poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kultura obrazkowa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zaczyna mi się coś w głowie przestawiać zgodnie z trendem z ostatnich dwudziestu lat i jak nie mam obrazków do pokazania to nie bardzo wiem od czego mam zacząć. Obrazki nie są nadzwyczajne i niczego niezwykłego na nich nie ma, ot kwiatek, Pan Mąż piękny jak zwykle, piesek - czyli stałe elementy mojego żywota widoczne i obecne, czasem nawet z hukiem.




Pan Mąż kupił sobie nowe okulary. Ku jego radości to są lennonki jak najbardziej firmowe, konkretnie John Lennon TM. (Yoko faktycznie ma głowę do interesu) Na tych cienkich, drucianych oprawkach napis John Lennon zmieścił się ze cztery razy, a na obu zausznikach od wewnętrznej strony są wygrawerowane słynne autoportrety z Imagine.  Nie wiem, czy ktoś uwierzy, ale wracając od optyka z tymi okularami Pan Mąż nawet podskakiwał z radości. I co prawda tylko w domowych pieleszach, ale nosi kucyk. Strasznie się z tego cieszę, bo facet z kucykiem jest bardzo bardzo. Łysa moda nie robi na mnie wrażenia. Ponadto w upał z kucykiem wygodniej.



Lilia wodna, mieszkanka maciupeńkiego oczka wodnego znów zakwitła. Nie wiem, czym ona się żywi, bo rośnie w czystej, nienawożonej kranówie i deszczówce, ale kwitnie. Rozprawiłam się ze skrętnicą, która w zeszłym roku zarosła oczko na amen jak zielona, rozmokła wata. Zainstalowała się w donicy z papirusem i wyglądało na to, że nie pozbędę się jej nigdy. Z Dolinki Służewieckiej przyniosłam ciut rzęsy wodnej. Rzęsa rozmnaża się błyskawicznie i odcina skrętnicy światło. Pod rzęsą woda jest czysta.



Latem areał dostępny psom obejmuje ogródeczek. Panie korzystają z wolności. Oto Muszka w swoim ulubionym miejscu przy oczku wodnym. Ona tam się wyleguje, spożywa posiłki i pasie trawą. Oraz siusia. Od tego siusiania są łyse miejsca.



Muszka vintage. Dawniej wszystkie zdjęcia tak wyglądały, dawniej wspomnienia fotograficzne były jedynie czarno białe. Muszka w tej stylizacji całkiem nieźle się sprawdza. Na zdjęciu właśnie żre trawę, ale widać jakie ma śliczne ząbki.



A  Kretka w kolorze lepiej wychodzi.



Dzięki ortezom zaś lepiej chodzi. I to o tyle lepiej, że wdrożyłyśmy nasz zwykły plan dnia z dwoma porządnymi spacerami. Dzięki temu ja mam lepszy humor i nie chodzę jak błędna, a ona ładnie schudła.
Ponadto prowadzę studia nad wszelkiej maści psychopatami i socjopatami. Statystyki mówią, że jedna na 25 osób jest socjopatą.  Jest zdolna do najobrzydliwszych uczynków bez żadnych wyrzutów nieistniejącego sumienia, ludzi traktuje przedmiotowo a jak chodzi o uczucia to może przezywać jedynie najprymitywniejsze: strach, furię, przyjemności cielesne i radochę z pokonania przeciwnika. Uczuć wyższych nie doznaje wcale.Socjopatów spotykamy cztery razy częściej niż schizofreników i każdy z nas miał z nimi do czynienia. Zwykle robią nam krzywdę - mnie w każdym razie zrobili. Życie przymusza jak widać do najdziwniejszych studiów. Literatura przedmiotu jest dostępna po angielsku, słownictwo angielskie z tej dziedziny jest mi dość obce, ale się nie poddaję, brnę przez psychologię i klaruje mi się w głowie. Rzeczy dotąd niepojęte, spadające  jak grom z jasnego nieba okazują się zupełnie oczywiste o ile się dysponuje stosowną wiedzą. Nie zamierzam być nigdy więcej zaskakiwana więc się zbroję. Zbrojenie się jest dość bolesne, nie przeczę.
Na drutach mam mały sweterek inspirowany Sekretnym Sweterkiem Hani Maciejewskiej. Tym razem nie kupowałam wzoru, bo obejrzawszy oryginał uznałam że sobie poradzę sama. Nawet wzór na koronkę na tyle swetra mam w mojej bibliotece. I faktycznie sobie radzę. Nie będę w tym wyglądać jak modelka z talią, bo nie mam talii, ale jest OK. Bardzo mi się podoba sposób robienia swetra od góry według Sue Mayers, czyli tak zwany contiguous (wystarczy wrzucić na Ravelry to słowo w wyszukiwarkę i wszystko będzie jasne), już planuję następnego przyległego - bo tak sobie nazwałam ten sposób - będzie w biało niebieskie grube paski. Ponoć paski wyszczuplają.
A następny tydzień od jutra zaczynając poświęcimy na prace konserwatorskie. Trzeba kuchnie, przedpokój i sufity w łazienkach odmalować. Już wypróbowałam jak się kładzie pistoletem akrylowe fugi i uszczelnienia wokół okien. Co z tego, że okna szczelne, jak szczelinami przy framugach zimą mróz do domu włazi. Dużo taśmy malarskiej na to potrzeba. 
Oskrobałam blaty stołów na tarasach i poziome części krzeseł. I już miałam to olejować, ale zaczęło lać. Pan Mąż czynności konserwatorskich nienawidzi z całego serca. Nie znosi kupować farb (jakie to drogie!) a malował by najchętniej dookoła mebli i co dwadzieścia lat. Niestety, kuchnia z białej zrobiła się brudnożółta i nie ma wyjścia.

