poniedziałek, 31 marca 2014

Pędzelkiem i kredką

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Sisley ma zupełnie nowe niebo i schnie sobie, bo najwyraźniej mu laserunek potrzebny szary. Cała ta biel jak wycięta z kartonu wygląda, a jakaś głębia musi tu być. Zatem czekamy oboje, aż on wyschnie.
W Domu Kultury martwa natura. No nie moja ona jest, nie moja, ale nie po to tam chodzę, żeby mamrotać. Zatem grzecznie i biegiem zrobiłam pastelowy szkic. 



Pastele - mały, niepełny komplet miejscowy - chyba mnie lubią, bo bez dyskusji namalowały ten wielki szkic.  W czwartek to samo tylko w oleju będziemy robić. Ale po co coś takiego malować olejem nie wiem. Komu to potrzebne? Chyba tylko dla sportu.
A ponieważ w domu wije się dwadzieścia wiosennych tulipanów od Pana Męża to pobawiłam się akwarelami. Kilka pierwszych etapów pracy wskazywało na okropny, nieudany kleks. Ale jakoś udało się wybrnąć (albo i nie). Często najlepszym ratunkowym sprzętem jest przycinarka i kartonowa ramka.


Tylko z kredkami albo pędzelkiem w ręku czuję się o tej porze roku człowiekiem. Ścierka i wiadro z mydlinami odczłowieczają mnie do zera. Telewizor wygaduje takie bzdury, że uszy więdną. Powieści typu zabili go i uciekł wywołują mdłości, romanse też, a sytuacja polityczna prowokuje biegunkę ze strachu. Normalny człowiek by sobie gola strzelił, ale to nie jest rozwiązanie dla mnie.
Potrzebny mi jakiś zabawiacz do robienia na drutach. Audiobooki chyba chwilowo odpadają z powodu literackiej niestrawności.

poniedziałek, 24 marca 2014

Marzec, paskudny miesiąc

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Uszyta sukienka leży już nieźle, ale dekolt ma zbyt głęboki. Dostępne w handlu staniki bezczelnie wyłażą i koniec. Pewnie skończy się na jakiejś wstawce, bo choć mam już stanik pod kolor sukienki, to epatowanie koronkowymi rąbkami tu i ówdzie wyłażącymi spod odzieży wierzchniej  nie jest w moim stylu.
Zabrałam się zatem za farbowanie wełny. Przeczytałam blogi i instrukcję farbek kakadu. Przewinęłam na motki cztery kłębki białego Kaszmiru od Wnuka (taki z niego kaszmir jak z Muszki owczarek, ale przynajmniej jest wełniany) łamiąc do końca motowidło i zaczęłam polewać upraną wełnę starannie wybranymi kolorami. A potem paczka z folii i na gaz. I co? I pstro. Osiągnęłam efekt starej, poplamionej i wypłowiałej wsypy.
Nie chcę chodzić w sweterku w kolorze starej wsypy. Zatem woda do gara, farba do wody, wełna do farby i po 20 minutach nastąpił cud. Wełna wypiła róż z amarantem do ostatniej molekuły, wyfarbowała się jak złoto, a pierwszy, nieudany proces zapewnił jej jedynie miłą wielowymiarowość koloru. I teraz jest OK. Z tego można dziergać.


Nie bardzo mogę spać, nie mogę czytać, skupić się na niczym bo ten cholerny marzec trwa i trwa. Nie mogę jeść, kulinarne inspiracje mi się skończyły, przydała by się ściąga z datami i zaplanowanymi odgórnie potrawami. Użyłabym takiej ściągi z książki Ćwierczakiewiczowej, ale ona w kółko szczawiową i gotowane mięso daje na stół, a to co ma do zaproponowania w poście to już rozpacz. I nie ma teraz łatwo dostępnych płotek, szczupaków i karasi. Skutkiem tego bezwładu kuchennego schudłam nie wiadomo kiedy cztery kilo. Tak mi się właśnie wydawało że spodnie poluzowały i waga pokazała co i jak.
Miotam się po domu między jedną czynnością a drugą zaczynając i nie kończąc masy rzeczy. Szczęśliwa jestem tylko w Domu Kultury gdzie malujemy sobie bez ciśnienia. Przyniosłam stamtąd do domu niedokończony obrazek. Oznacza to, że mój gwiazdkowy prezent został w końcu zaczęty i użyty! Możliwe, że śniegu nie maluje się na biało, ale białej farby wyszło na to masę:


Nie jest to jeszcze skończone, ale już daje się na niego patrzeć. Oryginał wykonał Alfred Sisley.
Całkiem by było źle, gdyby nie futrzane towarzyszki. Kretka już nie chodzi codziennie do lekarza na zastrzyki i zabiegi, zadek jej się podgoił, za to łyka antybiotyk w tabletkach. Muszka jak zwykle jest zdrowa i jak zwykle niesłychanie dekoracyjna. Żeby było jasne, jak tak leży to chrapie.


środa, 19 marca 2014

Doktor habilitowany

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pan Mąż wczoraj się habilitował. W dziedzinie bezpieczeństwa. Mam zatem w domu samodzielnego naukowo doktora habilitowanego bardzo bezpiecznego. I teraz jak Pan Mąż usłyszy "panie profesorze" to się ma nie oglądać, a z godnością skinąć mądrą głową.
Więcej na ten temat napiszę kiedy indziej. Stres nas oboje zjadł doszczętnie, jeszcze nie wierzę, że już po wszystkim. Ktoś chyba uroki na Pana Męża rzucał, seria drobnych a dokuczliwych zdarzeń ciągnęła się od jakiegoś czasu. Robiłam wszystko aby uroku chybiły celu i jedynie kieszeń przy ósemce dolegała wczoraj Panu Mężowi. Poza tym telewizor na dłuższą chwile stracił głos, pies ma ropień na tyłku a ze ścian spadały obrazki. No i motowidło i zwijarka do włoczki całkiem się rozpadły.

Grunt, że sprawa załatwiona.

niedziela, 16 marca 2014

Jechać na bujany fotel

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Różne rzeczy można kupować przez sieć. Książki kupuje się tak bezkonkurencyjnie: taniej, dostawa w 20 sekund i żadnego tłumu w empiku!
Natomiast jeśli chodzi o buty i staniki to niekoniecznie. Coś, co mam nosić na ciele i co może być niewygodne wolę przymierzyć. Zapoznawszy się z ofertą internetową skorzystałam z wyszukiwarki sklepów i się okazało że efuniaki są dostępne stacjonarnie o dwie stacje metra ode mnie. Pojechałam, nie było rozmiaru, ale będzie. Panie zadzwonią. Naturalnie próbowano mi sprzedać inny stanik w zapierającej dech cenie już po obniżce, ale byłam twarda. Poczekam kilka dni, jak nic z tego nie wyjdzie to wypróbuję inne sklepy. Tym razem do mierzenia stanika zabiorę sukienkę.
Podobnie jak staniki i buty włóczkę wolę kupować pierwej ją pomacawszy. Wełna mnie nie gryzie, nawet szorstka polska owca nigdy mi krzywdy nie zrobiła ale kolory no i dotyk są ważne. Nie da się ukryć.
Toteż przegapiwszy Szarotkowo dostrzegłam na szczęście termin spotkania robótkowego w sklepie stacjonarnym Magic Loop. I jeszcze miała na nie przybyć Hanna Maciejewska, projektantka bardzo ciekawych wzorów dziewiarskich dostępnych na Ravelry. Miałam do niej kilka pytań i to spotkanie bardzo mi było na rękę.
Sklep naziemny przy ulicy Zgoda 5 istnieje od niedawna. Nastawiony jest na klientelę wybredną, ceniącą dotyk jedwabiu i merynosa, kolory Malabrigo, można tam kupić ciekawe włóczki firmy Holst, trochę Rowana, od niedawna  są również rowanowe gazetki. Właścicielka bardzo stara się o dobre zaopatrzenie, o atmosferę spotkań, klientkom wolno tam znacznie więcej niż w innych sklepach z włóczką. Ale jednak są granice wolności.
Wolno włoczek dotykać, tulić się do nich, przebierać w przepastnych pudłach, zadawać setki pytań. Można na miejscu przewinąć motki ręcznie farbowanej wełny na zgrabne kłębki na sklepowej zwijarce. Jednak nie wolno przynosić do sprzedawania pod stołem swoich własnych włóczek.
Bo w dzisiejszych czasach, kiedy towaru wszelakiego jest w bród sztuką jest go sprzedać. I jeżeli ktoś zakłada sklep, płaci szalony czynsz, opłaca ZUS i podatki z VAT na czele, zapożycza się na tzw. zatowarowanie i powolutku wyrabia sobie klientelę, to nie po to, żeby ktoś inny dysponujący jedynie workiem włóczki przyszedł w to samo miejsce i swoim towarem pod stołem handlował. Marta z Zagrody Dla Wełnistych na Szarotki wełnę czasem przynosi, do Magic Loop - nie. Ale Marta ma własny legalny sklep, też płaci ZUS i podatek i wie, że biznesowy kodeks honorowy obowiązuje. 
A są panie, które nie wiedzą. Są oburzone, że się im uwagę zwraca. Mają za złe. Obrażają się. Robią miny. Twardo stoją na stanowisku, że handel na krzywy ryj ( bujany fotel w tytule jest eufemizmem) jest ich boskim i przyrodzonym prawem. Bez podatku, bez ZUSu, bez lokalu i bez usilnych starań o reklamę.
Coś obrzydliwego.
Gdyby taka do pubu przyniosła własną wódkę i handlowała nią pod stołem, to by ją wykidajło wyrzucił i uszkodził. A że to damskie klimaty to niby jej wolno.
Fuj.




