sobota, 28 grudnia 2013

Kropka tv

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie wiem, co to za kropka, ale od jakiegoś czasu owa kropka tv wysyła mi radosne SMSy. A to wygrałam samochód, a to 100 tysięcy. Zmęczona tym zablokowałam w telefonie ten numer. Kropka natarczywie wysyłała SMS y z innego.
Alicja, również zirytowana tymi wiadomościami zauważyła ponadto, że płaci za jakieś wiadomości tekstowe, których nie wysyła. Alicja śledzi swój rachunek telefoniczny nieco staranniej niż my. Poszła do BOK i się dowiedziała, że płaci za wszystkie SMS y z numerów cztero- i pięciocyfrowych, które wpadają do jej skrzynki. Nieważne, że ich nie czyta, nieważne, że je tylko kasuje. Płaci za każdy. 
Znane są nam oczywiście opowieści o ludziach, którzy splajtowali, bo dzwonili na seks telefony w Tajlandii, bo do ich linii telefonicznej podpiął się ktoś , kto to robił, albo ich nieletnie dzieci dzwoniły godzinami na jakieś zakazane numery. Ale nie wiedziałam, ze można nas obciążyć rachunkiem za coś, co ktoś wysyła nam, a my za to płacimy choć nie wyraziliśmy zgody, bo mamy numer. 
Pan w BOK uprzejmie zablokował Alicji możliwość otrzymywania takich wiadomości na poziomie operatora uprzednio przez 40 minut analizując jej bilingi.
Zatem i my poszliśmy do naszego BOK. Pan w T-mobile potwierdził istnienie tego przekrętu. Kropka tv nie zarabia na lipnych loteriach, a na wysyłaniu przez internet generowanym sztucznie numerom telefonów takich SMS-ów. Jak numer nie istnieje, to nie istnieje, ale jak istnieje i nie ma blokady to wpada grosz. Grosz do grosza i będzie kokosza. Śmiejąc się do nas perliście pan włączył blokadę i Tomkowi i mnie. Dało się także zablokować dzwoniących namolnie ludzkich telefonokrążców chcących nas ubezpieczyć, leczyć, wyposażyć w sprzęt nikomu do niczego niepotrzebny i przeszkadzających w życiu jak cholera.

Klienci, szorujcie do BOK-ów aby się dać kompletnie zablokować.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, ze nie jestem już człowiekiem. Jestem jedynie baranem, którego należy ogolić do skóry z każdej, najbardziej nieoczekiwanej strony.

wtorek, 24 grudnia 2013

Już za chwileczkę, już za momencik...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

No i proszę, jest wigilia a do roboty zostało... odkurzyć bardzo z grubsza i bardzo z wierzchu, tam, gdzie się nasypało przy robocie i gdzie kosmate obywatelki zostawiają kłaczki i kudełki.
Pomiędzy gotowaniem i sprzątaniem udało się na czas wykonać małe a niezbędne dziergadła.
Dziecina zażyczyła sobie kolejnego kominka na głowę, ale takiego, który da się dwa razy na szyi zamotać. Mówisz i masz:


Przy okazji sobie kolejną sweet focię strzeliłam. Wełna 100% wprost z lumpeksu. Pierwotnie była w kolorze błękitu majtkowego, zatem potraktowałam ją w swoim czasie farbkami Kakadu i jest do przyjęcia. Wzór darmowy z Ravelry, niejaki Boomslang. Żadna filozofia, 220 oczek na okrągłym drucie i przerabiamy 6 rzędów prawymi, 6 rzędów lewymi co najmniej 7 razy. Kilka filmów i gotowe.

