piątek, 31 stycznia 2014

Kropka TV cd. Usługa premium

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mimo blokady Kropka TV przysłała mi kolejnego SMS-a obiecującego złote góry.  Pan w T-Mobile potwierdził, że owa Kropka nie dostanie za to nawet pół grosza i dał nam telefony i maila do organizatora sms-owych rozrywek. Mamy się tam sami zgłosić i zablokować nasze numery.
Próbowałam zadzwonić, ale nie odbierają telefonu. Mail, który podają przez telefon rzecz jasna nie działa. Mail, który podał mi pan z T-Mobile zadziałał. Zatem wymieniliśmy taką korespondencję (czytajcie od dołu w górę):

Bardzo dziękujemy za wskazanie numeru sms 727075 Sprawę wykluczenie Państwa
numeru z komunikacji serwisu 72075 kierujemy do jego organizatora firmy
MobileFormats Sp. z o.o. celem realizacji(reklamacje@mobileformats.pl)
Kontakt z organizatorem  jest możliwy pod adresem e'mail
:reklamacje@mobileformats.pl lub tel.: (0-22) 842 05 66 
Z poważaniem,
Zespół Obsługi Klienta 

Digital Virgo S.A.Kropka TV obiecuje mi złote góry z numeru 72075. 
Agata Obrocka-Aleksandrowicz


Wiadomość napisana przez reklamacje@digitalvirgo.pl w dniu 30 sty 2014, o godz. 16:56:

Szanowni Państwo,

  Bardzo dziękujemy za e-mail.
  Wg posiadanych rejestrów z naszej platformy smsowej i naszych serwisów
  nie była realizowana komunikacja na wskazany numer telefonu, dlatego
  o ile to możliwe bardzo prosimy o wskazanie numeru sms premium z którego
  Użytkownik telefonu otrzymywał komunikaty smsowe co pozwoli na
  prawidłową lokalizację Organizatora, oraz zlecenie mu wykluczenia
  numeru z jego baz wysyłkowych.

  Pragniemy wyjaśnić, iż firma Digital Virgo S.A. jest integratorem numerów
  SMS Premium takich jak na przykład 73900, 7223,7252 ,7265,7220,itp. -
  rezerwuje i utrzymuje ich aktywność na potrzeby serwisów innych
  podmiotów, które są bezpośrednimi Organizatorami i Administratorami
  tych serwisów.

  Zlecenie blokady kierujemy natychmiast do wszystkich naszych Partnerów

  W razie jakichkolwiek problemów z komunikacją sms bardzo prosimy o
  podanie numeru sms nadawcy, pozwoli to na szybszą i prawidłową
  lokalizację Organizatora, oraz naszą skuteczniejszą interwencję.


Z poważaniem,

  Zespół Obsługi Klienta
  Digital Virgo S.A.

Proszę usunąć z Waszej bazy danych mój numer telefonu 6XXXXXXXXX i niewysyłać na niego żadnych sms-ów obiecujących wygrane i gwarantowane nagrody.
Opłaty za te sms-y są zablokowane na poziomie operatora i nie odniosą Państwo z nich żadnej korzyści.

Agata Obrocka-Aleksandrowicz



Zapiszcie sobie ten mail gdzieś w notesiku, nie tak łatwo do niego dotrzeć. Ponadto wiem już co to jest usługa premium: ogolić kogoś tak, by tego nie dostrzegł. Nie rozumiem dlaczego organizatorzy tych usług premium działają w najlepsze i nie są zamykani za złodziejstwo. Ich działalność nie różni się przecież od działalności złodziei z Dworca Centralnego, którzy kiedyś ukradli mi portfel w pociągu relacji Kraków Główny - Warszawa Centralna. Złodziei jednak ganiała policja.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Straszna niesprawiedliwość, no mizoginia po prostu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Rzecz miała miejsce już jakiś czas temu, ale sobie musiałam w głowie ułożyć to i owo.

