środa, 27 lutego 2013

1 metr

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Czuję się już wyszykowana na wiosnę, przynajmniej jeśli o ciuchy idzie. Mój metr bieżący patyka na wieszaki w szafie jest gotowy na nową porę roku. 

Bo że idzie wiosna nie ma wątpliwości. Amarylis kwitnie jak oszalały i już nie jak megafon, ale jak bukiet megafonów wygląda. Azalia nie chce przestać kwitnąć, pierwiosnki wymusiły na mnie rozszczelnienie okien, hiacynty pchają się z kwiatami a wokół oczka w ogródku najwyraźniej widać pędzelki krokusowych liści. I zasadzone w ziemi zeszłoroczne cebule hiacyntów też zaraz zakwitną.
Nie mówiąc o ciemiernikach z Biedronki, co jeszcze w doniczkach stoją na tarasie i kwitną jak zwariowane.

Zatem pora była przejrzeć garderobę, poczytać o trendach i chwilę pomyśleć nad jednym i drugim.
Jak wspomniałam mam na moje ciuchy jeden jedyny metr patyka do wieszaków Na tym metrze mieszczą się moje wszystkie spodnie, sukienki,  spódnice, bluzki, gorsety, marynarki, płaszcze, futra, paski i apaszki (na specjalnych wieszakach). Pan Mąż taki sam metr, znajdujący się dokładnie nad moim metrem, wykorzystuje jedynie na marynarki. W szafie obok ma 1.30 metra bieżącego upchanych na ścisk koszul, w sypialni 2.4 metra kurtek skórzanych i spodni. Samo porównanie ilości posiadanej przez nas garderoby pokazuje, kto do spraw mody przywiązuje większą wagę i kto po sprowadzeniu się do tego mieszkania wywojował dla siebie więcej miejsca w szafach. Naturalnie mamy jeszcze trochę ubrań. On ponad sto par skarpet, ja niewielkie ich pudełko. On ma dwie szuflady krawatów, ja sporo szali i rękawiczek. Butów mamy chyba podobne ilości, z tym że ja nie powielam kolorowych trampek, a on nie ma nic na szpilce. On nie nosi staników ani pończoch, za to podkoszulków i bluz ma znacznie ode mnie więcej. Swetrów też.  Te zapasy zdywersyfikował w różnych miejscach, zatem ich ilości nie sposób ocenić na jeden rzut oka.

Mimo to nie czuję się niedoubrana. Wręcz przeciwnie. Dawniej miałam poczucie, że jak mam tego mniej niż on, to jestem gorsza, ale z biegiem lat całkiem mi to przeszło. A przeszło dlatego, że co sezon całą garderobę, od A do Z, przeglądam , czyszczę z archiwaliów i uzupełniam o kilka brakujących sztuk. Najczęściej są to dżinsy, staniki i kolorowe koszulki, bo jako używane najczęściej najszybciej kończą żywot. A Pan Mąż wie co jest modne, dokupuje co trzeba, ale nie bardzo umie wyrzucić starocie.
Nie czekam aż moda wróci (jak wróci za 20 lat to jaka będę już innego rozmiaru, albo wróci w innych kolorach), nie czekam aż schudnę, nie czekam aż coś zniszczonego samo się w szafie naprawi.
Lekcje Trinny i Susannah dały mi błogosławioną pewność, co się dla mnie nadaje, a czego mam nie dotykać, choćby najpiękniejsze mi się w sklepie wydawało. Oszczędza mi to masę czasu, masę myśli i sporo pieniędzy.
Wzruszają mnie ponadto rozważania różnych doradców i stylistów, którzy co sezon dają nam całkiem nowe wskazówki co do odzieży odpowiedniej dla naszej konkretnej figury. Jakimś cudem spodnie, które dawniej dodawały nam centymetrów dziś nas wyszczuplą, bo dziś są w sprzedaży w każdym sklepie. To samo z bluzkami i marynarkami. Na szczęście żaden z tych mędrców nie dyskutuje z koniecznością używania dekoltu w serek przez panie bujnie obdarzone z przodu i o krótkiej szyi.
Zdarzają się wciąż niemądre uwagi o dżinsach: a to że niewygodne, a to że piją itd. Niech sobie gadają, co chcą. Żadne inne spodnie nie wytrzymują tyle kucania, siadania na wszystkim, bawienia się z dziećmi i psami bez wygniecenia się na amen. I żadne nie przetrzymują bezboleśnie tylu prań w pralce.

