wtorek, 29 kwietnia 2014

Na ile sposobów można upokorzyć...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jest w metrze kiosk z gazetami, a w nim co miesiąc nowa Burda i starszy, siwy pan, sprzedawca z charakterem bynajmniej nie słodkim, ale za to z bystrym okiem i dobrym sercem. Odkąd tu mieszkam ten pan sprzedaje w metrze gazety, bilety i fajki.
Pan jest ode mnie trochę starszy. Dziś na jego koszuli dostrzegłam plakietkę o treści: w górnym rzędzie napis KOLPORTER, w dolnym rzędzie: GRZEGORZ.
Zatkało mnie.
Spytałam, co to za durnowata biżuteria. Obrzucił mnie ponurym spojrzeniem i wyjaśnił, że teraz firma chce, żeby wszyscy wiedzieli jak on ma na imię.                
Nie wiem, skąd przyszła firma KOLPORTER, ale że zwyczajów miejscowych nie zna, to pewne.
W jakim celu kioskarz ma nosić coś takiego? Jest w kiosku jedynym pracownikiem i wiadomo , że to on podaje towar, przyjmuje kasę i wydaje resztę. Z nikim się pomylić nie może jak dajmy na to obsługujący w Mac Donald's. Jeśli ktoś chce na niego donieść KOLPORTEROWI, to spokojnie wystarczy podać adres kiosku. Jeśli ta broszka ma zachęcać do mówienia mu per ty, to to jest pomysł głupi. Nie ma w Polsce zwyczaju tykać obcego, starszego człowieka jeśli nie jest się jego bliskim znajomym. Po prawdzie nigdzie poza krajami anglojęzycznymi nie ma takiego zwyczaju, ale i tam istnieją reguły jak zwracać się do człowieka bez obrażania go. W Polsce zwracanie się do kogoś po nazwisku jest ogromną bezczelnością (po nazwisku to po pysku), w krajach anglojęzycznych to neutralny sposób rozmowy z współpracownikami, wyrażający szacunek. Natomiast do mówienia sobie na ty (i tu i tam) trzeba zażyłości. Lukę wypełniamy w polszczyźnie formą Pan/Pani, formą grzecznościową. To jest sprawa nie tylko wychowania, ale i gramatyki. Przyczepienie starszemu człowiekowi broszki z jego imieniem ma zachęcać do zapominania o zasadach dobrego wychowania i zasadach tytułowania ludzi w języku polskim?
Kiedy byłam młodą (ale dobrze wykształconą) nauczycielką rodzice moich wychowanków próbowali do mnie mówić per pani Agatko. Otwierałam wtedy ostentacyjnie dziennik, sprawdzałam jak dana mama czy tata ma na imię i odpowiadałam per panie Jureczku albo pani Renatko. Przy wszystkich. Pomogło od pierwszego razu i rodzice przypomnieli sobie jak należy się zwracać do obcego człowieka w pracy. 
Szefostwo KOLPORTERA powinno zostać wytatuowane na czółku własnymi imionami. Prezes Krzysiek, wiceprezes Grzesiek, wiceprezes Mateusz, wiceprezes Sebastian i członek zarządu Sławomir na pewno są bardzo dumni ze swoich imion. Niech zatem każdy pijany nastolatek o dowolnej porze gada im po imieniu.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Majówka coraz bliżej

