czwartek, 28 marca 2013

Urobek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Malutką wiertareczką, podróbką Dremelka, udekorowałam farbowane jajka. Farbowane jajka pierwszy raz w historii są bez okrągłych nadżerek z których złazi kolor, bo pierwszy raz w historii sposób użycia farbek był na opakowaniu w trzech językach i pierwszy raz się doczytałam, że do farbek dodać trzeba łyżeczkę (5 ml) a nie łyżkę (15 ml) octu!
Pomysły na grawerowane dekoracje pochodzą z: pisanka żółta - widok za oknem, pisanka czerwona - kubek od Ewci, pisanka czerwona 2 - naczynko z lumpeksu, pisanka zielona - The Beatles. Dwa jajka czekają na skrobanie. Wygnieciony kurczak z zeszłego roku znalazł się gdzieś między paradnymi talerzami. Brakuje mu skrzydełka i chyba zaraz odleci oko.



Po raz pierwszy w historii udało mi się również ciasto drożdżowe we wszystkich aspektach: od wyrobienia, przez rośnięcie, pieczenie aż do lukrowania. Z książki kucharskiej, skądinąd bardzo interesującej, pochodzi jedynie wyjściowa ilość mąki, którą zresztą podwoiłam, bo jedna baba zniknie z pewnością jeszcze przed rezurekcją. Resztę przepisu podrzuciła koleżanka, która wpadła na gola i z prezentem. Koleżanka miała rację, jej przepis zostanie zapisany i naklejony w książce kucharskiej zamiast tego, który przez 15 lat nie wychodził. O lukier zatroszczyła się Alicja.
A poza tym ugotowałam i upiekłam dziś szynkę, bo kupna jest niejadalna, przygotowałam boczek rolowany do pieczenia, zrobiłam śledzie, dwa kruche spody do mazurków (kupnych mazurków jest masa, ale składają się chyba tylko z cukru i lukru, aromatu identycznego z naturalnym i sztucznych barwników). Zatem, 2 kruche blaty i dwa blaty marcepanowe. No i na obiad pieczona perliczka (z Biedronki!) z pieczonymi ziemniakami dla oszczędności czasu i atłasu w jednej brytfance. I szaszłyk dla Pana Męża. Zakładałam, że czegoś, co nazywa się "perliczka" Pan Mąż nie tknie. Miałam rację.
Plan na jutro: wierzchy mazurków, boczek, przygotowanie świątecznych kaczek, a żurki , paschy i takie tam drobiazgi już w sobotę.
Wesołych Świąt!

wtorek, 26 marca 2013

Deja vu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dawno, dawno temu kiedy moja córeczka, a my wraz z nią, zaczęła obrastać w klocki Lego stanęłam przed problemem przechowywania tychże. I przed problemem gubienia się najdrobniejszych a drogich elementów. Oraz przed bardzo bolesnym skutkiem nadepnięcia na zapomniany gdzieś na podłodze, kanciasty i twardy klocek. Potem doszedł jeszcze kłopot klocków przeżutych przez psa. Coś z tym należało zrobić. Pudło do przechowywania tych klocków było, ale jak sprawić, żeby WSZYSTKIE klocki, którymi bawi się dziecko trafiały do pudła a nie pod nogi, pod łóżko, do psiej paszczy i w inne niestosowne miejsca?
W jakimś katalogu Lego dodawanym do każdego większego opakowania klocków zobaczyłam idealne rozwiązanie: wielki worek. Ale nie zwyczajny worek jak na kapcie do szkoły, a worek - matę. Olbrzymie koło z tkaniny z wszytym w brzeg sznurkiem. Wewnętrzna powierzchnia maty musiała być jednobarwna, aby klocki dobrze było widać, zewnętrzna mogła być w dowolnym kolorze. Całość musiała być tak duża, żeby zmieściło się na niej dziecko i klocki.
Pierwszy wykonany przeze mnie egzemplarz miał w środku szare płótno (stary maglownik babory) a na zewnątrz różową korę. Bo to było pod ręką. W tamtych czasach nie można sobie było ot tak kupić potrzebnej tkaniny.
Worek ten wraz z kolekcja klocków poszedł do kolejnego dziecka na służbę i zanikł.
Dziś nad sposobem przechowywania Lego zastanawia się moja bratowa. Klocki jeszcze są w pudłach, ale męka każdorazowego chowania ich po zabawie zniechęca rodziców do wyciągania tych pudeł.
Zatem nabywszy w lumpeksie elegancką resztkę efektownej bawełny w tulipany i wyciągnąwszy z szafy calico od Opakowanej wykonałam dziś to:



Deja vu! Jak słowo honoru, deja vu.

