drakońskim podatkiem od utylizacji pieluch? To w końcu śmiecie najpaskudniejszego rodzaju.

czwartek, 24 stycznia 2013

Z cukrzycą jej do ...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pani diabetolog pokiwała głową: cóż, choroba ma swoją dynamikę. Z tej dynamiki nic ciekawego dla mnie nie wynika.
Mimo, ze nie chudnę, przeskoczyłam z kategorii "otyłość" do kategorii "nadwaga". Za pomocą 2 centymetrów wzrostu, których nikt się dotąd nie doliczył. I BMI spadło.
Diabetolog kiwa główką, coś liczy, mnoży, dzieli, waży mnie i mierzy centymetrem w miejscu, gdzie powinna być talia. Od tego mierzenia ciśnienie mi skacze, bo to bardzo upokarzające czynności.
I każdy, każdy lekarz nakazuje mi schudnąć.
W ich oczach jest taka nagana, rezygnacja i pogarda, że nóż się w kieszeni otwiera. Patrzą z politowaniem, chętnie by mi powiedzieli, że sama to sobie zrobiłam nożem i widelcem. Na ustach wisi im kłamstwo, że jak zrobię się chuda, to nie będę miała cukrzycy.
Podręczniki powtarzają ten slogan. Tyle, że aby tak się stało trzeba schudnąć w brzuchu, a nie gdzie indziej. Nie w zadku, w cyckach i na twarzy.
Moja babka nie była gruba, miała jedynie brzuch jak piłka od koszykówki, a posturą ogólnie wieszak na ubranie przypominała. I miała cukrzycę. To samo z ojcem. Wspominając ich cieszę się, ze przynajmniej równo utyłam, bo wygląd stojaka na palta, któremu gdzieś w połowie deńda się wielka piłka - to dopiero ładne i urocze.
Jedno osiągnięcie jednak mam: wymieniwszy wszystkie wieprzowe wędliny na ryby (żaden wysiłek, wędliny są teraz tak obrzydliwe, że śledź w oleju, łosoś czy wędzona makrela to lukullusowe przysmaki) i sery bez ograniczania masła z masła zrzuciłam poziom cholesterolu dobrze poniżej normy, a dobry cholesterol HDL podniósł się do niebywałych nigdy poziomów.

Apetyt i seks to chyba najsilniejsze motory naszego działania. Żadnym gadaniem i srogimi minami się ich wyłączyć nie da. Są mocno wmontowane w nasze mózgi. Kościółek bez większego powodzenia usiłuje rozprawić się z seksem od dwóch tysięcy lat, zgraja w białych fartuchach  powinna zacząć od kontrolowania przemysłu spożywczego.
Lupę na szyję muszę sobie sprawić, bo nawet przypadkiem nie kupić nic z syropem glukozowo - fruktozowym.

a tu trochę o diabetologu. Właściciel strony poprosił o dołączenie tego linka, ok, nic głupiego tam nie ma.



sobota, 19 stycznia 2013

Gorset II

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Do wyjść mniej bulreskowych niż impreza sylwestrowa sprawiłam sobie stateczny, czarny gorset underbust, czyli nie zakrywający biustu. Nosi się do niego zwykły stanik, a granica gorsetu jest pod ubraniem mniej widoczna. No i co najważniejsze, daje się go nosić pod wierzchnim ubraniem (choć moda zaleca noszenie na wierzchu, ale jak mawiała teściowa nr 1, nie wiem, nie wiem...)


Sukienki, których od dawna unikałam nagle znów pasują i wyglądają bajecznie! Podobnie jak spodnie, bluzki, T-shirty a nawet futro. Bo noszony przed sobą brzuch niestety kasuje wszelkie uroki sylwetki. Nawet ładnych nóg znad brzucha nie widać. Ani uśmiechu.
A lekkie przewężenie w talii ze wszystkich stron niezależnie od rozmiaru kobiety natychmiast dodaje powabu i wdzięku. Nie wspominając o biuście, który w czymś takim wraca do wyjściowej pozycji. A jak się siądzie na krześle, to dopiero jest na co patrzeć. Publiczności nienawykłej do takich widoków trochę opadają szczęki.
I żeby nie było, wcale nie trzeba się w tym sznurować aż oczy na wierzch wychodzą - wprost przeciwnie: tylko tyle, by w talii utworzyło się lekkie, naturalne przewężenie. I starczy.

