wtorek, 25 lutego 2014

Matka Burda

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Z powodu jej ogłupiających właściwości i budzenia we mnie lęków, że nie dorastam, nie wystarczam i ogólnie się nie nadaję nie kupuję żadnej babskiej prasy. Mam dość wcierania mi wzajemnie sprzecznych informacji o najlepszych kremach, najlepszych podkładach, najpyszniejszych sernikach i jedynie słusznych, najmodniejszych dietach. Nie interesuje mnie kto z kim śpi w tym miesiącu, nie czytam krótkich opowiadań o miłości. Dziękuję, nie używam takiej prasy.
Z pogromu ocalała jedynie Matka Burda którą od kilku miesięcy regularnie kupuję, nawet dopytuję się kioskarza kiedy będzie nowy numer, nawet ją tropię po kioskach, bo jej popularność chyba zwyżkuje. Zwykle przy tym zgryźliwie dodaję, że teraz przy śniadaniu sobie obejrzę, czegoż to nosić w tym miesiącu nie będę.
Bo w dawnych, słusznie minionych czasach jedynie samodzielne szycie z wykrojów Burdy dawało mi możliwość ubrania się - na lokalnym, prawda, ale jednak na poziomie. Burda uczyła jak szyć, jak kroić, jak wykończyć dekolt, zrobić kieszeń, zaszewkę i rozporek w tyle spódnicy.  Modele były jakby mniej niemieckie niż dziś, a skrojone przez laika spodnie i bluzki leżały na ciele jak powinny. Na ciele dziecka i męża nr.1 również. I od tamtej pory nazywam Burdę Matką Burdą. Nad każdym z trudem zdobytym zeszytem deliberowałyśmy z koleżankami godzinami i planowałyśmy bez końca, co sobie uszyjemy, jak już będzie z czego. I szyłyśmy co się dało i na co tylko szmatki wystarczyło. Dziś już nie jest tak prosto z tym szyciem.
Bo umówmy się, czasy, kiedy wyglądałam nieźle prawie we wszystkim dawno minęły. W szafach wisi tylko to, w czym czuję się dobrze, co nie ukrywa pozostałych przy życiu atutów i co lubię. A odkąd Aenne Burda odeszła z tego świata na tamten jej pismo nieco straciło na jakości. Ostatnio widzę na zdjęciach modeli wcale nieukrywane ślady Photoshopa, więc nawet nie wiadomo jak dany model będzie po uszyciu wyglądał. Modele proponowane do uszycia są czasem tak od czapy, że spodnie spadają. Zwłaszcza te dla dużych pań. Dwurzędówki, żakiety jak namioty, bezdekoltowe bluzki, szarawary z zakładkami, ostatnio olbrzymie falbany przy rękawach powodujące, że góra ciała wygląda jak balon bez prześwitu między korpusem i rękami. Na szczęście między tymi okropieństwami przytrafiają się normalne bluzki, spódnice i sukienki, a rzadko bo rzadko nawet żakiet skrojony blisko ciała. Mimo to podziwiałam sobie obrazki i składałam numery ad acta.
Ale czasami zdarzają się w życiu okazje na które należy się ubrać nieco staranniej niż w piątek do biura. Okazje, na które skórzana kurtka z Peek&Cloppenburg okaże się mocno nie na miejscu. Okazje, na które najśliczniejszy robiony na drutach ciuch będzie foux-pas . Okazje, gdzie jedwabny brokat vintage przerobiony przez dobrego krawca na damską kreację w moim rozmiarze, za to co najmniej 50 lat temu będzie tylko bardzo starym łachem z lumpeksu.
Niestety.
Przemierzam zatem składy odzieżowe w poszukiwaniu sukienki. Naturalnie mam wymagania i konkretny rozmiar. A sprzedawczynie przynoszą mi plastikowe koronki podszyte nylonem i obrzucone na overlocku z obietnicą, że "ta to już będzie na pewno dobra". Czegoż ja dziś nie przymierzyłam! Była kreacja w kropeczki z tyłem za długim o dziesięć centymetrów układającym się w wielbłądzi garb. Były koronki czarne, granatowe, czerwone i zielone, pogniecione i rozciągliwe, za duże tam, za ciasne owam, była szata ze złotem księżycem w kroku, było pudło z tkaniny z białą koronką naszytą z przodu, były najdziwniejsze rzeczy a łączyło je jedno: ich krój przypominał podkoszulek. I Chińczyk z overlockiem poskładał je do kupy. 
Wyobraziłam sobie siebie w takiej odzieży stojącą obok pięknego i godnego Pana Męża w Bossie i wymiękłam. Westchnęłam i poszłam do pasmanterii na ul. KEN. Ze stosu jedwabnych rolek wyciągnęłam jedną z dość mięsistą tkaniną (bawełna z jedwabiem i lycrą) w szalone, kolorowe, wielkie kwiaty. Zamówiłam na jutro Misię, co by mi się zmierzyć pomogła. Pogratulowałam sobie znajomości z Matką Burdą. Już widzę oczami wyobraźni potworny bałagan z szyciem związany nieodłącznie w moim dość zagraconym buduarze.
Nie ma lekko, chcesz mieć babo kieckę, to sobie uszyj. I się ciesz, że wiesz jak to się robi.
A że nie lubisz szyć? A co to sieciówki obchodzi.



