czwartek, 20 czerwca 2013

Wydolność umysłowa...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

... wraz z pojawieniem się słońca wzrosła mi nadzwyczajnie. Latami całymi się tak dobrze w głowie nie czułam. Już myślałam, że takie samopoczucie nigdy mi się więcej nie przydarzy. Zanotuję tu dla pamięci, że jest, zdarza się i trzeba korzystać póki nie minie.

Wczoraj jeszcze przy porannej kawie oglądałam sobie jakieś dziergadła na cudzych stronach. I wpadł mi w oko wzór ażurowy na niemowlęcy kocyk. Kocyka robić nie mam dla kogo, ale dwa motki różowego jak fuksja Malabrigo Lace dało by się na szalik przerobić bardzo miły. Cena wzoru: 6$.
Zatem wzięłam kartkę w kratkę i...



Proszę bardzo, nie tylko dał się wzorek narysować ze zdjęcia gotowego wyrobu, to jeszcze próbka wyszła całkiem składnie. Jestem z siebie strasznie dumna, bo to się udało pierwszy raz. I już wiem praktycznie, po co się dolicza te dodatkowe oczka we wzorze. Tu raport wynosi 20 oczek, ale przed brzegiem z lewej strony jedno trzeba dla symetrii dołożyć.

Czytam niby cały czas przynajmniej 3 książki tygodniowo, ale od bardzo dawna nie zatęskniłam za własnymi, kochanymi, od dawna znanymi pozycjami. Ot, karmiłam się jakimiś kryminałkami. Teraz wróciłam do Kinga, powieść w dwa dni przerabiam i uciechę mam wielką. Napawam się, smakuję język, kombinuję skąd się co bierze w tych powieściach ( a jest o czym myśleć, moja ulubiona Shirley Jackson zdecydowanie jest i jego ulubioną pisarką - i to nie tylko z powodu opowiadanych historii, ale głównie dla sposobu opowieści)
Na biurku rośnie stos wyciąganych z pólek i przynoszonych z biblioteki książek do natychmiastowego przeczytania.


Cryptonomicon, który jest powieścią hipnotyczną już mnie trzyma w pazurach i potrzyma przez ponad 600 stron. Pan Mąż, który wczoraj z kompletnie nieprzytomną twarzą dobrnął do ostatniej z ponad tysiąca strony 2666 Bolano twierdzi, że to dopiero jest powieść.
I pad sprawdza się dla mnie jedynie jako czytnik książek. Ostatnio angielski w formie pisanej jest już prawie całkiem zrozumiały nie tylko jako język powieści popularnych, ale jak wiadomo prawie czyni różnicę. Funkcja słownika dostępna na miejscu po dotknięciu słowa paluchem na ekranie jest boska. No i boska jest możliwość czytania pod kołdrą albo po ciemku.
Jak widać czytnik zapakowany jest już powieściami na wakacje, najwięcej sobie obiecuję po nietłumaczonych na polski opowiadaniach wspomnianej Shirley Jackson. Zamiast walizki papieru nad morze pojedzie I pad i ładowarka.

Przy okazji bobrowania po półkach znalazła się od dawna tropiona, bo już od wielu lat nie czytana i zagubiona pomiędzy innymi tomami powieść Nienackiego Raz W Roku W Skiroławkach. Mamy tej powieści dwa dwutomowe komplety, bo często czytywaliśmy dzieło oboje na raz i każde miało własny egzemplarz. Ale oba się schowały tak skutecznie, że ni diabła znaleźć ich nie mogliśmy. Oba się ujawniły. Ujawnił się także bardzo nieprzyzwoity zbiór 750 X Gra Półsłówek. Kupiłam to kiedyś zachwycona, bo jestem amatorką tej akurat gry. Książeczka oddała mi wiele usług pedagogicznych. Poddani moim wychowawczym działaniom dorastający chłopcy zamiast potwornie kląć za pomocą jedynie trzech wyrazów przestawiali grzecznie sylaby dla osiągnięcia komicznego efektu. Biegiem rozwijało im się poczucie humoru, słownictwo i ogólne obycie. I dorosły człowiek mógł w ich towarzystwie bez rumieńca nieustannego przebywać.
Otóż ta właśnie książeczka, cieniutka i żółta, chowa się na półce szczególnie łatwo. Przez kilka ostatnich lat wcale jej nie widywałam, choć powinna stać między Jonathanem Carollem a Mannem.
Tym razem odnalazłszy ją przestawiam tomik na półkę z poezją między Barańczaka a Szymborską. Powodem jest fakt, że jedynie oni mogliby coś podobnego napisać. Jedynie oni publikowali tego typu słowne zabawy i robili to z talentem. 
Pan Mąż twierdzi z przekonaniem, że to dzieło Szymborskiej wydane pod pseudonimem (praca zbiorowa pod redakcją mgr Zyty Pielonej) o czym czytał w jakimś mądrym periodyku. Teraz Nobel literacki uzasadnia obecność tego dzieła w mojej bibliotece.
Czy macie świadomość jak pięknie maluje Guenter Grass? W 2002 roku wydano po Polsku jego zbiór wierszy ilustrowanych akwarelami. Rzeczy Znalezione to książka dla nieumiejących (jeszcze) czytać. Na szczęście ktoś na Allegro miał do sprzedania jeden egzemplarz. Ponad 100 akwarel i wierszy za 20 złotych!