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dawno, dawno temu, w lipcu '83 prowadziłam w Beskidach obóz wędrowny. Przydarzyło mi się to jeden jedyny raz, bo okazało się, że nie jestem wielbicielką spania w mokrym namiocie, na mokrym materacu i pod mokrym śpiworem. Od tamtej pory wybieram miejsca, gdzie na 100% da się wszystko co mokre wysuszyć. Ale tamtego lipca jeszcze o tym nie wiedziałam i w strugach deszczu przeszliśmy pieszo w poprzek całe Beskidy. Grupa była taka sobie, dyżurny wariat naturalnie wędrował z nami i wyprawiał rzeczy nie do opisania. Namioty, materace i śpiwory były niemal przegniłe, prymusy kopciły a z mokrego leśnego drewna ognisko montowało się z ogromnym trudem. Zaopatrzenie beskidzkich GS-ów w żywność było bardzo marne. I bolał mnie ząb. Po niemal dwóch tygodniach wędrowania mieliśmy dość. I wtedy na jeden dzień pogoda się poprawiła. Doszliśmy do Lanckorony. Przy drodze stał wielki, drewniany dom. Starszy pan siedział na ławce przed drzwiami. Popatrzył na nas, zaproponował nam miejsce do rozbicia namiotów żeby wyschły, sznurek do rozwieszenia śpiworów i ciepłą kąpiel. Następnego dnia poszliśmy dalej z bagażem lżejszym o litry wyparowanej wody i z nadzieją w sercach na lepszą pogodę, a ja zapomniałam o starszym panu i wielkim domu na kilka dobrych lat. Ale nie tak dawno zwiedzając wirtualnie Lanckoronę sobie o tym przypomniałam. I co? I jedziemy tam w środę! Willa Tadeusz bowiem dalej przyjmuje gości. Dopiero teraz ze strony internetowej dowiedziałam się, ze czarodziejskie miejsce, które odwiedziłam w 1983 roku jest najstarszym pensjonatem na terenie naszego kraju i cały czas jest w rękach jednej rodziny. Komuchy strasznie chciały odebrać pensjonat rodzinie Lorenzów, ale się na szczęście nie udało.
No to jedziemy. Kretka po miesiącu bez spacerków zaczyna powolutku chodzić. Leki przeciwbólowe dostaje w nieco mniejszej dawce i chodzi człap człap, łapa za łapą. Glikemia Pana Męża na bardzo ostrej diecie trochę spadła, ale jasne jest że potrzebuje leków. Pierwszy raz do Szczytna zabrał pudło z wiktuałami, które wolno mu jeść. Żegnaj litrowa Fanto zagryzana Marsem, żegnaj przydrożny hamburgerze, witajcie ogórki i rzodkiewki, soku wielowarzywny i biały serku z cienką śmietaną. Rozważam kupno lodówki samochodowej z możliwością włączenia jej do zwykłego kontaktu. Pan Mąż wybywa z domu w poniedziałek o szóstej rano, naucza w Pułtusku, jedzie do Szczytna, tam naucza we wtorek i wraca do domu we wtorek wieczorem. Jeżeli ma ze sobą zabierać prowiant to musi być ten prowiant chłodzony. Nie dam mu białkowego żarcia do wożenia latem w samochodzie przez dwa dni.
W ogródku za pomocą przepiórczego nawozu dzieją się cuda i dziwy. Wegetujące resztki dąbrówki, zdziczałe truskawki a nawet ciemiernik i zdychająca żurawka poczuwszy pod korzeniami przepiórcze g... ruszyły z kopyta. Niestety, ten nawóz śmierdzi. Sąsiedzi jeszcze siedzą cicho, ale spodziewam się protestów.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Sukienka i...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Akurat świąteczne śniadanie było dobrą okazją do oficjalnej inauguracji kiecki wraz z niewyłażącym z dekoltu stanikiem. Co do stanika - miejscowy damski vox populi twierdzi, że tylko w butiku przy Chmielnej są tak wielkie obniżki cen na bieliznę. W Galeriach upusty są znacznie mniejsze.


Nie sądzę, żeby skracanie wyszło tej sukience na dobre.  Pokazuje co trzeba i zakrywa miłosiernie też co trzeba. Dziki wzór nieco odwraca uwagę od wypukłości.


Mój fryzjer ostatnio chyba zanadto zaszalał, ale za to zwiedziłam tajemniczy vipowski salon fryzjerski w mieszkaniu przy Mokotowskiej. Taki adresik dla wtajemniczonych. Wszystkie klientki były mniej więcej w moim wieku, a tańczyli wokół nich niezwykle poprzebierani, ufryzowani, a często i wytatuowani młodzi mężczyźni. Nie ma porównania z naziemnym salonem  z szyldem nad drzwiami.


