niedziela, 27 października 2013

Kolorowa jesień

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jak jest za oknem - każdy widzi i nie będę tu pokazywać, jakie kombinacje kolorystyczne Pani Jesień nam przyniosła.
Na zajęciach plastycznych zajmowaliśmy się owocami. Doświadczenie ze śliwkami dla Fafki z zeszłego roku okazało się pomocne. Miała to być kompozycja otwarta, czyli coś jak wzór na tkaninę. Bez konkretnych szczegółów tła.


Szafirowy podpaltek na szczęście jest gotowy. Mogą przyjść mrozy jakie chcą. Mój cienki, wełniany kubrak bez żadnej watoliny, kochany ze względu na świetną długość, dobrą objętość i zawadiacki look w towarzystwie tego futrzaka zmieni się w pełnozimową odzież. Sam szafirowy podpaltek do noszenia się nie nadaje, chyba że do wynoszenia śmieci. Jak bałwan w nim wyglądam.  Naprawdę jak bałwan, tylko niebieski. (Jakiego koloru marchewkowy nos powinien mieś kobaltowy bałwan?)


Za chwilkę listopad, a fuksjom na tarasie powodzi się świetnie. Tak zdrowo nie kwitły przez cały sezon. Ta roślina, kupiona zeszłej wiosny  pierwotnie była małym krzaczkiem i przez pierwsze lato zachowywała elegancki, zwarty pokrój fuksji z marketu. Przezimowała z biedą w domu i z sadzonki zrobionej wiosną wyrosła zwykła, krzaczasta, nieporządna fuksja wymagająca podpór. Zobaczymy jak w tym roku będzie z zimowaniem. Parapety są w tym mieszkaniu bardzo mizerne.


Zygokaktus powinien kwitnąć w grudniu. Ten już kolejny raz kwitnie po powrocie z tarasu do domu.
Bardzo podoba mi się ten kwiat widziany od dołu, ma segmenty jak jakaś stonoga.


A teraz oddalę się w celu studiowania budowy dłoni. To nie może tak być, żebym sobie z nimi poradzić nie umiała. Naturalnie ołóweczkiem.

środa, 23 października 2013

SMS od operatora

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

T Mobile ciągle czegoś ode mnie chce. Ostatnimi czasy dzwonili do mnie o przeróżnych porach i panienka o miodopłynnym głosie stanowczo żądała rozmowy z właścicielem numeru. Ponieważ nie pracuję na etacie, nie przysługują mi telefony inne niż na kartę, nie wspominając o wypasionych smartfonach ze sporym limitem minut. Pan Mąż ma mój telefon uwieszony przy swoim koncie. Nie mam ochoty wysłuchiwać kolejnych reklamowych tekstów o oszczędnych ofertach, które powodują jeszcze szybszy wypływ gotówki z naszego konta. Pan Mąż też tego sobie nie życzy. Ponadto Pan Mąż nie jest przyczepiony sznurkiem do mojego telefonu i żądań panienki nie da się ot tak zrealizować. Pan Mąż często bywa w pracy. Albo śpi.

Panienki są jednak nieubłagane i dzwonią do upadłego. Telefony z BOK zaczęły dzwonić przez całą dobę w kółko. Ponoć te połączenia zestawia komputer. Czasem nawet odebrać się tego nie da, bo połączenie po dwóch dzwonkach samo się urywa.
Zablokowałam zatem BOK. Jak ja mam do nich interes to sama zadzwonię, a mnie proszę nie dręczyć.
Zaczęli mnie zasypywać SMS-ami.
Wczorajszy SMS postawił mi włosy na głowie:

Za parę groszy możesz wiedzieć gdzie są Twoi bliscy! Namierzymy ich logowania i powiemy Ci gdzie się szwendają! (naturalnie było to sformułowane troszkę inaczej, ale sens był właśnie taki)