Bratowa jest wielbicielką mitenek i barwy zielonej. Zatem skarpetkowa włóczka z tego samego źródełka, wzorek darmowy z tego samego miejsca co poprzednio i voila:


Teściowa jest wielbicielką szlachetnej bieli. Jej zdaniem czapka ma być biała. Tym razem wzór pochodzi z ostatniego Intervawe Knits (wersja na iPada kosztuje tyle co Sandra w kiosku). Za to wełna - doskonała zresztą i nowa w motku znów lumpeksowa. Tyle, że dwa potrzebne motki były  nie całkiem w tym samym kolorze. Niby oba w  bieli ecru, ale każda biel inna. Zatem robiłam z dwóch kłębków na zmianę, jedna runda bielszą, druga runda ciemniejszą.  Efekt znakomity.



No i trzeba to wszystko było popakować. Nie znoszę papierowych torebek na prezenty. Nie chce mi się ich szukać po sklepach. Są jednorazowego użycia, nie da się w nie nawet psiej kupy z trawnika zebrać. Do niczego się poza wyrzuceniem do śmieci nie nadają.
Ale od czego domowe archiwum szmatek i tasiemek? Tasiemki są jeszcze po babci, jak chodziłam do przedszkola, to mi takimi pasmanteriami ( w języku babci pasmanteria to nie sklep, a właśnie ozdobna tasiemka :-)) dekorowała stroje balowe. Worek tych pasmanterii był babcinym skarbem.
Worki ze szmatek powstały szybciej, niż bym dotarła do najbliższego marketu z papierowym śmieciem. Jak się łeb karpiowy z włoszczyzną, płetwami i kręgosłupem na galaretę gotowały.


Życzę wszystkim czytelnikom świąt bardzo przyjemnych: z ulubionymi potrawami i napojami, bez scysji i tarć, a w workach pod choinką niech będą rzeczy, które sprawią Wam prawdziwą frajdę.
A o północy posłuchajcie, co Wam powiedzą zwierzęta.

środa, 18 grudnia 2013

A co ze Świętami?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Rozbijamy się z Kretką w towarzystwie Świętego Mikołaja coraz intensywniej. Kalendarz pełniutki, wczoraj cały dzień był zajęty, jutro Pogotowie Opiekuńcze, w piątek od skowronka do żaby robimy, w sobotę też kilka godzin ucieknie. Zrozpaczona Muszka siedzi sama w domu i nie rozumie ani trochę, co się dzieje. Rozumie, że jest inaczej niż zwykle i bardzo jej przykro. Ale nie ma Muszka ani trochę daru potrzebnego do takich peregrynacji.
Dziś czwarte urodziny Kacperka uczulonego na psa bardzo, więc dziewczynki posiedzą sama cały wieczór. Tradycyjne roboty przedświąteczne upycham kopytkiem pomiędzy aniołowaniem. 
Meble już przebrane w zimowe pokrowce, okien nie umyję, bo nie ma kiedy, odkurzacz mało nie skonał na zatkanie. Ale dał radę. Dziś wykorzystałam Pana Męża i z grubsza aprowizację ogarnęliśmy, sama bym z bazarku tego nie przywlekła, bo na obie nogi okulałam. Nawet mi kazali na cito robić dopplera, ale nie mam żadnych strasznych chorób, tylko kurcz trwający od miesiąca i siniaki na brzuchu od heparyny przepisanej na wszelki wypadek. Zastrzyki zrobiłam sobie sama, bo skoro i tak prędzej czy później (sądząc po rodzinnym wywiadzie) dostanę insulinę, to nie ma się co opitalać i biegać z podskórnym zastrzykiem do pielęgniarek. Druga noga tradycyjnie nie działa z powodu zwyrodnień, które jak powiedział mi fizjoterapeuta, z wiekiem będą się jedynie nasilać. Zaopatrzona w składaną laskę poruszam się dość sprawnie, ale z laską i dwoma psami nie jestem w stanie ciągnąć jeszcze rolls royce'a z bazarku.
Zatem sery, wędliny, włoszczyzny, kartofle, buraki, woda mineralna i dwie tłuste Stollen już w domu.
Poskakałam sobie po stołkach aby zapędzić w jedno miejsce półmiski, które przez cały rok rozlazły się po szafkach, zlokalizowałam z piętnaście opakowań worków do lodu - Pan Mąż uważa, że przygotowania do świąt obejmuje kupno owych worków, a potem i tak kupuje lód do ulubionego napoju na Statoilu; wyrzuciłam z lodówek masę słoików z resztkami nieokreślonych substancji, załadowałam spiżarnię nowymi słoikami ze znaną póki co zawartością, wyprałam kolejną partię szmacianych dywaników. Zorganizowałam również nielegalnie opłatek, bo nikt do kościoła się nie pofatyguje, ale od dawna nieżywa babcia w głowie krzyczy, że opłatek być musi. Dobrze, że nie krzyczy, że ten opłatek ma być legalny.
Karp i pstrągi w zamrażarce, jemioła na gwoździu w przedpokoju, gwiazdy betlejemskie zamiast bukietu na stole. Nie jestem pewna, czy kupię choinkę. Od kilku lat mam wrażenie, że wciąż ją ubieram i rozbieram. Przez cały rok znajduję pod dywanem jej szpilki. Na Sylwestra ma przyjść trochę ludzi, przy choince nie da się potańczyć, zajmuje pól salonu (saloniku?). Być może czubek pewnej sosny z ogródka w wielkim wazonie posłuży za choinkę. Się zobaczy.
Zmiatam puścić kolejne pranie, trzeba przede wszystkim przygotować łóżko dla Alicji, bo co jak co, ale na święta musć teściowa musi być!
Ma ktoś z czytelników dobry przepis na przepalankę? Dziadek nazywał to krupnikiem, ale w składzie była kawa, karmel i korzenie - poza spirytusem rzecz jasna. proporcje mi z głowy wyleciały.