Wybrałyśmy się z koleżanką do Marksa &Spencera na wyprzedaż (jak jeszcze była).  Dla mnie przyszła pora na coroczne portki w dziale Per Una, za normalna i regularną cenę - bo mój rozmiar do wyprzedaży nigdy nie dotrwa, koleżanka zaś chciała nabyć spodnie z wyprzedaży, bo ma rozsądniejszy rozmiar niż ja. Przy tej okazji byłyśmy otwarte na jakieś miłe, ciepłe, wyprzedażowe kąski.
Złapałam moje spodnie tuż przy wejściu, nie było nad czym dumać i pobiegłyśmy do działu damskiego. Na stojakach z kartką SALE zostały malutkie sukienki, maleńkie bluzeczki i zupełnie maciupeńkie, za to kompletnie plastikowe żakieciki. Za to ceny odbiegały znacznie od obiecywanych dawniej -70%. Wcale nie były takie umiarkowane. Już na spokojnie zwiedziłyśmy sobie całe damskie piętro z ciuchami na nowy sezon.
Obejrzałyśmy bardzo dużo poliestrowych sukni, spódnic i żakietów w sam raz dla panienki z okienka w banku albo kierowniczki zmiany w Mc Donald's. Niektóre były nawet nieźle uszyte, ale ten poliester... Wszystko co bawełniane (poza spodniami na szczęście) miało identyczną i mało zachęcającą cenę. Koleżanka złapała ulubione staniki bez drutów i odważnie udałyśmy się piętro wyżej, do działu męskiego.
Na męskich stojakach z napisem SALE natychmiast wypatrzyłam piękny pulower ze wzorem argyl w ulubionych błękitach, czerni i szarości z kapką ciemnej wiśni, poezja z jagnięcej wełny za 50 złociszy - trafił do kosza ze spodnimi do przymiarki. Koleżanka w tymże miejscu znalazła dwie pary męskich spodni z absolutnie najprzytulniejszego materiału bawełnianego, jakiego kiedykolwiek dotykałyśmy i w jej rozmiarze. Po 35 złotych. Gdybyśmy nie przyszły na wyprz tak późno, to mogłaby kupić te spodnie w pięciu kolorach bardzo miłych co najmniej. Na damskim piętrze ciuchy nigdy nie są tak mocno przeceniane.
A potem obejrzałyśmy sobie resztę tego męskiego piętra.
I okazało się, że marynarki są tu uszyte z wełny, nawet z tweedu wełnianego i kosztują mniej niż te cholerne plastikowe żakieciki. Przynajmniej po wyprzedaży. Ceny regularne wydają się od czapy, ale po przecenie są bardziej niż przyjazne. Pan Mąż ma kilka takich marynarek i planuje z wyprzedzeniem polowania na wyprzedażach na następne. Spodnie mają sprytne wstawki umożliwiające obżeranie się do rozpuku a wcale z zewnątrz niewidoczne, swetry są z wełny i bawełny, a buty ze skóry. Za brak wszystkiemu - co oczywiste - wcięcia w talii.
I coś, co na mnie wlezie nie mieści się na prawym krańcu tabeli rozmiarów i wieszaka. Męskie rozmiary są większe.
Nie zamierzam od dziś biegać w męskich butach i męskich marynarkach, ale poczułam wyraźnie nierówne traktowanie.
Poszłyśmy z naszymi spodniami i swetrami do przymierzalni. Chudy, młody i pryszczaty sprzedawca nie chciał nas do przymierzalni wpuścić, ale byłyśmy nieprzejednane. Młodzian powtarzał z naciskiem, że to są MĘSKIE rzeczy. W końcu warknęłam, że to nie toaleta tylko przymierzalnia, a koleżanka dodała, że chyba sobie o tym genderze słynnym poczyta, bo to fascynująco wygląda.
Sprzedawca nie chciał mi powiedzieć, czy lepiej mi w argylu M czy L. Powtarzał jak nakręcony, że to MĘSKI sweter, sprzedawczyni zaś dodała, że jej ten wzór nigdy się nie podobał.

Mam dwie pary damskich spodni i argyl w serek w męskim rozmiarze L. Bardzo mi odpowiadają. Koleżanka ma dwie pary męskich spodni pasujących na nią w miejscu, w którym aktualnie modne spodnie damskie zupełnie jej nie ogarniają, ma poza tym piękny tweedowy sweter z wełny, staniki bez drutów i dobry humor. A o genderze faktycznie powinna poczytać.
Po powrocie do domu ustaliłam z pomocą wujka Google, że M&S w Polsce najfajniejszych ciuchów damskich po prostu nie prowadzi. Wyrobów z kaszmiru nie ma u nas wcale. Ale i nic dziwnego, ile kosztował by kardigan, który w UK kosztuje ponad 100 funtów?