A to jedyny dostępny teraz dla Kretki sposób zabawy piłeczką. Z chodzeniem jest bardzo nie bardzo. Kuleje na wszystkie łapy. Łyka swoje piguły, ale poprawy nie widać.
Odwołaliśmy rezerwację domku nad morzem na sierpień, psiak za nic nie przemierzy trzech kilometrów do pustej plaży, gdzie pies nikomu nie będzie przeszkadzał. Albo spędzimy urlop stacjonarnie, albo znajdziemy jakiś pensjonat (z wyżywieniem), gdzie przyjmą nas z psimi przyjaciółkami i gdzie będzie się można byczyć obok pensjonatu. Kretka chyba nie da rady zrujnować już niczyjego trawnika. A Muszka jest stateczna z natury. 
Zdaje się, że w poprzednim życiu Muszka była Figą, ale jest bardzo powściągliwa w opowiadaniu o swojej przeszłości. Bez zmuszania opowiedziała mi tylko, że nienawidzi silników spalinowych w motocyklach i kosiarkach, że boi się wejść do lasu i że wie, co to jest koń. A, i że nikt jej nie kopał, za to bili ją ścierką.
Taki z niej tajemniczy X.

Czy znacie, kochane czytelniczki jakieś fajne źródełko na kulinarne przepisy z niskim indeksem glikemicznym? Przede mną prywatne studia z żywienia człowieka. 
Mogą być książki kucharskie, mogą być strony internetowe. Wspomóżcie, proszę, glukometr nami rządzi. Byle to się do jedzenia nadawało. 

piątek, 18 kwietnia 2014

I wszystko się zmieniło

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Sukienka z dekoltem do pasa doczekała się stanika. Całkiem przypadkiem zanęcona plakatem "Wyprz do 70%" weszłam do Li Parie na Chmielnej i zapytałam o bardzo wyciętą bardotkę 80 E. Panienka okiem nie mrugnęła, powiedziała tylko - Już przynoszę, i po chwili naprawdę przyniosła mi naręcze staników balconette. Pokazała mi przymierzalnię, Pana Męża posadziła na kanapce na przeciwko tejże i zaczęło się przymierzanie. Jak w operetce w każdym kolejnym staniku mogłam się Tomaszowi pół goła pokazać, a jemu oczy się coraz bardziej maślane robiły. Panienka niestrudzenie donosiła kolejne staniki. Dokonałam wyboru - tak wyciętej sztuki w życiu nie widziałam i pozwolicie, że będę w nim paradować jedynie przed Panem Mężem a nie w blogosferze. Pan Mąż był zachwycony pewnym beżowym, tiulowym i haftowanym w różyczki, ale mnie bardziej przypadł do gustu czarno-szary (na metce nazwano to cyną) w tiulach w różyczki niech sobie chodzi sam. W domu się okazało, że stanik z dekoltu nie wychodzi ani ani. Pan Mąż natomiast zaczął burczeć coś o kiecce za długiej. Jest 2 cm za kolano. Nie skrócę jej bardziej. Panie profesorowe okrągłe w talii jak piłeczka nie chodzą w mini i już. Talia coś znowu mi urosła.
Są ku temu bardzo poważne przyczyny.
Odpadły mi mianowicie z grafiku długie spacery z psem. Kretka bierze Trocoxil już osiem miesięcy bez przerwy. Nagle w początku kwietnia, tuż po kolejnej dawce leku przestała chodzić. To znaczy nie ma paraliżu, na łapach stoi, ale porusza się bardzo powoli, sztywno, widać ze jej to sprawia ból. Było tydzień zastrzyków, drugi tydzień tabletek i skutek jest bardzo mizerny. Pies może przejść po tym wszystkim może 100 metrów bez bólu. Wczoraj weterynarz specjalizujący się w neurologii bez owijania w bawełnę mi oświadczył, że nie pójdziemy prawdopodobnie już nigdy ani na Dolinkę Służewiecką, ani na Kopę Cwila, ani na SGGW. Już nigdy nie rzucę Kretce piłeczki. Nie wolno jej chodzić po schodach, podbiec, otrząsnąć się z wody ani skakać. Mam w domu pieska stacjonarnego, bardzo chorego psa przed którym jeszcze morze bólu do przebrnięcia. Kretka ma silne mięśnie tułowia więc będzie w tym stanie trwała długo.
Muszka spacerów nie cierpi, chodzi na nie bo wszędzie chodzi z Kretką a jak ma iść sama to jest rozpacz. Nie można jej puścić ze smyczy; znika natychmiast w poszukiwaniu żab i padalców bądź też starych, studenckich parówek, kurzych kości i chipsów. Bez spacerów z kolei Muszka z połamaną niegdyś miednicą i tylnymi nogami po prostu chodzić przestanie. Paragraf 22.
Sprawić sobie wózek dla psa? Będę jak menel Edi wyglądała, nie mówiąc o tym, że nie wiadomo, czy Kretce to się spodoba. Moje pieski od miesiąca wyglądają tak, a ja sobie tyję. Trzeba poważnie przemyśleć sprawę letnich wakacji. W Dąbkach do plaży mamy 3 kilometry.