czwartek, 12 grudnia 2013

Coś z bielizny - henley

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Henley to nazwa męskiego podkoszulka o specyficznym kroju. Przylegający do ciała, ale z umiarem, wykonany z dzianiny o specyficznym ściegu gwarantującym zachowanie ciepła, z owalnym podkrojem  i krótkim rozpięciem pod szyją. Z rękawami. 
Wyobrażam sobie coś takiego pod kraciastą koszulą kowboja.
Jakiś czas temu tak skrojone bluzki wdarły się w świat wielkiej mody i noszone są nie pod czymś, a zupełnie na wierzchu. Przez panów i przez panie. Pan Mąż od kilku lat nabywa coraz to nowe wierzchnie henleye i bardzo mu w tym dobrze, wygląda młodo i wiotko.
W związku z tym nawet poważne dziewiarskie czasopisma jakim są Knitscene i Interwave Knits poświęciło  henleyom i ściegom waflowym do ich tworzenia spory artykuł. Ściegi waflowe do mnie jeszcze nie przemówiły. Widać jeszcze porządnie nie zmarzłam. Ale projekt Amandy Scheuzger Mauveine Henley do mnie przemówił. Zamiast ściegu waflowego, pogrubiającego i ogrzewającego użyto w nim dżerseju i oszczędnie dawkowanego ażuru, dzięki czemu moje puszyste ciało nie wygląda jak paradna poducha z białej izby gdzieś w Karpatach.




I sobie taki zrobiłam z BFL Socka prosto z Zagrody.
W trakcie roboty zrobił się klasyczny zezwłok, ale po zblokowaniu korpusu było cudnie.
Wzór rozpisany doskonale i na szczęście nie do pępka. Zasłania to i owo. 
Zdjęcie na człowieku kiedy indziej, bo jestem sama i zaniemogłam cokolwiek i tak się światu nie pokażę.
Włóczka świetna. I bardzo, ale to bardzo wydajna. Kupiłam ją daaaawno temu zachwycona chwytem i kolorem i... leżała. Nie miałam pomysłu. Aż drogą autopsychoanalizy doszłam czemu. Bo w czasach mianowicie męża nr. 1 polar w takim kolorze był moim jedynym wierzchnim ubraniem. Całorocznym. Nawet jak w nim usiadłam na płonącym palniku gazowym i spaliły się plecy, dalej musiałam w tym chodzić, bo czego innego nie miałam.
Trauma odkryta, przerobiona, ametyst po mamie na palcu błyszczy i fioletowego henleya można nosić na okazje wytworne.
Tylko co zrobić z pozostałymi kłębkami? Kupiłam ich 5, wiedząc, że jestem wielką babą. Na tę bluzkę wyszły 2. 
Proszę nie robić uwag o tym, że widać gdzie skończył się pierwszy kłębek. Efekt mory widoczny przy robocie dookoła strasznie mi się podoba.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Entropia i hydraulika

