poniedziałek, 29 lipca 2013

Się maluje

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Pewnie przez rok wyszywania nie wyszyłabym tyle, co przez kilka dni malowania.
To bardzo pożyteczne zajęcie.
Przede wszystkim coraz lepiej znam moje pudełko farb i własne pędzelki.
Miałam rację wyśmiewając do rozpuku cyfrowo przetwarzane wzory do haftu tego obrazka z setką kolorów nici. Na lewym brzegu próbowałam jakimi kolorami to malować. Na pozostałych brzegach sprawa już była jasna: dwa błękity (indygo i błękit pruski) dwie czerwienie (sjena palona i kraplak), dwie żółcie: żółta ochra i ugier jasny. A do tego sepia, umbra palona i to chyba wszystko. Nawet czysty, żółty kolor, którym z rozpędu namalowałam środki kwiatków na drzewie jest za jaskrawy.
To raczej przymiarka do kopii niż docelowy obrazek: papier nie jest papierem do akwareli i nie lubi poprawek, drobnica wzornicza w panelu środkowym jest w tym formacie (A2) nie do namalowania przeze mnie. Muszę nabrać wprawy w malowaniu tła po kawałku. Kontury kwiatów i liści nie wychodzą dobrze. Ale popracujemy, popracujemy. W Formacie A1 będzie dużo łatwiej.
Dziś sobie mogłam pozwolić na malowanie, jest taki upał, że wyjście z chłodnego mieszkania na żar na zewnątrz jest jakimś nieporozumieniem. Zasunęłam białe zasłony, zamknęłam balkony, zostawiłam żar na zewnątrz i się pobawiłam!


wtorek, 23 lipca 2013

Ogrodowy haft

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Przepadam za wzornictwem Williama Morrisa. Jego projekty wracają do mnie co jakiś czas jak bumerang. Pierwszą rzeczą, jaką kupiłam za pomocą karty kredytowej był wzór na krzyżykowa wersję Garden of Delight z H&AD. Na starym blogu nawet tę transakcję szczegółowo opisałam, bo była z przygodami
Wykonałam jedną z 42 plansz tego smoka i mi się nie podoba.
Wykonałam jedną z 36 plansz w wersji Golden Kite i też mi się nie podobają. Wersja z H&ED jest może lepsza, ale nudne to w robocie strasznie. I wszystkie ciekawe detale gubią się w pikselozie pojedynczych krzyżyków. Nie ma poza tym sposobu, żebym wykonała taką kobyłę krzyżykami. Oczy nie te i cierpliwość zdecydowanie nie ta. Morris to Morris i swoje wymagania ma, ale te wymagania to nie jest 100 kolorów ułożonych w sieczkę i sałatę, tylko czysty kontur, zrównoważony kolor i równy ścieg.
Dumam nad nim dalej. Gapię się na akwarelowy projekt Morrisa w największym rozmiarze, jaki znalazłam w sieci. Rozważam, jak uzyskać dobry wzór.
Zwiększyłam rozdzielczość. Zaniosę to chyba do Xerowni i każę wydrukować w rozmiarze A2 i A1, za to w wersji czarno - białej, łatwiejszej dla uzyskania czystego konturu. Z takiej kopii dopiero zrobię wzór na kalce.
I dopiero potem będę się zastanawiała, czy wyszyć to na kanwie gobelinowej wełną, czy może zrobić płócienne panneau haftowane muliną lub wełną za pomocą ściegów wolnych i liczonych.
Jestem w kropce i mam nad czym myśleć przez resztę wakacji.

Koleżanka widząc ten projekt powiedziała, żebym tak jak Morris namalowała go sobie akwarelą po prostu.

czwartek, 18 lipca 2013

Puste druty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Właśnie skończyłam kolejny szal i na drutach nie mam nic.
Szal jest z Malabrigo Lace, ma 160 x 80 cm i pewnie powinien być większy, ale jest akurat.
Złożony na pół jest idealną, kwadratową chustką. Taka chustka złożona w trójkąt ma rozmiary akurat aby okręcić głowę i szyję, ale nic nie wisi za kołnierzem w postaci garba ani w dekolcie jako trzeci cycek. Ponieważ okropnie czuję się w czapkach, od dziecka chodzę w zimie zakręcona w chustki i nie mam skojarzeń ze starymi babinami z małych wiosek. Moja wytworna mama też używała chust i chustek dla komfortu termicznego w zimie. 
Cztery warstwy milutkiego malabrigo to wszystko, czego w trzaskający mróz trzeba mojej głowie aby nie marzła. A jak się już gdzieś w tym zawoju przyjdzie, to chustkę się rozplątuje i jest szal, który w moim przypadku pełni zwykle funkcję żakietu.



Tu udało mi się idealnie pokazać kolor Emerald Blue, przynajmniej na moim monitorze.



A tu widać, że każda, każda czynność, nawet napinanie szala na druty przebiega w psiej asyście. A jeśli coś się odbywa w parterze, to chyba musiałabym psiaki w kij powiązać i powiesić na klamce, żeby nie przeszkadzały.

