wtorek, 28 maja 2013

Grzyby, gdzie tylko popatrzeć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


... i to niestety nie pieczarki, borowiki ani kurki, ale szara pleśń na suficie i popękana skóra na stopach.
Czarne kropki na suficie w łazience pojawiły się, gdy zmrożeni rachunkami za wodę postanowiliśmy zamiast kąpieli w wannie zażywać prysznica. Powściągnęłam pysk i nie powiedziałam tradycyjnej damskiej zwrotki "a nie mówiłam", bo 5 lat temu urządzając mieszkanie koniecznie chciałam mieć najmniejszą możliwie wannę. Taką, która nie pochłania hektolitrów wody i mogę się w niej zaprzeć nogami o przeciwległą ściankę i czytać  w odmętach gorącej kranówy opasłe powieści. Pan Mąż chciał wannę dostosowaną do długości jego nóg, żeby mógł się wylegiwać w odmętach rozciągnięty jak długi. Poparł go Pan Hrabia Od Remontów, bo przy dużej wannie nie trzeba było wznosić żadnych uzupełniających murków. Wymogłam jedynie instalację ekranu przy prysznicu. Skutek tego na dziś jest taki: nie mogę czytać w wannie (choć lubię), bo się podtapiam wraz z książką, rachunek za wodę z ostatniego roku wydobył z ust Pana Męża bluzg przeokropny (Kurrrr Ewa) a pod prysznicem czytać się nie da.
Sam prysznic jest OK, po wymianie kupionej w Obi plastikowej sztycy, na której prysznic wisi, na porządny produkt Orasa z niewielkiego, specjalistycznego sklepu słuchawkę daje się regulować, woda leci tam gdzie powinna i jest OK. Mnie toaleta w tych warunkach zabiera 3 do 4 minut. Natomiast Pan Mąż pod prysznicem może mieszkać. Para kłębi się w połowie mieszkania, skroplona woda cieknie po wszystkich łazienkowych ścianach, ręczniki nigdy nie wysychają a na suficie jest pleśń.
Zaraz idę ją zwalczać mopem nasączonym ACE. Kupiłabym bielinkę, bo tańsza, ale jako tańsza znikła z rynku. We wszystkich marketach, sklepach z gospodarstwem domowym i innych takich stoją szwadrony butelek z preparatami do zwalczania pleśni. Żaden do użytku domowego nie jest lepszy od innych, wszystkie zawierają to samo, czyli podchloryn wapnia, zwany dawniej prostacko chlorkiem. Sufity, silikonowe fugi potraktowane chlorkiem robią się wolne od grzyba.

Gorzej ze stopami, nie da się ich namoczyć w bielince. To znaczy da się, ale nie wiem, czy da się po takim zabiegu chodzić. A właściwie jeszcze inaczej, stopy ze złapanego na basenie grzyba da się wyleczyć w trzy tygodnie. Ale co zrobić z butami? Problem buta pojęłam, gdy w kilka miesięcy po ostatecznym zwycięstwie nad grzybem między palcami grzyb chyłkiem powrócił. Tym razem ja wzywałam Ewę Kurrr. Grzyb zadekował się w którychś butach. Kombinowany apteczny Butosept to ściema. 40 złotych za byle jakie zdezynfekowanie kilku par butów? Bez gwarancji powodzenia? Bo pomysł żegnania się na zawsze z kilkoma parami oryginalnych kowbojek, prawdziwymi Emu z baraniego futra, sztybletami, osiołkami i wszystkimi sandałkami to niedorzeczność. Jak ktoś ma tylko jedne buty, to też ich nie wyrzuci, bo w czym będzie chodził`?