Wczoraj rano rozmawiałam poważnie z glukometrem i wzrok mój zawisł na Panu Mężu. Nim zdążył zaprotestować kujnęłam go w paluch i zmierzyłam co trzeba. Wynik kujnięcia nie pozostawia niestety złudzeń: wszystkich w domu będzie obowiązywała jednakowa dieta, a mnie spadł z głowy obowiązek pieczenia świątecznych ciast. Pomysł na kupowanie owych ciast w cukierni też Panu Mężowi szybko z głowy wywietrzał. Zamiast ciast i spacerów w grafiku nas obojga pojawia się powoli to:


W moim grafiku ponadto pojawi się szykowanie Panu Mężowi pudła z wiktuałami o niskim indeksie glikemicznym na dwa dni w tygodniu. Przydusiwszy go bowiem ździebko dowiedziałam się, że w poniedziałki w Pułtusku i wtorki w Szczytnie żywi się bułkami, Snickersami i Fantą. Posiłki w stołówce WSP są niejadalne albo nie ma czasu na ich spożywanie. Zatem chyba trzeba fakultet z cateringu zrobić. I kupić lodówkę do samochodu, bo Pana Męża  nie zamierzam struć - a ile czasu wytrzyma w samochodzie żywność włożona tam od piątej rano w poniedziałek?

Życzę wszystkim Wesołych Świąt.

