piątek, 30 sierpnia 2013

Nakarmcie puste brzuchy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na straganie dla Tymianków zaczęłam rozkładać moje wyroby. Kto ma za co, niech sypnie groszem na karmę, na sterylki, na obroże i na weterynarzy dla starych i młodych nieszczęśników.

O tu zajrzyjcie:
http://stragandlatymiankow.blogspot.com/2013/08/pastele-i-akwarele.html


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Nie zrobię patchworka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dawno temu popełniłam patchworkową kołderkę. Miałam małe dziecko i kołderka była potrzebna. Czasy były ciężkie i kołderki dla dziecka ot tak kupić się nie dało. W sklepie handlującym resztkami pozostałymi z produkcji różnych różności kupiłam za grosze dwie torby bawełnianych ścinków pozostałych z krojenia modnych wówczas kurtek w pastelowych kolorkach. Kurtki takie zwano bodaj szwedzkimi.
Przez pierwszy tydzień przycinałam te ścinki do jednakowych rozmiarów. Potem przez dwa tygodnie zeszywałam pracowicie paseczki w kwadraty i w większą całość. Chyba z tych kwadratów uszyłam obie strony kołderki, patchwork był dwustronny. Nie pamiętam, co wsadziłam do środka i jak to wykończyłam, grunt, ze kołderka była śliczna, pastelowa a Misia jakoś biegiem z niej wyrosła. Oddałam tę kołderkę kolejnemu dziecku w rodzinie, ale nie wzbudziła entuzjazmu. Być może obdarowani liczyli na coś droższego.
Samą produkcję kołderki wspominam koszmarnie. Masa ścinków, niteczek, bawełnianego pyłu, ból kręgosłupa między łopatkami. Masa pracy a efekt mizerny.
Jakiś czas temu dziecko dostarczyło mi bardzo efektowne wzorniki tkanin dekoracyjnych, miedzy innymi były w nich hurtowe ilości łatek z drukowanych angielskich tkanin zasłonowych we wspaniałe kwiaty. W rodzimym lumpeksie też takich tkanin bywa sporo, za psi grosz nabywałam to taką, to owaką resztkę. Ilość chyba zaczęła przechodzić w jakość, bo wyciągnęłam dziś matę, obrotowy nóż, metalową linijkę i skroiłam kwadraty. Nie jestem aż taka ambitna, żeby zaraz za trójkąty się zabierać. kto wie, ile bym szmatek na śmierć pokroiła przy trójkątach.
Kankanka poradziła dodać kwadratom ramki. Skroiłam zatem - już przeklinając, bo nóż chyba się stępił  - te diabelskie ramki. I zaczęłam zeszywać jedno z drugim.
I proszę państwa, nie mam ja do tego talentu ani trochę. Ani do koloru, ani do prostego szwu. Niestety. Ani nie mam cierpliwości, żeby się tego w pocie czoła uczyć.
Najpierw mi się zagotowało i zabulgotało, a potem doznałam wielkiej ulgi, bo patchworki mogę podziwiać u kogoś. A sama już żadnego więcej nigdy nie wykonam.
Nóż spoczął w śmietniku obok masy skrawków, a wycięte kwadraty z kwiecistej bawełny pojadą do kogoś, kto będzie umiał je z czymś połączyć i pozszywać bez falbanek. Większe fragmenty kwiecistych łączek zostawię sobie na poszewki na poduszki.
I nie będę sobie zawracać głowy cięciem, ponownym zeszywaniem, bawełnianym pyłem i obrotowymi nożami. Jutro trzeba po tym zrywie poodkurzać.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Indygo się skończyło...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

  
Ogród prawie skończony. Zostały pasiaczki na brzegach. Wymagają wymyślania kolorów, bo na mojej reprodukcji niemal ich nie widać. Z bliska widać, że nieuczone w akwareli ręce go malowały, ale z odległości metra można uznać, że jest podobny do oryginału. Po tym obrazku wiem o malowaniu więcej. bardzo dużo wiem o mieszaniu kolorów, barwach dopełniających, nasyceniu i jaskrawości. Zamęczyłam jeden pędzel i niemal wykończyłam własny zapas indygo. Trzeba się będzie przed kolejną wersją przejechać na Mazowiecką. Teraz rozważam, czy środkowy panel zrobić metodą maskowania, czyli namalować najpierw drzewo z przyległościami płynem maskującym, biegiem zamalować tło indygo i zdjąć maskę i dalej rzeźbić, czy odwrotnie - najpierw namalować detale a potem domalowywać tło. Jeśli się za to zabiorę drugi raz to już na porządnym papierze akwarelowym. Zatem na Mazowiecką, bo planuję to tym razem w formacie A1. Morris im większy, tym lepszy. Marne A2 to jeszcze nie to.


Z akwarelami można podróżować. To powstało na plaży. Jeszcze piach odklejam od papieru.