Pani dermatolog poleciła mi zawieźć wszystkie buty do komory odgrzybiającej w Muzeum w Wilanowie. Uff, cena do ustalenia ale nie mniej niż 400 zł, a wedle cennika 3 400 zł i trwa to dobę.
Przeszukałam zasoby własnej pamięci i przypomniałam sobie o istnieniu a)  kwasu borowego, b) denaturatu. Zdobycie zwykłego kwasu borowego, sztandarowego, prostego, taniego i do niedawna powszechnie dostępnego środka antygrzybiczego nie jest takie proste. Pokoleniom leczył pleśniawki w postaci roztworu w glicerynie, ale już nie leczy. Ze względu na to że jest prosty, tani i skuteczny chyba komuś psuje interesy i został uznany za Straszną Truciznę. Ze wszystkich zwiedzonych stron internetowych dowiedziałam się że jest Straszną Trucizną, której Unia Europejska nie pozwala sprzedawać ani używać, ale nie dowiedziałam się ani co złego robi człowiekowi, ani jakie są objawy zatrucia ani też jakie są dowody na jego trucicielskie właściwości. Jakiegoś noworodka w USA zatruto nim ponoć na śmierć, ale podano go w takich ilościach, że zmarło by się dziecinie, gdyby ją takąż ilością soli kuchennej naszpikować. Ponoć kwas borowy łatwo się wchłania a trudno wydala. I to cała informacja.
Niesforne myśli poszybowały natychmiast w kierunku innych trucizn, których z tego powodu nikt z rynku nie wycofuje: ołów w benzynie rujnujący w doskonale znany sposób nasze systemy nerwowe na przykład. Albo płynna nikotyna: zabójcza już w niewielkiej ilości, od czasu wprowadzenia e-papierosów dostępna w każdej galerii handlowej za parę złotych. Chcesz wytruć rodzinę albo psa sąsiada? Nikotyna Ci to umożliwi, nawet trutki na szczury ścisłego zarachowania nie trzeba szukać. Nikotyny kupisz ile chcesz bez żadnych głupich pytań.
Zatem rozważywszy sobie to we własnym rozumie nabyłam torebeczkę kwasu borowego w aptece (jedną sprzedadzą jak się ubłaga) i wsypałam kwas do futrzanych butów.  Z drugiej torebeczki (z drugiej apteki bo wydają mimo błagań 1 woreczek na błagającą głowę) zrobiłam roztwór i wybełtałam nim pozostałe buty w środku. A potem jeszcze nabyłam za 5 zł denaturat niebarwiony i wszystkie buty dostały z niego płukankę. Nawet naturalnej skóry ten denaturay nie przebarwił. Buty tylko wietrzenia wymagały.
Grzybie, baj baj. 
A kto wierzy w boraks niech szybko kupuje, bo to ta sama Straszna Trucizna i też z obrotu wychodzi. Kilogram boraksu na gospodarstwo domowe starczy na 20 lat, warto się zaopatrzyć na zapas.

środa, 22 maja 2013

Szmata

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pewnie każdej z dziewczyn w pewnym wieku mamusia mówiła, żeby nie ubierać się jak dziwka, bo sobie biedy można napytać. Takimi samymi słowy zwrócił się kiedyś w Toronto do studentek pewien policjant prowadzący szkolenie w sprawie zapobiegania gwałtom. Sprawa stała się głośna, niefortunne sformułowanie gliniarza poszło w świat i zostało przetłumaczone na różne języki mniej lub bardziej zgrabnie. Angielskie słowo slut w polskiej wersji oficjalnej brzmi szmata. Powinno brzmieć kurwa.
Przecież właśnie nie po kurewsku mają się ubierać grzeczne dziewczynki, to wtedy im włos z głowy nie spadnie.
Niech dekolt nie będzie do pasa, spódnica niech się kończy przed kostkami, cycki niech luzem nie latają pod (albo i bez) bluzką to wszystko będzie cacy. Która się ubiera kuso i wyzywająco sama sobie winna: prowokowała, pewnie sama chciała, a może nawet zachęcała do rui i poróbstwa. Trzeba ją zatem nazwać po imieniu i wytykać palcami. Bo zgwałcili ją pewnie za karę.

Tyle tylko, że kobiety gwałcono nawet wtedy, gdy moda nakazywała im zakrywać wszystko poza twarzą i dłońmi. Albo i wtedy, gdy burką i czadorem zakryte są razem z twarzą.

Gwałt zależy jedynie od tego, co dzieje się w głowie gwałcącego. Nie ma siły, która przymusi gwałciciela do tego działania, jeśli sam tego nie chce.