Gorset jest wymagającym strojem, przynajmniej jeśli chodzi o bieliznę. Już wspominałam, że nie da się spod niego nic wyciągnąć po zesznurowaniu. Nie wolno go również prać, ma w środku stalowe, rdzewne fiszbiny. Na przełomie XIX i XX wieku gorsety powszechnie noszono, więc sięgnęłam do fachowej literatury opisującej co i jak się z tym nosiło.
Pod gorset obowiązkowo trzeba nałożyć koszulkę, niech ona wchłania pot i brud. Zamiast szyć batystowe koszuliny można w tym celu obciąć ramiączka od trykotowej koszulki. Ważne, żeby między gorsetem a ciałem była warstwa dzianiny lub tkaniny. Majtki w dawnych czasach miały niezeszyte razem nogawki, zatem nie trzeba było ich zdejmować w toalecie. Już wiem dlaczego! Zwłaszcza, że wtedy na tych majtkach jeszcze tiurniura była przyczepiona. Z takiego pancerza nie sposób się było w wygódce uwolnić.
Na gorset dawniej nakładano tzw stanik, czyli bluzeczkę bez rękawów separującą gorset od bluzki lub sukni. Taki stanik krył brzeg gorsetu przed wzrokiem innych ludzi, ukrywał jego wiązania i powodował, że nawet pod cienką bluzką nie było gorsetu widać.
Trochę się martwiłam, czy kokardka z gorseciarskiego sznura nie będzie widoczna pod tą dżersejową sukienką, ale niepotrzebnie. Majtki obciskające, same w sobie bezużyteczne, akurat schować kokardkę potrafią znakomicie.

Nie mówię, ze codziennie, ale na wyjścia bardziej oficjalne będę tego używać - strasznie mi się to podoba. A konkretnie podoba mi się efekt nałożonego gorsetu.

Już rozumiem, czemu niektóre czynności, takie jak bieganie i włażenie na drzewa były dla dziewcząt nieosiągalne. To znaczy były osiągalne, ale tylko do czasu nałożenia gorsetu. W tym się po prostu nie da ani biegać, ani wdrapywać na cokolwiek, ani zgarbić, ani skręcić w obertelek na fotelu. Ani schylić za mocno, ani nawet nie przychodzi łatwo nałożenie na siebie rajstop. Zaczynając zakładać gorset rajstopy dobrze mieć strategicznie naciągnięte do kolan na obu nogach. Buty dobrze mieć wsuwane, a kozaki ktoś powinien pomóc nałożyć. Wiem zatem również, po co była potrzebna panna służąca do ubierania się!



środa, 16 stycznia 2013

Nie boli!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jestem bardzo rozczarowana: pocięta ręka i pocięty bok nie bolą, mimo, ze znieczulenie już przestało działać.
Spędziłam miłe pół godzinki na czystej chirurgicznej sali, na własnym, zielonym , flizelinowym prześcieradełku, a duży chirurg i dwie jeszcze większe pielęgniarki zabawiali mnie rozmową, skakali wokół mnie i robili co trzeba.
Znieczulenie znieczuliło, mam dwa niewielkie plastry na ciele i sześć a może pięć szwów. Rozmowa była pogodna, niebieskie baletki z folii śmieszne a chirurg szybki. Tylko w oczy świecili, ale w końcu można oczy zamknąć.
Pan Mąż dowiózł do przychodni i przywiózł do domu, dał lody, herbatę, Jacka Danielsa (wszystkiego poza herbatą mi nie wolno), wyprowadził psy i kupił papierosy (a miałam nie palić, no dobra, od niedzieli zacznę nie palić). Niańka z niego niekonwencjonalna. Zatem nałożyłam na pozszywaną rękę rękawiczkę - bo jak tę rękę teraz myć? i przerobiłam pierwszy z dwudziestu motek Limy. Będzie żakiet w warkocze.
Warkocze bez druta do warkoczy robi się znacznie łatwiej z grubej aranowej włoczki na drutach nr 4, niż na cieniasach i kombinowaną, kosmatą alpaką. Póki co szara powierzchnia dzianiny wygląda ponuro.

wtorek, 15 stycznia 2013

Bez tytułu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
W niedziele Kretka z przyjaciółką pojechały do szkoły w Raszynie uświetniać zbiórkę Orkiestry. Na zdjęciu czeka na występy bawiąc się z co milszymi uczestnikami pokazu psów rasowych.