Najwyraźniej zbliża się jesień. Wyciągnęłam dziś segregator z wzorami do haftu zachomikowanymi na później. Nie jestem pewna, czy do któregoś nie dojrzałam. 
Niestety, dalej podobają mi się kobyły, których na pewno nie zrobię jednym ciurkiem. A UFOków mam hafciarskich dość w szafie, nie ma co kolejnych zaczynać, w nici inwestować, ech...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ośmioletnia babcia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kretka nad morze jechała na trzech nogach. To znaczy nikt jej czwartej, lewej tylnej nie uciął, ale jej nie używała. Od trzech lat łyka leki przeciwbólowe i inne wspomagacze stawów, nosi zimą sweterek, czasem używa elektrycznej poduszki, ale zdrowsza się nie robi. Choroba zwyrodnieniowa kręgosłupa daje jej coraz bardziej do wiwatu.
Tym razem miała nakazane chodzić a nie biegać, schudnąć, pływać, brać leki i po powrocie zrobić RTG.
Po dwóch tygodniach pływania za patykiem w morzu zaczęła używać czterech nóg, ale jakoś się na nich kiwa.
Zaprowadziłam chudą Kretkę (12 kilo, talia jak u Dody, za dużo skóry na brzuchu) do magika od rentgenów. Spętał psinę, dziwnie powyginał i miał żal, że biedaczka dyszy. Od tego dyszenia zdjęcie szyi nieostre wyszło. Trzeba było psiaka zastupaczyć na amen. Jeszcze biedula do siebie po głupim Jasiu dochodzi.
No i mam w jednym zdaniu napisane, że w jednym psie są aż trzy różne choroby kręgosłupa. Wszystkie bardzo bolesne, wszystkie wiążące się z uciskiem rdzenia, każda z osobna grozi paraliżem takich czy owakich nerwów. Do widocznej od trzech lat spondylozy w odcinku piersiowym i zaostrzonych brzegów kręgów w odcinku lędźwiowym doszło mało zaawansowane, ale już widoczne zwapnienie dysku w odcinku szyjnym. Czyli coś, na co zwykle cierpią jamniki.
Niewiele można z tym zrobić. Będzie bolało coraz bardziej. Potem będzie gorzej.
Obrożę na szelki mamy zmienić, za tę biedną szyję ciągnąć już nie można.
Tomek powiedział, że szeleczki z drutu kolczastego by trzeba ukręcić dla teriera.
A Muszka niańczy Kretkę jak najprawdziwsza pielęgniarka. Dbają dziewczyny o siebie nawzajem.

Pełnia lata w domu Tymianka: Stragan dla Tymianków

Pełnia lata w domu Tymianka: Stragan dla Tymianków: Odezwa do Rękodzielniczek, Rękoczynniczek, Malarek, Rzeźbiarek, Tkaczek, Hafciarek i Artystek wszelakich! Otworzył się Stragan dla Tymi...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

niedziela, 18 sierpnia 2013

Wakacje

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pogląd na wakacje zmienia się z wiekiem. I razem z warunkami zamieszkania. 
Mieszkając w wielopokoleniowej rodzinie, gdzie w salonie nad stołem, przy wiecznie ryczącym telewizorze przeciwstawne interesy mieszkańców ścierały się tak mocno, ze wióry i iskry leciały, zwiewałam z domu gdzie pierz rośnie z byle jakim bagażem, byle dalej i byle jak najdłużej w tym potopie iskier i wiórów nie przebywać. Z maluśkiego mieszkanka Tomka uciekaliśmy szukając przestrzeni, miejsca bodaj dla wyciągnięcia nóg na całą ich długość. Ze Starego Miasta uciekaliśmy na bałtycką plażę przed coroczną pielgrzymką, która startowała wprost sprzed naszej bramy. Nim wystartowała to ponoć zawsze koczowała ta pielgrzymka w fosie śmiecąc, śpiewając i śmierdząc. Takich atrakcji w tym miejscu bez pielgrzymki było dosyć, zatem uciekaliśmy.
Teraz nie mamy już przed czym uciekać, poza może zmęczeniem jednostajnymi, w koło Macieju wykonywanymi czynnościami. Przed zmęczeniem uciekamy.  Tomek zmyka przed telefonami, mailami, studentami, którzy zapomnieli napisać pracę magisterską / złożyć egzamin, dziennikarzami, którzy już natychmiast chcą mieć komentarz do sytuacji w Egipcie / Syrii / na innym końcu świata; ja potrzebuję oddechu aby sobie przypomnieć, że obiad to niekoniecznie jest schabowy albo makaron z serem i że życie to nie tylko sprzątanie, gotowanie i pranie.
Wypoczywamy najszybciej jak się da, bo jednostajne to wypoczywanie, a nieraz i nudne. 
Plaża bałtycka jest piękna i się nie nudzi nigdy, ale żeby dojść tam, gdzie patrzy się na plażę, a nie na plażowiczów, tam, gdzie dwa zwierzaki mogą sobie pobiegać, popływać i nawet nasiusiać na piasek bezkarnie, to trzeba się dobrze naspacerować.  Od tego spacerowania psiaki przepisowo schudły.