sobota, 23 lutego 2013

Wracam do kina?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Oto błyskawiczne skarpetki dla Misi: w jej ulubionych kolorach i w jej rozmiarze. Śmieszna cholewka cała ze ściągacza to pomysł podpatrzony od światłej i światowej babci kolegi z liceum. Pani ambasadorowa, której przyszło się opiekować wnukiem miała standardy i nie znosiła opadających i niedopasowanych skarpetek. Zatem, aby nie bawić się w dopasowywanie skarpetki na łydce robiła całość ściągaczem. Polecam, działa zawsze.
Paluchy i pięta robione sposobem rzędów skróconych na mamę z dziećmi, nie ma dziur, hurrrrra!
Od paluszków w górę robione te skarpetki są i jakimś cudem układ pasków zgadza się co do milimetra. I ta włóczka nie jest sznurkowata. Choć to Fabel. Widać chwyt zależy od koloru.
Alicja mi dziś przypomniała, że kiedyś napomykałam coś o skarpetkach że jej zrobię a w jej ulubionych domowych, kremowych, wełnianych dziura na palcu się zrobiła.

A co do kina to nie jestem pewna, ale chyba zaliczę starczy powrót do atrakcji młodości. Nagle zobaczyłam w programie kinowym kilka filmów absolutnie do obejrzenia. Dziś widziałam Lot Zemeckisa z ulubionym ciasteczkiem Denzelem Washingtonem. Ciasteczko już trochę przechodzone, ale właśnie tak ma tu być.
We wtorek mam nadzieję dopaść Turystów w Kinotece, a w środę Movie 43, które już chyba schodzi z ekranów, bo seans jest tylko o 10.30. I jeszcze będzie Hitchcock w znakomitej obsadzie oraz Zostać Królem 2 (mam nadzieję, że to się jakoś podobnie nazywa, Murray jako Franklin Delano Roosvelt???)
Duży kinowy ekran to jednak lepsza opcja niż telewizor, nawet całkiem spory.
Albo ogłuchłam, albo rządcy multipleksu ursynowskiego trochę przykręcili dźwięk. Wyszłam z kina słysząc własne myśli i bez łomotu w głowie. Tylko jakieś bilety strasznie cenne się zrobiły. No i popcorn okropnie śmierdzi.

czwartek, 21 lutego 2013

Czarno - biało

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Taka oto alejka graniczy z naszym ogródeczkiem od północy. To chyba najładniejsza uliczka w okolicy, zwłaszcza o tej porze i w takim stanie. Podczas roztopów spod śniegu wyjrzą psie kupy wielkie jakby krowy je zostawiły. Ale póki co codziennie rano napawam się tym widokiem.



W zeszłym tygodniu na zajęciach prowadząca kazała nam wybrać sobie jakąś ludzką postać do skopiowania.  Wybrałam tego św.  Piotra, a właściwie jego łzy namalowane przez El Greco. W węglu nawet nieźle się to udało. Jakież było moje zdumienie, kiedy zobaczyłam, że inne uczestniczki zajęć bez wyjątku wybrały sobie różne gołe baby i to bardzo kolorowe. A owego dnia w Domu Sztuki wysiadło światło. Zatem św. Piotr rysowany przez kompletną agnostyczkę sąsiaduje teraz z aktem nieletniej Balthusa, golasem jakiegoś impresjonisty i roześmianą rozebraną damą na kanapie Freuda. Ale numer!
Widząc ten rysunek jakaś mamusia, co dziecinę na rysunki przyprowadziła ponoć aż westchnęła.
Nie zauważyłam różnicy kształtu formatu dzieła oryginalnego i papieru. Łokieć prawy ledwie się zmieścił z tego powodu.