Osz co do cholery, domowa szpiegownia ma być u mnie otwarta? Sama mam chodzić bez telefonu jak w przypływie porządliwosci pójdę na bazar po jakiś kłębek, którego lepiej nie pokazywać Panu Mężowi? 
Generalnie wiem, że każdego i zawsze można wyśledzić, namierzyć, sfotografować i ustalić. Ale do cholery, po co mi takie narzędzia w prywatnym życiu?
Co może i powinna robić policja, niech robi policja. Albo detektywi.
A reszcie po diabła takie zabawki? Chyba po to, żeby operator zarobił.
Zresztą posiadacze I phonów zawsze są do znalezienie funkcją Znajdź Mojego I phona. Wystarczy się zalogować do systemu i voila, widać gdzie kto jest.
Ale ten SMS bardzo mi się nie podoba. Już widzę żony szpiegujące mężów a zazdrośników z zespołem Otella sprawdzających żony, matki i ojców podglądających dzieci i wcale mi się to nie podoba. Ileż z tego będzie kłótni, bójek i rodzinnych kwasów.
Ludzie wyposażeni w takie narzędzia zupełnie nie będą umieli wykształcić u siebie zaufania, bo łatwiej i szybciej niż znosić męki niepewności jest kogoś sprawdzić.

Ci którzy do mnie dzwonicie, nie dziwcie się, że tak rzadko odbieram i zwykle oddzwaniam, strasznie nie lubię chodzić na smyczy.

wtorek, 22 października 2013

Kuchenne realia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jakiś czas temu byliśmy z Panem Mężem na urodzinach Bardzo Mądrego Człowieka. W eleganckiej restauracji podano jedzenie, o jakim się raczej na co dzień tylko czyta: od smalcu z ciemnym chlebem, przez drób, wędliny, dania ciepłe i zimne a potem desery jak z bajki. Pomiędzy tym wszystkim była niebiańska zupełnie pieczona kaczka. Tak dobra i tak miękka, że żegnając się z gospodarzami i obsługą napomknęłam o tym jednemu z kelnerów, gratulując artyzmu w przyrządzaniu kaczki. Młody człowiek pokraśniał, przyznał, że to on jest szefem kuchni (przy takim tłumie gości i szef musiał kelnerować) i ujawnił mi tajemnicę kaczki: polewanie przy pieczeniu sokiem jabłkowym i parowy piec.
Naturalnie musiałam sprawdzić, co to za piec. I już wiem, że rzecz jest droga, wielka i zapobiega wysychaniu pieczonego mięsa. Do restauracji mającej kaczki w karcie na stałe - coś pięknego. Do dwuosobowego gospodarstwa - kompletne nieporozumienie.
Obgadałam sprawę pieczenia kaczek z Alicją. Alicja niby nie gotuje, ale ma na różne rzeczy patenty i wiedzę z różnych pór historii. Zamyśliła się i powiedziała: A co zrobiłaś z tą brytfanką, którą ci dałam?
A no właśnie, brytfanka, czyli domowa, tania wersja parowego pieca za makabryczne pieniądze.
Brytfanka okazała się tak samo skuteczna jak piec. Nawet ta kaczka zamknięta w brytfance zrumienić się potrafi. A podlana wermutem i nadziana jabłkami przez kilka godzin potrafi się zrobić miękka jak na amen rozpieczony kurczak, taki co już sam z kości wyskakuje.