A druga niemiła niespodzianka to zniknięcie z polskich galerii sklepów Wallis. Jedynych sklepów z naprawdę kolorowymi sukienkami w moim rozmiarze.

Wróciwszy do domu pobuszowałam na półkach Pana Męża. I nie wydając ani grosza więcej weszłam w posiadanie kilku bardzo ciekawych sztuk odzieży.

wtorek, 21 stycznia 2014

Kuchnia wydaje (od jakiegoś czasu)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jeszcze w listopadzie kwitły nasturcje, jeszcze w grudniu kwitły dzwonki karpackie i róża u sąsiada, ale mimo to głodna czereda domagała się słoniny, słonecznika i innych ziarenek. Głodne dzioby ciągle się w karmniku kręciły. Trochę im dawałam, ale w strachu, że zaczną gniazdować. Coś jedna parka sikorek w grudniu za często zaczęła bywać w budce lęgowej. Miejmy nadzieję, że się nie rozmnożyły, bo budka już od października sprzątnięta i na marcowanie czeka.
W końcu jest zimno, w końcu jest śnieg i znów 10 deko słonecznika dziennie znika w przepastnych gardzielach pierzastych stworków. Nie mówiąc o kulach ze smalcu, kiełbasach z fistaszków i paskach słoniny, z którymi chyba rozprawiają się sroki.





Ten obywatel z rudym gardziołkiem zjawia się regularnie co godzinę już od listopada. Na śniegu lepiej go widać i dziś ślicznie pozował. Rudzik nie lubi wchodzić do karmnika i zawsze dla niego i dla nieśmiałych zięb sypię troszkę ziaren na podłogę tarasu. Rudzik nie lubi się bić z dzwońcami ani z modraszkami. jest dość nieśmiały i płochliwy.



Zięba siedzi bezpiecznie oddalona w krzakach i łypie, co też tam na ziemi leży. Zięba do karmnika nie wchodzi chyba że musi.  Zięba, tak jak rudzik, nie będzie się z dzwońcami użerać.



A dzwońce z pierwszym śniegiem i mrozem przybyły tłumnie. I już zaczynają się bójki i kłótnie.


Bogatka porwała ziarnko słonecznika w pazury i woli je zjeść spokojnie na jałowcu niż dać się podziobać.



A modraszka niczego się nie boi, ani dzwońca, ani bogatki, tylko srokom ustępuje miejsca.


Pora wkładać buty i szukać słonecznika. Głodne dzioby są nienasycone.

sobota, 18 stycznia 2014

Mam torbę!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam dokładnie taką torbę jak chciałam. Jestem zdumiona, że niemal wszystko udało się nadspodziewanie dobrze. Udało się zeszyć maszyną siedem warstw grubej obiciówki podprasowanej sztywnikiem i gdzieniegdzie lamowanej skórą. Warto było kupić maszynę, która równie łatwo szyje dżins jak i szyfon jedwabny. Wystarczy zadbać o ostrą igłę i kąt natarcia tej igły. Czyli stosować w miejscach zmiany grubości dystanser dla stopki. Cała torba kosztowała mnie jedną stępioną igłę.
Ze zdumienia aż weszłam na stronę Husquarny Viking i zobaczyłam ich nowości. Od mojej LILY 555 nowsze modele różnią się ilością alfabetów, większą pamięcią i ledowym oświetleniem miejsca pracy. Mało się LILY zestarzała.
A teraz ta dam, torba :


Zapięcie na magnesiki. Przyszyte na maszynie.


Jedyne dodatkowe kieszenie poza główną komorą, innych  i tak nie używam.


Szwy w środku są lamowane parcianą taśmą, strasznie ten len się siepie a takie wykończenie jest OK.


Skórka zakrywa miejsce przyszycia uszu.