Oczywiście dziewczyny ubrane kuso i wyzywająco oraz bywające w różnych szemranych miejscach i w szemranym towarzystwie narażone są na gwałt bardziej niż bywalczynie kółek różańcowych, ale to nie znaczy, że te drugie są przed gwałtem zabezpieczone. Niestety, ani porządne ubranie, ani dobre towarzystwo, ani nawet legalny małżeński związek przed tą nieprzyjemnością nie chronią. Skoro gwałt to odbycie stosunku seksualnego wbrew woli jednej strony, to wiele żon (i mężów) w cichości ducha przyzna, ze doświadczyło go wielokrotnie, bodaj dla spokoju w domu. Czy przygwałcana żona została zgwałcona, bo miała na sobie figlarną piżamkę? Flanelowa koszula uchroniłaby ją przed wydarzeniem? Nie, mąż chciał i wziął. Ot wszystko.

Marsz szmat miał pokazać, że nie wolno gwałcić nikogo, bo jest jakoś tam ubrany. Ani niemowlaka w pieluszce, ani dziecka, ani nastolatki,ani podfruwajki, ani nawet ślubnej własnej żony. I męża, chłopaka, kolegi też nie. Bo gwałcić nie wolno i kropka. I nie wolno zwalać winy za zdarzenie na ofiarę ani jej stygmatyzować.
Problem nie jest błahy, nie zawsze da się rozróżnić manipulantkę od ofiary, bywa że ofiarą jest wrobiony rzekomy gwałciciel, ale zwykle bywa odwrotnie. Dla sędziów, policjantów, prokuratorów i opinii publicznej winnym powinien być sprawca a nie ofiara. Przerzucanie na nią odpowiedzialności za (nie jej) karalny czyn jest hipokryzją na angielską skalę i dobrze jest o tym pamiętać.

Bo ubrani jesteśmy rozmaicie. Jedni bogato, inni biednie. Czasem śmiesznie i niestosownie. Ładnie albo brzydko. Bo wzory ubioru są coraz mętniejsze. Bo młode kobiety, cieszące się z tego, że są młode i ładne zawsze przyciągną wzrok. Bo nastolatki od jakichś pięćdziesięciu lat mają modę zupełnie różną od tego, co chcieliby widzieć rodzice. Tak już chodzi ten świat i nie jest to powód do tolerowania gwałtów na kimkolwiek.

Ja byłam grzeczna, raczej się ubierałam niż rozbierałam. Nie nauczyłam się nigdy epatowania rozmówców gołym kolankiem. Nie znosiłam spojrzeń oblechów ślizgających się po mojej skórze i dżinsy chyba mi do tyłka przyrosły. Pan mąż od prawie dwudziestu lat namawia mnie na nieco krótsze kiecki i już kilka nawet mam, ale jakoś za nimi nie przepadam. Nie znaczy to jednak, że podzielam pogląd pani profesor posłanki Krystyny Pawłowicz, która śmiało oświadcza:

Wychodzenie na golasa, w ogóle bez gaci, bez stanika, jest formą przyczynienia się (do gwałtu). Te baby same się reklamowały. Po prostu szmaty - powiedziała Pawłowicz. - Szmaty zachowały się jak szmaty i niech szmaty walczą w taki sposób

Niebywałe jest, że profesor prawa pozwala sobie na takie wypowiedzi. Zapomniała prawa rzymskiego? Nie wie, że prawo obowiązuje wszystkich i ciuchy nie mają tu nic do rzeczy? Taką głupią wypowiedź, nie pierwszą zresztą padającą z ust tej pani tłumaczy jedynie zaawansowana skleroza albo innego pochodzenia utrata władz umysłowych.