środa, 12 marca 2014

Bez tytułu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W zeszłym tygodniu Kretka poszła pod nóż chirurga. Tłuszczak pod pachą tak się rozrósł, że zamiast prosto dreptać przy każdym kroku wykonywała łapą duży łuk.
Guzki były już wcześniej zdiagnozowane biopsją cienkoigłową i na razie wygląda na to, że piesek goi się bezproblemowo. Tyle, że do tej pory zawsze po 10 dniach od zabiegu następował odczyn na rozpuszczalne szwy wewnętrzne. A po pierwszych zwiastunach było sześć albo osiem tygodni paskudnych ropni aż wszystkie sznurki i nitki z psa same nie wylazły. Zobaczymy. Chora na chorą nie wygląda, po operacji byczyła się jeden dzień a potem z właściwą sobie gracją zapytała, czemuż to zawiesiłam porządek dnia i zamiast spaceru pięciokilometrowego raptem aby osiedle obchodzimy w kółko i to na smyczy.
W piątek wyjmą psu żyłki nylonowe i trzeba będzie gada ponownie wykąpać. Brudzą się teraz psy strasznie, kurzu jest masa, susza, trawy nie ma, a te turlają się zapamiętale.

Szycie sukienki okazało się niełatwe. Jakby burdowe wykroje do mnie już nie pasują. Bojąc się zniszczyć jedwab wyjęłam z archiwum satynę bawełnianą i tak dla sportu i dla wprawy popełniłam to:


Wykrój trzeba było mocno modyfikować, ale rzecz nadaje się do noszenia pod warunkiem, że kupię sobie stanik bardotkę. Czy ktoś wie, czy w rozmiarze 80 E coś takiego jest dostępne? To karo jest tak głębokie, że moje staniki wyłażą mi dekoltem. Wolałabym nie robić na bliźnich wrażenia bielizną na wierzchu.
Z maszyną poważnie porozmawiałam i właściwie zamek, odszycia i wykończenie wyglądają "jak ze sklepu". Z niewiadomych jednak przyczyn Lily rwie górną nitkę gdy używam szerokich ściegów. Nawet płytkę ściegową dremelkiem wyszlifowałam przeczytawszy, że to może być przyczyną. Stebnówkę wykonuje nienagannie. Może mam jakieś felerne igły.
Teraz, wiedząc już gdzie wdać, gdzie podciąć i gdzie skrócić mogę brać się za suknię paradną właściwą. Sfotografowałam wyrób na sztaludze, bo nie mam statywu, połamałam biedaka ostatnio, a Pan Mąż jest tak spanikowany (termin kolokwium już za tydzień), że nie dam mu do rąk urządzenia precyzyjnego. Ze mną w środku sukienka wygląda dobrze. Zwłaszcza z wysokimi obcasami. Niemniej bez właściwego stanika do prezentacji się nie nadaje.