Teraz torba sobie postoi z książkami w środku. Nie dam rady uprasować tych siedmiowarstwowych szwów i nieco powdawanego tu i ówdzie dna. 
Uff, jest w czym nosić farby, ołówki i kredki. Tego typu materiały nie powinny mieć żadnej styczności z torbą na zakupy spożywcze. Materiały Talensa są pewnie bezpieczne, ale kto wie z czego wykonują farby i kredki w ChRL. 
Barwniki anilinowe, biel ołowiowa i inne kolorowe pigmenty bywają bardzo trujące. Jeśli kupujecie dzieciom chińskie kredki albo farby pilnujcie, żeby nie brały ich do buzi (samego pędzelka też). W kraju, gdzie do mleka dodaje się melaminę można pewnie używać i bieli ołowiowej.

piątek, 17 stycznia 2014

Spełnianie marzeń bez płaczu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Opętała mnie myśl o torbie. O płóciennej torbie ze skórzanymi wykończeniami na parcianym pasku. W handlu owszem dostępna jest taka torba, ale strasznie droga. I niekoniecznie w tym kolorze.
Nim przemyślałam sprawę do ostatniego szwa już kupiłam lnianą obiciówkę, okucia, nici, taśmę parcianą - niestety zbyt wiotką na pasek, ale za to w dobrym kolorze - i wkłady usztywniające. Popatrzyłam na tego typu torby  bez usztywnienia w lumpeksie. Nie chcę flakowatego worka, tylko coś zachowującego kształt.
Narysowałam miniaturę. Narysowałam wykrój. Napociłam się jak mysz, zaprojektowanie nawet najprostszej rzeczy to ciężka robota koncepcyjna, bo jak duża ma być klapa? Jak wyznaczyć zapięcie? Jak je wykonać? Jak głęboka ma być przednia kieszeń? Jak to ma być zrobione, żeby na żadnym szwie nie zachodziły na siebie grube, skórzane obszywki (jaka igła to ugryzie!) itd, itp. Można wiedzieć, jak ma wyglądać gotowy przedmiot, ale projektując bodaj worek takie rzeczy trzeba rozgryzać.
Dać podszewkę czy nie dawać? Jakie ma to konsekwencje dla konstrukcji całości? Okazuje się że ma duże i podszewki nie zrobiłam. Igła musi ugryźć gdzieniegdzie siedem warstw lnianej obiciówki podprasowanej sztywnikiem oraz lamowanej skórą z kurtki Pana Męża. Nie wiem jak to będzie z zeszyciem całości w jeden przedmiot. Większość roboty wykonałam i nawet mimo ewidentnych niedociągnięć mi się to podoba, ale boki i dno (jeden element) nie bardzo dają się dopasować do tyłu i przodu. Trudno wdawać i naddawać sztywną jak blacha formę. Lamowanie szwów wewnątrz chyba zrobię ręcznie, bo łatwiej to będzie ręcznie do szwa przyszyć niż zmuszać maszynę go gryzienia tego drugi i trzeci raz.
W razie czego zapas igieł do dżinsu mam.




  Na takim etapie porzucam dziś wymarzoną torbę. Idę sobie trochę pogotować.
A gotowanie zrobiło się nieco mniej łzawe odkąd do siekania cebuli używam okularów do pływania. Nie warto przecież kupować aż maski przeciwgazowej, chociaż do tarcia chrzanu nawet w malakserze spokojnie by się przydała.
Skoro zamiast świńskich wędlin jadamy ostatnimi czasy śledzie w oleju, to tej cebuli mam do posiekania sporo. I lepiej to robić w szczelnych Arenach niż płakać.



Pan Mąż się produkuje w Nowych Mediach i jest z tego strasznie dumny. Wydusił nawet ode mnie kilka fotografii w wielkiej rozdzielczości dla grafika, bo w tym piśmie grafik każdemu autorowi robi zmyślny ołówkowy portrecik.  Zatem i jemu zrobili taki rysunek ( z mojej fotki).
Rozpisał się tam o wartości informacji, czyli ile informacja kosztuje. Strasznie się cieszy. A ja z nim.

wtorek, 14 stycznia 2014

Tekla też już ubrana

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pamiętacie Teklę, która tak bardzo chorowała pod koniec listopada? Jeszcze szóstego grudnia została w domu i nie ciągnęła swojego wózka, ale później stanęła na wszystkie cztery nogi i jak najbardziej służyła Mikołajowi jako bouvier pociągowy.
To zdjęcie zrobiłam telefonem w Zagórzu pod koniec grudnia. Widać i Mikołaja i przebraną Teklę. Nie powiększajcie tego, bo ziarno jest jak groch. Mikołaj jak wiadomo przychodzi wieczorem, a telefony w nocy robią średnie zdjęcia.