W książce kucharskiej, wydanej jak powieść w twardej okładce za to z niewieloma przepisami siedziała jako wrzutka reklama bardzo znanego, amerykańskiego robota kuchennego. Słynnego z zawrotnej ilości barw, w jakim się go produkuje. Jak dla mnie za duży, za drogi i ma tylko jedną miskę roboczą na raz. I aby sobie skompletować maszynę marzeń trzeba za każdy dodatkowy element płacić jak za zboże i czekać tygodniami, aż dajmy na to wymarzony wypychacz do kiełbas przypłynie do nas z tej Ameryki. No nie, nie do zdobienia kuchni służy malakser. W każdym razie nie mój. Mój stoi zawsze na blacie, bo prawie codziennie ciężko pracuje, a całe potrzebne do niego oprzyrządowanie było wraz z nim w jednym pudełku. Jak mu coś dolega, to idziemy do Brauna na Pańską i dokupujemy, a to silnik, a to miskę. Nie kolor był w tym Braunie istotny, a fakt, że potrafi pokroić, pomieszać i usiekać za mnie prawie każdy produkt.

Co jakiś czas niesie mnie licho do ekskluzywnych salonów z kuchennymi gadgetami i z niedowierzaniem widzę, jak drogo można sprzedawać od wieków znane sprzęty. Własna praktyka kuchenna dowiodła, że nie ma niezniszczalnej patelni teflonowej, że każda, ale to każda po dwóch latach wymaga wymiany, za to patelni żeliwnej niemal nic (poza polaniem jej zimną wodą prosto po zdjęciu z ognia) nie jest w stanie zaszkodzić. Oglądam z zachwytem kolekcje noży, bo są bardzo ładne. metki obiecują wieczną niemal ostrość tych narzędzi. Ale nie ma cudów, nie ma noży ostrych na zawsze. Zatem moja kolekcja noży ma do towarzystwa zakupioną za 4 złote osełkę i raz na tydzień co najmniej jeden nóż ma z osełką do czynienia. Tylko obieraczki trzeba co jakiś czas wymienić, bo tak już jest. I metalowe trzepaczki bo rdzewieją. A rękawy do zdobienia ciast kremem zawsze mi się drą i żaden komplet jeszcze nie przetrwał sezonu świątecznego.

Ale skoro ja kolekcjonuję papierki, niteczki i lalki to rozumiem, że inni kolekcjonerzy zbierają miksery, patelnie i noże. I niech tak będzie!

I chyba pora się rozejrzeć za garnkami, którym nie da się uszu upalić. Mój dwudziestopięcioletni komplet jest jeszcze całkiem na chodzie, ale te uszy...

sobota, 19 października 2013

Pastele, ołówek i węgiel

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zmieniłam pracownię plastyczną, udało mi się wkręcić do pracowni plastycznej przy Domu Kultury Stokłosy. Kosztowało mnie to czatowanie przez połowę sierpnia i sprawdzanie, kiedy otworzy się lista zapisów na kolejny rok. I się udało, co czwartek pomykam z koleżanką na bardzo dobrze prowadzone zajęcia.
Nie dość, że maluję, to jeszcze z koleżanką.
Najpierw były dynie. Leżały sobie na szarym płótnie w towarzystwie ocynkowanego dzbanka, drewnianej palety i szarego kamyka. Pozornie to mało barwny zestaw (poza dyniami).
Najpierw je potraktowałam ołówkiem, 



Potem pastelami, a w końcu i akwarelą, akwarela nie została ukończona i do prezentacji się nie nadaje. Pewnie umyję papier wodą i szczotką i do czegoś się jeszcze przyda. 


A dziś były warsztaty z żywym modelem. Z modelką konkretnie. Bardzo mi się podobało, bo trzeba było patrzeć i widzieć. Jestem zadowolona, bo modelka siedzi, a nie lewituje. Drugi szkic był robiony dość pośpiesznie i nie jest skończony, ale modelka na nim dalej siedzi.





I jeszcze dwie czapeczki: moja z Malabrigo Lace a Misi z Fabel od Dropsa. Proste nadzwyczaj i bardzo wygodne.