Więcej nigdy jej na taki szkolny spęd nie zabiorę.
Dzieci może i zainteresowane, ale nie wszystkie. A te niezainteresowane wrzeszczą, skaczą gonią na łeb na szyję i wyją. Ani wolontariuszy, ani nauczycieli, ani porządku, ani grafiku - pandemonium!  Odwykłam stanowczo i więcej sobie nie życzę. Ani Kretce, bo ona wprawdzie spokojna i obyta, ale przecież uszy ma.
Poza tym prezentowanie dzieciom i rodzicom z dumą rasowego psa, dlatego że jest rasowy, jak w domu siedzi Muszka jakieś mi się głupie wydaje.
O Kretce byłoby co opowiadać, zwłaszcza, że rasa z pozoru mała, ładna i taka jakby akuracik dla rodziny, dla dziecka na prezent w sam raz. I jeszcze pieski niedrogie. A potem w każdym schronisku i w każdej psiej kaźni  mieszańce jagdterierów zamknięte za kratami na zmiłowanie czekają. Zatem byłoby o czym mówić; niestety, w hałasie i wśród biegających dzieciaków głos nawet wzmocniony mikrofonem ginął i nikł.
Bardzo zmęczone i z postanowieniem noworocznym, że żadnych szkół więcej wróciłyśmy do domu.

Pisałam już kiedyś, że jestem przemysłowym producentem resztek.
Nim kupię tkaninę czy włóczkę na coś konkretnego liczę dość dokładnie ile tego potrzeba. A potem, po skrojeniu/wydzierganiu okazuje się, że z pozostałego materiału da się spokojnie zrobić jeszcze dużo użytecznych rzeczy. Kupując tkaninę według wskazań Burdy mogłam uszyć ciuch i dla siebie i dla Misi. A potem jeszcze lalce.
Z włóczką jest to samo. Posiadam pokaźny zbiór bardzo porządnych włóczek w ilościach za małych na sweter, ale na mniejsze projekty wystarczających. Między innymi trzy puchate kłębki Sierry Andiny od Adriafilu tam sobie na zmiłowanie czekały.
Wzięłam je na druty i powstała czapka dla koleżanki, której marznie bardzo głowa. Alpaka powinna sobie z tym poradzić. Wzór z książki Aran Knitting Alice Starmore nazywa się Kittiwake.


Mam nadzieję, że czapka się koleżance spodoba.  Chciałam wykończyć tę alpakę do ostatniego metra, bo środkowa część czapki żarła włóczkę na potęgę. Niestety, jeszcze 7/8 kłębka zostało. Na lalki ta włoczka trochę za gruba, na mitenki za mało tego.Wyrzucić szkoda.
I zostanie na wieki taka sierota pojedyncza.

