wtorek, 22 lipca 2014

Kanikuła

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku o tej porze w życiu blogowym stagnacja następuje. Jedni znikają w plenerze, inni siedzą na działkach i mało kto coś sensownego ma latem do powiedzenia. No ogórki i już.
Ze mną to samo. Czytam jakieś kryminałki, na drutach powoli się robi biały estoński szal z Dropsa Lace ale nie ma co pokazywać 1/3 zezwłoka. Wiem, że będzie piękny po zblokowaniu i z brzegową koronką, teraz to szmatka kompletnie bez wdzięku. Mam wrażenie ze mimo deszczów bez ustanku biegam do ogródka i na taras z wielką konewką i albo leję wodę w nasturcje, albo uzupełniam stan oczka wodnego.
Groszek pachnący po początkowym udanym starcie zdechł na mączniaka. Pryskałam go jakimiś antygrzybami, ale nic to nie dało. Dziś groszek wyrwałam i wyrzuciłam do śmietnika. Mączniak chyba lubi również moją miętę w ogródku. Oprysk pomógł tylko berberysowi. Co roku berberys był szary i zdychający a teraz się trzyma dzielnie. Poza nieudanym groszkiem wszystko rośnie jak wściekłe, takiego gąszczu na tarasie nie było jeszcze nigdy. Rośliny mają ponad metr wysokości od ziemi! I w końcu wiem co robić z pelargoniami: nie podlewać za dużo, podsuszone lepiej kwitną.


 A jak o kwitnienie niewielkim kosztem chodzi, to nie do przebicia jest zwykły, najtańszy niecierpek. W maju kupiłam za trzy złote z groszami 12 maleńkich sadzonek niecierpka w ulubionym kolorze. Oprócz ziemi dostał trochę dolomitu i kurzego nawozu i  rozrósł się jak szatan w ogródku, na obu tarasach i nie trzeba go czyścić z kwiatów. Jak o bezawaryjne ogrodnictwo chodzi, to niecierpek jest wyborem doskonałym.
Ciekawe spostrzeżenie językowe mam jeśli chodzi o mentalność Polaków, Niemców i Anglików. Niecierpek po angielsku i po niemiecku to "Pracowita Elżbietka" (Busy Lizzie i Fleissiges Lieschen) bo kwitnie bez przerwy jak umie najładniej. Dla Polaka ta sama roślina z tego samego powodu to Głupi Jaś. Widać jaki u nas jest etos pracy.


Kretka chodzi zupełnie dobrze, po prawdzie jak szczeniak się zachowuje. Dawno nie było tak, żeby psa nic nie bolało. Pani doktor psia ortopeda poszła na macierzyński i długo się nie zobaczymy, trzeba było poszukać jakiegoś mądrego lekarza, który remisję choroby stawów uzyskaną za pomocą wielu sprytnych leków umiał by przedłużyć. Zniszczyć stawy kilkukrotnym wstrzyknięciem sterydu to żadna sztuka. Natomiast utrzymać uzyskaną poprawę przez dłuższy czas, tak żeby stworzenie mogło się ruszać wymaga kunsztu lekarskiego. Zatem teraz sama wstrzykuję Kretce pod skórę malutkie dawki Metacamu a potem wystarczy zwykła Aspiryna. I tak miejmy nadzieję remisja potrwa.


Czy nie wspominałam kiedyś, że chyba chudnę? Takiej wagi jak teraz nie miałam od 2002 roku. Niestety, jako że spadała powoli, to nie rzucało się to w oczy. Dalej jestem pękata w talii, tyle że teraz spodnie spadają mi z bioder bez rozpinania. W większość wszyłam sobie gumkę w pasek, bo nie sposób wiecznie podciągać opadające portki. Już widzę, że na dawny kształt nie mam szans. Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno. Znalazłam szatę dawno nie używaną, która kiedyś na pewno była na mnie dobra. Widać ile zleciało. Przestałam się w końcu skradać i zainwestowałam w nową odzież bardziej na czasie. W nowych ciuchach o aktualnej linii pękata talia mniej przeszkadza.



Mimo niepalenia jakoś powolutku dalej spada. Ma to jakiś związek z dietą cukrzycową bez wątpienia.

sobota, 5 lipca 2014

Róż i już

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przerobiłam grzecznie na drutach 18 deko Malabrigo Silkpaca w kolorze fuksji i mam coś, co u mnie się będzie nazywać Letni Wieczór. Nie powiem, ściągałam z projektu Hani Maciejewskiej, ale ponieważ jak zwykle nie policzyłam wszystkiego dokładnie, to mam co mam. Na letnie sierpniowe wieczory nada się to doskonale i pasuje do aktualnych japonek.


