środa, 31 grudnia 2014

Bardzo przepraszam

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Bardzo przepraszam wszystkich, do których powinnam wysłać życzenia świąteczne na papierze, a nie wysłałam, napisać maila albo zrobić jeszcze coś innego. Po części winna jest temu trwająca od początku grudnia migrena, po części Poczta Polska.
Migrena tym razem nie wystraszyła się sprawdzonego leku i trwa nieprzerwanie niemal już czwarty tydzień. Jak zwykle ból głowy nie jest wielki, za to mdłości, nadwrażliwość na zapachy i dźwięki dają mi się we znaki naprawdę bardzo bardzo. Odwiedziłam w związku z tym neurologa, który dał mi jakieś nowe tabletki, które ponoć nie wejdą w dramatyczne interakcje z resztą mojej apteki. Lepiej mi było by nie czytać ulotki od tego leku, objawy uboczne są przerażające i na dodatek nie można tego ot tak odstawić jak się te objawy ujawnią. Można mianowicie i zżółknąć i wyłysieć i całkiem przestać się ruszać. A także obleźć ze skóry. Tudzież spuchnąć w miejscach rozmaitych. I łapać po kolei wszelkie infekcje wirusowe a zwłaszcza zapalenie ucha.
Co do Poczty Polskiej to ręce opadają. Nie można wysłać nawet najcieńszego listu, pocztówki ani niczego nie odstawszy pierwej paru godzin w poskręcanym ogonku do okienka. Dawniej można było kupić znaczek w kiosku albo w automacie. Teraz nie. Tylko w okienku. Personelu na poczcie coraz mniej, a ludzi w ogonku coraz więcej. Procedury nadawcze są coraz bardziej przewlekłe. Komputery raczej utrudniają je niż przyspieszają, bo i tak każdy list trzeba wpisać w jakiś zeszyt z tysiącem krateczek, a czasem nalepkę na paczkę trzeba wydrukować w kserokopiarce i przykleić na zwykły klej. Ponadto panienka z okienka ma chyba kolejne głupie polecenie odgórne i nie zwracając uwagi na kłębiący się tłum każdemu interesantowi proponuje usługi Banku Pocztowego, ubezpieczenia pocztowego albo bodaj sprzedaż Faktu czy Superaka i długopisu. 
Boszszsz, jeszcze w tym tłumie bankowe sprawy załatwiać, ktoś chyba zwariował. I to w sytuacji, gdy na każdej ulicy jest ze sto wygodnych banków z wyściełanymi fotelami, bankomatami i wpłatomatami. 
Bo oczywiście opłat pocztowych nie można załatwić kartą. To znaczy niby można, ale prowizja jest taka, że sama panienka z okienka jak o niej mówi, to oczy ma ze strachu całkiem okrągłe.
Skutek migreny i postępowania Poczty jest taki, że wolę wszystko niż tam pójść przed świętami. Nie chcę ani wąchać innych interesantów ani z niecierpliwości przebierać nogami.
Wszystkie maile napiszę, jak mnie w końcu głowa przestanie boleć.
A teraz szykuję się do Sylwestra bardzo spokojnego. Pogramy w Chińczyka, w kości, pójdziemy spać o ludzkiej porze a jutro będziemy mieć dla siebie piękny, bezludny do popołudnia dzień.

sobota, 27 grudnia 2014

Jeszcze tylko Sylwester i będzie jak zwykle.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Od jakiegoś czasu szukam kabelka do aparatu fotograficznego. Kabel od Leiki diabeł nakrył ogonem i nie ma zdjęć. Mam wprawdzie lustrzankę i telefon  ale to nie to samo. Na blogu dobrze służyła mi Leica. Jej oryginalny kabelek kosztuje 450 złotych więc chyba sprawię sobie niemiecką podróbkę za dwie dychy.
Święta bardzo się nam udały. Do tego stopnia, że już dziś wszystkie świąteczne potrawy są doszczętnie wyjedzone. Obowiązkowe przyjmowanie i chodzenie w gości było tym razem bardzo przyjemne, niemęczące i bez żadnego przymusu. Zatem święta bez scen.
Na Sylwestra planujemy z koleżanką pograć w Chińczyka i w kości. Oraz wypić flaszkę wytrawnego Martini z bąbelkami jednym okiem patrząc w TV a jedną ręką głaszcząc psa. Oczywiście na dywanie siedząc po turecku. Jak sądzę Pan Mąż nie będzie nam towarzyszył, bo gier towarzyskich nie toleruje. Psy będą zdenerwowane, ale za to my pierwszego stycznia nie spiszemy na straty.
Nie wiem, czemu miasto jest tak strasznie puste. Dziś rano na Dolince spotkałyśmy raptem dwa psy z właścicielami. Fajnie mieć taką przestrzeń tylko dla siebie. Ostatnio taki luksus jest codziennie.
A, znalazłam w tym roku w salonie miejsce dla choinki. Nawet bez obrzydzenia ją ubrałam. W zeszłym roku nie mogłam się do tego zmusić. Przerwa w rytuale podziałała i w tym roku zrobiliśmy wszystko, co tradycja nakazuje. Tylko barszczu pierwszy raz nie gotowałam. Tak jak wszyscy inni sięgnęłam po barszcz Krakusa z kartonika. Aż szkoda, że nie wolno nam tego częściej jeść.

środa, 24 grudnia 2014

John Lennon -"Happy Xmas (War Is Over)"-Offical Video-HQ



Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wesołych Świąt!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mało świątecznie jest w tym roku. Z nieba leje, Państwo Islamskie pokazuje rogi, Putin jaki jest każdy w końcu widzi. Zewsząd same złe wieści. Na plakacie w metrze pan Żebrowski życzy wszystkim świat bez scen. Dołączam się do tych życzeń. Załączam najlepszą współczesna piosenkę na świąteczny sezon. Nie wiem, czy obrazek się pokaże czy nie. Bardziej w tej chwili interesuje mnie siedząca w piecu gęś i stygnące w zlewie buraki.

https://www.youtube.com/watch?v=S84RLgnz7Rs

No tak, nie pokazał się. Trudno.

środa, 17 grudnia 2014

To już za tydzień święta?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ledwo zdążam ogarnąć przed południem normalne życiowe sprawy, a już jest po południu i Mikołaj podjeżdża pod nasz dom i pora gnać do aniołowego zajęcia. Kretka doskonale wie, że jedzie do pracy, a biedna Muszka zostaje sama, bo Pan Mąż zamiast jej pilnować snuje się po telewizjach informacyjnych i jako gadająca głowa informuje o sytuacji zakładniczej w Sydney, o strzelanianie w Pakistanie i o operacji Miecz. Muszka wieczorami, kiedy już wracamy nie odstępuje mnie na krok a w łóżku cierpliwie nas usypia. Bo bez psa państwo zasnąć nie umieją. Kretka, zazwyczaj sypiająca niezależnie daje się wieczorem zapakować pod kołdrę i grzeje mi stopy. Bo poza wełnianymi skarpetkami bardzo w zasypianiu pomaga przytulenie zimnych stóp do psiego, ciepłego brzuszka. A stara suka, której dokuczają bolące kości też nie ma nic przeciw piernatom. Łapy jej nie bolą, z łapami wszystko jest na razie OK, ale chyba coś ją w krzyżu łupie, bo nie wskakuje sama na fotel i czeka aż ją na ten fotel się wsadzi. Zatem z naszego łóżka zrobiło się rodzinne gniazdo. Pan Mąż, ubrany kiedyś przy okazji jakiegoś przeziębienia w skarpety do spania bardzo sobie chwali ten wynalazek. Nie chce spać bez skarpetek, bo zazwyczaj wyłażą mu spad kołdry stopy. I na te stopy wieje z zawsze otwartego okna. Były wielbiciel spanie saute teraz używa i piżamy i wełnianych skarpet. Plan na styczeń to wykonać ich ile się tylko da. Zapoznawszy się z moimi wyrobami Pan Mąż zażyczył sobie swetra. Kardiganu konkretnie. Życzenie zostało spełnione, kardigan dziergany "z głowy" bez żadnego wzoru udał się wyśmienicie. Uwzględnione zostały wszystkie życzenia Pana Męża: są i przydługie rękawy i zapięcie nieco wyżej sięgające niż w kupnych swetrach. Wykonany i przymierzony kardigan Pan Mąż znajdzie pod choinką.