Aha, sznurki muszą być dwa, inaczej nie da się tego rozsądnie ściągnąć.

Kankanka umarła by ze śmiechu widząc moje nierówne ściegi i fatalnie przyszyte lamówki, ale bratankowi się będzie podobało. Zwłaszcza z klockami w środku.

czwartek, 21 marca 2013

Chała zbolała

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Jak widać ćwiczymy w Domu Sztuki postać ludzką. Pierwszy rysunek to szybkie, piętnastominutowe szkice ołówkiem, do których pozowały na zmianę uczestniczki zajęć. Drugi rysunek, w węglu to postać naszej prowadzącej, która przez dwie godziny siedziała na tym krześle jak przymurowana. A dziś malowałyśmy bukiety akrylowymi farbami. Nie mam co pokazać. Inne panie potraktowały farby jak kredki i mają kolorowe, wesołe obrazki. Mnie się zachciało posłuchać teoretyków i zrobiłam podmalówkę. I mam karton w kolorowe plamy. Za dwa tygodnie się zobaczy, co z tych plam wyniknie, ale mam mieszane uczucia.

Korzystam z I Pada jedynie jako czytnika książek i gazet. Na inne jego wykorzystanie nie mam pomysłu. Bardzo mi odpowiada w takiej roli. I z Amazona pożądaną pozycję dostaje się w 20 sekund a nie w trzy tygodnie.  Złakomiłam się na monumentalne dzieło pt Principles of Knitting. Ponad 700 stron jedynie o zasadach robienia na drutach - istny wstęp do nauki o słoniu, uznałam, że w papierze zabierze to za dużo miejsca. Na razie ćwiczę dzierganie sposobem angielskim, z nitką roboczą w prawej ręce i dzierganie w drugą stronę, bez odwracania roboty po każdym rzędzie. Do tych nudnych wprawek autorka przekonała mnie twierdząc, że warto na wszelki wypadek znać więcej niż jeden sposób, ot choćby jak jedna rączka wysiądzie. A dzierganie po jednej stronie bez odwracania w każdym rzędzie bywa bardzo przydatne: robić bąbelki na olbrzymim swetrze jest wygodniej nie wywijając nim w te i wewte.

Kretka dożyła wieku, kiedy należy się jej karma dla starych psów. Nie bardzo chce ją żreć, bo to jednak jedzonko mniej kaloryczne niż to, do którego przywykła. Ale nie odpuszczę, bo brzuch ma suka jak piłeczka. I niezgrabnie się rusza.
Strasznie mi się to nie podoba, że dopiero co kupiony piesek, wychowany i kochany  jest już seniorką. Za szybko, bez sensu. 

Przed balkonowymi drzwiami stoją posadzone już do doniczek młode rośliny. Kobea w szklarence z Obi wzeszła aż miło, mina też. Aksamitki, zwane przez Iksińską bździuchami będzie można wsadzić do gruntu prawie już kwitnące. Jeszcze tylko czeka mnie pikowanie lobelii, ale da się zrobić. Fuksja dała się przechować przez zimę i sadzonki kilku jej gatunków rosną już w doniczkach. Tylko kiedy da się te rośliny wysadzić do skrzynek i do gruntu? Wiosny jak nie było tak nie ma. Tyle, że dzień dłuższy.