Robiłam to od góry sposobem Sue Mayers, czyli popularnym na Ravelry sposobem contiguous. Jak dla mnie ramiona wychodzą zbyt spadziste. Obsuwa się to na sylwetce we wszystkie strony. Szew ramienia musi być bardzo krótki, a oczek trzeba na jego długości nabrać sporo. Kształt dekoltu robi się problematyczny.


Element koronki estońskiej dał się zrobić bez trudu, tylko chyba 5 oczek z siedmiu niepotrzebnie przekręciłam.


Tył jest OK.

Rękaw całkiem dobrze leży i łatwo się go wyrabia.


Ale co do przodu mam wątpliwości. Być może winna jest moja sylwetka, może marnie liczyłam oczka, może jako nie kardigan leżało by to lepiej?


 Przyda się na chłodne wieczory w ogródku, bo o równie miłą włóczkę doprawdy trudno. Jest wprost rozkoszna w dotyku.


Zanim wymyślę co na druty wskoczy po Letnim Wieczorze jeszcze troszkę pomęczę moje groszki. Pomęczę akwarelą. 
Ciekawa sprawa z tymi groszkami. Wysiałam mieszankę kolorów i wzeszła mieszanka. Im bardziej tnę kwiatki, tym ich więcej na krzaczkach. Ale po kilku dniach w wazoniku wszystkie kwiatki robią się jednakowe, ciemnofioletowe. Ginie gdzieś cała rozmaitość...


piątek, 4 lipca 2014

Rozterki posiadaczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lało ostatnio bez opamiętania i o rozkoszach życia tarasowego można było sobie tylko pomyśleć. Ponadto trudno prowadzić życie tarasowe ze szklanką zimnego napoju w jednej ręce i z ciekawą książką w drugiej skacząc jednocześnie po drabinie i malując kuchnię, przedpokój i sufity w łazience. Bo po sześciu latach jakoś poszarzały one i pożółkły. Zatem umalowaliśmy co było do umalowania, ale jeszcze nam troszkę zostało. Wnęki okienne nigdy niczym nie były malowane po wprawieniu szczelnych okien. Nie mieliśmy na to siły dawniej, nie mamy i teraz. To co zostało będę musiała małym pędzelkiem przy okazji wykonać. Bo teraz... już mi się absolutnie nie chce.
Chyba się postarzeliśmy, albo zawsze byliśmy tacy niewydolni, że nie damy rady więcej. Pozostałe komnaty zostały jak były pędzlem nietknięte. Pan Mąż ma rozpacz w oczach na napomknienie, że salon, gabinety i sypialnia tez by trzeba odnowić. Powód jest prozaiczny: tam są książki. I regały na amen przytwierdzone do ścian. Ponoć nie da się ich odkręcić a potem ponownie przykręcić. Patrzyłam jak Pan Mąż odkręcił a potem przykręcił pewną listwę na ścianie i faktycznie, lepiej z regałami mocno obciążonymi tego nie robić. Poza tym myślę, że samo przenoszenie książek, które posiadamy wyczerpało by nas do cna. I po ich zdjęciu z regałów na nijakie malowanie nie mielibyśmy siły. Latka lecą.
O ile żyć w mieszkaniu z poszarzałymi ścianami się da bez problemu, o tyle meble tarasowe niestety trzeba zabezpieczyć od tego, co leci z nieba. Sam taras także co jakiś czas wymaga ochlapania go drewnochronem, bo zgnije i się rozpadnie jak to uczynił jego poprzednik. Zatem dziś Pan Mąż obrabiał meble olejem do drewna egzotycznego i Sadolinem, a ja wojowałam z tarasem per se.



Teraz poczekamy aż to wszystko wyschnie przyzwoicie, i o ile będzie jeszcze ładnie, to się tym nacieszymy. A jak będzie lało, to tylko przez okno na to popatrzymy, a urokami życia na zewnątrz będziemy się cieszyć na cudzych tarasach na wakacjach.
Ja ja nie znoszę tego stanu zawieszenia, w jakim się człowiek przy remontach, malowaniach  i przemeblowaniach znajduje. Bałagan, rzeczy nie na swoim miejscu, wyprowadza mnie to z równowagi do cna.