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Któregoś dnia Pan Mąż, całkiem goły i mokry oświadczył mi, że leje się spod wanny. I spytał, dlaczego się stamtąd leje. Odpowiedziałam mu, że zapewne z tego powodu, że woda płynie w dół i musi być przy ekranie jakaś dziura.
Pan Mąż nabył najbardziej chłonną gąbkę na rynku i układał ją na owej domniemanej dziurze podczas zażywania natrysku. 
Woda się lała dalej. Dywanik łazienkowy codziennie trzeba było suszyć. W końcu, po kilku tygodniach suszenia dywanika odpadł od ściany i wanny biały ćwierćwałek i moim oczom okazał się dziurawy i spleśniały silikon. Były zaiste powody dla codziennej Niagary spod wanny. Brzegi drugiego ćwierćwałka były również podejrzane. Zatem bez stosowania szczególnej przemocy zdjęłam i jego. To co było pod spodem wyglądało jak brązowe smarki w czarne łaty. 
Zaprzyjaźniony mechanik poradził jak usunąć stary silikon. Nożyk do tapet marnej jakości nadaje się do tego idealnie. Tuba silikonu, flaszka benzyny ekstrakcyjnej, taśma malarska i szklanka wody z mydłem pozwoliły mi osobiście wykonać naprawę. Kiedy już kończyłam silikonować te szpary i przytwierdziłam ćwierćwałki przypomniałam sobie, że na Starym mieście sama uszczelniłam silikonem wszystkie okna, bo kit z nich wypadł. 6 szyb w jednym skrzydle okiennym x 4 skrzydła w oknie x 4 okna - powinno mi to dać jaka taką wprawę. Tymczasem o całym procesie zapomniałam. Poza tym, żeby dotykać silikonu jedynie namydlonymi rękami. Tego nie zapomniałam na szczęście.
Pakując w szczelinę śmierdzącą octem mazię rozważałam, jak trzeba być durnym, żeby sobie dać coś takiego wstrzyknąć w tyłek albo cycki. TLC ostatnio z upodobaniem pokazuje zmasakrowane silikonem ciała.



Pod wanną wyschło, za to w kiblu namokło. Dziś o trzeciej w nocy nieprzytomny  Pan Mąż wdepnął w małe jeziorko sięgające aż pod próg. Na szczęście pod nami jest jedynie piwnica i to nasza własna.
Hydraulik wezwany rano stwierdził, że kibel choruje na zaawansowane zmiany starcze. Zwłaszcza niejaka armaturka i uszczelka pomiędzy rezerwuarem a muszlą. Uszczelka wewnętrzna też była do zmiany. A ponieważ nie można kupić samej uszczelki do dawno nie produkowanego i od dawna nie importowanego mebla łazienkowego z Włoch, trzeba było kupić i armaturkę i resztę bebechów w kompletach. Jestem lżejsza o 170 złotych, hydraulik z obleśnym uśmiechem starał się ze mnie jeszcze trochę kasy wydusić, ale odmówiłam. Chyba nie miał na to wielkich nadziei, bo serdecznie polecił się na przyszłość.

Wnioski:
a) zapamiętać że silikon sanitarny ma 5 lat trwałości, zatem w 2018 ponowię manewry przy wannie
b) nie kupować niczego z przygodnych importów, bo potem życia wewnętrznego do tego dostać nie można i dostępne są tylko komplety 

sobota, 7 grudnia 2013

Sezon rozpoczęty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ksawery bardzo przeszkadzał Mikołajowi z kompanią dotrzeć do oczekujących nań dzieci, ale jakoś dotarłyśmy. Korek do Piaseczna zaczynał się już na Ursynowie.  Dzięki wprawie i zgraniu, oraz przede wszystkim dzięki przemyślności Mikołaja  wszystko się udało poskładać na czas.