środa, 18 czerwca 2014

Po dwunastu dniach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O groszku i nasturcji pisałam dwanaście dni temu. W życiu roślin to cała epoka!



 Widok ogólny. Przypuszczam, ze pod koniec lata nasturcja zajmie całe 13 metrów kwadratowych tarasu. Póki co wypraszam z niej mszycę. Passiflora pnie się po kracie, wilec tez już do kraty dorósł i niebawem w sypialni będzie panował chłodny półcień. Bugenwilla ma gęste, zielone liście ale nie chce kwitnąć. A jakaś zaraza zjadła georginie. Liście są powystrzygane w koronkowe dziury. Ślimaka znaleźć nie mogę, ale to pewnie ślimak. Gołe pomrowiki dużo trudniej znaleźć w ziemi niż pasiaste skorupki na drzewach.




Na tarasie pachnie groszek! I w kuchni pachnie groszek, bo groszek aby kwitnąć całe lato musi być odgławiany, czyli bukiety z niego trzeba robić. Nasiona to dopiero w październiku dam mu wytworzyć.

A z działań artystycznych to lepieje ostatnio tworzę. Lepieje to gatunek poetycki rozpropagowany przez W. Szymborską, dzięki czemu nad lepiejami rozpościera się nimb nagrody Nobla. Klasyczny lepiej mówi o jedzeniu , a dokładnie mówi czego lepiej nie jeść i robić co innego np:

Lepiej mieć życiorys brzydki
niż w tym miejscu pożreć frytki.

Pan Mąż z upodobaniem recytuje okropne zupełnie lepieje dotyczące zasadniczej służby wojskowej.
Moje lepieje nie są klasyczne, lecz narzucone koniecznością chwili np:

Lepsza babka z malinami
niźli wykład z tetrykami.

Lepiej lody zjeść we wtorek
niż oglądać cudzy worek.

 W tych lepiejach mowa o konferencji dla użytkowników sprzętu stomijnego zorganizowanej przez firmę Convatec w kinie Wisła. Jak mają coś ciekawego powiedzieć to i tak się dowiemy.  Przyślą ulotkę informacyjną tak jak przysłali zaproszenie na prezentację. Pełniutkie kino stomików sprawdzających nieustannie czy worki dobrze siedzą na brzuchach i czy nie są przypadkiem już pełne to było dla nas (dla Alicji i dla mnie) za dużo i uciekłyśmy na Ursynów rymując pod nosem:

Lepsze uro- i hetero-
niźli kolo- i ileo-.

bo

Lepiej mieć na głowie strąki
niźli wąchać cudze bąki.

I jak ktoś z czytających chce mnie opitolić, że się wyśmiewam z chorych i starych ludzi to proszę bardzo. Ważniejsze dla mnie zdrowie psychiczne Alicji, która o mało ze skóry nie wyszła widząc w jakim towarzystwie będzie się szkolić. Zdrowa i młoda też nie jest. I skoro coś jest tak straszne jak jest, to pozostaje się tylko śmiać dla zachowania jakiego takiego poczucia proporcji.

Lepiej siedzieć na tarasie 
niż mieć dziecko w drugiej klasie.

Lepiej ludzi straszyć blachą, 
niźli wrzoda mieć pod pachą.