czwartek, 20 lutego 2014

Marcella doczekała się butów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Misia bywa na Marywilskiej, w wielkiej hali handlowej, gdzie przeniesiono kupców z Placu Defilad. Kupcy w czasie przeprowadzki zmienili się z okrągłych, przaśnych Europejczyków w chudych, niewielkich Azjatów. Dziwne rzeczy można na tej Marywilskiej obejrzeć i kupić.
Buty dla lalek są drogie, prawie tak drogie jak dla ludzi. Czterdzieści złotych za parę nie jest niczym niezwykłym. Misia upolowała we wspomnianym miejscu za 8 złotych breloczek do kluczy z uczepionymi doń sportowymi butami. Buty (prawy i lewy) okazały się w sam raz na Marcellę. Marcella, która siedziała dotąd w kapciach - wywrotkach mojej roboty jest zadowolona, ale teraz domaga się dresu. Poczeka pewnie na ten dres.





Zaskoczyła mnie precyzja wykonania i malowania tych butków, maciupcie logo Adidas jest absolutnie czytelne.

Skończyłam dzieło ogromne: wielką, czarną tunikę z rękawami (po prawdzie to jest pełnoprawna sukienka) dla kogoś z rodziny, kogo lubię. Gdyby nie to, w życiu nawet bym się za tę robotę nie wzięła. Bardzo mnie to umęczyło a druty Knit Pro wydłubały mi w prawym palcu wskazującym coś jakby dziurę. Dawno, dawno temu, kiedy uparłam się grać na gitarze, miałam takie uszkodzenia na palcach od strun, potem się z tego zielone odciski zrobiły. Mam zatem dziurawo-szary odcisk na opuszcze palca wskazującego. Możliwe, że odcisk nada się do przepychania igły przez tkaninę przy haftowaniu i oszczędzi mi używania naparstka. A z drutów to chwilowo raczej Addi mi się przydadzą i Hiya Hiya. Teraz sobie trochę pohaftuję, porysuję, zajmę się czymś nie czarnym.  Czarne mi się zdecydowanie nie podoba.

piątek, 14 lutego 2014

Bez papierosa źle mi się pisze

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co widać po częstotliwości postów. Jak nie palę to nie piszę i z malowaniem też są trudności. Bez nikotyny wena jakakolwiek śpi. I jest to niezły czas na uczenie się akwarelowych tricków. Bo niestety, malowanie akwarelą to jest wypadkowa znanych tricków. Ta farba lubi sztuczki i kruczki. Dopiero jak się tych sztuczek nauczyć pięć worków to zaczyna coś wychodzić i sobie można na inwencję pozwolić.  A sztuczki są opisane w książkach i przemalowując zadane lekcje jednak się to i owo przyswaja nawet bez papierosa.
Już wiem jak to jest być nałogowcem z ciągami.
Przeważnie nie palę bez jakichś szczególnych cierpień. Ale co jakiś czas wpadam w ciąg i jakby nigdy nic jaram przez kilka dni, a potem znowu nie. Dziwne to, nigdy dotąd sama z siebie nie mogłam ot tak nie palić bo nie kupiłam. A teraz mogę. Mogę nie kupować trzy tygodnie, potem spalić ramkę i dalej nie kupować. Pozostaje mi mieć nadzieję, że kiedyś już tej ramki nie kupię.