Niech się wypowiedzą specjaliści, bo ja jestem bezradna.
Przypomina mi się skaczący po sejmie poseł Gabriel Janowski o którym słuch ostatnio zaginął:

http://www.youtube.com/watch?v=96Qt76NmK7E



sobota, 18 maja 2013

Majowe zabawy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Maj jest tak piękny, że nie wiadomo na co patrzeć. Wszystko pachnie niebiańsko, kwitnie i zieleń jeszcze nie zrobiła się na każdym krzaku taka sama. Na straganach można kupić łamany bez i nielegalnie zbierane po okolicznych lasach konwalie. No i jak tego nie narysować?
Po prawdzie bzu w okolicy jest tyle, ze się bez kupowania obywa. ten jest własnego chowu.
Pierwsze koty za płoty:


 Ten ukradłam na parkingu i wisiał komuś za płotem. Ale kolejna próba już nie straszy:



A z pudełka wołały akwarele. Tak wychodzi akwarela jak się na nią nie przestawić.
Widać, że akwarela nie jest kredką, niestety (czy ja to powinnam pokazywać światu?):



Dziś przyniosłam pachnące nie z tej ziemi konwalie.  I zaskoczyła, co najważniejsze, głowa. Bo przy tym trzeba trochę poplanować. I akwarela tym razem współpracowała:



Prowadzę również bogate życie ogrodnicze, ku własnej zgrozie. Mama miała rację, żeby z ogródka coś sensownego wykrzesać trzeba z nim trochę powspółżyć. I ogródek powie czego można oczekiwać. Mój ogródek przede wszystkim nie da się obsiać trawą. Tyle trawy co w niego wsiałam, to już by stadion narodowy pokryło. Ale czy bluszcze muszą rosnąć pionowo? Zdjęłam bluszcz ze ściany i niech się płoży i zarasta:



Na festynie SGGW kupiłam rododendrony i azalię, które zastąpiły biedactwo zdychające pod świerkiem, dałam nawozu i w poniedziałek idę szukać siarczanu amonu. One to ponoć lubią.



Na tymże festynie nabyłam również kilka dąbrówek i żurawki - ceny są nieporównywalne z żadnym marketem - połowę taniej albo i lepiej.  Ursynów to okolica raczej balkonowa i mieszkańcy szukają kwitnących rozsad. Mało kto szuka niepozornych, ale za to znoszących wszystko bylin. Student, który to sprzedawał z radości, że ktoś w końcu do niego podszedł wybrał mi najbardziej okazałe sztuki. Ale żeby zakryć ponad dwieście metrów gołej gleby trzeba duuuużo dąbrówki. Zatem uzbrojona w łopatkę i pojemnik od truskawek będę kradła te dąbrówki i żurawki gdzie się tylko da! Niestety, nie będę miała ogrodu francuskiego, ani też ogródka z floksami, daliami i nasturcją - nie da się. Ale może funkie, dąbrówki, żurawki, bluszcze, barwinek i masa fiołków też się sprawdzą. Bo dla wymagających kwitnącej, kolorowej obfitości są tarasy.


niedziela, 12 maja 2013

Pan profesor

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wczoraj senat uczelni Pana Męża zadecydował, że od pierwszego października Pan Mąż będzie piastował stanowisko profesora. Zatem ja zostanę w miejsce pani doktorowej panią profesorową. Dla uczczenia tej miłej wiadomości wykonałam dla Pana Męża bezę z bitą śmietaną i truskawkami. To zielone, to mięta z ogródka. Mięta rośnie bardzo szybko.




Bezę należy upiec samemu. Kupne bezy ostatnio są chyba robione z gipsu. Złą stroną tego deseru jest fakt, że nawet jak ma 80 cm średnicy, to i tak jest za mały. Nie umiem zrobić tego dla więcej niż czterech osób, próbowałam, ale nie jestem w stanie. Jedzący nie mają dość.
Taka miękka w środku beza źle znosi przechowywanie. Oblana śmietaną bezpośrednio po upieczeniu przemaka błyskawicznie. Kilka godzin odpoczynku między pieczeniem a ozdabianiem i jedzeniem daje jej właściwą spoistość. Natomiast przechowywana bez śmietany na drugi dzień jest suchym, gipsowym paskudztwem.