Pierwszy raz zrobiłam brzeg dorabiany na drutach do brzegu szala tak jak to opisano w Vistorian Lace Today.  To bardzo prosta i niekłopotliwa metoda. I nie ma upierdliwego, zawsze niezgadzającego się rozliczania oczek do nabrania jak w metodzie estońskiej. Robienie narożników też jest banalne.

A teraz mogę sobie czytać i czytać. Druty niech odpoczywają w futerałach.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Świńska krawcowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam nową klientkę. Klientka jest blondynką, ma pół roku i pilnie potrzebowała odzieży przeciwsłonecznej, ponieważ łatwo ulega poparzeniom słonecznym. Od mleczka do opalania z wysokim filtrem dostaje uczulenia i przebarwień skóry. Wpadła do mnie dziś po plażowe sukienki.



Nie wdając się w pogawędki klientka najpierw sprawdziła, co jest w miskach, na dywanikach, pod stołem i co jest za drzwiami.



Psy były bardzo zdumione tymi odwiedzinami.



Sukienka się klientce spodobała, łatwo się ją nałożyło (a ubrać takie stworzenie jest baaaardzo trudno - raciczki i zęby są bardzo ostre). Sukienka być może leży tak sobie, za to nie przeszkadza właścicielce.



Niestety, wygląda na to, ze szata jest za długa. Coś dziwnie klientkę mierzono. 



W ramach podziękowania Szynka (bo tak właśnie klientka ma na imię) dała się podrapać po brzuszku i podgardlu. 



A potem wywąchała resztki obiadu. I dopiero teraz Kretka sobie przypomniała, że jest psem na dziki. I że ona temu gościowi bezczelnemu pokaże, gdzie dziki zimują.
I trzeba było Kretusię wygonić na taras, biegiem skrócić szatki i żegnać blondynkę.



Druga hipsterska szata już skrócona, ogonek powiewa na wolności.



Świnia nektarynce nie przepuści. Zeżarła owoc z pestką.



Do widzenia Szynko, pewnie jesienią uszyję ci szatkę z ciepłego polara.



poniedziałek, 8 lipca 2013

Kwitnie!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pewnie uschła by mi rączka, gdybym kupując rozsadę na taras nabyła dajmy na to sześć jednakowych, jak Pan Bóg przykazał sadzonek. Nie umiem! 
Widząc bajecznie kolorowe kwiatki kupuję trochę tego, trochę owego, byle było w różnych barwach, różnego wzrostu i o różnej fakturze liści. Rezultat jest zwykle nieoczekiwany i zaskakujący. Sadząc i siejąc kwiaty na taras pilnuję jedynie, żeby petunie i surfinie siedziały w osobnych donicach, bo te łajzy każdą inną roślinę w sąsiedztwie od kwitnienia powstrzymają. Takie są podłe.



Klematisy zachowały się tak, jak w zeszłym roku. Ten, który mi się nie podobał zakwitł obficie i przekwitł, a ten, miły memu sercu wypuścił jedną łodygę, dał pięć kwiatków i tak jak w zeszłym roku zdechł. Pewnie we wrześniu puści marny pęd i tyle z niego frajdy.
Wilec ociąga się z kwitnięciem. Na szczęście jego liście szczelnie zarastają okno w sypialni. Na fasolę zawsze można liczyć. Kobea własnego chowu ruszyła z kopyta dopiero jak dostała prawdziwego, granulowanego i fermentowanego gnoju. Ciekawam, czy będzie miała choć jeden kwiatek. Bougenvillę zgwałciłam na kwitnięcie taka ilością nawozu, że aż mi nieprzyjemnie. Surfinie jeszcze po czerwcowych deszczach do siebie dojść nie mogą. Fuksje przechowane w mieszkaniu przez zimę zaczynają szaleć.


Tomek lubi nie wiedzieć czemu wysiewane mieszanki typu łączka. W tym roku z owej łączki wyrosło coś takiego jak powyżej. Wyrosło i zakwitło w trzech kolorach: białym, różowym i w ciemnym amarancie. Wie ktoś może, co to za kwiatek?
Jakby cztery maciupkie orchidee z jednej szypułki wyrastały.


Koleżanka uprzejmie stwierdziła, że to bardzo ogrodowo wygląda.
Mam wrażenie, że nie robię nic innego, tylko biegam z konewkami. A właściwie z wielka konwią. Mała, poręczna konewka z IKEA skruszała od słońca i nie wiem co bez niej zrobię. Konewka ma jednak swoje zalety.
Bo naturalnie i w ogródku trzeba niektóre egzemplarze nawadniać. A coś się szlauchowi zrobiło i nie daje się szczelnie z kranem w łazience połączyć. Więc dyguję tę konew tam i z powrotem...
Zmykam do Skiroławek (są jakby jeszcze lepsze niż dawniej), póki jeszcze żadna roślina nie omdlewa z upału.

wtorek, 2 lipca 2013

Kręcenie lodów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie znoszę powszechnego damskiego sportu, jakim jest gadanie o produkcji żarcia. Żarcie jest do jedzenia i powinno być pyszne. Gromadne omawianie kto co i dla kogo gotuje wcale mnie nie kręci. Owszem, fajnie jest dowiedzieć się o jakimś trafnym kulinarnym myku, ale w damskiej pogawędce ten jeden pożyteczny myk ginie w powodzi niestrawnych rozważań o smażeniu wątróbki i innych takich nudziarstwach. Mimo to dziś poprzynudzam sama. Ciocia Ficia od dobrych rad mi się włączyła.