piątek, 11 stycznia 2013

Pognębione

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Gnębią nas różności.
Misi jakoś w grudniu spuchło gardło. Jeden lekarz dał zwolnienie, drugi poznał się na kamieniu w ujściu ślinianki i próbował ten kamień wydłubać bez powodzenia. Pognębiona rosnącym przy każdym posiłku guzem pod żuchwą Misia postanowiła szukać pomocy na ostrym dyżurze chirurgii szczękowej.
Najpierw nie chcieli jej oglądać i sugerowali hipochondrię. W końcu bez entuzjazmu zrobili USG. Kamień objawił się w całej swej kamienistości a zgnębiona ślinianka też nie wyglądała szczególnie zdrowo. Z oddziału na izbę przyjęć przyszedł wielki, wąsaty oberlekarz, obejrzał badanie, obejrzał śliniankę i spytał moje dziecko, gdzie mieszka. Dziecko odpowiedziało. O, to niedaleko, ucieszył się oberartzt: Idź zatem dziecko do domu, przynieś piżamkę, zanocujesz u nas, a rano ci te kamienie usuniemy. A przy okazji zrobimy plastykę wędzidełka podjęzykowego.
Następnego ranka, czyli wczoraj dziecku wykonano zabieg, założono cztery niebieskie szwy pod językiem, następnie poczekawszy aż będzie już mogła sama łykać ślinę i podawszy coś na ból wypisano ją do domu. Miałam robotę fotograficzną w Pałacu Kultury. Punktualnie przed wykładem dziecko białoszare na twarzy zjawiło się w Auli A na 12 piętrze. Usiadło w kąciku, najpierw przytuliło się do taty, a potem z kurteczki i szaliczka uwiło sobie gniazdo i przysnęło. Zrobiłam co miałam zrobić, zabrałam dzieciaka do taksówki i przywiozłam do siebie. Dałam miskę twarogu ze śmietaną, świeży chleb pokrajany w malutkie kawałeczki i dużo Ketonalu oraz Prazol. Dałam nocną koszulkę, ciepłe skarpetki, puchową kołderkę i kocyk i udostępniłam rodzinne łoże boleści. Psy ułożyły się malowniczo i wspierały chorą jak umiały. Rano dziecina już w prawidłowym kolorze pojechała do siebie, a ja zaczęłam mój dzisiejszy oblot warszawskich chirurgów.
Na prawej dłoni, pomiędzy palcami miałam taki sobie mały guzek. W lecie ten guzek się chyba wściekł. Zrobił się szorstki, swędzący, i przeszkadzający. Dermatolog kazał mi go czymś tam smarować, co wiele nie pomogło. Zatem kazał zmianę wyciąć. I słusznie, bo ja tego nie chcę mieć.
Mama kiedyś coś takiego samego miała i jej na Wawelskiej w szpitalu onkologicznym to wycięli. Skutecznie i na zawsze. Wolę mieć bliznę niż to coś.
Pierwszy chirurg chciał to wyciąć za 500 zł. W bardzo eleganckim i zupełnie prywatnym i płatnym szpitalu. Zaprotestowałam, bo nie dalej jak wczoraj wydaliśmy kwotę, jaką niejedna rodzina ma do dyspozycji na miesiąc na leki Pana Męża. Chirurg wysłał mnie do kolegi, który wytnie paskuda w ramach abonamentu luxmedowego w środę. Pośpiech obu chirurgów w ustalaniu terminu wycinania utwierdza mnie w przekonaniu, że słusznie tego wycinania żądałam. Pośpiech wręcz taki, że ten pierwszy osobiście o sprawie drugiego powiadomił, nie zostawiając tego recepcji. Zatem już w środę dowiem się jak się żyje z nieczynną prawą dłonią. I co do jedzenia zrobi mi Pan Mąż. I jak się ubierać lewą ręką.
Jakby tego było mało Kretkę bardzo bolą plecy. Ledwie biedna łazi. Łyka grzecznie psie tabletki przeciwbólowe i wygrzewa się pod elektryczną poduszką. Ostatnio widziała tę poduszkę w zeszłym roku, ale na jej widok przypomniała sobie natychmiast co to jest i z rozkoszą się pod nią uwaliła w psim łóżeczku. Z pamięcią psy nie mają żadnego problemu. Może z czytaniem i pisaniem tak, z pamięcią - nie.
Zdrowa jest tylko Muszka.

niedziela, 6 stycznia 2013

St Brigid

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze po internecie poruszałam się jednym palcem, przeczytałam o Alice Starmore i na jakimś zamazanym zdjęciu zobaczyłam jej projekt celtyckiego arana. I nie mogłam o nim zapomnieć.
Jak tylko wydawnictwo Dover wydało reprint jej książki Aran Knitting nabyłam ją bez wahania.
Wiem, że grubym babom mięsiste warkocze nie pasują. Ale oj tam, oj tam. Chciałam mieć ten sweter i koniec.
Żadna dostępna w mojej szufladzie włóczka na żadnych drutach nie chciała dać takiej próbki, jaką zalecała projektantka. W końcu cieniutka Alpaka od Dropsa połączona z Alpaką Lace od Cascadeyarns za pomocą cienkich drutów dała oczekiwaną gęstość ściegów.
I po koszmarnie długim procesie produkcyjnym (od sierpnia 2011 do dziś) mam moją Brygidę!
Nie kombinowałam przy wzorze, zrobiłam go kropka w kropkę według zaleceń. Jedynie zeszyłam ściegiem dziewiarskim a nie za igłą, bo za nic w tej plątaninie nitek nie udawało się uzyskać czystego brzeżka taśmy przy podkroju szyi. I golf zamykałam elastycznymi oczkami a nie zwyczajnie. Wciskanie głowy w golfy należy już do przeszłości. Nie znoszę tracić przy tym ani kolczyków, ani okularów.