Anioł pociągowy w akcji. Mikołaj wprawnie rozmawia ze Skrzatem.


Piękna niebiańska ekipa.


 Anioł towarzyszący w akcji.


Skrzat na patrolu - uszka leżą na "jestem bardzo grzeczna".
 Trzeba do każdego podejść, poprzymilać się, dać się pogłaskać, liznąć po ręce. Okazywać przyjazne i ciepłe uczucia.


I wyprawić gości do domu. Skrzat w szatni.



Mikołaj też nikogo nie przeoczył, każdy gość postukał pastorałem na szczęście.


A po imprezie można pobuszować w śmietniku i obwąchać słodycze. Ciasteczko pies dostał, czekolady nie dostał, taki to już psi los.

wtorek, 3 grudnia 2013

Anielskie powinności

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Grudzień już jest, w piątek Mikołaj z Aniołem ruszają w trasę. I mają nadzieję oblecieć tyle miejsc, gdzie dzieci w różnej kondycji na nich czekają, ile się tylko da.
Nawet ciężka choroba renifera nie odwiedzie Mikołaja od jego corocznej powinności. Renifer czuje się trochę lepiej, powoli zaczyna jeść, ale wycięcie kawałka jelita i zapalenie otrzewnej to poważna przypadłość.
Mikołaj sam wyremontował niedawno swój wózek, bo po 10 latach wiernej służby pojazd był już nieco zdewastowany. Przez ostatnie dwa dni pod czujnym okiem Mikołaja i renifera pod kroplówką Anioł wykonał według dość niejasnych wskazówek Świętego tapicerkę na wózku. Wózek będzie piękny!

Wolno kapie dziś kroplówka
Wartko płyną brzydkie słówka
Nić w maszynie wciąż się zrywa
Tekla leży ledwie żywa


Ratuj, ratuj święty Józku, lamujemy brzegi w wózku!

Anioł zemści jak cholera, robi dziś za tapicera.
A ten wózek, psia go mać trzeba będzie prać i prać. ( To co musi być od czasu do czasu prane, musi dać się zdjąć z ramy. Stąd kilometry naszytego na wózkową tapicerkę rzepa)



Płyn Ringera ledwo kapie
Tekla liże wenflon w łapie
Z wierzchu szmatka dołem miś,
Jak się pięknie szyje dziś


A w ogóle to:

Lepiej mieć migrenę dzisiaj 
niźli z rzepem zszywać misia.

Wskazówki Mikołaja były dla Anioła mało zrozumiałe, ale po pokazaniu na meblu co i jak  wszystko się pięknie udało. Pewnie święty Józef, rzemieślnik, miał w tym swój udział. Jeszcze trzeba napompować czerwone koła, pozawieszać na wózku wszystkie dzwonki, zabawki, świecidełka, ustroić hołoble i oczywiści wsadzić do wózka choinkę oraz worki z prezentami. Renifer w tym sezonie będzie bardzo oszczędzany z oczywistych powodów, więc jako siła pociągowa posłuży Anioł.
Ponieważ w niedzielę w Domu Kultury Stokłosy przez półtorej godziny słuchałyśmy Artura Andrusa, rymuje się nam wyjątkowo łatwo. Zatem jeszcze próbka aniołowych poezji.

W zielonym samochodzie 
Mikołaj jeździ na co dzień.
Jednak gdy bieży do dzieci
Po niebie wózeczkiem leci.
Zaprzęga do niego bouviera.
On robi za renifera.

Anioł, co chodzi piechotą
Czy upał, czy wichry, czy błoto
Gdy się do dzieci wybiera
Pod pachą taszczy teriera
Co ma straszliwe kły 
I wcale nie jest zły.