Kardigan zgodny z zamówieniem. Niestety, lampa pożarła warkoczyk zrobiony wzdłuż obu przodów.


Fajny ten tweed od Rowan. Guziki tez pasują.


Aż się zadziwiłam jak równo umiem już robić na drutach. Ta dzianina jest robiona w rzędach i zeszyta. Nie widać ani rowków, ani szwów. Nabieranie oczek pod plisę tez wyszło znakomicie.



A to skarpetki podchoinkowe z włóczki Langyarn Jawoll Magic bodajże, ta włoczka jeszcze z Berlina była przywieziona, ale w e-dziewiarce jest do nabycia. Ktoś się ucieszy. 

Pofatygowałam się dziś do Skarbowego, żeby dopilnować, czy zaksięgowano wszystkie moje wpłaty. Owszem, zaksięgowano ale w niewłaściwych miesiącach. Wniosłam o sprostowanie księgowanych danych. Dobra pani w okienku z napisem PIT pokazała mi jak wypełnić tę cholerną płachtę z tysiącem rubryczek. 
I co z tego, że umiem liczyć, skoro umiem tam wypełnić tylko pole danych osobowych i pole "dochód", reszta krateczek jest dla mnie niepojęta. Oczywiście o mało nie wzięłam ze sobą szczoteczki do zębów, jakby mnie mieli zamykać za oszustwa podatkowe. Obyło się bez aresztowania, i wiem już, że składać tego PITa muszę zaraz po Nowym Roku nim na Urząd ruszy wataha PIT-owców 28. Bo jak do stresu związanego z PIT-em dojdzie stres związany z tłumem i wielogodzinnym oczekiwaniem, to mnie z tego Urzędu wprost do psychiatryka odwiozą albo od razu na cmentarz.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Hipsterska czapka.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W podzięce za cuda jakie na mojej głowie - i od niedawna na głowie Pana Męża czyni mój fryzjer -obiecałam mu zrobić czapkę. Pan Sebastian strzyże tak, ze wszelkie braki w owłosieniu stają się sprawą drugorzędną, a ludzie na ulicy pytają, gdzie przyjmuje ten cudotwórca. Pani dermatolog lecząca mnie z nawracającej łysiny zapisała sobie skrzętnie jego telefon. Według niej ilość włosów na mojej głowie nie pozwala na taką fryzurę, a stylista jakoś sobie poradził. Pan Mąż ostrzyżony przez niego znów ma bardzo dużo włosów.  Stylista zaznaczył, że czapka ma być z tych dłuższych. Zatem taka właśnie powstała. 


Długo myślałam nad wyborem surowca. Padło na Malabrigo Lace brane potrójnie. Otok jest zrobiony na drutach 3,5, reszta na czwórkach. Kolor Paris Night w kłębkach wyglądał dość ponuro. Koleżanka zauważyła, że trochę ten kolor przypomina majtki gimnastyczne z naszych czasów wczesnoszkolnych. Może to i prawda, ale wzięta potrójnie nitka z trzech różnych motków pokazała urok idealnego indygo. Mam już jedną czapkę z tej włóczki i nie ma nic milszego pod słońcem. Ani się nie filcuje jak wieść gminna głosiła, jest leciutkie i miłe, ale w przeciwieństwie do angory nie gubi cieniutkich włosków, które przyczepiają się do nosa i drażnią straszliwie i  to do trzeciego prania. Chyba sobie też taką czapkę zrobię. Wszystko wskazuje na to, ze utrzyma ciepłe uszy a nie zrujnuje fryzury, jaką w piątek wyczaruje mi pan Sebastian. Co do mojego wyłysienia, to szczęśliwie porastam włosem. Okazało się, że jest za nie odpowiedzialna statyna. Nie podobał mi się ten lek od dawna, nie skojarzyłam, że po odstawieniu go w ramach medycznej rebelii odzyskałam włosy. Tego lata, popędzona przez diabetyka byłam grzeczna i łykałam statynę jak dobra dziewczynka. Aż niemal wyłysiałam na czubku głowy. Trudno, może i kojfnę na serce ale z własnymi włosami. Zamiast statyny będą śledzie, pstrągi i łososie. No i makrele, halibuty  i inne takie. Pani dermatolog mówi, że to bardzo rzadki skutek uboczny. Może i rzadki, ale cholernie niemiły.

sobota, 6 grudnia 2014

Rozchorować się jak ludzie z reklamy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przyszedł sezon na przeziębienia i w telewizji co 15 minut widzę smarkających i kaszlących ludzi z gorączką, którym na dodatek dokuczają zatoki. Po tych biednych ludziach widać, że są chorzy. 
A ja tak nie umiem. Odkąd nie chodzę do szkoły, czyli od roku pańskiego 1999 nie mam katarów, kaszlu a jak już coś mnie dopadnie to jest niewyraźne, zawoalowane i na nijaką chorobę nie wygląda.
Ot,  robię się trochę otumaniona, no przygłupia jakaś, bez refleksu, łamie mnie w kościach i jest mi zimno. Termometr pokazuje raptem 35 stopni. No to mi zimno.
W takim stanie przyszło mi rozpocząć w tym roku sezon z Mikołajem. W odwiedzanych placówkach rozpoznajemy już wychowanków, oni nas też rozpoznają. Psy, zarówno Tekla - renifer pociągowy jak i Kretka -  skrzat ciekawski wiedzą co mają robić i kiedy. Nie trzeba ich wcale pilnować, znają już kolejne odwiedzane parkingi, wiedzą gdzie i kiedy da się pobiegać i wysiusiać. Z powodu odchudzenia szatka skrzata nie rozpina się psiakowi na brzuchu. Trochę strach puścić chudą i wygłodniałą Kretkę między niepełnosprawne dzieci, wyjada im z plecaków śniadania, porywa kanapki z rąk i penetruje szkolne śmietniki, ale dalej do wszystkich się uśmiecha i jest bardzo przyjazna.
Mimo infekcyjnego ogłupienia bardzo sobie cenię te wyjazdy w grudniu. Nakładam anielską suknię, skrzydełka, perukę i aureolkę i zmieniam się z domowej kury w zupełnie inne stworzenie z innymi właściwościami i priorytetami. Mieszkanie czyszczę świątecznie w przelocie, okna już umyte, zasłony i firanki poprane, bo potem nie będzie czasu. Prezenty niemal gotowe, słodyczy nam nie wolno więc tylko jedna Stollen czeka w szafce. I jakieś pierniczki w minimalnej ilości, za to przepyszne. A siedząc w samochodzie obok Mikołaja można robić na drutach prostą czapkę z malabrigo. Z tego surowca wszystko jest ładne.

piątek, 28 listopada 2014

Nakarmić puste brzuchy i wiecznie głodne dzioby

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Do mięsnej budki na bazarku chodzimy po niezłe wędliny. W tej budce jest również fajne mięso. Można w niej bezpiecznie kupować nawet latem, bo połowę budki stanowi chłodnia. Jak są męczące upały to czasem idę sobie do rzeźnika po prostu ochłonąć od goraca. Chłodnia jest tak skuteczna, że chłodzi całe pomieszczenie, nie tylko swoje wnętrze. Pan rzeźnik po kilku latach znajomości zdradził mi sekret wspaniałego mięsa, otóż on je pracowicie okrawa z całego tłuszczu.  A ten tłuszcz, ścięgna, błony, kurze tchawice i inne takie nieapetyczne resztki pakuje w worki foliowe i do chłodni i modli się , żeby ktoś to zabrał. Zwykle się ktoś taki znajduje.
Tłuste resztki okazały się dla Muszki nieco za tłuste. Owszem, chętnie to zjada, ale jeszcze chętniej zwraca. Muszka jest genetycznie przystosowana do marnego, byle jakiego żarcia i ekscesy bogaczy psują jej zdrowie. Gotowane kartofle, biały ser i co bądź w niewielkich ilościach są ok, ale tłuste resztki to nie dla niej. Kretce tłustego wcale nie wolno. Są jednak na te okrawki inni amatorzy. Wystarczy je wystawić na taras w gustownej porcelanie, albo udekorować nimi tuje i voila:







Pani sroka jest szybsza od migawki w ten ponury dzień. Pani sroka nie lubi być fotografowana i jak widać zwija się  jak w ukropie. A może ktoś ją przy tej okazji za nogę złapie?
A w karmniku jak to w listopadzie, łopatą trzeba dosypywać. O karmniku wiedzą już wszystkie okoliczne sikorki, rudzik, mazurki, turkawki i kos z kosową. Zięb ani dzwońców jeszcze nie ma.
Żarcie dla tej czeredy (pięciokilowy worek ziaren z Jula) stoi w kuchni na blacie i cztery razy dziennie trzeba do karmnika dosypywać. Nie ma zimą piękniejszego widoku niż pasące się ptaki.
W mosiężnej płaskiej misie zawsze jest woda. Łatwiej się napić z takiej misy niż z oczka, które zresztą już powoli zamarza.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Spokój w głowie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie produkuję ostatnio postów jak karabin maszynowy bo jestem zajęta życiem. Jakiś cud się stał, nie mam listopadowego doła, nie robię nic kompulsywnie, nic nie muszę i fantastycznie mi się śpi. Ogarniam bez napięcia i porządki, i psy i nawet tfu, na psa urok kuchnię. Z dzieckiem jakoś się układa, zajęcia fitness dla podstarzałych robią swoje, ciało zrobiło się twarde i zwięzłe. Aż się boję zapeszyć, ale niech ten stan trwa jak najdłużej. 
I nic to, ze obrazek kolejny na zajęciach z malowania nie wygląda. No za nic nie chce wyglądać, nic ładnego w nim nie widzę, ale trochę jeszcze mu poświęcę uwagi. Jak nie wyjdzie, to zamaluję wielkie płótno na biało i zacznę rzeźbić co innego.
Sweter dla Pana Męża powoli nabiera rękawów, jeden zaczęty, drugi powstanie, potem listwa i szlus. Dziękczynne skarpetki dla miłego pana, który pomógł mi pozbyć się liści z ogródka zostały przyjęte z entuzjazmem. Pewnie nie będą zbyt trwałe bo z dropsowej Limy powstały, za to mróz obdarowanego w stopy nie ugryzie jak już przyjdzie.
Prezenty gwiazdkowe z grubsza ogarnięte, nowy King przeczytany, za chwilę zacznie się sezon aniołowania z Mikołajem.
Nie wiem, czy ten spokój duszy zawdzięczam Citalowi, czy nowej praktyce medytacyjnej. Pewnie i jednemu i drugiemu. Słuchanie uspokajających mantr pana Tolle niesłychanie mnie wkurzyło, zatem go nie słucham, ale idiotyczne z pozoru skupienie się na własnym oddechu w celu uspokojenia gonitwy głupich myśli jest fantastycznie skuteczne. Oddech ma się zawsze przy sobie i jest czynnością, która trwa. Komu się wydaje, że to nudne niech zatka sobie nos i zamknie usta. Zaraz się przekona, ze to fascynująca czynność.
A na grudzień w przerwach między szpitalami, szkołami i fikaniem nogami przewidziane jest otwarcie  manufaktury małych dziergadeł. Czapki, mitenki, skarpetki. Parę kłębków ubędzie!

niedziela, 23 listopada 2014

Jesienne mgły

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

To co uprzykrza życie kierowcom zwykle jest bardzo piękne. Przepadam za mgłą, pod warunkiem, ze nie siedzę w samochodzie i nie chodzę po skalistych graniach we mgle gęstej jak wata. Mglisty poranek w Dolince Służewieckiej to coś ślicznego. Widać Dolinkę, a nie widać Służewca. I jest bardzo cicho. I o to chodzi.

Wszystkie koleżanki razem. Zdrowa Kretka jak za dziecinnych czasów zawsze z piłeczką.


Nie widać służewieckich, ogromnych bloków!


Ani tu.


Zmieniamy godziny spacerów z rozespanej dziewiątej na mglistą ósmą.

środa, 19 listopada 2014

Am!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Skutecznie odchudziłam Kretkę. Od w maju ważyła 13,9 kg, teraz 11. Psa jest o trzy kilo mniej. Dostaje dwa posiłki dziennie, czasem popłakuje z głodu, ale nie ma zmiłuj, musi być lekka i chuda, bo inaczej... wcale jej nie będzie. Na głodowe rozterki Kretki dobrze robią skórzane patyczki, które można sobie gryźć i mlamlać bez pozyskiwania dodatkowych kalorii. Muszka - mistrzyni samożywności - ma wciąż taką samą figurę, ale trzeba jej przyznać, że więcej na niej mięśni niż sadła. I jedzenie zbyt tłuste jej nie służy. Obie są w doskonałej kondycji. Kretka ma sporo luźnej skóry, ogon się zrobił cieniutki, rajstopki i sukienka są teraz luźniutkie. Za to łapy nie bolą.
I teraz widzę, jak wiele psów ma nadwagę.  Niektóre osobniki są tak otyłe że aż żal patrzeć. Niedawno widziałam terierkę irlandzką, której przekrój w talii był wielkości drzwiczek od nowoczesnej pralki, co najmniej 1,20 m. w obwodzie. Nieszczęsne stworzenie ledwie się ruszało. Jamniczka spotykana na spacerach musiała przejść z powodu otyłości całkowitą mastektomię, bo ciągnęła cyckami po chodniku i w zimie sobie te cycki odmroziła. Jej pan nie widzi w tym nic niestosownego, że jego pies jest szerszy niż dłuższy.  Labradorka koleżanki ledwo się rusza i ponoć nie można jej odchudzić "bo jest sterylizowana".


(Dziś spotkałam irlandkę ponownie i już jest trochę mniejsza, psy chudną szybko jak dać im szansę na schudnięcie.)



Psa można odchudzić i recepta na to jest najprostsza na świecie, ale mało który właściciel nie dokarmia stworzenia. A to skórka od chleba, a to kubeczek po śmietanie, papierek od masła, plasterek wędliny, nie mówiąc od okrawkach z mięsa. A jeszcze ciasteczko psie w nagrodę, kawałek serka do przywołania i obiadowe resztki.
Dlaczego tak kochamy karmić zwierzaki? A dlatego, że one chcą jeść. Przez całe lata jedynie pies bez dyskusji jadł z apetytem to, co mu dawałam. Reszta rodziny, okropne niejadki, frustrowały mnie tak, że czasem ze złości mało nie pękłam. Kręcąca nosem matka, babcia nielubiąca jeść z natury, dziecko na granicy anoreksji, Pan Mąż przywiązany do jadania w lokalu - oni wszyscy dali mi zdrowo popalić. A pies jadł chętnie i zawsze mu było za mało. Utylizował to, czym rodzina wzgardziła i jeszcze garnek wylizał do czysta.
Opamiętałam się. Dziecko od lat już mi nie robi numerów przy stole, Pan Mąż jest na takiej samej diecie jak ja i się okazało, że jak nie jada się bułek drożdżowych na mieście, bezy migdałowej do każdej kawy w kawiarni i cukierków na kilogramy to domowa kuchnia jest ok. I glukometr na nią nie narzeka. Sałata już nie jest be a w umiarkowanych ilościach nawet coś słodkiego można zjeść od czasu do czasu.
I kiedy myślałam, że w tej sprawie jest pozamiatane okazało się, że jest ktoś, kto lubi moją kuchnię. Towarzysz Misi zjada grzecznie co dostanie na talerz i wszystko mu smakuje. Misia mówi, że ona nawet na te obiady się cieszy. Coś mi się wydaje że awansuję na teściową, która wydaje łikendowe obiadki. Mogę wydawać, póki ktoś nie zażąda ode mnie kompotu z jabłek z goździkami i biszkoptowego ciasta na deser. I rosołu na kościach wołowych, bo tego zapachu nie znoszę.
A pies ma pozostać chudy, skoro go tak bardzo kocham.