Tekla jest już zdrowa, histopatologia pokazała, że żadnych raków w niej nie ma. Natomiast zdrowotne konsekwencje zabiegu i samej choroby jeszcze trochę widać. Na trzustce zrobiła się jakaś cysta z płynem i powoli się wchłania. Od chorowania futro zrobiło się zupełnie nie do przyjęcia: chory pies robi się szorstki w dotyku, brudzi się niebywale szybko, sierść jest zmierzwiona, przesuszona i brzydka. Ponadto właścicielka Tekli lubi mieć pieska ostrzyżonego i eleganckiego więc cała ta brzydka okrywa poszła do śmietnika. Teraz zrobiło się zimno, Tekla dostała derkę niemal w kolorze jej własnego futra. Widać, że ubranko w niczym jej nie przeszkadza i zapakowana jest w nim szczelnie. Rozrabiały z kretką i pięknie się bawiły gdy chciałam psa mierzyć. A jak ubranko było skończone oba psy pospały się pod nogami. Ale przynajmniej widać zalety mojego patentu na psi strój zimowy. Kupne derki nie okrywają tak dobrze brzuszka, bo nikt strojów dla samców i samic nie różnicuje. Tam gdzie suka ma cienką skórę i cycki, tam samiec ma siusiaka, który nie może być zakryty. Stricte damski psi kubrak musi być szyty na miarę. Jak zwykle paltko jest zrobione z nieprzemakalnego dakronu podbitego grubym polarem. Zapięcie na rzep na plecach.


Jeżeli ktoś chciałby swojemu psu coś takiego zrobić, to naprawdę warto zrobić kompletny wykrój z bibuły do kopiowania wzorów, skleić go taśmą malarską i przymierzyć. Bardzo łatwo - nawet z centymetrem w ręku - nie docenić psa w klacie. Musiałyśmy wykrój dwa razy sztukować papierkiem nim się w nim Tekla wygodnie zmieściła.

niedziela, 12 stycznia 2014

Blog z reklamami?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie wiem co o tym myśleć.
Odezwała się do mnie firma Blog Media i przysłała taką oto prezentację: Klik.
Wynika z niej, że oni będą na moim blogu jakieś reklamy umieszczać, a ja za to zainkasuję.
Nie wiadomo ile ewentualnie zainkasuję, oni obiecują, że ewentualne reklamy byłyby nieruchome i bez treści erotycznych.
Pytań w zawartej ankiecie nie da się podejrzeć, nie wypełniając poprzedniego pytania. Ponieważ to jest u nich na serwerze, więc wykasowanie raz wpisanej odpowiedzi nie zapewnia mi anonimowości.
No to ja myślę tak: jakby to miało być dwa tysiące miesięcznie, to czemu nie. Ale za 200 złotych to ja nie będę chyba pamiętać który dzisiaj jest i że muszę wystawić fakturę i pobiec do skarbówki z mytem. Tego akurat robić nie umiem. W życiu nie wystawiłam żadnej faktury. Nie rozumiem ani słowa z wyjaśnień dołączanych do PITa. A tu miałabym z powodu bloga co miesiąc mieć takie przyjemności?
Zamiast pisać jak dotąd co mi do głowy przyjdzie, mogłabym zacząć gnać za popularnością. Sprawdzać statystyki, dostosowywać treści do masowego odbiorcy itd.
Stoję na stanowisku, że przestrzeń bez reklam jest dobrem coraz bardziej luksusowym, tak jak najbardziej płatne kanały filmowe w tv. I wolałabym, żeby czytelnicy tego właśnie luksusu zaznawali. Ponadto tak często zemszczę na reklamę, że wpuszczanie jej na mój blog wydaje mi się moralnie niejednoznaczne.
Traktuję póki co tę propozycję jako komplement - tylu mam czytelników, że blog tym specom z Blog Media objawił się jako wart zainteresowania.