Wzór byłby pewnie lepiej widoczny wykonany gładką, aranową włóczką. Lekka puszystość alpaki dodaje mu jednak pożądanej w tym przypadku dyskrecji. A sprężystość alpakowej włóczki gwarantuje widoczność poplątanych warkoczy po nie wiem ilu praniach.
Sweter musi być piękny, skoro Pan Mąż, nieczuły na urok wzoru w trakcie produkcji widząc gotowy wyrób, zaczął się dopytywać, czy na mnie nie jest to aby za duże.
Nie jest za duże! Sięga dokładnie do połowy sempiterny, jak kochana Ewcia, ekspertka w tej dziedzinie,  kazała!

Jedno mnie peszy: zanim kupię włóczkę na planowany wyrób, przeliczam jej ilość niemal z kalkulatorem w dłoni w yardach i metrach. I zawsze mi zostaje po zrobieniu swetra solidna resztka. Nie połowa kłębka, nie cały kłębek, ale przynajmniej dwa. Tym razem zostały prawie cztery! Nie wykonałam frywolnych frędzelków na dolnej krawędzi, bo jakieś mi się nieporządne wydawały, ale cztery kłębki pozostałe z wyliczonych czternastu, to za dużo. Z czego wynika, że alpaka od Dropsa to cholernie wydajna nić.


czwartek, 3 stycznia 2013

Muszka dowódca kanapy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Kretka wygląda dostojnie i rasowo.


Tu prezentuje brzuszek-okrągluszek pełen ciasteczek i świątecznego jedzenia.


 Czuli się z wdziękiem z Misią.


 Ziewa bardzo elegancko i nie straszy ostentacyjnie potwornymi w swej wielkości zębami.


Kretka zawsze wygląda jak Kretka. Owszem, robi czasem miny, ale łatwo je dostrzec i wiadomo co one znaczą.

Co innego Muszka. Muszka ma bogatą mimikę, bardzo ekspresyjną i nawet robiąc zdjęcia seriami trudno uwierzyć, że na każdym jest ten sam pies.


 No i z czym do mnie podchodzisz? Znowu zamiast oka masz czarną rurę.


Nic sobie z tego nie robię, nie naciągniesz mnie na głupie miny.



 Jestem pełna entuzjazmu.


To ja dowodzę tą kanapą!


Ziewając Muszka nie ukrywa dyskretnie uzębienia. A jej uszy wędrują po całej głowie.


Stara się jednak zachować godność osobistą.

wtorek, 1 stycznia 2013

Talia, której nie było

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kobieta talię powinna mieć. Ja mam tylko miejsce po talii, nie widziałyśmy się od dziesięciu lat najmarniej.
Bielizna obciskająca owszem, sprawia, że ubranie lepiej leży, ale cudownym sposobem talii kobiecie nie przywraca. Robi to, o czym od setek lat wiadomo gorset.
Prawdziwy, twardy gorset z fiszbinami, który ściska w talii, ale daje ciału miejsce tam, gdzie powinno być ciała całkiem sporo.
Zatem sobie go sprawiłam. Gorset jest tańszy niż plastyka brzucha i ma działanie odwracalne. Nałożyłam,  nie powiem, z biedą, bo to nie jest takie proste, i zamarłam. 
Rodzinę też zatkało.






Talia wróciła! Na miejsce, tam gdzie się niegdyś znajdowała. Na okoliczność taką, jak sylwestrowa hulanka rozwiązanie jest genialne. Można w tym oddychać i jeść, acz jeść niewiele.
Z oczywistych powodów powinien się taki gorset znajdować bliżej ciała niż pozostała bielizna -  trudno się w toalecie z tego rozbierać. Konstrukcja nie opada, nie przesuwa się na ciele i nie okazuje więcej niż widać na zdjęciach. Ręce dadzą się podnieść do góry bez skandalu. Nie próbowałam w tym stroju stawać na głowie. i nie zalecam, ale na szybkie przywrócenie talii jest to rozwiązanie absolutnie bezkonkurencyjne.
A po hulankach rozwiązuje się kokardkę na plecach i... znów wszystkie krągłości i wypukłości są tam, gdzie powinny być.
Taką śmiałość w kuglowaniu wizerunkiem dał mi chyba anielski kostium. Strasznie fajna jest zabawa w przebieranki. 



Kolczyki w kształcie żuków nazywają się oczywiście Lennon i McCartney :-)