wtorek, 11 listopada 2014

Okiem nierozgarniętego wyborcy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przed nami chyba najważniejsze wybory, bo jakich sobie samorządowców wybierzemy, tak się nam będzie żyło w miejscu zamieszkania. Mało kto tu w dużym mieście zna kandydatów osobiście, rusza więc kampania wyborcza.
Aktualny burmistrz Ursynowa, Piotr Guział zasłynął z dwóch rzeczy: po pierwsze zmienia partie jak rękawiczki (stanowisko zdobył startując z listy PO, potem rządził będąc w PiS a teraz widzę, że jest bezpartyjny), po drugie w poprzednich wyborach miał plakaty wyborcze do złudzenia przypominające reklamę majonezu z Biedronki. Łącznie ze zdjęciem portretowym. Piotr Guział nie chce już być burmistrzem, on teraz chce być prezydentem Warszawy. Jak wiadomo prezydentem Warszawy chcą być tacy, co ukończywszy kadencję prezydenta Warszawy startują na prezydenta państwa. Widać, że Guział Majonez z Biedronki jest człowiekiem ambitnym i niewiernym ideom.
Potknąwszy się na majonezowym plakacie Guział do wyborów podszedł profesjonalnie. Hasło wyborcze pożyczył sobie od L'Oreal (Warszawa zasługuje na więcej). Zrobił sobie zdjęcie, na którym jest młody, szczupły, dobrze ubrany i ma neutralny światopoglądowo krawat oraz przyzwoitą fryzurę, puder, cień męskiego zarostu i Photoshop. Wydrukował sobie ulotkę z nieprawdopodobnym, choć populistycznym programem. Ja nawet wiem skąd się ten program wziął! Ze trzy kwartały temu była u mnie pani ankieterka i zadawała pytania, na które ten program jest odpowiedzią. Dziwiłam się, czemu Dzielnicę Ursynów interesuje mój pogląd na miasto w całości. No to już wiem czemu. ta udana ulotka trafiła do  mojej skrzynki pocztowej. Towarzyszyła jej dziesięciostronnicowa ulotka w formacie A5 zatytułowana Podsumowanie Kadencji 2010-2014 Ursynów. W tej ulotce Piotr Guział występuje na stronie 3 w pełnej wersji wyborczej fotografii i ze słowem do publiki. Ulotka jest panegirykiem bogato ilustrowanym, sławiącym rządy Guziała na Ursynowie. Niestety, na tym nie koniec Guziała w mojej skrzynce pocztowej. Guział łypie na mnie z każdej ulotki KW Nasz Ursynów. Na awersie jest dajmy na to niejaki Ławrynowicz czy Bendkowski, a z tylca Guział, co chce rządzić w Warszawie. Ja się pytam, kto to sfinansował. Bo jeśli Urząd Dzielnicowy, to znaczy że my wszyscy.
Niestety pozostali kandydaci, nie posługujący się standardowymi i drogimi metodami autopromocji, bez kasy na profesjonalnego doradcę PR mają niewprawnie zapisane programy wyborcze, bezsensowne hasła ( myślałam że hasło "nasz rodzic - nasze sprawy" tyczy opieki nad stetryczałymi rodzicami, a to jest o radach rodziców w szkołach) i nie rokują.
Najmłodsi kandydaci nawet nie wiadomo na co, chyba na radnych, to najwyraźniej młodzi bezrobotni bez szansy na jakąkolwiek inną pracę.
No i na kogo głosować?

sobota, 8 listopada 2014

Nowość! - druty do skarpetek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Żadne hasło reklamowe nie może być głupsze, niż tytuł tego posta. Bo co w drutach dziewiarskich można jeszcze zmienić? Zwłaszcza w takich zwykłych, prostych, zaostrzonych na obu końcach? No jak się okazało można.


Popatrzcie uważnie na końcówki tych drutów.
Z jednej strony każdy drut ma końcówkę tępą i krótką, z drugiej długą i zaostrzoną. Niesłychanie to wygodne - można wyrobić tym każdy ażur, każde zbieranie nawet wielu oczek, a palec, którym popycha się drut pozostaje nieuszkodzony i niepokłuty. Pewnie druty mniejszych rozmiarów też mają ten bajer. Kupiłam tylko te, bo zbiory jak chodzi o druty mam wielopokoleniowe i tylko grubszych nie miałam niestety. Widząc zatem te ładne czwórki nabyłam bez wahania. Poza tymi zróżnicowanymi końcówkami druty są standardowe: lekkie, aluminiowe, nie wyślizgują się ze skarpetki same z siebie. Każdy z nich jest innego koloru, więc wiadomo gdzie się jest z robotą.

I miła wiadomość dla Warszawianek, są dostępne stacjonarnie przy ul. Zgoda 5, w sklepie Magicloop.

Idę kończyć tę skarpetkę.

czwartek, 6 listopada 2014

Ale karuzela!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Same miłe rzeczy się dzieją. Pomijając różne fizyczne niedogodności.
Nagle książek do czytania urósł mi stosik. Zjadam średnio jedną dziennie i z niepokojem myślę o zaległościach dziewiarskich bo albo się czyta, albo się maluje, albo się robi na drutach. Można niby czytać i robić na drutach ściegiem pończoszniczym, ale tylko proste rzeczy. I to nie jest efektywne czytanie. Ani robienie na drutach. Ale pewnie jak zwykle będzie w końcu i przeczytane i udziergane.
Mężowski kardigan ma przody dociągnięte do połowy, jedna skarpetka dla kogoś jest gotowa, i to jest robota pilna. Pilna jest pewna czapka jeszcze nieruszona i drugie ciepłe skarpety.

Pan Mąż wśród wielu zalet ma dwie z punktu widzenia życia małżeńskiego nieocenione: nie wychowuje mnie i nie jest skąpy. Jeśli ma mi do przekazania coś w jego mniemaniu wychowawczego, to jedynie przy dobrym obiedzie niewykonanym przeze mnie i w znieczuleniu. Ostatnio w Bałkańskim Kociołku powiedział mi nieśmiało, ze to skandal, ze nic po niemiecku nie czytam. No nic jak nic, jakieś blogi czytuję, nawet czasem jakieś babskie artykuły, ale jemu chodzi o coś o wadze Spiegla. Zgodziłam się z nim i po powrocie do domu natychmiast kupił mi numer pisma na mój najstarszy z produkowanych tablet. I zonk, sam się przekonał, że to nie lenistwo, tylko technologiczna niemożliwość. 
Poszłam odespać knajpiane znieczulenie (bardzo ze mnie małolitrażowa kobieta), a on posurfował do sklepu i nabył mi iPada Air2. Urządzonko przybyło bardzo szybko, pan kurier trafił do nas bez ociągania, wszystko się dało na nim zainstalować, i muzyka, i książki i zakładki. Teraz oboje możemy sobie śmigać po sieci przy porannej kawie. Spiegel już przeczytany. Niewykluczone że zyskawszy nieco wprawy da się z tego tabletu nawet bloga pisać. Wszyscy piszący wiedzą, że klawiatura ma tu pewne znaczenie a klawiatura tabletu to jednak nie jest klawiatura komputera. Jeżeli tak się stanie, to sprzęt stacjonarny będzie służył do obróbki zdjęć, drukowania i to by było na tyle.

Wychowawco, zadbaj, aby Twoje wskazówki były wykonalne!

Obsypujemy się ostatnio prezentami z premedytacją. W marcu puknie nam 20 lat życia razem. A dwadzieścia lat temu zaczęło do nas docierać, co się między nami dzieje. I ponieważ wciąż sprawia nam wielką radość danie sobie znienacka buzi na tylnym siedzeniu autobusu, wciąż bywa, że chodzimy za rączkę, to doprawdy jest co świętować.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Fawele pionowe albo jak na działkach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Fawele to osiedla biedoty na obrzeżach wielkich miast w Brazylii. Z domkami z czego popadnie: z blachy, z tektury i z innych tego typu surowców. W Polsce taka radosna twórczość budowlana charakterystyczna jest dla działek pracowniczych. Jeden ma altankę z fabryki altanek, drugi ze starego kiosku Ruchu, trzeci murowany pałac z basztą, a czwarty coś w rodzaju gołębnika z mchu i paproci. Śmieszne te domeczki, w kolorach niezwykłych, nie pasują do nikogo i niczego. Nie wiem, czy coś takiego jak te nasze ogródki działkowe gdzieś w świecie jeszcze istnieje, ale w Niemczech na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych coś takiego widywałam.
Nie jestem wyznawczynią działkowego trybu życia, nie lubię zbutwiałych altanek, przeciekających namiotów, gnijących markiz i ogrodowych huśtawek postawionych na terenie zbyt małym, by się sąsiadom w oczy nie rzucać.
Wokoło pewnego domu przy Końskim Jarze chodzę już niemal sześć lat i wciąż nie dowierzam temu, co widzę.