A wczoraj za pomocą motyki wykopałam w stwardniałym już na kamień ogródku 120 dołków i posadziłam 120 sadzonek kopytnika, który na szczęście dotarł do mnie w doskonałym stanie. Sprzedający roślinę na Allegro doskonale ją zapakował, paczkarz nie udawał, że mnie nie było w domu i dostarczył przesyłkę nim w upale, w pocztowej poczekalni z kopytnika zrobiła się gotowana, roślinna miazga.

Czytać? Podlewać? Dziergać?



poniedziałek, 17 czerwca 2013

Lalka z klamerki do bielizny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O takich lalkach tylko czytałam u Shirley Jackson. W "Poskramianiu Demonów". 
Dziewczynki z biednych rodzin mogły mieć całe stada lalek zrobionych takim sposobem.
Nikt w lumpeksie nie wiedział, czym jest stary, brudny kawałek szmatki i drewienka, bo prymitywna buzia niemal ze starości się zatarła.
Drewniana klamerka do bielizny - model w Polsce niedostępny, dawne drewniane klamerki nie miały okrągłego łebka - wraz z kawałkiem miękkiego drutu i jakiejkolwiek szmatki potrafiła się zamienić w bardzo szykowną laleczkę w rozmiarze akurat do domku dla lalek.
Za zdobycz dałam dla porządku 10 groszy.
Nie upiorę brudasa, bo do prania trzeba by go całkiem rozkadłubić. Mogłabym nie dać rady poskładać go znów do kupy. Nie śmierdzi, zatem taki już zostanie.




Ta laleczka ma śliczną suknię z haftu angielskiego, takież majtasy i fioletową szarfę ze wstążeczki.
Buty i buzia są namalowane, fryzura też. Jeśli wierzyć Shirley Jackson odpowiednio zręczna osoba mogła wykonać taka lalkę w peruce i kapeluszu, panowie miewali fraki, cylindry a damy krynoliny i pełną garderobę.
Ależ łup znalazłam.
A przy okazji, kto pożyczył ode mnie wspomnianą książkę niech oddaje czym prędzej.
Dawno nie czytałam!