Nie mam nastroju do pisania. Wczoraj odbył się pogrzeb męża mojej kuzynki. Maciek był kochanym człowiekiem. Nie byłam jeszcze na żadnym innym pogrzebie, gdzie wszyscy - naprawdę wszyscy żałobnicy - płakali by tak rzewnymi łzami nie zwracając uwagi na makijaże i posiadanie lub nieposiadanie chusteczek do nosa. Ludzie sobie po prostu chusteczki podawali.
Moja kuzynka była z mężem bardzo szczęśliwa przez ponad 25 lat. Odszedł  nagle i za wcześnie, osierocił żonę syna i dwóch synów kuzynki z pierwszego małżeństwa, swoją teściową, szwagierkę i ... pierwszego męża kuzynki. Tam po drugiej stronie chyba mają po kokardkę awanturników, grzeszników i innych takich, bo dlaczego zabierają stąd takich fajnych, dobrych spokojnych i ładnych ludzi? Takich ludzi, co chyba osobiście u św. Józefa pobierali lekcje życia rodzinnego.
Odwykłam od obcowania z dużą rodziną i nieodmiennie zadziwiło mnie, że taka okoliczność jak nagła śmierć najlepszego człowieka pod słońcem może jednakowoż wywołać fochy i dąsy. Iksińska, szybko powinnam wziąć u Ciebie parę lekcji .

piątek, 7 marca 2014

Stare, brzydkie poradniki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Będąc młodą mężatką kupowałam dosłownie każdy podręcznik do robót ręcznych jaki mi wpadł w ręce. Wydawnictwo Watra wydawało małe książeczki o hafcie (przeważnie autorstwa pani Turskiej), w antykwariatach można było znaleźć podręczniki kroju i szycia, bieliźniarstwa rozumianego jako szycie i zdobienie bielizny pościelowej, szydełkowania, nicowania, szycia dla lalek i robienia czegoś z niczego. Wszystkie te książeczki miały kilka cech wspólnych: były byle jak wydane, wydrukowane małą, nieczytelną czcionką na szarym papierze, miały mało inspirujące, za to pożyteczne rysunki i zwykle zawierały w sobie masę mądrości podanej suchym, technologicznym językiem.
Nie ukrywam, że nauczyłam się z nich dużo i niektóre wciąż jeszcze mam.
W latach dziewięćdziesiątych nieśmiało zaczęły się tu i ówdzie pojawiać poradniki zachodnie. Piękne, kolorowe, błyszczące i szalenie zachęcające do robótkowania. Nie byłam wtedy taka biegła w angielskim jak dziś i pasłam oczy ilustracjami, a wiedzę czerpałam prawdziwą z tych szarych, siermiężnych książeczek.
Dziś sprawa ma się zupełnie inaczej.
Poradników jest masa. Mają cudne fotografie ( te zachodnie, oryginalne, bo nasi edytorzy chyba dla obniżenia kosztów druku często z kredowego papieru rezygnują), natomiast jeśli o meritum chodzi, to są jedynie nędznymi namiastkami tamtych cienkich fizycznie a ociekających wiedzą wydawnictw. Jeżeli są tłumaczeniami, to tłumacze bardzo często nie fatygują się sprawdzeniem co i jak się po polsku nazywa i wymyślają własną terminologię na potrzeby tłumaczonej właśnie książki. Nic z tego zrozumieć się nie da.
Pięknie wydany podręcznik szycia bielizny pościelowej który mam dziś nikogo niczego nie nauczy. Wprawdzie fotografie ma śliczne, ale próżno w nim szukać informacji jak policzyć ile tkaniny będzie nam potrzebne na komplet pościeli w szczypanki albo jak wszyć koronkę w wewnętrzny róg wycięcia w kopercie na pierzynę. I jak zrobić odszycie do wycinanej koperty.
Fotografie są w nim piękne i kłamliwe. Bo oto pod hasłem "i u ciebie w sypialni może być tak pięknie!" widzimy łoże z baldachimem obleczone w tkaninę za dajmy na to 450 zł za metr (o szerokości 150 cm) i przykryte dodatkowo tartanowym kocem jaki na Wyspach przysługuje tylko Królowej i jej znajomym.
Nie ma lekko, od patrzenia na obrazki z projektami największych w świecie sław od bielizny pościelowej nic się w naszych sypialniach nie zmieni.
A poradniki w lakierowanych okładkach poświęcone są często w całości zagadnieniu, jakie rozwiązywała jedna, rzucona mimochodem i w przelocie uwaga mojej babci. 
Czekam z utęsknieniem na piękny poradnik pt"Jak nawlec igłę" bo bez okularów mam z tym ostatnio kłopoty.