Dobre sąsiadki dały mi cynk na program "Trzymaj Formę" realizowany przez Urząd Dzielnicowy. W ramach tego programu panie w wieku 40 - 65 mogą chodzić za darmochę na gimnastykę dwa razy w tygodniu. Przez okrągły rok wyłączając ferie szkolne. Zawalczyłam określonego dnia z telefonem z samego rana, wykazałam się niespotykaną cierpliwością i się zapisałam. Trzeba było pokazać dowód osobisty aby udowodnić wiek i miejsce zamieszkania. Okazuje się, że chętnych jest wielokrotnie więcej niż miejsc. Na każdych zajęciach sprawdzana jest lista obecności a pięć nieobecności z jakiegokolwiek powodu poza leczeniem sanatoryjnym powoduje wyrzucenie uczestniczki z zajęć. Lista rezerwowa jest dłuuuuga. No i ja się nie dziwię, zajęcia łączą aerobik (fajne), zumbę (nie fajne ale dobrze rozgrzewa) i zwykłą, potrzebną gimnastykę na macie dla dobra brzucha i zadka. Dwa razy w tygodniu cztery sąsiadki z mojej klatki schodowej zbierają się pod drzwiami i ruszają do pobliskiej szkoły aby tam powywijać kończynami i w pozycjach niegodnych damy stękać z wysiłku na matach. Do tych wywijasów potrzebne mi było jakieś odzienie. Już od dawna nie posiadam spodenek gimnastycznych, a spadające z brzucha leggingsy to niedobry wybór. Buty też były potrzebne. Wybrałam się zatem z koleżankami do Decathlonu. Niestety, w tym sklepie nie umiem kupować. Wyszłam z niego z długimi spodenkami gimnastycznymi i ciepłą czapką zamiast butów. Buty w Decathlonie wydawały mi się bez wyjątku krzywe, brzydkie i za drogie. Śmierdziały sztucznym tworzywem i szeptały zjadliwie -"grzybica stóp w nas siedzi, stopa atlety po nas murowana". W outlecie Factory znalazłam za ułamek ceny butów z Decathlonu skórzane Reeboki za kostkę. Bardzo spokojne w kolorze. Bez różowo - zielonych narośli po bokach. Pan Mąż przyniósł mi ze spożywczego zgrzewkę wody, dał swój stary polar, podkoszulków mam furę. Jestem wyposażona.

Dawno temu, w czasach namiętnego haftowania planowałam zrobić paradny obrus na eleganckie okazje. Jakoś się nie złożyło. Nie złożyło się również wykonanie bieżnika do kuchni w hafcie asyż - naturalnie na niebiesko. Było mi jednak pisane posiadać taki obrus i bieżnik. I różne inne pracochłonne w wykonaniu przedmioty też:


 Obrus jest większy niż dywan w salonie

detal



Pięknie wykonany haft Aszyż na równym, białym lnie. Wszystkie linie wyhaftowano haftem Holbein, mereżki i frędzelki na rogach są także zrobione zgodnie z tradycją.

detal


Bieżnik pasuje do stołu. Na bieżniku walentynkowe tulipany i akwarela z morskim motywem. Jest to chyba pierwszy portret Kretki jaki zrobiłam. Trzeba to naturalnie skończyć, bo dużo obrazkowi brak, ale już widać jaką historię obrazek opowiada.


Cerowana siatka filet.

Serwetka wykonana techniką klockową.
Takie piękne rzeczy wygrzebuje się z kosza w lumpeksie. Kosztują niewiele (obrus - 33 złote, haft Asyż 6 złotych podobnie jak gotowy i wyhaftowany z oryginalnego zestawu Dimensions Fryderyk Literat. Drobne serwetki niezależnie od techniki w jakiej powstały kosztują od dwudziestu groszy do złotówki. Doprawdy, aż się roboty odechciewa.



środa, 5 lutego 2014

Czy ona się cieszy, czy myje?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kretka ubrana, a Muszka ją Pan Bóg stworzył wędrują na poranny spacer.

 I się zaczyna turlanie:








I chciałabym naturalnie wierzyć, że to objawy radości, ale rozsądek mi mówi, że pies albo pierze sobie futro w śniegu nie wierząc w moc czyszczącą szamponu dr Seidla i ciepłej wody, albo drapie się po plecach.
Tak czy inaczej pięknie się tarza.