A dziś z powodu chyba ślepoty, albo niewiadomoczego taką sobie martwą ustawiłam. Kafeterka cierpi na przerost górnej części. Widać, że zupełnie nie zobaczyłam, gdzie się powinna rączka skończyć. Zatem rączkę przedłużyłam. Jak ktoś twierdzi, że rysunku tuszem się nie da poprawić, to bredzi. Niestety, jak El. Greco mogę wydłużyć każdy przedmiot w nieskończoność. No i po siedmiu latach w końcu pisaczki się skończyły, pora nabyć nowe.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Skarpetki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dziecko zameldowało, że skarpetki by się przydały wełniane. Nie ozdobne, a zwykłe i ciepłe i najlepiej  we właściwym rozmiarze. Okazałam posiadane skarpetkowe włoczki, wybór został dokonany i lecę samymi prawymi dookolusieńka od paluszków w górę. Okazało się, że jak nie ma warkoczyków, ażurków i innych takich niespodzianek, to mogę niewielką skarpetkę przez dwa i pól filmu wyprodukować. Wydajność mi wzrosła!
A tak na poważnie to sobie pomyślałam, że wielodzietna matka miała naprawdę przechlapane w czasach przed antykoncepcyjnych i zanim skarpetki zaczęto robić przemysłowo.
Do podstawowych obowiązków pani domu w okolicach przełomu wieków XIX i XX należało wykonanie dla wszystkich domowników pończoch i skarpet. A skarpetkowych włóczek z poliamidem wtedy nie było. Na żadne ozdobne swetry mocy przerobowych nie starczało, każdemu dzieciakowi i dorosłemu domownikowi trzeba było osobiście wydziergać zapasik skarpet lub pończoch zimowych, a potem zimą codziennie cerować podarte pięty. W Encyklopedii Robót Ręcznych Therese de Dillmont pociesza czytelniczki, że robienie na drutach, to łatwe, wypoczynkowe wręcz zajęcie, przy którym nawet czytać można.
W porównaniu z praniem całej bielizny pościelowej z zimy w strumieniu za pomocą tary lub kijanki i gotowaniu jej w ługu wyprodukowanym osobiście z popiołu, w porównaniu z przerabianiem na konfitury na węglowej kuchni płodów z ogrodu, w porównaniu z paleniem w piecach, zmywaniem bez detergentu, karmieniem kur, ręcznym dojeniem krów i wyrobem serów w domowych warunkach robienie skarpet jest faktycznie pracą miłą, czystą i elegancką.
Ale jak sobie wyobrażę, że miałabym nieustannie robić skarpetki, powiedzmy siedmiorgu dzieciom i ich ojcu, to mi jakoś niewyraźnie.
Aktualne skarpetki pokażę jak zrobię, ale nie ma w nich absolutnie nic niezwykłego. Poza tempem powstawania.

Komentujących przepraszam za niedogodności, ale mi się jakiś spamer przyplątał do bloga. Pod każdą notką grzecznie mnie ów spamer zapewnia, że moja strona jest świetna, wpisy genialne i że mam kontynuować moje zbożne dzieło. A potem następuje zaproszenie na jego stronę, gdzie są plany ochrony zębów (!) i inne takie.
Mam własną doskonałą dentystkę i nigdzie w celu leczenia zębów nie będę jeździła. Ani zwiedzała obcych, nudnych stron. Technikę wyłudzania  datków/ wizyt na stronach za komplement/ kwiatek też doskonale znam. Zatem włączam moderację komentarzy.

czwartek, 14 lutego 2013

Czapka, ptaki i psy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na futrzane czapy jest stanowczo za ciepło. Dziurawy Meret to też nie to. Poprzednią czapkę fair isle zachachmęcił bratanek, zatem popełniłam kolejną. Jak zrobię jeszcze parę skarpetek to opanuję właściwe naprężenie luźnych nitek po lewej stronie. Już prawie prawie się udaje nie ściągać. gdzieniegdzie nitki są za luźne.


Pokonałam lenistwo i przed zrobieniem tego zdjęcia przełączyłam balans bieli aparatu z "auto" na "lampa błyskowa". Kolory się zgadzają, nie trzeba było grzebać w poleceniu curves. Zatem warto czasem ruszyć coś w menu.
A za oknem wciąż biało i ptaszyska ciągle rozglądają się za jedzeniem. Ten gawron za chwilę dokona nalotu na śmietnik, rozedrze plastikowy worek na śmiecie i rozwlecze odpadki po okolicy. Milsze od sprzątania jest zostawienie gawronom czegoś do jedzenia poza tymi workami. Czyściej wtedy jest wokół śmietników.


 W hurtowni z karmą dla zwierzaków kupiłam gotowe żarcie dla ptaków składające się z mielonych wołków zbożowych i wołowego łoju. Rudzik, który udawał, że nie pamięta o moim karmniku przychodzi na wołki regularnie co 45 minut. Przed południem.



Dzwońcom też wołki zbożowe odpowiadają. Sikorki wolą słonecznik, poza tym pyszności dla sikor mają wszyscy inni ptasi karmiciele. Sikorom powoli amory w głowie, w cieplejsze dni zaczynają podśpiewywać. Zatem karmnik okupują zwykle dzwońce.


 A Kretka bez przerwy namawia do zabawy. I wygania z ogródka koty.


A to drozd. Odłączył się od swojej gromady i też wołkami nie gardzi.


Pani nie będzie sama na ptaki polować. Kretka o polowaniu wie najwięcej w rodzinie i tez poluje przez szybę.