niedziela, 16 czerwca 2013

Z psiego świata

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mając w domu dwa psy trzeba ostrożnie z nimi postępować. Muszka jest u nas prawie trzy lata. Dała się poznać jako wielka miłośniczka kanapy i umiarkowana wielbicielka długich spacerów.
Jest zdania, że w domu to właśnie ona sprawuje funkcję policjanta i stróża.
Kretka realizuje się bardziej poza domem. To ona kocha biegać, zwiedzać, skakać, pływać i prowadzić życie trawnikowe.
Dotychczas było jasne, jaka jest hierarchia. Ludzi psy słuchają, po ludziach jest Kretka a na końcu Muszka.
No i ostatnio Kretusia pozwoliła sobie być mniej posłuszna. A to udawała, że nie słyszy wołania na spacerze i bawiła się ze studentami ignorując mnie całkowicie, a to ciągnęła na smyczy jak koń. Ot takie drobne psie nieposłuszeństwo, typowe dla teriera ignorowanie poleceń, które się nie podobają.
Tyle, że trochę się tego uzbierało. Zatem postanowiłam interweniować. Pies ma bardzo krótki kodeks honorowy i jasne zasady dobrego wychowania: szef pierwszy wchodzi przez drzwi, szef pierwszy je, szef wybiera sobie miejsce do siedzenia/leżenia. Szefa się na smyczy nie ciągnie. Jeżeli sprytnym sposobem wymusi się na psie realizację powyższych zasad, pies robi się grzeczny jak anioł i sam wie, co ma robić. Trzeba niestety robić to na raz. Kilka powtórek każdej lekcji zwykle wystarcza, jeśli stworzenie tylko chwilowo bryka.
Pierwsza lekcja była w drzwiach: otwieram drzwi i Kretka już cała gotowa pcha się pierwsza do wyjścia. Natychmiast przymknęłam drzwi i pies się musiał wycofać. Drugi raz nie trzeba było tego powtarzać. Oba psy czekają aż wejdę do domu / wyjdę z domu i idą grzecznie za mną. Zmieniła się jednak kolejność. Teraz za mną sprytnie wślizguje się Muszka, a Kretka wchodzi trzecia. KIlka razy zgoniłam sukę z mojego miejsca na kanapie, kilka razy się wtryniłam na jej posłanie (szef śpi gdzie chce i nikt mu tam nie przeszkadza - ona na moim posłaniu bywa, ja u niej nie - to kto jest ważniejszy? he he)
Jak zmusić urwańca od piekła do nie wyrywania się do przodu na smyczy? Bardzo prosto. Smycz trzyma się w połowie długości. Do jednego końca przypięty jest pies, a drugim końcem kręcimy kółka w powietrzu. Jeżeli pies wyrywa się do przodu wolny koniec smyczy uderza go w pysk. I zwierzak już za drugim obrotem wie o co chodzi. 
Jaka ulga, nikt mnie nie ciągnie po schodach, po chodniku ani przez krzaki! Natomiast pozycja Kretki wobec Muszki bardzo spadła. Ostatnia kłótnia pań o piłeczkę skończyła się dziurą w nosie i języku u Kretusi. Muszka wprawdzie jak zwykle przyjęła połajankę na plecach ale nie piszczała żałośnie i się odgryzła. Na to nic nie mogę poradzić, muszą się suki same ze sobą ułożyć.
Obserwując je uważnie pod kątem zachowań hierarchicznych widzę, kiedy Kretka gorzej się czuje. Ona wprawdzie nie narzeka na głos, ale ustępuje wtedy Muszce we wszystkim. Kiedy Muszka pierwsza idzie jeść, znak, że Kretce potrzebna tabletka przeciwbólowa.

A swoją drogą to niesprawiedliwe, dopiero się szczeniak bawił na dywanie, uczył wszystkiego i nas rozśmieszał, a tu już starcze schorzenia i dostojny tytuł babci przysługuje. Pestka tego tytułu zaczęła używać w ósmej wiośnie życia, czyli akurat na to pora...

Wieści z ogródka: dąbrówka się przyjęła, bluszcz rusza, ten w wazoniku zwleka z ukorzenieniem się. 
Rucianko, zamówiłam 100 sadzonek kopytnika, dam mu tyle dolomitu ile zechce. Lepszy kopytnik niż klepisko.
Tylko tak sobie myślę, jak z dąbrówki, kopytnika i bluszczu wygrabić jesienią liście z jarzębin, brzóz, lip, dębów i jesionów?


wtorek, 11 czerwca 2013

Hurtownia z Lennonami

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

I Pan Mąż i ja mamy na punkcie Lennona bzika.
Dawno, dawno temu, jeszcze za szkolnych czasów, namalowałam sobie na spranym, starym, czarnym podkoszulku autoportret Lennona z Imagine. Farba do tkanin w tubce, na dodatek fluorescencyjna była wtedy wielką nowością. Ów podkoszulek długo był  moją najwytworniejszą sztuką odzieży letniej. Szczególnie w świetle flesza rysunek był doskonale widoczny.
Pan Mąż widząc go, oszalał z zazdrości, ale się z tym przez 18 lat nie zdradzał. Niedawno się zdradził. Dowiedział się wtedy, że farby tego rodzaju są dostępne na rynku. Zatem zakupił farby.
Zamiast wręczyć mi po prostu sztuki do malowania co jakiś czas tylko napomykał o podkoszulkach z Lennonami.
W końcu dostarczył mi surowiec do malowania i oto rezultat dzisiejszego przedpołudnia.