Tak powiedziałam Muszce i rozprawiłam się z tym wrzodem. Muszka chwilowo nie ma żadnych krost ani kaszaków. Ciekawe ile bez nich wytrzyma...

wtorek, 10 czerwca 2014

Zmienić?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szczepiłam i odrobaczałam moje pieski w lokalnej małej przychodni weterynaryjnej. Łatwo mi było do niej dotrzeć na piechotę. Tu wycięto Kretce tłuszczaki spod pachy, tu również karmiono ją przez niemal trzy lata Trocoxilem nie wnikając bliżej w naturę dręczących ją cierpień. Jak trzeba było to lekarki wzywały okulistę z podręcznym gabinetem oftalmologicznym, który leczył Kretkowe oczy. Muszka potrzebuje na razie jedynie szczepień.
Wczoraj poszłam tam pogadać o tym, że Kretka choruje nie na kręgosłup, a na artrozę nadgarstków. Że są sposoby na te nadgarstki lepsze niż Trocoxil. I chciałam spytać, czy pani doktor zna się na takim leczeniu.
W przychodni zastałam jasełka nie z tej ziemi: otóż przyniesiono do gabinetu suczkę yorkshire teriera, która się poprzedniego dnia oszczeniła oraz jej wszystkie cztery szczeniaczki - noworodki. Pani doktor oglądała maluszki na stole do badań, pomoc weterynaryjna tuliła malusieńkie pieski do obfitego biustu (którego przecież nie umyła przed tym tuleniem), potem pani doktor zawołała do gabinetu swoją mamę, tatę i córkę nieletnią, aby sobie te maluszki obejrzeli, bo to takie śliczne. Dziewczynka schwyciła jednego pieska i nie chciała odłożyć do kojca. Wszyscy robili zdjęcia. Bez przerwy i czym kto miał; na szczęście nie mieli flesza, bo by te pieski całkiem oślepili. Właścicielka suczki miała tysiące pytań o pielęgnację tych dzieci i karmienie suczki (czy ona może jeść jajeczko? Może, ale lepiej, żeby jadła to i to ile chce, odparła pani doktor wyciągając z szafki najdroższą karmę weterynaryjną dla karmiących suk). Suka dostawała palmy, chciała te dzieci schować pod sobą, żeby nawet jeden ogonek nie wyglądał, ale ludzie fotografowali i fotografowali. I wyciągali spod niej jej dzieci
Ani lekarz, ani hodowca suki nie zrobili nic, aby ograniczyć suce stres a niemowlaków nie narażać na zakażenie, wszyscy je macali, głaskali, głośno gadali.
Zabrałam się i wyszłam. W domu poprosiłam dobrą boginię, żeby zatroszczyła się o bakteriologiczne i wirusologiczne bezpieczeństwo psich noworodków, skoro ich właściciel ani lekarz nie wierzą w bakterie i wirusy obecne w przychodni. Oni mieli najwyraźniej ochotę jeszcze długo pleść androny, pani doktor miała nadzieję sprzedać dużo drogiej karmy, a dyskutowanie z lekarzem o jego błędach z powodu niewykonania podstawowego badania w obecności jego mamy, taty i małej córeczki nie ma sensu.
Teraz dumam, czy w ogóle tam wracać po coś więcej niż dokumentacja medyczna.
Gabinetów weterynaryjnych jest tu masa, widać że młodzi lekarze wet od alma mater jakoś się oddalać nie lubią, jest w czym wybierać. Tyle że ogranicza nas dystans, jaki Kretka może zrobić piechotą.

piątek, 6 czerwca 2014

Wszystkiego można się nauczyć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Można się nauczyć nawet rzeczy, do których nie ma się talentu i powołania.
Mowa o pracach rolnych w wymiarze balkonowym.
Od pięciu lat próbowałam uzyskać na tarasie kwitnącą kobeę i uzyskiwałam wprawdzie ścianę zieleni, ale aby dwa niemrawe, fioletowe dzwoneczki udało mi się zobaczyć. Z kobeą się nie rozumiemy. Klematis zeszłoroczny koncertowo zdechł;  widać nie podobało mu się zimowanie pod korą (a pisali na metce że lubi ziemię zasadową a nie kwaśną...).  Popatrzyłam na zgromadzone nasiona, znalazłam zachomikowany groszek pachnący i nasturcję, ponoć karłowatą. I postanowiłam zmienić profil upraw. Bardzo lubię i groszek i nasturcję, a bukieciki tych kwiatków są  naprawdę drogie. Dotychczas udawało mi się wyhodować groszek maksymalnie dziesięciocentymetrowy, a nasturcję zawsze pożerały mszyce. Rosła długa, chuda i nie kwitła. Poradziłam się wujka Google jak to zrobić żeby obie ulubione rośliny lepiej się udały i tym razem zamiast niechlujnie rzucić nasiona w ziemię zrobiłam to, co obie lubią: w donicę wrzuciłam przed sadzeniem podhodowanych w mini szklarence groszkowych niedorostków kilka garści dolomitu. Chcesz groszku zasady, będzie zasada!
Nasiona groszku wysiałam do napełnionych ziemią tutek po papierze toaletowym (czegóż to nie można znaleźć w koszu na śmiecie!), wsadziłam te naboje do szklarenki gdzieś w początku marca i dobrze podlewałam. Miesiąc temu groszkowe podrostki wysadziłam do dobrze nawiezionej przepiórczym nawozem ziemi. I do towarzystwa wysiałam nasturcję wierząc, że na tarasie przymrozki nie są groźne. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby nasturcja kwitła w pierwszych dniach czerwca i żeby wiązała kwiaty całymi pęczkami. Jak widać groszek to cały groch, wysiałam mieszankę i ciekawe jaki kolor będą miały kwiatki.