Bardzo przyzwoity budynek, nieprawdaż? Czysty, ocieplony i otoczony zadbaną zielenią. Kretka lubi tu chodzić, bo może się bezpiecznie rozpędzić po prostym chodniku, a pod oknami znaleźć smaczne kąski.


A tu się zaczynają balkony, a każdy inny. Architekt pewnie sobie to inaczej wyobrażał.



 A to ten sam budynek z drugiej strony, A kuku, jesteśmy w brazylijskiej pionowej faweli, albo w altankach ustawionych jedna na drugiej. Przez sześć lat, kiedy tu mieszkam w faweli wyrosły industrialne płoty z drutu.

A to altanka szczytowa (czubkowa?) Te poniżej też niezłe. Czy przez tak zabudowane balkony w przyległych salonach widać światło dzienne? Kto tam mieszka, chyba jakieś krety.


Altanka z działką a nad nią altanka bez działki.


Pełne życie ogrodnicze i...

 idealna kopia działkowych zabudowań. W tym mieszkaniu światło pali się jak dzień długi przez cały rok.




Tu widać różne podejścia do balkonu: od ogrodu w doniczkach poprzez pustkę minimalizmu do składnicy starych mebli.

Wolnoć Tomku w swoim domku.

wtorek, 28 października 2014

Przenikliwe salami i znikające kołnierzyki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Nie chciało mi się chodzić do sprawdzonego masarza i salami krojone w plastikowej paczuszce kupiłam byle gdzie. Dostałam za swoje. Salami było smaczne, tłuste, pochodziło z Sokołowa i było wyprodukowane dla znanej sieci tanich sklepów. Zwykle do produktów robionych dla tej sieci dolewa się dla taniości wody ( sieć ma własne linie produkcyjne w zakładach spożywczych), ale o ile do pasztetu wody da się dolać, to do salami niestety nie. Pewnie było tłuściejsze niż normalnie, o co mniejsza, ale również bardziej wonne. Komuś się chyba ilości nawaniacza pokręciły. Po otwarciu plastikowej trumienki zasmrodziło mi to salami lodówkę na amen. Przenikliwy, być może identyczny z naturalnym - ale nie całkiem - zapach przywarł do ścianek lodówki, półek, wszystkich słoików, wgryzł się w masło, ogórki, paprykę a nawet w kalarepkę. Ocalał serek homogenizowany, jajka i chrzan. Resztę trzeba było wyrzucić, półki z lodówki wyprać w zmywarce a całą szafkę chłodzącą umyć dwa razy brud-purem.
Ostrzegam przed tą wędliną. Bliźnich i siebie.

Zauważyłyście drogie czytelniczki jak znikają z użycia pospolite dawniej elementy odzieży? Cienkie cieliste rajstopy ostały się chyba tylko w modzie bankowo-korporacyjnej i czasem wieczorowej. Od tygodnia co najmniej nie widziałam kobiety w spódnicy ani sukience. Tylko w kiosku ruchu na okładce babskiego pisma i w TV, gdzie mi tłumaczą, że sukienki są cacy. No i na niektórych blogach je oglądam. A w realu - nie!
Do sukienek, rajstop i spódnic ostatnio dołączyły żakiety i bluzki z kołnierzykiem. Znikają z normalnego, nietelewizyjnego życia w tempie błyskawicznym. Nim się ludność zapakowała w ciepłe ciuchy widziałam coraz więcej ubrań po prostu wyciętych z dzianin i byle jak zeszytych bez najmniejszego bodaj wykończenia. Jakieś nowe średniowiecze nadchodzi, na dodatek strasznie szare i bure. Niektóre modne i nowe ciuchy wyglądają, jakby nimi myto okna w domu, gdzie wszyscy nieustannie palą fajki, cygara i papierosy. Taki sposób farbowania na tytoniowe łaty jest w modzie. 
Z kupnem czegoś do ubrania się poczekam na jakąkolwiek zmianę mody. W szarym, brudnym i niewykończonym jest mi wyjątkowo nie do twarzy.


piątek, 24 października 2014

Kijem tego, kto nie pilnuje swego

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

No, mogę się teraz śmiać ale wcale mi nie było do śmiechu, gdy kupując w internetowym sklepie torbę, do której się śliniłam od wielu tygodni beztrosko nacisnęłam na bankowej stronie guzik "wyślij" nie sprawdzając wysyłanej sumy. A ponieważ wystukało mi się jedno zero więcej niż trzeba, to wysłana kasa starczyła by mi na 10 takich ślicznych i nietanich toreb. Pot mnie oblał zimny gdy zobaczyłam, co zostało na koncie.
Sprzedawca roześmiał się z niedowierzaniem, gdy mu o tym natychmiast zameldowałam i obiecał, ze kasę odeśle. I odesłał. Ale jakie mniemanie mam o sobie ja w obliczu tej transakcji, trudno sobie wyobrazić. Niestety należę do ludzi, których "mi się" i "samo się" dotyczy. Jest jakiś powód, że nigdy nie szukałam pracy biurowej.
Nie pomogło, że koleżance też się to przytrafiło i przyznała się do tego bez szczególnych emocji. Druga też. Jedna przepłaciła tak jak ja w sklepie internetowym, druga zapłaciła czynsz za dziesięć miesięcy naprzód. Za każdym razem ten kto dostał za dużo kasy oddał ją bez zwłoki. Cywilizuje się nam kolejny segment usług.


To właśnie ta torba tak mnie urzekła. Zdjęcie pochodzi ze strony producenta.



Natomiast sprzedawca książek z Allegro, który ostrzegał, że książka wysłana listem ekonomicznym może nie dojść miał rację. Nie doszła. Jaki mam mu wystawić komentarz? Skoro wie, że tak wysłana książka nie dojdzie, czemu oferuje taką opcję? Sprawdzę, czy rzeczona książka nie figuruje przypadkiem dalej w jego sklepie. Koszt książki był bardzo mały, natomiast koszt wysyłki, nawet tej ekonomicznej wyraźnie zbyt wysoki.

czwartek, 23 października 2014

Sezonowa karuzela

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Było ciepło jak nie o tej porze roku i chyba zapomnieliśmy, że potrafi być zimniej. Dziś rano gdy zbierałam się z psami na spacer Pan Mąż jeszcze będąc w szlafroku mi oznajmił, że na zewnątrz są aby trzy stopnie. A w nocy będzie mróz i jutro w dzień będzie pół stopnia mrozu i on w takim razie przyniesie ciepłą odzież z piwnicy. Ale jak się już sam wykąpie, odzieje i coś zje. Okutałam się czym tam mogłam i poszłam. A jak wróciłyśmy to w przedpokoju zastałam sporą górę męskich garniturów, które wraz z naszymi jesiennymi i zimowymi kurtkami, puchówkami i czapkami spędziły lato w piwnicy. To znaczy kurtki i czapki tylko latem bywały w tej piwnicy, a garnitury siedziały tam odkąd się tu sprowadziliśmy. Mimo, że każdy z nich po ostatnim użyciu był w pralni, to sześć lat w piwnicy dało im nieporównywalny z niczym aromat. 
Chyba trzeba je wyrzucić powiedział Pan Mąż. Najmłodszy z nich ma 10 lat i jak go ostatnio na sobie miałem, to czułem się niewyraźnie i niemodnie. Jak mi będzie jakiś potrzebny to sobie kupię, na razie się nie zanosi. Nim Pan Mąż się rozmyślił złapałam tę stertę w objęcia i pocwałowałam w kierunku pojemnika na "kolekcje odzieży, pościeli i butów". Sąsiad patrząc jak walczę z podajnikiem tego pudła miał dużo radości. Sporo radości miałam również ja bo po pierwsze nie będę tych eleganckich tkanin na nic przerabiać, po drugie znikło jedno potencjalne miejsce do hodowana moli. I w piwnicy będzie nieco więcej miejsca.
Nieco zaskoczona odkryłam, że mam o dwie kurtki zimowe więcej niż zapamiętałam. Mimo, że letnie kurtki, prochowce i marynarki naturalną koleją rzeczy opuściły szafy i poszły do piwnicy, pomieszczenie się w małych domowych szafach z grubymi, zimowymi ciuchami zawsze jest trudne. Ale się udało. Tylko szuflad na szale, czapki i rękawiczki trzeba będzie chyba dokupić. Nasze wielkie mieszkanie po sześciu latach jest całkowicie i na amen zapchane. Jakim cudem mieściliśmy się kiedyś w trójkę z psem w 34 metrach kwadratowych?