piątek, 11 kwietnia 2014

Niemiecka chemia i polska wędlina

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dni ostatnio upływają mi w wariackim pędzie, kolejne czynności do natychmiastowego wykonania mkną jedna za drugą i z trudem znajduję chwilkę na przeczytanie kilku stron lub przerobienie kilku rządków na drutach. Te wszystkie niezbędne prace zaliczają się w naszym domowym slangu do tzw zanikających: w kilka chwil po ich wykonaniu już nie widać, że cokolwiek zostało zrobione. 
Znów zabrałam się za ogródek. Kopytnik miał być zimozielony. Mało co z niego zostało po zimie. Ślimaki pożarły latem co się dało. Już miałam biadać i narzekać, ale tu i ówdzie biedak puścił liście. W jednym miejscu puścił liście bujniej niż gdzie indziej. Zatem pozostałe, nieszczęsne krzaczki przeniosłam w to bardziej obiecujące miejsce. Bluszcz się przyjął i gdzieniegdzie ruszył. Nie jest prosto obsadzić bluszczem 200 metrów ciemnej gleby. Zatem z każdego spaceru przynoszę po witce ułamanego gdzieś bluszczu. Nie kradnę nikomu sadzonek, skubię go z miejsc gdzie jest bujny i skubania nie widać. Mam nadzieję, że za kilka lat moje wysiłki będą widoczne.
Podlewam wszystko w ogródku przepiórczym nawozem mocno rozcieńczonym wodą, przefermentowanym w garnku przez zimę. Jeszcze niczego ten nawóz nie wypalił, a sporo roślin po kontakcie z nim jakby przypomniało sobie do czego służą im liście i korzenie. Ten nawóz wydaje mi się sensowniejszy niż Azofoska i do przepiórtkarni na SGGW mam znacznie bliżej niż do OBI.
W Polsce teraz panuje pora wiosennych porządków i na bazarkach znów widać samochody kombi z otwartymi drzwiami i przyklejonymi na wierzchu kartkami z napisem "Chemia z Niemiec" albo "Prawdziwa niemiecka chemia". Ta chemia to zwykle proszki do prania, płyny do czyszczeni wszystkiego, spraye do okien i inne tego typu potrzebne w gospodarstwie rzeczy.
Bardzo to śmieszne, bo przecież w Lidlu i w Rossmanie leży najprawdziwsza niemiecka chemia za ułamek ceny artykułów z tych furgonetek. Oczywiście rossmanowe Domole nie pachną tak pięknie jak Ariele i Weisser Riese, ale piorą do czysta. Śmiech mnie bierze gdy wysłuchuję narzekań na jakość dostępnych u nas środków czyszczących, moim zdaniem niemiecka chemia działa doskonale bo w Niemczech się jej dużo częściej niż w Polsce używa. Okna myte raz na tydzień są czyściejsze niż te myte trzy razy do roku przynajmniej statystycznie. Buty czyszczone przed każdym wyjściem są ładniejsze od nigdy nie czyszczonych a ubranie prane po każdym użyciu jest czyste i już.
Jak o mnie chodzi jeden patent mi się nie sprawdza obojętnie jakiego jest pochodzenia: płyny do mycia okien nawet ze ścierką z mikrowłókna. Takim psikaczem do okien na bank ich nie umyję, tylko rozmażę brud w mało gustowne paski. U mnie do okien działa jedynie słaby roztwór amoniaku ( 1 łyżka stołowa na garnek gorącej wody). Gdzie woda jest twarda można do tego roztworu jeszcze octu chlupnąć. A potem umyć tym okna i zebrać ściągaczką do szyb. Nie zostają ani paski, ani farfocle ze ścierki. No i w 40 minut zdążam z oknami w całym mieszkaniu. Amoniak pięknie rozpuszcza tłuszcz, tlenki metali obecne w miejskim powietrzu, nie pieni się i jest fantastycznym środkiem czyszczącym. Kto się go boi niech używa rękawiczek.
A co do szynek i kiełbas to poddałam się, nie da się tego kupić i trzeba zrobić samemu o ile ktoś umie. Nie ja jedna doszłam do tego wniosku i nagle na rynku pojawiła się i sól do peklowania i małe, domowe wędzarnie a nawet zrębki wędzarnicze z dowolnego drzewa owocowego i liściastego. Pewnie niebawem w każdym ogródeczku stanie albo wypasiona wędzarnia z allegro, albo samoróbka z metalowej szafki narzędziowej czy metalowej beczki. Pewnie na dachu można by wędzić co bądź nie dokuczając tak bardzo sąsiadom, tylko kto mnie wypuści na dach?
Ponoć na lokalnym bazarku można kupić jadalną wędlinę, ale w kolejce trzeba stanąć o szóstej rano. O dziewiątej to już tylko tłusty boczek zostaje. Nie będę wystawać w żadnych kolejkach, swoje już w życiu odstałam w czasach słusznie minionych. Kupiłam szynkę "myszkę" zwaną gdzieniegdzie orzechem w lokalnym mięsnym, kupiłam sól do peklowania, zrobiłam z szynką i solą to co kazała Kuchnia Polska, ugotowałam po kilku dniach tę szynkę a dla zaimitowania wędzonej skórki podpiekłam przez kwadrans w piecu uprzednio nasmarowawszy  szynkę miodem z sosem sojowym. Jest jadalna, aczkolwiek następna nie dostanie do peklowania ani ziela angielskiego ani listka laurowego. Z 1300 gram surowego mięsa otrzymałam ponad 800 gram gotowanej szynki. Czyli tak jak powinno być.
Przyjemnych porządków w domu i zagrodzie wszystkim życzę serdecznie.