A Muszka jest jak zwykle dowódcą kanapy.


I wszyscy są zadowoleni. Ruszyły na szczęście znowu zajęcia z rysunku, mazałam dziś węglem i namazałam wielki szkic Łzy św. Piotra wprost za El Greco. Nie ukrywam, że decyzja papieża Benedykta chyba miała coś wspólnego z wyborem tego tematu.

Wcale się człowiekowi nie dziwię, pewnie wspomniawszy w jakich okolicznościach skończył pontyfikat Jan Paweł II woli nie kończyć życia w blasku reflektorów, z tłumem niecierpliwych, żadnych jego krwi, przestępujących z nogi na nogę żeby wysłać w świat wiadomość, że TO już, dziennikarzy za oknem. 

niedziela, 10 lutego 2013

Autobus

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Któregoś dnia Pan Mąż spytał, czy nie poszlibyśmy do muzeum. Bo otwarto stałą galerię sztuki XX wieku i chyba warto.
Zgodziłam się  że warto, zaiste, i w sprawie Muzeum zapadła na kilka tygodni cisza. W międzyczasie z powodu kolejnego rzucania palenia nastrój mi się zradykalizował i nakazałam Panu Mężowi znaleźć termin na wyprawę i wpisać sobie to do kalendarza. Po tylu latach z nim wiem już, że tylko taki sposób zadziała: jak sobie wpisze w kalendarzyk, to nie zapomni i nic mu nie przeszkodzi w wyprawie.
Poszliśmy. Zwiedziliśmy. Zachwyciłam się ekspozycją z lat 20-tych i trzydziestych (Tamara Łempicka! Bruno Szulc!!), a potem jak absolutnie niespodziewany cud znalazłam na wystawie Autobus Bronisława Wojciecha Linke.


Przepadam za tym obrazem. Za jego drobiazgowym wykonaniem, za jego formatem, za postaciami, które tym autobusem jadą. Za wszą, która jedna, jedyna jest odznaczona w tym towarzystwie medalem pracy, za bezgłową kukłą kierowcy, za chciwym klechą, bezcielesnym (nieludzkim?) biurokratą, pijakiem-Polakiem, babą z zakupami, chutliwym staruchem z lalką na kolanach; to jest cudo i już. Nawet Stalin na końcu autobusu stojący i tyfusowy pasażer mi się podobają. Postałam sobie przed Autobusem długo, zlekceważyłam Kozyrę i inne dzieła bez sensu i pójdę tam jeszcze nie raz.
Wróciwszy do domu zapytałam wujka Google o Linkego. Wiele się nie dowiedziałam, ponad to, co pisano o nim w moich szkolnych podręcznikach do plastyki. Wujek Google podsunął mi natomiast do podziwiania obrazy Jacka Yerki, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.
Miło mi, że poza takimi artystami jak Kozyra są jeszcze ludzie mający zarówno warsztat jak i wyobraźnię. I że przed ich obrazami można stać i stać i stać i ciągle jest na co patrzeć.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Wychowanie przez gadanie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie mogę pojąć, że niektórzy ludzie wciąż wierzą w skuteczność gadania jako metody wychowawczej. Możliwe, że wierzą w to, bo gadać jest łatwo, a wymyślić coś innego, co działa jest trudno. Ot, wystarczy wziąć wdech, przebierać ozorem i zębami, wypuszczać z siebie spółgłoski zwartoszczelinowe,wybuchowe, samogłoski; powietrze się rusza, fale dźwiękowe się rozchodzą i obowiązek wychowawczy jest spełniony.

Jedyny gwarantowany skutek takich działań jest następujący: wychowanek (fachowa nazwa tego, którego się wychowuje) ma mord w oczach i chce uciekać. Ponadto wychowanek nic nie zmienia w swoim zachowaniu.

Dobra rada "porozmawiaj z nią/nim" nie ma sensu, ponieważ jak jest pora na gadanie, to wychowanek niewiele rozumie a na pewno nie umie się dobrze i składnie wysłowić - czyli nie ma mowy o rozmowie, a jak jest już o czym dyskutować to konflikt zaszedł za daleko a wartości są nie do pogodzenia.

Smutna prawda jest taka, że najskuteczniejsze jest wychowanie przez modelowanie. Czyli dziecko będzie robiło to, co widzi, że robią wychowawcy.
Podkreślam, nie to będzie robiło, o czym oni gadają, ale to, co robią.
Natomiast należy z dzieckiem rozmawiać ale bez większych nadziei na wychowanie go w ten sposób. Gadanie służy jedynie wiedzy i rozrywce.