Jeśli ktoś z czytających wie coś więcej o takich transakcjach, to niech mnie uświadomi. W komentarzach albo na maila.


czwartek, 9 stycznia 2014

Kącik do dziergania - dla Pimposhki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Post powstaje na wezwanie Pimposhki.
Kącik do dziergania zrobił się w salonie. Początkowo meble tańczyły w tym pokoju na różne sposoby, ale w końcu od jakiegoś czasu wszystkie fotele i kanapa wiedzą już gdzie mają stać i ja wiem, które miejsce jest moje. I tu właśnie powstają wszystkie prace na drutach i część haftów.


Na miejscu, które zwykle zajmuję ja przy pracy siedzi Kretka. Muszka, dowódca kanapy leży tam gdzie zwykle. Czasem podczas procesu produkcyjnego Kretka grzeje mi bok, a Muszka na podnóżku - nogi. Jeżeli w gościach jest Zazulka, to spoczywa obok kolorowej poduchy na górnej krawędzi kanapy. Podczas przerw w dzierganiu trzeba psy głaskać po brzuszku.
W koszyku obok kanapy jest włóczka, na stole niezbędnik dziergalny: Przybornik Knit Pro i pudełko po cygarach pełne drutów Addi i skarpetkowych. Wszelkie miarki, centymetry, holdery, markery i szydełka też są na podorędziu. Nie ma nożyczek, bo zwykle tnę włóczkę moim krawieckim zębem. Krawiecki ząb nie jest moim wymysłem, choć go posiadam. Według profesora Grzywo-Dąbrowskiego po zębie siekaczu z charakterystyczną szczerbą od nici można poznać że zwłoki były za życia krawcem.
Na stole leży również komplet pilotów, stoi kubek z herbatą i popielniczka z zapalniczką oraz fajki. Na poręczy kanapy czeka iPad z otwartą właśnie książką Ann Budd o swetrach robionych od góry, bo takiż właśnie powstaje. I Pad ma również w brzuchu sporo numerów Intervawe Knits, Knitter, Knit Scene, Vouge Knitting, bo te gazetki w postaci cyfrowej mają ceny znośniejsze niż w papierze. I nie potrzebuję do nich kolejnych metrów półek.
Na fotelu zwykle wieczorami siedzi pan Mąż, siedzi, czyta i pali fajkę. W tv leci jakiś kryminałek, a dzianina rośnie. Na podnóżku poza leżącym psem spoczywają nasze nogi.
Najlepiej dzierga mi się wieczorami. Około siódmej wieczorem Muszka zaczyna zaganiać mnie na kanapę, pora wziąć druty w ręce.
W moim buduarze robię inne rzeczy: maluję, czytam, piszę, ale dzierganie odbywa się w salonie. Jest to czynność czysta, cicha, niewymagająca Bóg wie ile miejsca i nikomu nie przeszkadzająca.
Natomiast życia bez własnego pokoju, w którym mam swoje zabawki, aparaty fotograficzne, sztalugę, farby, lalki, maszynę do szycia, książki, komputer i dwa robocze biurka oraz bardzo wygodny, regulowany biurowy fotel i składany stojak do ramy hafciarskiej sobie nie wyobrażam. We własnym pokoju piszę, szyję, maluję, śmiecę, tnę papierki i szmatki, haftuję duże rzeczy na ramie, a bywa, że sypiam, bo jest na czym spać. Własny pokój jest kobiecie bardzo, ale to bardzo potrzebny.