piątek, 10 maja 2013

Już tęsknię za zimą

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W zimie są krótkie dni, jest niby smutno, ponuro, pada podły śnieg, zima była bardzo długa i chciało się zielonego. 
W nagrodę za te niedogodności zimą stawy nie bolą. 
A jak się robi ciepło, albo gwałtownie bardzo ciepło - tak jak dziś - to zwichnięty siedem lat temu staw skokowy robi ze mnie jednonogą bandytkę. Przeklinają mnie kierowcy, bo ulicę przechodzę przez dwie zmiany świateł, przeklinają mnie rowerzyści i Pan Mąż. Zakupów nie zrobię, nie sprzątnę, bo z jedną nogą się nie da. Płaczę i przeklinam na siedząco.
Przypomina mi się natychmiast, że o ciepłych krajach i południowych morzach sobie mogę jedynie pomarzyć i na obrazku obejrzeć. Bo w zimnym Bałtyku noga odzyskuje zimową sprawność, a w upalne dni bez morskiej kąpieli nie nadaje się do użytku.
Dziś wróciłam do podarowanej mi w zeszłym roku przez teściową laski. Tak! Do laski. Lepiej pionowo z laską niż jeździć po podłodze na tyłku odpychając się drugą nogą. Komputerowy fotel na kółkach zapewnia mi wolność poruszania się jedynie w moim pokoju, przez drzwi łatwo się nim nie przeprawię. 
A spróbujcie wybiegać teriera na jednej nodze - nie da się. 
To zresztą Kretka we własnej osobie zapewniła mi atrakcje ze stawem skokowym. Wpadłam będąc na koturnie w wykopany przez nią w trawniku dołek. Oczywiście na wakacjach. A zatem oczywiście nie byłam u żadnego lekarza ze świeżym zwichnięciem ( i jak widać na aktualnym USG z zerwaną torebką stawową i ponadrywanymi ścięgnami, które obecnie są już mocno zwapniałe), bo nie było wtedy ani wylewu, ani specjalnego obrzęku, kilka dni pobolało i przestało. Aż do zeszłego roku...
Co ciekawe rankiem mogę z kijami kilka kilometrów bezboleśnie pokonać. A potem kicha, czołganie się albo laska. Rozbestwiony Pan Mąż dziwi się, że żądam podwózki samochodem na bazarek.
Za ten dołek w trawniku zapłacę bywaniem dożywotnio jedynie nad zimnym morzem i nienawiścią do pierwszych upalnych dni.
W zimie nie kwitnie ta cholerna roślina, na którą według testów alergicznych nie jestem uczulona ani trochę. A to, że oczy mam ochotę wyjąć sobie z głowy i podrapać od środka, do nosa i tchawicy wsadzić szczotkę do butelki i w końcu dobrać się do swędzących miejsc to niespecyficzna reakcja alergiczna.
Zatem do codziennej sporej kupki tabletek na recepty od rozmaitych specjalistów doszedł Xyzal, Dicloreum poparte Prazolem i zwykły Ibuprofen od czego niechybnie dostanę sraczki na dziesiąty zagon.

Misi zablokowała się żuchwa, nie może otworzyć ust. Ma skierowanie do szpitala na chirurgię szczękową. Jakaś chrząstka zmieniła położenie w stawie skroniowo-żuchwowym. 
Alicja ze zgrozą usłyszała, co miał jej do powiedzenia okulista w zakładzie optycznym dobierający okulary. Wziął ją w obroty i trzymał w gabinecie 2 godziny. Coś o wylewie była mowa. I o odklejaniu się siatkówki.  Niestety okulista na NFZ przysługuje jej dopiero 4. lipca. A dopiero potem zlecone przez niego badania. Może dożyjemy.

Aby do zimy!

wtorek, 7 maja 2013

Ginny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
 Poszukując letniego żakietu doznałam wielu upokorzeń. Rozmiarówka w powszechnie znanych sklepach mnie u góry nie ogarnia i jeśli nawet mieszczą mi się w żakiecie ramiona, to już ani cycki, ani brzuszysko niestety nie. Jedynie M&S robi takie rozmiary, ale z poliestru. Nie wyobrażam sobie noszenia poliestrowego żakietu w lecie. W zimie jakoś można się od niego odizolować, ale latem? Smród, klejąca skóra i obrzydliwość. W Peek&Cloppenburg są owszem na mnie żakiety, w Hexeline i Royal Collection też są ale Pan Mąż widząc ceny syczy i się krzywi. Szyć mi się zdecydowanie nie chce. Lalkom to lalkom, sobie - nie.