Teraz pozostaje mi się nauczyć, co się robi z pelargoniami bluszczolistnymi, żeby dobrze kwitły. Malusieńkie sadzonki  (5 zł za sześć sztuk) wsadziłam do nawiezionej przepiórakiem donicy. Urosły w dwa tygodnie jak konie i straciły wszystkie pączki. Dziś przeniosłam je do innej ziemi i zaczynam eksperyment. To nie może być takie strasznie trudne, wszyscy Niemcy to umieją.
Już wiem, że surfinie i petunie trzyma się w osobnych donicach i z niczym nie łączy, bo nic w ich towarzystwie nie zakwitnie. Wiem, że trzeba je nawozić specjalnym nawozem i czyścić rośliny z przekwitłych kwiatów ( ale z szypułkami, a nie tylko z płatków) to będą kwitły zupełnie szaleńczo.
Do donicy po śp. klematisie sypnęłam dolomitu i wsadziłam nowe rośliny, rosną na razie jak trzeba, zobaczymy jak zakwitną, bo to były taniutkie sadzonki z Leclerca bez opisu na opakowaniu. Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu dzwonki karpackie przeżyły w tym roku zimę w doniczkach i kwitną jak wściekłe. Niecierpki, koleusy i dalie też już dają czadu.
Idę sprawdzić jak popędzić do kwitnienia bugenwillę i passiflorę.

wtorek, 3 czerwca 2014

Średniowieczny (Moyen Age by Hanna Maciejewska)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Robiłam go z mozołem.
Podobał mi się odkąd go pierwszy raz zobaczyłam i myślałam, myślałam, myślałam... jak jakiś myśliwy. Dekolt i wzór precli na brzuchu podobają mi się nadzwyczajnie. Niesłychana obcisłość już mniej.  Nie miałam takiej włóczki, za to miałam Kaszmir od Wnuka kupiony dawno temu w wariackiej ilości. Zyskawszy nieco wprawy w dzierganiu wiem już, że na tego typu sweter na drutach 3,5 zrobiony ściegiem pończoszniczym  potrzeba dla mnie około 1200 metrów włóczki. Tu są obecne warkocze na froncie, czyli włóczki trzeba trochę więcej. Zatem cztery motki tego Kaszmiru (4x360=1440 metrów co jest ilością znacznie mniejszą niż wymaga instrukcja) poprzewijałam na motki, ufarbowałam i zrobiłam sobie z niego Średniowiecznego. Starczyło akurat, zostały dwa małe kłębuszki w sam raz na jakieś naprawy jakby się brzeg rękawa przetarł albo dziura na łokciu zrobiła. Wybrałam nieco większy rozmiar, aby obfitości kształtów przesadnie nie eksponować, ale zachować szalony, głęboki dekolt. Kaszmir od Wnuka okazał się uroczą, miłą i wściekle wydajną wełną. I nie gryzie.
Wzór jest bardzo dobrze opisany, śmiało można go robić, tylko trzeba naprawdę czytać to, co jest napisane a nie kombinować. Patent na dekolt z tego swetra trzeba by na wołowej skórze złotymi literami zapisać bo robiąc korpus od dołu w ten sposób można łatwo osiągnąć wszelkie odmiany: bez ściągaczowej listwy mamy po wykonaniu korpusu fantastyczny, dobrze wykończony podkoszulek. Z listwą dekoltu i rękawami robi się pełnoprawny sweter.
Dłubałam, dłubałam no i mam.




I chyba mi się koncept skończył jak chodzi o dziergadła. Jakaś się czuję z pomysłów wyżęta. Nie wiem co by się mi mogło jeszcze przydać w dziedzinie dziewiarstwa. Małych sweterków nie bardzo noszę, kurtek i innych okryjbid wyłazi z szafy masa. Bawełnianych letnich bluzek robionych na rutach nie lubię, są ciężkie, długo się je robi, strasznie długo schną po praniu. I po krótkim w końcu sezonie bardzo są znoszone - strasznie szybko znać po nich wiek. Może się jeszcze złamię, ale mam wątpliwości. A wełnianych swetrów całkiem nowych i ładnych leży w szafie spora górka. Jak o dziewiarstwo chodzi to zaczynam szukać sensu życia.