niedziela, 12 października 2014

Zamiast arafatki?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Od jakiegoś czasu kupuję sobie Vogue Knitting w wersji na czytnik. Znacznie lepsze modele niż w Sandrze i Sabrinie. Dużo taniej niż w papierze i szybciej dostępny, a ponieważ na ich stronie przed publikacją magazynu pokazane jest, co w nim będzie, wiadomo których numerów spokojnie można nie kupować. Zwykle dwa numery w roku są OK. Na ostatnim się nie zawiodłam. Pierwsza rzecz do zrobienia miała numer 1 i już się blokuje:


Jest to szalik ale z rozszerzeniem, w którym mieści się głowa. Kaptur z szalem. Mierzyłam to w trakcie robienia i sprawuje się bardzo bardzo. Wąski dość szalik nie spowoduje garba na plecach, szeroka część kapturowa otula głowę jak trzeba. W związku z różnymi okolicznościami zaczęłam bowiem kolekcjonować czapki. Dawniej wystarczał mi kaptur u kurtki, ale już nie wystarcza. Trudno, jakoś się trzeba ogacić od góry.


A tu zdjęcie poglądowe jak ten szal jest wykonany. Opis był tak skomplikowany ( nie powiem wprost, że niezrozumiały, o czym alarmują dziewiarki na Ravelry) że zerknąwszy na stronę Vogue, gdzie model jest sfotografowany i z przodu i z tyłu drugą połowę zrobiłam bez czytania instrukcji.

Szal pożarł większą część tego wielkiego kłębu wełny, którego resztka widoczna na zdjęciu miejmy nadzieję da jeszcze czapkę. Kłąb wraz z drutami drewnianymi Knit Pro pochodzi z lumpeksu. Za te druty ( z żyłką odłączaną, nie nadgryzione ani zębem czasu ani dziecka) dałam 2 zł. Wełna ma mały niewełniany dodatek, ale jak widać jest tweedem i dlatego ten dodatek wybaczam. No i kosztowała lumpeksowo bardzo przyjemnie.

Któregoś dnia Pan Mąż, który dotąd ode mnie nic dziewiarsko nie chciał, wręcz z przestrachem reagował na propozycję, że zrobię mu bodaj skarpetki, spytał, czy zrobię mu granatowy kardigan. Ciemnogranatowy, może taki jak ma z tej owczej wełny co mu go kiedyś kupiłam. Pan Mąż jak sądzę zobaczył, że granatowe kardigany są w modzie. Felted Tweed od Rowana mu się spodobał jako surowiec i czekam na przesyłkę. Myślę, że pół kilo na chudzielca wystarczy. I czuję że niebezpiecznie się zbliża szajba kupowania kolejnych wełen. Pal sześć, że szuflady pękają od nadmiaru. Podoba mi się i Holst Geelong, i jakaś szalenie barwna włoczka skarpetkowa od e-dziewiarki. I to i tamto. I już już niemal składam zamówienie ale rozsądek się włącza. Na razie się powstrzymuję, ale ile czasu dam radę się powstrzymywać?
A na dodatek tak naprawdę to chyba jest czas zapaść w zimowy sen. I pan Mąż i Alicja i wszystkie koleżanki i ja jesteśmy senni i mało przytomni. Jak widzę Muszkę zakutaną w kocyk i Kretkę obok to mam ochotę wpełznąć między nie ze swoim kocykiem, przytulić się i zasnąć. Nieważne, że dopiero się wstało i jest ledwie po śniadaniu. O tej porze roku powinno być rześko i chłodno a nie 25 stopni w cieniu.

niedziela, 5 października 2014

Jesienne połoniny (olej)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mój brat jest wielbicielem Bieszczad. Najchętniej by tam pojechał i został. Niestety, jest tu. A ponieważ ma za chwileczkę urodziny to dostanie Bieszczady na płótnie w formacie 40 x 50 cm. 
Czy ktoś wie, jaka to góra? Czarno białe zdjęcie w albumie Bieszczady było podpisane "jesienne trawy". Kolory zmyśliłam sama samiusieńka, chmury także, choć co do kształtu horyzontu starałam się jak mogłam być wierna fotografii. Malując ten landszafcik dokonałam wielu pożytecznych odkryć. Między innymi takiego, że byle jakie pędzelki nadają się do kosza jedynie. 
Nie wiem, czy to jest wersja ostateczna, popatrzę jeszcze na niego, bo nie mam zdania,  czy jeszcze nie trzeba mu trochę farby dołożyć.



Trochę się świeci, bo jeszcze mokry. Na bracinkowe urodziny nie zdążę go pociągnąć werniksem, trudno, powerniksuję kiedy indziej.


sobota, 4 października 2014

Trywialna sprawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

"Nie patrz tam!" krzyknęła do mnie koleżanka, zawodowa charakteryzatorka, gdy w sklepie zainteresowałam się lusterkiem pięć razy powiększającym. To w łazience, tylko trzykrotnie powiększające bez okularów nie pełniło już dobrze swojej lusterkowej funkcji. Coraz trudniej było się umalować. A kto się maluje w okularach? Nie posłuchałam koleżanki, popatrzyłam, zdrętwiałam i jednak takie lusterko kupiłam. I wszystko sobie dokładnie teraz mogę obejrzeć. I tylko mam nadzieję, że inni ludzie widząc mnie na ulicy na przykład nie przywiązują do tego widoku nadmiernej wagi.
Zobaczyłam, pomyślałam i postanowiłam wdrożyć rewolucję w skrzynce do makijażu. Na pierwszy ogień poszły cienie do powiek. Wszystko perłowe, z brokatem, w tysiącu i jednym kolorów zostało przekazane komuś znacznie młodszemu. Zostałam z jednym cieniem poczwórnym Isadory o romantycznej nazwie Muddy Nudes (Błotnista Nagość!). Pożyteczne i mało podniecające beże i brązy. Najciemniejszym fantastycznie można sobie dorysować brakujące brwi. Nie czerwienieje i nie rudzieje na skórze i za to go kocham. Usposobienie kolekcjonerki nie dało mi jednak spokoju. No bo jak żyć z jednym kompletem cieni do powiek? Ile można z nich wykrzesać? Niewiele. Poszłam na łowy czegoś odpowiedniejszego dla mnie niż perłowo - brokatowo - tęczowa paleta Sephory. Ekspedientka w Douglasie pożeglowała prosto do stoiska Armaniego. Leżała tam bardzo odpowiednia paletka za jedyne 250 zł. Zaśmiałam się perliście i uciekłam. Młody, efektowny sprzedawca w klamrze na zębach i z nienagannym przedziałkiem przechwycił mnie gdy biegłam do wyjścia i próbował mnie ująć niezwykłym zupełnie i szalenie odpowiednim cieniem Bobby Brown, sinobrązowym, za jedyne 115 zł. Uciekłam jeszcze szybciej.
W stoisku Inglota było przyjemniej. Obsługująca je makijażystka skompletowała mi sprytną paletkę z trzech cieni do powiek, ale najpierw sprawdziła, jak się prezentują na mnie. Potem dobrałyśmy jeszcze dwa pudry do konturowania.
Z mojej skrzynki do malowania wyleciały następnie wszystkie bardzo kolorowe szminki, tusze do kresek i kolorowe tusze do rzęs. Został jeden tusz i jeden błyszczyk. I róż. Kreski i tak nie umiałam nigdy perfekcyjnie zrobić, a kreska nie perfekcyjna i na powiece 50+ to zgroza. Tak samo jak krwista szminka na zębach albo na pół zjedzona. Żegnajcie, już się nigdy nie spotkamy!
Poszłam do Rossmana po jakiś aktualny podkład, ale wymiękłam. Marketingowy żargon w którym opisane są te smarowidła spowodował jedynie stupor. Kupić trwały na cały dzień czy rozświetlający skórę wewnętrznym światłem? A może stapiający się kolorem ze skórą? A może jeszcze inny? Ogłupiałam i wyszłam. Na szczęście przed drzwiami Rossmana było stoisko Golden Rose a w nim sprzedawca, u którego ponad dziesięć lat kupuję lakiery do paznokci. Konkurencja wygoniła go z Placu Bankowego, gdzie miał mnóstwo klientek. Teraz przy metrze Stokłosy mało kto do niego zagląda. Polecił mi puder mineralny i dobrał kolor przy dziennym świetle a nie przy jarzeniówce. Nie wiedziałam, że to taki fajny puder, razem z kremem BB kryje akurat odpowiednio i bardzo łatwo go nałożyć. Nie obsypuje się, kryje co jest do ukrycia, ale nie więcej. No i puder mineralny Golden Rose kosztuje 30 zł a nie ponad dwieście.
Rewolucja się dokonała. Robienie makijażu, którego niemal nie widać trwa jednak znacznie dłużej niż dawniej. Te wszystkie pudry, pędzle, ech... Dobrze, że w lusterku coś widać bez okularów.