<a href="http://www.ravelry.com/badges/redirect?p=the-opie-hat"><img src="http://api.ravelry.com/badges/projects?p=the-opie-hat&amp;t=.gif" style="border: none;" /></a>

Jak widać dalej nie umiem wstawić guzika z Ravelry, choć już wiem, gdzie go szukać.



poniedziałek, 14 października 2013

Jesienne eksperymenty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Każda pora roku jest jakaś: zimą się żyje, bo nie bolą kości; wiosna poza urokami krajobrazu jest smutna, latem trzeba dojść do siebie a ekscytacje i eksperymenty przypadają na jesień. Pan Mąż co roku o tej porze zauważa, że nadszedł wiedźmi czas. Poza grabieniem ogródka i wynoszeniem worków pełnych liści otacza mnie więcej niż zwykle niteczek i wełenek. Czapki powstają jakby same z siebie ( już 3 są gotowe, ale takie proste, że nie ma co pokazywać), chustki w aktualnych kolorach się dłubią i naruszane zostają nienaruszalne zapasy trumienne.
Kankanka tak to nazywa. Zapasy trumienne to są zapasy surowców (naszym zdaniem) tak pięknych i cennych, ze nasi bliźni wsadzą nam je do trumny, żebyśmy je mogły przez wieczność całą podziwiać. Bo do śmierci nic z tego nie zrobimy, ze strachu, że szkoda tej wełny/ tkaniny/ nitki na nasz pospolity wyrób.
Taki też trumienny zapas naruszyłam. Kilka lat temu w lumpku trafił mi się motek moheru długowłosego w bardzo moim kolorze, w szatańskim szafirze czyli bardzo nasyconym błękicie kobaltowym z czarnymi węzełkami. Motek był potężny, ważył 35 deko i miał byle jaką metkę jakiejś rodzinnej angielskiej przędzalni moheru. Posiałam tę metkę. Po zwinięciu motka na kłębki powstały trzy wielkie kłęby. Przekonałam się przy zwijaniu, że taka byle jaka, ręcznie pisana metka jakby na kartce z zeszytu wyrwanej zrobiona, to tak samo jak w przypadku włoskich win i whisky gwarancja jakości nigdzie indziej nie osiągalnej.


Ja wiem, że grubasom puchaty moher nie przysługuje. Ale piękna jesień i widmo szybkiego swetra na drutach nr 6 i ten kolor popędziły mnie do roboty. Być może wyjdzie z tego nie sweter a płaszcz. I dobrze, bo zeszłoroczny szaro fioletowy podpaltek już u ludzi.
W dalszym ciągu nie haftuję. Zupełnie mi z haftem nie po drodze. Wcale możliwe, że to haftowany kot mnie z haftowania wyleczył. Wzór kota Fryderyka W Bibliotece wraz z nićmi kosztuje w Needleart ponad sto złotych. Gotowego Fryderyka w lumpeksie znalazłam za złotych 6. Wisi u Pana Męża na ścianie i udaje, że jest mojej produkcji.
Nosz co to ma za sens. Dla bliźnich obowiązuje wytłumaczenie, że oczy mi się psują.

Kuchenne eksperymenty obejmują kiszenie kapusty. Kiedyś fajny przepis na kapustę opublikowała Małgosia, ale nie zapisałam, a ona skasowała bloga. Trudno, internet i You Tube pełne jest przepisów. Skorzystałam! Przygotowanie kapusty do ukiszenia wraz z szatkowaniem za pomocą malaksera trwa krócej niż wybranie się po dobrą kiszona kapustę. A kwaszenie trwa dwa dni. Kamionkowa beczułka jest pełna zakiszonego zielska i sobie podjadam po całych dniach. Lepsze od czekolady i pasuje do pieczeni wieprzowej, na którą pora jest tylko jesienią.
Jesień uderzyła mi do głowy i zapragnęłam ugotować coś z Nigellą, Na BBC Lifestyle leci cykl Nigellissima skoordynowany z książką kucharską pod tym samym tytułem. Sos do spaghetti bez gotowania z oliwek i anchovies wydawał się ponętny. Ale jak śmierdział! Nie do opisania. Jest jednak powód, że cywilizowane narody do solenia potraw używają soli a nie rybnych filecików. Nie kupię książki Nigellissima, o nie!
Zastanawiające jest że na co najmniej dziesięciu kanałach telewizyjnych ciągle coś jest gotowane, pieczone, duszone, garnirowane i organizowane są w tych konkurencjach zawody jak sportowe. A w realu mało kto naprawdę cokolwiek gotuje. Pewna znajoma realistka w nowo kupowanym mieszkaniu wcale sobie kuchni nie zorganizowała, bo jej przestrzeni szkoda na nieużyteczne zupełnie pomieszczenie. Będzie miała tylko elektryczny czajnik i pewnie mikrofalówkę.