wtorek, 7 stycznia 2014

Szelki i rozmaitości

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie mogę czytać, bo aktualnym okularom roztrajdały się noski, ich uchwyty luźno bujają się w gniazdach i okulary spoczywały od jakiegoś czasu mostkiem wprost na nosie. Ciągle je podsuwałam do góry, na ludzi patrzyłam znad szkieł (co według savoir vivre jest zbrodnią towarzyską) i dopiero kiedy się tym noskom przez lupę przyjrzałam - bo okulary od wewnątrz ogląda się bez okularów na nosie, zobaczyłam uszkodzenie. Optyk mi okulary aktualne na jakiś czas zabrał i zalecił chodzenie w starych. Mam nadzieję, że szybko się z tym uwinie, bo zwariuję. Mogę wykonywać tylko prace średniodystansowe i dlatego dziś powstały szelki dla Kretki.
Kretka musi chodzić w szelkach, bo dyskopatia w kręgach szyjnych wyklucza obrożę. Na skutek utycia pieska szelki od pasa bezpieczeństwa zrobiły się bardzo ciasne i urażają Kretkę pod pachami. Zaopatrzyłam się w taśmę parcianą, różne kółka i półkółka i wio, uszyłam!



 Szelki są wkładane przez łeb, mają jedną sprzączkę na boku i trzy półkółka na plecach. Pies może sam nosić torebki na kupy! 



W porównaniu z ceną gotowych szelek nic niemal nie kosztowały.
Z takich szelek pies wyleźć nie może. Wprawdzie Kretka z szelek nie wyłazi, ale ta wiedza przyda się właścicielom sprytnych piesków mających taki obyczaj. Bez psa w środku wyglądają tak. 


Wielbiciel Misi wykonał dla mnie cudowny instrument pomiarowy jednocześnie pozwalający na powiększenie lub pomniejszenie pomiaru w rysunku. Prosta rzecz, ale jednak trzeba umieć się posługiwać narzędziami, żeby coś takiego wykonać. Cieszę się jak dziecko i coraz to sobie coś mierzę i odkładam wynik na kartce.



Ta śrubka może być umieszczona w dowolnym otworze tego cyrkla, dając inne przełożenie. Proste a sprytne. 
Postanowiłam się zrewanżować tak:


A nosem pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyczułam trend w modzie. Zachciało mi się prostej płóciennej torby wykończonej skórą w kolorze camel, na parcianym pasku, z dwiema kieszonkami i dwoma paskami ze sprzączkami z przodu. Rzecz w moich szkolnych czasach powszechna i tania.
Niestety, dziś dostępna za wariackie pieniądze na przykład tu.
Chyba będzie to trend, bo w M&S w dziale męskim też coś takiego spotkałam w nowościach na nadchodzący sezon, a na allegro pojawiło się już dwóch sprzedawców oferujących ściągnięcie podobnej torby z dalekiej Azji. Sprzedawcy są nowi, nic jeszcze nie sprzedali, nie mają komentarzy i interes wydaje mi się podejrzany. A poza tym lnianą, grubą obiciówkę i skórę ze starej kurtki oraz wszelkie potrzebne okucia kaletnicze i flizelinę już mam. Sama sobie zrobię. Jak zrobię to pokażę. nawet wiem, że aby skóra licowa nie zacinała się pod stopką do maszyny należy ją maznąć wazeliną. Faktycznie działa! Tańsza wazelina niż stopka z rolkami do Husquarny Viking.