wtorek, 30 września 2014

Międzynarodowy szal

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zrobiłam kilka szali estońskich, ale sama zostałam z jednym w trudnym do noszenia kolorze. Pozostałe się albo skuliły albo rozeszły po świecie. A mnie się chciało białego, miłego estończyka. Dłubałam go ofiarnie całe lato, jako że nie jestem szybka w takich wyrobach. A poza tym latem jest co robić i bez dziergania. No i w końcu jest, ale pochodzenie ma mieszane. Włoczka to Drops lace, jedwab z alpaką; bardzo to miłe w dotyku, ale do momentu uprania śmierdzi niestety tak jak ludzkie palta i kurtki pod koniec zimy. Część środkowa to estoński wzór dla królowej Zofii ( Sofia lace), brzeg to typowy brzeg szala orenburskiego, a łączenie jednego z drugim jest rodem z Victorian Lace Today.

Zdjęcie ogrodowo - poglądowe. Naturalnie natychmiast musiała się nitka o balustradę zaczepić, ale mocna jest i nie muszę łapać oczek. Rozmiar: 180 x 90 cm. Pewnie mogłabym bardziej w długość kosztem szerokości zblokować, ale nie mam na czym. Jedyny kraciasty koc w domu ma 180 cm długości. Szal pożarł dwa motki tego Dropsa. 



Teraz pora na czapki, skarpetki i może jakieś mitenki. 

Po powrocie z wakacji ogarnął mnie błogi spokój. Robię z uśmiechem co jest do zrobienia, cieszę się Panem Mężem, który po trzech latach mentalnej nieobecności habilitacyjnej znów sprawuje się jak kochający mąż, wypasam na Dolince biegające sprawnie zwierzęta i nie bardzo chce mi się pisać. Życie blogowe zamiera, krótkie notki co u kogo pojawiają się na FB, czyli jak zwykle pieniądz gorszy wytępił pieniądz lepszy. Nie jestem pewna, czy mam światu coś nowego do powiedzenia.
Nie zamknę bloga, bo sama lubię go poczytać, ale nie jestem pewna, czy to, o czym rozważam ostatnio w cichości ducha nadaje się do publikacji. Po kolejnym czytaniu "Przejrzeć Anglików" Kathy Fox (nowe wydanie leży w księgarniach) spojrzałam nieco z boku na Polaków. Nie jesteśmy może aż tak niezręczni przy powitaniach i pożegnaniach jak Anglicy, nie gadamy w kółko o pogodzie, nie mamy poczucia humoru ani wstrętu do pompatyczności, ale zdecydowanie tak jak i oni mamy społeczeństwo rozwarstwione na klasy społeczne. Tyle, że oni się tym szczycą i sprawę pielęgnują, a my próbujemy temu zaprzeczać. Bo niby wszyscy są równi i każdy by chciał być królem. Nasze klasy społeczne nawet nazw sensownych nie mają. Ale aż mnie ręce świerzbią. 
No i śnią mi się coraz bardziej fantastyczne horrory; zamiast czytać cudze z zainteresowaniem rozwijam własne, ale żeby je od razu zapisywać? Co to to nie.

piątek, 19 września 2014

Na ratunek przeciekającej staruszce

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Suka koleżanki, niejaka Piękna bardzo się posunęła ostatnio. Z suki dojrzałej stała się w kilka miesięcy psią staruszką. I męczą ją starcze dolegliwości i upokorzenia. Posiwiały jej uszy, ogłuchła, niedowidzi, zanikły jej mięśnie na łbie co powoduje starczy wygląd. I na nieszczęście ma problemy z trzymaniem moczu. Zwykły weterynaryjny środek, czyli estrogen tym razem nie zadziałał, suka kropelkuje i w małym mieszkaniu bez budy i ogródka jest to problem. Tym bardziej ze Piękna i jej właścicielka razem sypiały a teraz ku rozpaczy obu jest to niemożliwe.
Majtki na cieczkę z wklejoną podpaską tylko obtarły suce brzuch. Z gładziutkiej sierści wszystko się zsuwa i spada. Myślę, że majtki o kształcie ludzkich majtek nie mają się prawa trzymać na czworonogu.
Pomyślałam i wymyśliłam to: jako prototyp szyty na cito  z tego co było pod ręką nie wygląda szczególnie elegancko, ale mam nadzieję, że zapewni suce suche noce i będzie się na zwierzaku trzymało.


Zrobiłam to jak weterynaryjne wdzianko pooperacyjne z tą różnicą, że brzegi nogawek są jedynie obrzucone zygzakiem ( ma szybko schnąć po upraniu), a tam, gdzie wdzianko ma wycięcie dla celów higienicznych tu jest coś wręcz przeciwnego, zaszewka i miejsce na podpaskę. Zobaczymy, czy się sprawdzi. Wtedy uszyjemy Pięknej drugą piżamkę na suche noce.

wtorek, 16 września 2014

Audycja autobusowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Robię co mogę żeby nie stetryczeć i na ogół daję radę sobie wytłumaczyć nowe obyczaje. Nie dziwią mnie i nie gniewają ludzie gadający do własnego kołnierza albo w przestrzeń, przywykłam do telefonujących w autobusie. Co najwyżej nagle podskoczę, gdy znienacka ktoś całkiem obcy wrzaśnie "no to cześć!" gapiąc się w przestrzeń i to wcale nie jest do mnie, choć dookoła nie ma nikogo, tylko ten ktoś i ja. No i trochę się boję widząc gadających przez telefon kierowców, którzy zamiast na drogę patrzą na ekran. Jednakże dziś w autobusie doświadczyłam zupełnie nowego uczucia uczestniczenia w cudzej, bardzo długiej i nudnej konwersacji. Wsiadłam przy Placu Trzech Krzyży do 503, wyciągnęłam książkę, frapującą bardzo bo to  Sztywniak - Pośmiertne Życie Zwłok Mary Roach gdzie usiłowałam skupić się na rozważaniach o lokalizacji duszy w ciele i stosownych medycznych doświadczeniach, i nagle zza głowy dobiegł mnie dialog o kimś, kto wcale tego zamka nie naprawił. Jeden głos dobiegał z głośnika telefonu. Już myślałam, że to kierowca tak zadbał o bezpieczeństwo podróżnych i z kimś w trybie głośnomówiącym konwersuje, ale nie, to siedząca za mną pasażerka. Zamek jest nie naprawiony i takim pozostanie, aż oni znów nie przyjdą i czegoś z nim nie zrobią. Potem były rozważania o kanapkach na wieczór, ustalanie terminu spotkania, plany zakupowe, bo w lodówce pusto. Gdzieś w okolicy Gagarina spytałam, czy ta osoba z telefonu wie, że słucha jej cały autobus, ale się nie doczekałam odpowiedzi, ani ja, ani pięć równie zdumionych osób w moim wieku. Usiłowałam wrócić do Sztywniaka, ale się nie udało. To musiał być bardzo dobry głośnik. Pani, która go używała, też nie oszczędzała gardła.
Wyszłam z autobusu na Północnym Ursynowie z kwadratową głową i rada, że moje psy nie używają telefonu komórkowego i w domu będzie cicho. Sąsiadka, której to opowiedziałam uznała, że rzadko chyba jeżdżę autobusem miejskim.
Kolejna rzecz do przyzwyczajenia się. Starość nie radość.