Jedzenie jest do jedzenia a nie do gadania. Niestety ostatnio okazuje się, że jest do przemyślenia co  się je, co jest a co nie jest jadalne.
I od mniej więcej kilku miesięcy czytam starannie skład surowcowy na wszystkich produktach spożywczych. Szukam tam zwłaszcza syropu glukozowo - fruktozowego. Są powody, żeby tego do ust nie brać. Kto ciekawy dlaczego, niech sobie ten syrop przegoogla. 
Składnik ten, bardzo ułatwiający produkcję słodyczy jest prawie w całym przetworzonym żarciu, a w pieczywie cukierniczym i w lodach występuje obligatoryjnie. Jedyne lody bez tego dodatku kosztują 23 - 26 zł za 500 ml i mało gdzie można je kupić. Oczywiście poza tym syropem w lodach - które bardzo, bardzo lubię - występują również powszechnie tak apetyczne rzeczy jak guma guar, mączka chleba świętojańskiego, aromaty identyczne z naturalnym, barwniki i pewnie cała tablica Mendelejewa na dodatek. 
A powinny być jedynie żółtka, mleko, cukier, śmietanka i dodatki smakowe. 
W każdej książce kucharskiej jest napisane jak zrobić lody. Jest to ponoć proste pod warunkiem posiadania maszynki do lodów. Jedynie Nigella Lawson pisze jak zrobić bez maszynki zwykłe lody a nie parfait (nie ma finezji w wymieszaniu bitej śmietany z koglem moglem i zamrożeniu tego w normalnym pojemniku bez kręcenia w maszynce). Przeczytałam, pomyślałam jakiego użyć do tego sprzętu i oto recenzja z produkcji:
1) W garnku z grubym dnem zagrzałam niemal do wrzenia pół litra mleka z miąższem jednej laski wanilii.  Patrząc na powstawanie kożucha rozważałam wariacką cenę 9.30 za wanilię. Laski wanilii wymoczonej w mleku nie da się ponownie użyć do produkcji cukru waniliowego domowego. Za to nieobecność w lodach cukru wanilinowego kupnego gwarantuje brak zgagi po zjedzeniu lodów. Wanilia jest w tym przedsięwzięciu najdroższa. Nigella kazała mleku z wanilią stygnąć 20 minut, ja wstawiłam garnek do zlewu napełnionego zimną wodą.
2) W malakserze utarłam 6 żółtek z 125 g cukru pudru na kogel mogel i powoli wmiksowałam (wmalakserowałam???) dodawane łyżką wazową mleko z wanilią. Nie zwarzyło się!
3) Z malaksera miksturę wlałam z powrotem do garnka i postawiłam na małym gazie. To trzeba ciągle mieszać trzepaczką, za to kąpiel wodną można odpuścić. Nigella pisze, że w razie gdyby się warzyło wstawić garnek do zimnej wody w zlewozmywaku i szaleńczo miksować. Ale się nie zwarzyło, tylko pięknie zgęstniało. Po zgęstnieniu trzeba to ochłodzić we wspomnianym zlewozmywaku. Stygnie szybko.
Jak ostygnie...
4) ubić na pół sztywno 125 ml śmietanki kremówki i dodać do kremu z żółtek.
I to jest zasadniczy przepis na masę na lody. Cały. Skończony. Bez gumy guar, karotenu, mączki chleba świętojańskiego, serwatki, mleka w proszku ani innych takich pyszności. Teraz trzeba to schłodzić i zamrozić na masę a nie na bryłę lodu.
Ja wybrałam do chłodzenia wysoki pojemnik z pokrywą, w której to pokrywie jest dziura umożliwiająca wsunięcie końcówki miksera - żyrafy. Masa w tym pojemniku spoczęła w zamrażarce i co godzinę była starannie miksowana. Po trzech powtórkach miksowania mam całkiem zgrabne lody, które smakują jak waniliowe od Włocha na Hożej czterdzieści lat temu. Może i maszynka dała by tym lodom gładszą konsystencję, ale mam mały zamrażalnik i miska maszynki mogła by się tam nie zmieścić. Nie zamierzam otwierać lodziarni, nie będę produkować lodów hurtowo. Na nas dwoje sposób z mikserem - żyrafą wystarczy.
Tak zrobione lody kosztują mniej niż Haagen -Dazs. Z tych proporcji otrzymałam około litra masy w cenie niższej niż litr lodów Grycana. Kosztują więcej niż 4 złote, to prawda, ale i znacznie lepiej smakują. Jak zjemy te, to będę szaleć z innymi smakami.  Z rodzynkami w rumie powinny być fajne, z pokruszonym batonikiem Daim też.