Awansowałam rozmiarowo na babę w swetrze. Sweter sobie dowolnej wielkości mogę wykonać. I wszystko się w nim mieści.
Tym razem osiem kłębków felted tweedu od Rowana przerobiłam na Ginny projektu słynnej Km H.
Zmieniłam rękawy z ogromnych, napompowanych, baloniastych na zwykle i proste. Guziki od jakiegoś lumpkowego ciucha nabytego dla tychże właśnie guzików.
Zapewniam, że sweter jest naprawdę duży a felted tweed jest bardzo wydajną włóczką.


Fajne myki są w tym projekcie. Po pierwsze wszystkie ściegi są proste nadzwyczajnie. Można dziergać i gapić się na film. Po drugie przy plisach przodu zebrane są aby po cztery oczka. Dało to prostą i elegancką linię plis. Resztę oczek potrzebnych dla wyrobienia dekoltu zebrałam pod tym pasiastym karczkiem robiąc dziesięć razy k2tog (dwa razem na prawo) co pięknie zebrało 20 oczek przodu i dało miejsce na moje dumne 80 E.
Osiągnęłam już taką wprawę w dzierganiu ściegiem pończoszniczym, że ręce na autopilocie same wiedzą jak robić równo rzędy prawe i lewe. Dzianina wygląda jak maszynowa. Żadnych grządek po lewej stronie!


A podczas gdy ja fotografuję Ginny panie wymęczone spacerem oddają się sjeście po śniadaniu. Wraz z koleżanką rozpoczynamy ostatnio dzień od kilku kilometrów z kijami do Nordic Walking. Ona przed pracą, ja przed moimi obligatoryjnymi zajęciami. Dawno tak wcześnie nie wstawałam, dzień się sporo wydłużył. Psy są zdumione, trzeba mocno namachać się łapami, żeby dogonić zwykle dość powolną pańcię. Muszka, amator buszowania po krzakach i stworzenie samożywne nawet była dość obrażona. Ale dała z siebie ... sporo. Kretka straciła pierwszy kilogram z nakazanych do zgubienia czterech. Już jej brzuch nie wisi poniżej kolan i nabrała gracji w ruchach.

środa, 1 maja 2013

Po wielkim nieszczęściu chmury się przecierają

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nuka, kochana suka Ewci poszła na Tęczowy Most. W rodzinie zapanowało nieszczęście i czarna rozpacz. Nusia wychowała obie córki Ewci, była dobrym i kochanym psem. Bez psa, a właściwie bez suki, dużej, dobrej Onki, Ewcia żyć nie umie. Ani mąż Ewci, ani jej dzieci.
Po długim poszukiwaniu szczenię się znalazło w Warszawie. Wsiadła zatem  Ewcia w pociąg dziś o czwartej rano i do mnie przyjechała. Razem pojechałyśmy po panienkę Lunę.

Najpierw trzeba było pogadać z rodzicami panienki. Ewcia umie rozmawiać z takimi stworami.




Potem trzeba się było osobiście zapoznać. Tata patrzy, czy nic złego się nie dzieje.




mama dała jeszcze ostatni raz pocmoktać cyca.




A potem rodzice pożegnali dziecko.




W samochodzie dziecko trochę płakało, ale Ewcia powoli się zakochuje. Szepcze w malutkie ucho uspokajające zaklęcia.



 U mnie w domu maluch wybrał sobie kąt pod nogami kucharki (czy jutro mam się rzucać do pucowania tych szafek i starej zmywarki?)




A potem pojadł, popił i zasnął na Panu Mężu. Wszystkie psie dzieci lubią na nim spać.



A potem w takiej oto torbie pojechał pociągiem do domu. Już chyba dojeżdża!



Ewciu, Luno, życzę wam obu wielu lat razem w szczęściu i zdrowiu!