czwartek, 10 października 2013

Posokowce już ubrane!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Miałam wielką frajdę(!) szyjąc dwa sprytne garnitury na dwie znajome suki. Mama i córka, Farba i Frajda, potrzebowały odzieży na zimę. Posokowce nie mają gęstego futra z grubym podszerstkiem i marzną w mrozy. Model derki podbity polarem, z nieprzemakalnego dakronu z wierzchu, zapinany na rzep w pasie sprawdził się dla nich doskonale. Rękawy i nogawki są psom potrzebne jak piąte koło u wozu. Właścicielka zwierzaków przysłała mi to zdjęcie i bardzo jej za to dziękuję :-)
W znajomej hurtowni leżały pasujące do siebie tkaniny, wesoły dakron w kwiatki i granatowy polar niemal w tym samym kolorze.
Ładnie brązowym psom w granacie.

Ciepło dziś bardzo, więc Kretka hasa bez sweterka. Natomiast Muszka dostała bandanę Pana Męża. Gdy idę z nimi po Ursynowie a Kretka jest w swoim sweterku, co najmniej kilka osób dziennie pyta mnie dlaczego jeden pies jest ubrany, a drugi goły i czy tego gołego aby mniej nie kocham.
Muszka nie potrzebuje żadnego sweterka. Jak nastaną mrozy wypuści takie futro, że nóg jej spod portek nie będzie widać. Kiedyś przy - 30 oC spędziła na dworze trzy dni i trzy noce. W schronisku też nie mieszkała za piecem a w klatce na dworze. Kombinuję zatem w co ją ustroić, żeby się te głupie pytania skończyły. Ale każdy pomysł jest tak samo niedorzeczny. Bandanka umazała się w błocie. W czapeczce Muszka jak idiotka będzie wyglądać  Chyba zostanie goła! 

niedziela, 6 października 2013

Cicer cum caule 2

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ktoś z czytelników mnie pogania, że się ociągam i nie piszę. No nie piszę, bo życie trwa, a jak wiadomo z wiekiem czas się strasznie kurczy. Lato mi minęło nie wiadomo kiedy, nim mu się dobrze przyjrzałam przyszła jesień i trzeba grabić liście spomiędzy dąbrówki i bluszczy. Dni takie są krótkie, że poza czynnościami rutynowymi i obowiązkowymi niewiele czasu pozostaje na jakieś fanaberie. 

Awansowałam chyba na kogoś, kto już wszystko ma sądząc z prezentu Pana Męża na kolejną rocznicę ślubu. Takiego bukietu nie dostałam nigdy i od nikogo.



Wstawiłam go w ogrodowy dzbanek, bo żadne inne naczynie nie utrzyma go w pionie. Rozmaitość roślin składających się na bukiet przyprawia o zawrót głowy. Zaskoczyły mnie liście dębu farbowane sprayem na wiśniowo, jakieś jagody i mocny zapach eukaliptusa. Bukiet jest ogromny i pasował by do wnętrz zamkowych a nie do naszego salonu. Aby go nie uszkodzić Pan Mąż siada teraz w psim fotelu po drugiej stronie salonu. Jest na co popatrzeć.