Podkoszulki schną sobie teraz w gabinecie. Jak wyschną, zostaną uprasowane a farba tym samym utrwalona. Pranie w pralce na 30 stopni nic malunkom nie zaszkodzi. Pan Mąż nie wykonuje ciężkich robót fizycznych i pranie koszulek w taki sposób najzupełniej im wystarczy.

Na ciemnych kolorach rysunek trzeba wykonać pewną ręką z głowy. Na jasnej, cienkiej tkaninie można się posłużyć wzorem: podłożyć rysunek - matkę pod tkaninę i go przekalkować. Tak właśnie powstała kopia na jasnej koszulce w prawym dolnym rogu zdjęcia. Farbę wyciśniętą wprost z tubki dobrze jest pędzlem przytulić do tkaniny. Bywało już tak, że wyschnięty akrylowy bobek nie połączył się dobrze z podłożem i w praniu się urwał.
Będzie lato z Lennonem!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Fotospam dąbrówkowy i dziergalny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Postanowiłam jednak pokazać czytelnikom z czym mam do czynienia w moim ogródeczku, bo to chyba nie jest całkiem jasne. Ogródek w kształcie wąskiego i długiego trójkąta wokoło obsadzony jest gęsto drzewami. Wewnątrz tego trójkąta też rośnie niemal las. Dzięki temu nie widać z ulicy nas, a my niemal nie słyszymy ulicy. Niestety, taka ciemna gęstwina nie nadaje się na uprawy angielskich trawników.



Na zdjęciu widać już posadzoną dąbrówkę. Ale widać również posiadaczki małych łapek, które robią co mogą, żeby za wiele na tym klepisku nie urosło.


Oto testowy krzaczek dąbrówki posadzony w zeszłe lato. Przetrwał zimę i się rozkrzewił. Znaczy, roślina sobie tu poradzi.



Bluszcz z pionowej pozycji przechodzi na poziomą. Konwalie owszem liście mają, ale kwitnąć nie chcą. Grubsze źdźbła trawy są zeszłoroczne, cienki szczypiorek to trawka tegoroczna. Terenu pod trawę nie da się ani skopać (korzenie, miliony korzeni), ani wyrównać (glina kleista i ciężka).



Tu nie chce rosnąć żadna trawa, tylko mech. Bluszcz chyba się przyjmuje bo nie pożółkł.



A tu widać czemu dąbrówka jest rozłogowa. Ten, posadzony w maju krzaczek już ma wąsa z dziećmi. Niech zarasta ile chce.



Jedyne moje udane nasadzenie. Funkie posadzone w pierwszym roku mają się dobrze, zatem jeszcze kilka ich dokupiłam.



Ciemiernik, truskawki - dzikusy, dąbrówka i fiołki. Na tym kawałku wylegują się w słoneczne przedpołudnia psy. Taki mały, miękki piesek potrafi plecami wszystko wygnieść do gołej gleby.



W wazonie na parapecie siedzą bluszczowe gałązki, które po ukorzenieniu dosadzę między dąbrówkami. Bluszcz będzie zielony przez cały rok a zimą ten teren jest lepiej oświetlony z powodu braku liści na jarzębinach, jesionach, brzozach i dębach...



To coś, co płoży się wokół bajorka posadziła jeszcze mama. I dobrze zrobiła, to jest wytrzymalsze od trawy, choć wymaga sporo czasu wiosną do zazielenienia się. Lilia wodna jakimś cudem przeżyła w bajorku. Niestety, skrętnica też przeżyła. Łowię ją co kilka dni łyżką cedzakową. Tych głazów nie kupiłam. Takie wielkie, granitowe otoczaki wykopuję za każdym razem, gdy głębiej zatopię widły w ziemi. Jest ich już całkiem sporo. Po takich wykopkach robią się w ziemi kolejne nierówności a oczko jakby się zapada na jedną stronę.



Biedne irysy nigdy nie zakwitły, bo za ciemno im. Niecierpki namokłe jak gąbki siedzą w donicy, żeby osiem małych łapek na miazgę ich nie przerobiło. Lawenda i gerbera nie narzekają.



A na miętę w donicy można liczyć co roku.