piątek, 3 stycznia 2014

Pan Indyk/ Mr Turkey

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Znajoma Amerykanka zapragnęła gotować u nas na sylwestra. Postanowiła nam pokazać, jak wygląda tradycyjny obiad z indykiem na Święto Dziękczynienia. Przywiozła ze sobą zioła, przyprawy, blachę do pieczenia potwora (nadaremnie - blacha do mojego małego Mastercooka się nie zmieściła) a nawet tłuczek do ziemniaków. Pan Indyk nabyty rano w jakiejś indyczej hurtowni ważył 9 kilo. Na jego pieczenie przewidziano jedynie 4 godziny. Czarno to widziałam. Przecież wiadomo, że dla takiego zwierzaka na kilogram wagi należy przewidzieć godzinę w piekarniku.
Zamknęłam jednak pysk na kłódkę i obserwowałam poczynania najwyraźniej bardzo kompetentnej kucharki.
Po pierwsze indyk został natarty mieszanką ziół bez soli. Posolenie tak wielkiego ptaka pieczonego na gołej blasze spowodowało by jedynie jego wysuszenie na wiór. Podstawową przyprawą do indyka jest szałwia. W gotowej mieszance przyprawowej firmy Bell's, która przyjechała w bagażu mojego gościa z Ameryki jest ponadto: rozmaryn, oregano, imbir, majeranek, tymianek i pieprz. Indyk był tak wielki, że do piekarnika wsadziłyśmy go po przekątnej. Nim odpaliłam kuchenkę chlusnęłam na blachę trochę oliwy, która jak wiadomo się nie przypala. Nastawiłam piec na 230 stopni i dla korekcji braku wstępnego rozgrzewania włączyłam termoobieg. Po godzinie zredukowałyśmy temperaturę do 170 stopni i zaczęłyśmy Pana Indyka polewać sokiem, który wypuścił. Tylko raz trzeba było na blachę dolać trochę wody. Gdy zaczął się rumienić posoliłyśmy go nader oszczędnie, a gdy był już bardzo rumiany dostał namiot z folii aluminiowej, wyłączyłam termoobieg i zostawiłam zwykłe grzanie od dołu. Po czterech godzinach był upieczony idealnie: mięso było wilgotne i kruche, a kości same wylazły ze stawów biodrowych, w których nie było krwi charakterystycznej dla niedopieczonego drobiu.
Zastanawiałam się, co to za bajki o jakimś nadzieniu do indyka, o którym zawsze jest przy okazji filmowego lub książkowego Święta Dziękczynienia mowa, skoro indyk piekł się bez nadzienia. Nadzienie przyjechało z Ameryki w torbie z cynfolii i składało się z pokruszonego chleba z przyprawami. Ta torba się gdzieś zapodziała i nie mogę podać konkretnego składu.  Zostało wzbogacone o kilka posiekanych gałązek selera naciowego i dwie usiekane cebule oraz pół litra rosołu drobiowego. Płynu nie może być za dużo, nadzienie ma być wilgotne, o konsystencji mniej więcej kaszy gryczanej, a nie rozmazane na płyn.
Tłuczone ziemniaki znamy doskonale i nie ma co się nad nimi rozwodzić, ziemniaki, fura masła i mleko, ale - bez soli! Zamiast dyni wystąpiły pataty, pomarańczowe słodkie ziemniaki. Też normalne ugotowane w wodzie, ugniecione na miazgę, posypane brązowym cukrem i przygrzane w piecyku.
Sos z żurawiny wzbogacony był orzechami (pekany?), rodzynkami, jabłkiem i pomarańczą. Cuuuudny!
Nikt nawet nie próbował stawiać na stole ptaka w całości. Na półmisku Nancy rozłożyła nadzienie, na nim dwa rzędy pokrojonego w poręczne kawałki mięsa, osobno mięso białe, osobno ciemne. Sos z pieczenia trafił do sosjerki.
Goście byli usatysfakcjonowani. Jedzenia mamy jeszcze masę. Jest pyszne, a ja się bardzo dużo nauczyłam. Gotowanie z bardzo sprawną kucharką to wielkie przeżycie. Bardzo się przydały moje książki kucharskie po angielsku. Miałam w nich tabele przeliczeń temperatury z Fahrenheita na Celsjusza i tabele stopni nagrzania piecyka. Ponadto przeczytawszy kilka takich dzieł mogłam się z Nancy w sprawach kulinarnych dogadać, w podręcznikach angielskiego nie występują blachy do pieczenia, widelce, garnki z pokrywkami, tłuczki do ziemniaków, wywary i rosoły, nie znajdziecie tam półmisków, misek, salaterek ani innych tym podobnych. 

Ponadto oznajmiam z dumą, że w ciągu ostatniego roku straciłam akcent Henry Kissingera (w jego angielszczyźnie do końca życia słychać było twardy, niemiecki podkład, słyszą to nawet ci, co angielski od niemieckiego jedynie ze słuchu odróżniają), nabyłam za to umiejętność sprawnego opowiadania historyjek po angielsku. Samo przyszło wraz z rozumieniem filmowych dialogów. Naturalnie za gramatykę tych wypowiedzi funta kłaków dać nie warto, choć funkcja komunikacyjna jest zachowana! Umiem nawet powiedzieć za co kocham ulubionych amerykańskich pisarzy i dlaczego w oryginale są lepsi niż w tłumaczeniu.