Kretka pomyka po świecie w sweterku. Jej szary, wełniany aran zamiast się w praniu filcować robi się coraz większy i bardziej rozwlekły. Nic dziwnego, skoro użytkowniczka traktuje go w taki sposób:


Zatem u nasady golfa wszyłam od lewej strony szeroką gumę. Leży lepiej. Zazulka została wczoraj ponownie ostrzyżona. Ale ponieważ jest malutka, subtelna i nie lubi marznąć, dostała ode mnie kolejny sweterek. Wełniany naturalnie stuprocentowo.



Na pierwszym zdjęciu sweterek jest przymierzany na psa przed postrzyżynami, na drugim już po. Zazulka ma teraz goły, szczurzy ogon, ale my lubimy szczury. Pieseczek uczy się szybko i tym razem już z fryzjerką nie walczyła.
Znajoma z parku, posiadaczka dwóch posokowców widząc Kretkę w sweterku uprosiła mnie o wykonanie zimowej odzieży dla jej zmarzlaków. Twierdzi, że na długiego i chudego posokowca nic gotowego się nie kupi. Chyba posokowce dostaną uszyte derki, tylko najpierw muszę zdobyć ortalion, polar i ocieplinę, bo jak na razie mam tylko rzep w kolorze niebieskim. Jeszcze studio psiej mody na miarę założę!

Zmieniłam - trochę przypadkiem pracownię plastyczną i prowadzącą zajęcia. Miałam nadzieję chodzić dwa razy w tygodniu do obu pracowni ale niestety terminy sobie wzajemnie przeczą. I chyba dobrze na tej zmianie wyjdę. Pokażę za jakiś czas, co mi się udało wymalować, bo tym razem prace będzie każdy trzymał w domu. Nowa pracownia jest oblegana i każdy kąt przeznaczony jest na przechowywanie materiałów plastycznych, a nie stert koślawych rysunków uczestników.

Kto jest większy niż rozmiar 42 ten wie, jak trudno jest kupić sensowne zimowe okrycie. 
Pan Mąż nawet nie protestował, gdy zażądałam zimowej kurtki z Tchibo. Tchibo ma takie rozmiary i to rozsądnie wykonane. Za znacznie mniej niż w Peek&Cloppenburg, za to z takimi samymi udogodnieniami. Przy moich okrągłościach konieczny jest zamek błyskawiczny otwierający się od góry i od dołu. Dzięki niemu kucając (zazwyczaj po kupę albo po piłeczkę) nie wyrywam tego zamka ze szwu. Poza tym kurtki z Tchibo mają kaptur i przepastne kieszenie - moim zdaniem niezbędne, a w damskiej odzieży zwykle pomijane. Zwłaszcza sobie cenię kieszeń wewnętrzną zapinaną na zamek. Bo zwykle majątek na wynoś noszę po kieszeniach.
Francuskie szwy i guma w talii fajnie imitują posiadanie tejże. Jestem na zimę opatulona.

Dziś mieliśmy nockę z głowy. Około północy Kretka zaczęła kasłać. Kaszlała do rana. Ma niezłe rezonatory i każde jej kaszlnięcie było jak strzał z papierowej torebki. Cały dywan był rankiem opluty. Dziś rano (niedziela!) zadzwoniłam do jej lekarza i już o dziesiątej byłyśmy w gabinecie. Jest chora na antybiotyk i flegaminę! I mamy sobie spacery długie darować przez kilka dni.
Chyba wystąpię do NFZ o uznanie mnie za psa i pozwolenie na leczenie się u weterynarza bo u nich jakoś to sprawniej przebiega. Przedwczoraj okulistka zwierza przebadała, dała leki, zalecenia i znów na jakiś czas pies odzyska wzrok. Czas oczekiwania na wizytę wynosił 2 dni. Jakby co to kardiologa wezwą do gabinetu, ortopedę też mają znajomego. Nic tylko być psem u dobrych ludzi, jak się ma słabe zdrowie.