 My najedliśmy się ryb na zapas. Przez dwa tygodnie nic tylko flądry i dorsze z przerwą na pstrąga. Znaleźliśmy ścieżkę, która prowadząc nas na odległą plażę omijała paskudną, nadmorską miejscowość - naprawdę najbrzydszą chyba na polskim wybrzeżu. W głowie się nie mieści jak paskudna jest ta miejscowość o statusie uzdrowiska. Patrząc na wstrętne sanatoria i ośrodki wypoczynkowe mieliśmy wrażenie deja vu - schyłkowy Gierek jak nic. 




Zatem została nam do dyspozycji jedna ścieżka. Bo w drugą stronę iść nie było można z powodu terenu wojskowego, heliportu i zasieków.
Warunki wypoczynku robią się nawet dla posiadających psy coraz bardziej cywilizowane. W domkach kampingowych są już porządnie wyposażone łazienki, dobre tapczany, lodówki i elektryczne czajniki. Jeszcze trzeba trochę poczekać, aż właściciele tych domków wpadną na pomysł przysłania do nich co kilka dni sprzątaczki z płynem do WC i do mycia kabin prysznicowych. Po 2 tygodniach używania robi się tam nieprzyjemnie bez konserwacji. Środków czystości na miejscu kupić nie można, takich sklepów nie ma. Jeśli komuś coś jest potrzebne, czy to płyn do WC, czy mięso, to wsiada w furę i jedzie do Biedronki w sąsiednim mieście. 
Znając już mocne i słabe strony domku wypoczynkowego tym razem zabrałam ze sobą składane, drewniane krzesło z tarasu z oparciem, podłokietnikami i gąbkowymi poduszkami. Nie powiem, było ciągle okupowane. Jednak zbita z dech, chybotliwa ława wraz ze stołem w jednym kawałku to słaby mebel do wygodnego czytania. Zwłaszcza z tej strony, gdzie poręcz tarasu wbija się siedzącemu w potylicę. Pewnie następnym razem zabierzemy dwa krzesła, bo o to jedno trochę walczyliśmy.



Jesteśmy opaleni, oczytani, wyspani, pełni rybiego, zdrowego tłuszczu. Mignął mi nawet raz przed oczami zielony, dmuchany krokodyl - czyli urlop jest zaliczony.

A zatem jesteśmy jak nowi, obiady znów zrobią się na jakiś czas bardziej urozmaicone, a Panu Mężowi znikł z oblicza ciągły wyraz złości i rozczarowania. Dziś na kolację rozpustnie zrobiłam krucha tartę cytrynową typu chiffon pie. Dobra! Kwiatki na tarasie rosną ale marnie kwitną, niemal cały kopytnik usechł w ogródku na wiór. Dąbrówka jakoś się trzyma. Tylko w najsuchszych miejscach zdechła. Się kręcić zaczyna. 


piątek, 2 sierpnia 2013

Przerwa!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Do 17 sierpnia nic nie napiszę, bo wybywam. Pora urlopu nadeszła. Na szczęście.
Już było źle, prawie tak źle jak w zeszłym roku. 
Z wiekiem Pan Mąż zmęczony jak bydlę po całym roku zasuwania na kilku etatach jest przed urlopem zupełnie nie do użycia. Wcale się do mnie nie odzywa, uważa, że należy się mu pełna obsługa - nawet w dziedzinie zbierania za nim szklanek, ręczników i wysypywania petów z popielniczki. Siedzi na tarasie, czyta głupoty i patrzy bezmyślnie przed siebie. W takim stanie nie ma z nim kontaktu. Albo nie odpowiada, albo przeklina.
W tym roku nie było dużo obron i etap ten przebyliśmy szczęśliwie w drugiej połowie lipca. Znów mam Pana Męża przytomnego, już powoli uśmiechniętego i skłonnego do współpracy.
Zatem pakuję paczki, walizki i tobołki. Jest tego masa. Nawet krzesło z tarasu ze sobą wezmę. W fajnym domku w Bobolinie nie ma wygodnego krzesła, na surowej ławie zbitej z bali nie da się wygodnie rozsiąść i czytać.
Octavia ma wielki bagażnik i krzesło łyknie. Łyknie również posłanie i żarcie dla psów, nasze zabawki, książeczki i szmatki. I poduszkę ortopedyczną i kocyk też.
Pierwszy raz od wielu lat nie zabieram ze sobą żadnej tekstylnej robótki. Kredki i farby owszem, tak.
Bawcie się dobrze beze mnie!