Czekam na ciepło jak na zmiłowanie, bo już mnie zaczyna depresja podgryzać. Zrobiłam się nudna, marudna, a w głowie jakiś paranoiczny monolog prowadzę i jeszcze bardziej się dołuję. Nie chce mi się ani jajek malować, ani sprzątać, ani produkować "tysiąca najnowszych, tradycyjnych potraw świątecznych" - gazetkę o takim tytule widziałam kiedyś w kiosku. Jej wspomnienie jest dla mnie symbolem absurdu do kwadratu.



poniedziałek, 11 marca 2013

Pod ścianą

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Stoję pod ścianą i nie mam ruchu. Koniec najwyraźniej nadszedł.
Koniec jarania.
I nie mogę jak co roku zadowolić się kilkutygodniową abstynencją. Wystarczy zapalić i znów wiem, czemu tym razem sprawa jest poważniejsza.
Gardło czuje się jak wyszorowane glaspapierem. Spać nie mogę i dławię się i pokasłuję. I oddech się robi króciutki. Niefajnie jest strzelać sobie przed snem w oskrzela sprayem dla astmatyków w nadziei, że się jednak rozkurczą i dadzą spać. Oskrzela na leżąco bowiem kurczą się łatwiej niż na stojąco i na siedząco. Wszystko wskazuje na fakt, że potworna POCHP stoi u bram. POCHP jest potworna, bo ma uroki raka płuc, tylko nie trwa tak szybko. Można się na nią dusić wiele, wiele lat.
Jedno sprawę ułatwia, mianowicie to, że Tabeks przestał być na receptę. Naturalnie z 30 zł za paczkę podrożał momentalnie do 95 zł. Ale też wystarczy tabliczka mnożenia i krótki rachunek: dwie paczki Marlboro dziennie x 30 dni i wiadomo, że miesiąc w miesiąc z dymem idzie jeno przez jeden układ oddechowy niemal 800 zł. W takim razie ta jedna setka za Tabeks to nie jest jakoś strasznie dużo.
No a skoro Tabeks jest w wolnej sprzedaży, to jest i konkurencja Tabeksu, już w TV pojawiła się reklama niejakiego Desmoksanu o identycznym składzie, za to w cenie bardzo konkurencyjnej (56 zł w aptece internetowej).
Bo jak chodzi o Nicorette, to ja bardzo dziękuję, nie chcę. Już kiedyś próbowałam i z jednej paczki przed kuracją wylądowałam z uzależnieniem na poziomie dwóch paczek dziennie po kuracji. O cenie tejże kuracji nie wspominając, bo taka kuracja - droższa niż samo jaranie - chyba się nigdy nie kończy, jak HZT. Leczyć się z uzależnienia za pomocą substancji, od której się jest uzależnionym to już zupełnie chore. Nie jestem w końcu heroinistką i Metadon mi niepotrzebny na dożywotnie branie. Dlatego również e-papieros nie jest dobrym wyjściem.
Zatem staram się rzucić.  Podchody robię od września, nie palę od stycznia, mam załamania i bolesne upadki. Jest mi po takich upadkach wstyd i czuję się jak g... Trochę pomaga fakt, że przecież istnieją ludzie, którzy rzucili palenie. I babcia i dziadek kiedyś rzucili i nasz mechanik samochodowy, co palił nie jak komin, a jak zestaw kominów, i Alicja i prawie wszyscy Amerykanie. Zatem jest to możliwe.
Pomagają mi w przedsięwzięciu dwie koleżanki także rzucające palenie. Natomiast Pan Mąż nie pomaga. Pali papierosy, fajkę i cygara, rozstawia po mieszkaniu liczne popielniczki, a w każdej leży jeden pet, posypuje popiołem serwety i blaty i... w końcu jest u siebie, wolno mu.
Jeszcze się przez to rzucanie palenia rozwód gotów przydarzyć, bo nawet w jednym pomieszczeniu nie siedzimy. Bo jak tu spędzać razem czas, skoro on jara jak komin, a mnie moruje tak, że ze skóry wychodzę?

Pozostaje mi się tylko cieszyć, że mam aby jedno uzależnienie. Alkoholizm ominął a nie musiał, narkotyki też, nawet z lekami jestem ostrożna bardzo.

sobota, 2 marca 2013

Komin dla koleżanki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Koleżanka zapragnęła mieć komin, wydziergałam go z 400 metrów norweskiej, 100% wełnianej lumpeksianki w pożądanym przez koleżankę kolorze. Po zblokowaniu komin nabrał idealnego kominowego kształtu: na ramionach szerzej, na szyi i głowie węziej. Kształtowanie odbyło się za pomocą zmiany drutów na mniejsze.  Idzie wprawdzie wiosna, ale zimne wiatry jeszcze sobie pohulają i koleżanka na pewno zdąży komin jeszcze w tym sezonie wypróbować.