Teraz z innej beczki. Dawno, dawno temu dopadłam w lumpeksie cztery motki czerwonej norweskiej wełny. Metka oznajmiała, że 50 gr. ma 175 metrów i należy ją przerabiać na drutach 2,5. Wełna 100%, ze znakiem woolmarku, nadająca się do prania w pralce, miękka i bardzo miła w dotyku, na wyroby dziecięce. W ilości akurat na sweter  dla trzylatka. 
Kiedy we wszystkich sklepach odzieżowych ten właśnie kolor pojawił się jako hit zaczęłam nad nim dumać. Jak rozmnożyć cztery motki, żeby objąć dzianiną mnie w całej mojej obfitości?
Zmienić druty na 5, nie planować rękawów i zastosować sprytny ścieg!
Co do ściegu oświeciła mnie koleżanka na Szarotkach. Coś, co po polsku się nie nazywa, a po angielsku zwane jest faggoting.
I się udało.



Trzy motki wyszły na korpus z rękawkami robiony rzecz jasna raglanem od góry.  Czwarty motek posłużył do obszydełkowania frontu i dekoltu, bo dzianina zrobiona tym ściegiem ciągnie się jak guma do żucia i trzeba ją było tu i ówdzie jednak ująć w karby za pomocą szydełka nr 4 oraz 2,5. Szydełko pożera włóczkę niebywale szybko.
Po zblokowaniu wyrób obejmuje mnie całkowicie. Rozważam doszycie guzików, bo pętelki przytomnie wykonałam.


Trudno to nazwać swetrem, ale kolor jest boski i przyda się latem jako wierzchnia warstwa na topki bez rękawów. I nieco mnie miejmy nadzieję ukryje.
A oto ścieg: 
liczba oczek podzielna przez 4. 
Rzędy na prawej i lewej stronie wykonuje się identycznie:
2 razem na prawo, narzut, 2 o. prawe.

Zmiatam do ogródka rozsypać dolomit przed jutrzejszym deszczem.

środa, 5 czerwca 2013

Zamiast siać cieniutką trawkę...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

... sadź dąbrówkę i żurawkę!
Kilka postów temu opisałam moje plany ogrodnicze. Planowałam mianowicie kraść z parków, nieużytków i dzikich grobli, uzbrojona w łopatkę rozmiaru takiej do piasku dla przedszkolaka oraz w pojemnik po truskawkach byliny nadające się do mojego glinianego i ciemnego ogródeczka.
Nijaka kradzież nie będzie już potrzebna.
Jedna z cichych czytelniczek tego bloga zaproponowała mi swoją bardzo rozrośniętą dąbrówkę rozłogową. Twierdziła, że rośliny musi się pozbyć i albo ją zabierzemy, albo ona ją za płot wyrzuci.
Zapakowaliśmy się zatem do autka i pojechaliśmy na szaber dąbrówki.
Faktycznie, w bardzo starannie urządzonym ogrodzie dąbrówka rozhulała się że hej. W moim mniemaniu byłam doskonale wyposażona do tego szabru: plastikowa skrzynia, szerokie doniczki, niebieska torba z IKEA i saperka powinny starczyć. Nie doceniłam dąbrówki rosnącej na ogrodniczej, żyznej ziemi na dobrze oświetlonej rabacie.
Gospodyni szpadlem kopała ogromne karpy rośliny i pakowała je do pudeł, doniczek i skrzynki. Bo dostaliśmy jeszcze dwa przeogromne pudła w celach transportowych. Dąbrówki do zabrania było o wiele więcej niż mogła pomieścić torba z IKEA i plastikowa skrzynka.
Ofiarodawczyni jestem bardzo, bardzo wdzięczna.
Cały ranek i przedpołudnie sadziłam dziś roślinę w ogródku.  Po ostatnich deszczach moja glina daje się skopać - po dwóch tygodniach bez deszczu trzeba by ją było kruszyć wiertarką.
Gdybym chciała tę dąbrówkę kupić nawet po cenie dumpingowej SGGW, to pewnie kredyt trzeba by było wziąć. Od furteczki do tarasu obsadziłam ogródek równo. Zatem teraz będzie tak: dąbrówka i bluszcz mają się krzewić i zarastać grunt, gdzieniegdzie są dorodne funkie, na środku rododendrony i żurawki, a bokami fiołki i barwinek. Bo fiołki bardzo się w tym roku rozsiały a barwinek po zeszłorocznym konaniu najwyraźniej odżył.
Koniec martwienia się o trawę.
A teraz ja się rozłożę, bodaj na godzinę, bo nie nawykły do ogrodniczych działań kręgosłup lędźwiowy daje mi popalić.
Zdjęcia zamieszczę jak się już roślinność przyjmie.

A swoją drogą takich skutków pisania bloga się nie spodziewałam. :-)))