środa, 5 marca 2014

Rozkompletowane komplety

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie ogarniam własnej bieliźniarki. Co jakiś czas, co długi prawdę mówiąc czas kupuję komplet bielizny pościelowej. Jestem w tej sprawie umiarkowanie tradycyjna: bielizna pościelowa ma być zrobiona z bawełny z bawełny (a nie poliestrowej mieszanki), nie ma być z kory, ma się nadawać do prania w pralce i do krochmalenia (pewnie w krochmaleniu ten tradycjonalizm siedzi) i ma mi się podobać.
Uprana i uprasowana ma szeleścić tak jak babcia uczyła.
Tylko że wsad do tej bielizny że tak powiem ewoluuje. Kolejno kupowane kołdry są coraz większe. Poduszki wymieniane częściej niż raz na sto lat też są coraz większe. Pan Mąż ukochał sobie małe stadko jaśków, ja przepadam za anatomiczną poduszką z pamięcią kształtu. I oczywiście dawne komplety z IKEA stały się zdekompletowane. Bo IKEA nie robi wielkich poszewek na poduszki ani poszwy na kołdrę 2 x 2,20 m, ani poszewek na jaśki Pana Męża. W poszewkę na poduszkę z IKEA wchodzi jedynie moja anatomiczna poduszeczka. Z dwóch IKEA-owych pojedynczych kompletów produkowałam jeden na nasze potrzeby, ale coś się ostatnio chyba pogubiło.
Ile razy sobie obiecam, że teraz to już tyko komplety będą na łóżku a nie jakieś składaki - pokraki, tyle razy los władający bieliźniarką pokazuje mi język. I jest jak zawsze od zawsze. Poszwa z bawełnianych zasłon - bo wzór mnie urzekł, poduszki od Alicji, a jaśki jeszcze misiowe z dzieciństwa. Tyle, że kolorem to wszystko pasuje.
Wyciągnąwszy spod stołu maszynę dla rozgrzewki najpierw wszyłam zamek błyskawiczny w jedyną jeszcze tak nie spreparowaną powłokę na kołdrę, a potem przejrzawszy lniane pudło uszyłam dwie wielkie lniane poszwy na poduchy i równie lniane i białe poszewki na jaśki.
Len ma wielkie zalety jako tkanina pościelowa: daje się doskonale krochmalić! 
Jedynie przyziemny problem kosztu lnu powoduje, że nie uszyłam jeszcze wielgaśnego kompletu na wszystkie części naszego łóżkowego wyposażenia.
Ale może jeszcze się kiedyś przydarzy.

Czy tylko u mnie te komplety się po jakimś czasie tak rozłażą i nie mogą odnaleźć?