piątek, 5 września 2014

Prawie wróciłam

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Prawie wróciłam, bo jeszcze się na parę dni wypuszczę z koleżanką w świat. Byłyśmy razem w zeszłym roku w Pradze, teraz na kilka dni wpadniemy do Lanckorony. Tym razem z psami. Ale zasadniczo jestem po wojażach.
Pomysł, żeby przeczekać sierpniową spiekotę w domu był doskonały. Pojechaliśmy odpoczywać gdy większość rodaków już wróciła. Mieliśmy zatem do dyspozycji krajobrazy i autostrady nieprzeludnione, temperaturę powietrza znośne, kolor nieba niedostępny w porze upałów i ogólny komfort na poziomie wyższym, znacznie wyższym niż średni.


Siedzę sobie pod zamkiem, gdzie zawiązano Konfederację Barską. Zamku nie widać, za to widać, że dalej dobrze mi w kapeluszach. Powinnam jakoś te kapelusze przystosować do aktualnej mody, co nie jest proste, bo kapelusze absolutnie z mody wyszły. A włosów coraz mniej...


Nie tylko Iksińscy mają kłopot ze sprzętem rolniczym. Rolnicy z Beskidów od zawsze sami sobie robili ciągniki zdolne do poruszania się po stromiznach i kamienistych dróżkach. To zdjęcie dedykuję Iksińskiej.


Zatoka Gdańska jest piękna.


I Pan Mąż jest piękny. Zwłaszcza jak jest opalony, wyluzowany, uśmiechnięty i w lennonkach. I na tle Półwyspu Helskiego.


A to kaczki w porcie w Jastarni. Może i kaczki są głupie, ale jakie dekoracyjne!


Zrobiłam takich zdjęć masę używając wszelkich funkcji aparatu, których zwykle się nie tykam. To jest imitacja fotografii otworkowej. Mam słabość do torów kolejowych, zapachu podkładów, pociągów nadjeżdżających i znikających za zakrętem, pogwizdywania lokomotywy i jak będę stetryczałą staruszką wyprowadzaną na spacer chcę być wyprowadzana na przejazd kolejowy, żeby sobie popatrzeć.  Działający parowóz plujący sadzą z komina doprowadza mnie do płaczu ze szczęścia.


Wracając z Jastarni wpadliśmy na chwilę pogaduchy do pewnej znanej gdyńskiej kolekcjonerki lalek. Wzbogaciłam się tym samym o piękną, ciemnowłosą Tycią Kicię (Tinny Kitty Colier). Mam zatem dwie! Drogą prób doszłam, że na Kicię pasują pantofle od Poppy Parker, co widać na zdjęciu. Niestety Robert Tonner stroił Kicię prześlicznie, ale jej buty to na ogół były spadające z nóg klapeczki dodawane nawet do najpiękniejszych kreacji. Trzeba będzie zahandlować albo zabawić się w szewca. Nie mam do tego talentu, ale jakieś filcowe buciory pewnie jej zrobię. Mam dla tej dziesięciocalowej lalki taki sentyment, że żadna dynamitka tego nie przeskoczy. Jej tylko troszkę ruchome ciało wcale mi nie przeszkadza. To jest po prostu kwintesencja lalki i nie ma w niej żadnych porno odniesień.

A tak na poważnie to chyba wiek nam się zmienił (znaczy i mnie i Panu Mężowi). Wpadliśmy w kolejną przegródkę. Bardziej nam się atrakcyjne rozrywki emeryckie wydają, niż te właściwe wiekowi zaledwie dojrzałemu. Już nie zjemy byle czego i byle jak, i nie napijemy się byle czego i byle kiedy. Żegnaj piwo z beczki. W obcych łóżkach dopada mnie rwa kulszowa i trzyma w pazurach, aż do domu na własne łózko nie trafię. Na obcych krzesłach nie da się robić na drutach ani wygodnie czytać. Nie jesteśmy już skłonni taszczyć na plażę kocyka i parawanu i leżaków i kremów i wody dla nas i dla psów, no zestarzeliśmy się i koniec. Możemy wędrować w ubraniu po plaży i też nas to cieszy. Mogę sobie przysiąść to tu, to tam, wyjąć szkicownik i coś narysować, a Pan Mąż gapi się w tym czasie w przestrzeń i też jest szczęśliwy. A potem idziemy na kawę z metaxą i normalnie nirwana...

Kretka wciąż zdrowa i ruchliwa. Z niemal 14 kilo (w maju) zostało jej 11,5. A ma jeszcze według lekarza stracić ze dwa. Zniknął wielki, okrągły brzuch, znikły wypchane boczki, nogi się jej jakieś długie zrobiły, talia wąska, mięśnie na tyłku widać doskonale. Muszka nie daje się odchudzić konsekwentnie. Coś co nie jest mięsem ani serem według Muszki do jedzenia się nie nadaje. A też powinna być lżejsza. Dwa miesiące bez gimnastyki dały mi ponownie parę kilo na plus, ale już wrzesień i zajęcia wróciły. Ciekawe, że na twardej podłodze sali gimnastycznej, w najdziwniejszych pozycjach absolutnie niegodnych damy rwa cichnie, a w miękkich łóżkach wyje po nocach jak potępieniec.

środa, 13 sierpnia 2014

Wakacje ante portas

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przetrwaliśmy upały na cienistym tarasie. Teraz ma być chłodniej, więc można jechać w świat. Jeszcze kupić psom żarcie (i zamrozić w poręcznych, jednodniowych paczkach to co lubią i spakować to czego może nie lubią, a muszą jeść), zmienić pościel, spakować się i hajda. Do Lanckorony. Mam nadzieję popływać w stuletnim basenie.



Mądry weterynarz, którego polecił mi sąsiad tak zachwycił się ortezami dla Kretki, że na cito uprosił mnie o wykonanie gorsetu dla pewnego cocker spaniela. Nie wiem, czy ta konstrukcja będzie tak udana jak ortezy na łapki. To co widziałam w internecie to jakieś urządzenia przypominające kevlarowe kamizelki dla oddziałów specjalnych. Ja przerobiłam po prostu ludzki pas neoprenowy w rozmiarze S. Zobaczymy. Na moje usprawiedliwienie mam tylko brak czasu na przemyślenie konstrukcji, brak materiałów do produkcji i brak wiedzy anatomicznej o psim układzie kostnym i mięśniowym.


Na tarasie zakwitła mi passiflora. Bardzo się cieszę, choć - niespodzianka! - kwiatki ma białe, bez niebieskich znaczeń. Jesienią wszystkie trzy rośliny przesadzę do jednej donicy, żeby przezimowały na parapecie. Bardzo lubię tę roślinę, babcia ją dawniej hodowała, pamiętam jej kwiaty jako cud nad cudy.


Czytnik książek pęka w szwach, dwie robótki na drutach są gotowe do zabrania, 


szkicownik i ołówki też. Nie będzie nudno. A chodząca Kretka to gwarancja, że nie tylko będziemy siedzieć na trawniku, ale i da się pospacerować.
Pozostałych jeszcze wiernych czytelników żegnam i znikam niemal do połowy września. Latami marzyłam o wypoczynku w czasie, kiedy młodzież starsza, młodsza i całkiem malutka wróci już do domu z wywczasów. I się udało!.