piątek, 4 kwietnia 2014

Niepiśmienni

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Patrzę na świeżo habilitowanego Pana Męża: siedzi na tarasie, ma przed sobą kawę, dymiącą fajkę, żółty blok w linie, błyszczące pióro i i Pada. Czyta coś i robi notatki. 
Właściwie zawsze się tak zachowuje. Nim nastały i Pady robił notatki z grubych i cienkich książek, we własnych książkach robi ołówkiem notatki na marginesach a na biurku i w sekretarzyku ma szwadrony wiecznych piór i automatycznych ołówków. Z każdego kolejnego cieszy się równie mocno, ostatnio kupiłam mu na imieniny ołówek automatyczny, który wygląda jak zwyczajny, drewniany. To dopiero szpan. Całkiem niedawno przyszedł do domu bardzo zadowolony z najzwyczajniejszym żółtym, graniastym ołówkiem z gumką na końcu. Podobno są teraz bardzo modne. Od lat Pan Mąż najchętniej pisze ręcznie na wspomnianych żółtych blokach. Chyba wykupił i zużył cały światowy zapas tych bloków, bo ostatnio coś z nimi cienko. Dzieła wielkie, takie jak Notatki Do Habilitacji, plany kolejnych książek i inne takie powstają w porządnie oprawionych wielkich notesach Moleskine , które wytrzymują bardzo wiele otwierania, zamykania i notowania. Nie wiem, w czym będzie pisał jak i tego zabraknie, ale coś sobie znajdzie.
Patrząc tak na niego zaczęłam rozważać mój własny stosunek do narzędzi pisarskich. Naturalnie i ja mam moje zbiory. Pióro wieczne, którym jeszcze maturę pisałam - tanie, niezniszczalne chińskie pióro z turkusowym atramentem, pióra do kaligrafii, pióra stare i nowe, drogie i tanie napełnione kolorowymi atramentami. Leżą w eleganckim etui (poza tym jednym w torebce, na pewno już wyschniętym na amen) i schną sobie w spokoju, aż raz na jakiś czas wyjmę je wszystkie, wypłuczę w zimnej wodzie, ponownie napełnię kolorowymi atramentami i... dalej będą leżały nieużywane. Najczęściej bowiem używam piórka ze stalówką, którym nakładam na przyszłe akwarele płyn maskujący. Moje ołówki to zupełnie inna bajka. Te są regularnie używane, coraz krótsze od temperowania i trudno powiedzieć, żeby leżały zapomniane.
Ale - trzeba to przyznać otwarcie - ja już nic nie piszę. Powoli opadam w odmęty ręcznej niepiśmienności. Jeszcze mi trochę brak do sytuacji, gdy poproszona o napisanie czegoś  powiem z wyniosłą miną, że nie mam okularów, ale po prawdzie bliżej do tego niż dalej. Jeszcze nie aspiruję do grona większości, która pisze jedynie kciukiem, ale kto wie? Może to tuż tuż? W moich szwadronach porządnie oprawionych notesów nie pojawiają się od lat żadne pamiętnikarskie wpisy,więc zstępni dostaną po mnie sporo niezapisanego papieru. Jedyny notatnik jaki jeszcze czasem zapełniam to wielki, cienki zeszyt w kratkę w którym niezbyt starannie robię notatki o dzierganiu: próbka ma tyle i tyle oczek, wzór ściegu w kratki da się bezboleśnie przerysować z ekranu czytnika, szerokość rękawa w nadgarstku taka, pod pachą inna, i to wszystko.
Ostatnim moim bastionem pisarskim jest ten blog. Jeśli go porzucę, to jak dwa a dwa cztery w kilka lat będę jak Ringo Starr - będę umiała czytać i nie będę umiała pisać.
Być może skończę jak moja babcia. Gdy w dziewięćdziesiątej trzeciej wiośnie życia musiała mi dać ręcznie napisane upoważnienie do hipoteki siedziałyśmy wokół niej jak rodzice nad ćwiczącym literkę A sześciolatkiem i dyktowałyśmy kolejne litery tego upoważnienia. Naturalnie prace redakcyjne nad tekstem odbyły się poza babcią. Babcia miała to tylko napisać. Trzeba było znaleźć narzędzie pisarskie i papier. Babcia takich rzeczy nie posiadała. Trwała ta zabawa całe popołudnie, papieru zmarnowałyśmy pewnie sporo i wszystkie cztery (mama, babcia, Misia i ja) spociłyśmy się jak myszy. Rzeczone upoważnienie miało sporo uchybień, ale widać było po nim, że pisząca w swoim czasie wzięła wiele lekcji kaligrafii.
A czy szanowni czytelnicy piszą jeszcze cokolwiek ręcznie poza własnym podpisem i cyferkami w zeznaniu podatkowym?