Urwałam się z domu na wagary do kina, na Turystów. Grali to w kinie studyjnym i w piątek o drugiej po południu miałam dla siebie całą kinową salę. Byłam na niej zupełnie sama. Mogłam kłaść nogi na oparciach foteli z rzędu przede mną, głośno rechotać i robić uwagi oraz pluć tak daleko, jak się tylko dało. Taki luksus to miałam pierwszy raz w życiu, mimo że kiedyś spędziłam w kinie niemal dwa lata bez ustanku.
Wiedziałam, że chcę tych Turystów zobaczyć jak tylko w Trójce przedstawiono film jako nowość. Obejrzałam trailery, poczytałam recenzje i byłam pewna. I się nie nacięłam. Tyle, że nie jestem pewna, czy ktokolwiek z recenzentów zrozumiał film. 
Albo inaczej, zrozumieć to może i zrozumiał, ale za cholerę nie można go sensownie opisać nie zdradzając pointy.
Nie jestem recenzentem i sobie mogę na własnym blogu dywagować, jak ktoś chce Turystów zobaczyć, niech dalej nie czyta.
Dwoje takich przed czterdziestką jedzie po Wielkiej Brytanii i zwiedza sobie a to Muzeum Tramwajów, a to kopalnię fluorytów, a to kamienne kręgi. Tygodniowe wakacje mają być nie wiedzieć czemu perfekcyjne ( kłaniają się programy TV i artykuły z kobiecej prasy o różnych perfekcyjnych, idealnych sprawach). Państwo się nie bardzo znają, podróż ma charakter po części seks turystyczny, dla bzykania jest po prostu. Pan zabiera kobietę z domu spod oka manipulującej mamusi. Poznajemy zatem tych dwoje tak jak i oni się poznają w realu. Miły na oko, łysawy facet z rudą broda i porządną przyczepą kempingową okazuje się nie całkiem miły i tylko jednym zdaniem zdradza, gdzie kiedyś był, a był gdzieś, skąd go zwolnili.
Panna, pustak straszliwy, zdolny do powtarzania jednej kwestii i 11 razy pod rząd, na co dzień we władaniu mamusi,  robi na drutach. Możemy obejrzeć jedno jej dzieło: różowe bikini wykończone czarną lamówką z dziurą w kroku, jak wprost z sex shopu.
Jak dla mnie film traktuje o tym samym, co badał eksperyment Zimbardo. Jak mianowicie w kilka dni z człowieka ot takiego sobie robi się bestia. Bo moment, kiedy panna zdaje się chwytać jak się kłamie we własnej głowie, jak manipuluje swoimi myślami aby uzasadnić błyskawiczne zgładzenie kogoś jest widoczny na ekranie doskonale. U Zimbardzo zmiany w zachowaniu wywołały sztucznie stworzone warunki, tu widać, jak człowiek nie stawiający sobie żadnych granic zmienia się sam.
Co myśli facet i jakimi drogami wędrują jego uzasadnienia nie wiadomo, ale panna ma emocje na poziomie ośmiolatki i na poziomie ośmiolatki okazuje się jej moralność. Zobaczyła nową, bardzo satysfakcjonującą metodę na uniknięcie frustracji, rozładowanie złości i rzuca się na nią łapczywie, bezmyślnie i dziecinnie. Lakier kultury i wychowania miał na niej może pół mikrona grubości.

Nie wiem, czy by mnie to ruszyło, gdybym ostatnio nie spotykała różnych dziewcząt i kobiet, nudnych samych w sobie jak flaki z olejem, bez zainteresowań, bez pasji, bez celu w życiu, które od nawet przelotnie spotkanych mężczyzn "pożyczają" sobie zainteresowania i cele życiowe. Są przy tym w stanie usprawiedliwić wszystko (kłamstwo, złodziejstwo, narkomanię, pijaństwo, chorobę psychiczną) u partnera, nawet przelotnego, skoro ten partner bodaj na chwilę jest. 

Widać za Kanałem La Manche też ktoś ten fenomen dostrzegł.