niedziela, 20 grudnia 2015

Ametysty i chryzoprazy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Z motka bezimiennej wełny na skarpetki wprost z lumpeksu zrobiłam sobie w przerwie między mikołajowymi wyjazdami skarpetki.


Kolory ten motek miał takie, ze się natychmiast ślinić do niego zaczęłam. Gotowe skarpetki są ładniejsze od motka, bo zieleń układa się w przepiękne żyłki w kolorze chryzoprazu a reszta to istne ametysty. Wszystkie kolory na tych skarpetkach są moje. Zachodzę w głowę jak takie coś ufarbowano. To na pewno nie jest Sock od Malabrigo, ale farbowały tę włóczkę bardzo zręczne ręce.
Na drutach już siedzą kolejne skarpetki dla dziecka z porządnej skarpetkowej włóczki bawełniano - wełnianej w przyzwoite paski farbowanej, a nie w jakieś łaty.

Jako komentarz do sytuacji politycznej po wyborach publikuję obraz Jerzego Dudy-Gracza z 1981 roku pt. Dialog polski 5, pasuje moim zdaniem idealnie:



 Widać tu, że jedno urodne i drugie niczego a nadziei na porozumienie nie ma. Przepaść jest nie do zasypania szpadelkiem, a z tych patyczków mostu się nie wybuduje. Zatem dalej siedzę w piwnicy i jako strawę duchową mam bezideowe kryminałki i dzieła naukowe. Nic innego mi nie wchodzi.

Na moją skrzynkę mailową codziennie przychodzi kilka newsletterów  ze sklepów internetowych z mydłem i powidłem. Kiedyś w jednym z nich kupiłam kilka lalek i teraz mam taki przegląd prasy codziennie. Limango i Showroomprive próbują sprzedać mi co się tylko da. Nawet czasem sobie oglądam to i owo i takie oglądanie skutecznie zastępuje i eliminuje łażenie po sklepach, którego nie znoszę. Pan Mąż też sobie ogląda męskie stroje na Myhabit, bo twierdzi, że czerpie z tego pomysły na własne stylizacje (dziś się robi stylizacje a dawniej się po prostu ubierało). Im dłużej te newslettery przychodzą, tym bardziej jestem przekonana, że na świecie jest stanowczo za dużo sukienek, topów, bluzek, butów, torebek, portfeli, kurtek, durnostojek, porcelany, noży, garnków, dresów, okularów słonecznych, pędzelków do makijażu i sztucznej biżuterii. Jak również kompletów pościeli, plastikowych dywanów, rzekomo luksusowych perfum i płynów do kąpieli, skarpetek, majtek i staników. Tych za małych jest znacznie więcej niż tych akurat i za dużych. Obfitość wyżej wymienionych przedmiotów i ich wyraźnie niewysoka jakość - sądząc po cenach i składzie surowcowym skutecznie leczy z chęci ich posiadania. Zdecydowanie ostatnimi czasy luksus stracił swój blask. Jakby na przekór tej karuzeli mody moje dzianiny własnoręcznie wykonane z porządnych surowców wydają się coraz bardziej luksusowe. Są długowieczne. Nie mechacą się i nie prują. Przyzwoicie traktowane w praniu trwają i trwają. Co jakiś czas trzeba się pozbyć archiwaliów, bo własna szafa to nie muzeum przeżytych trendów a miejsce trzymania używanej aktualnie odzieży. Nie prędko skasuję te newslettery z listy mailingowej, dzięki nim zachowuję pion i dystans. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Uff, ledwie żyję

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na czas kończyłam kardigan dla Pana Męża na gwiazdkę. Teraz boli mnie krzyż, rwa wyje a oczy pieką. Ale jest i wszystko ma przyszyte:

 Na chłopa o rozmiarze 54 wyszły mi niecałe cztery motki Gotlandsk pelsuld w kolorze 175. Byłam w strachu co będzie jak surowca nie starczy, bo tego koloru nie ma już nawet u producenta. Ale starczyło i zostało. Co można zrobić z 1 1/3 motka wełny gryzącej jak wściekły szczur?


Bajerki ponaszywane.


Zamek dał się okiełznać, ale przyszycie prawej i lewej taśmy zamka jednakowo nie jest wykonalne. Nie wiem czemu prawy i lewy brzeg dzianiny wychodzą mi w robocie niejednakowo.



A tu widać jak piękny kolor ma włóczka. Znak Woolmarku mówi prawdę, to piękna, niezwykła wełna. Jest owszem gryząca, ale Panu Mężowi to akurat nie przeszkadza. Takich swetrów nie nosi się ma gołe ciało. Ma piękny połysk, chrupki chwyt i jest jakby nakrapiana na czarno. Cały wielki sweter robiony na drutach 3,5 jest bardzo lekki, waży bez zamka 375 gramów, a grzeje jak gruby pled. Pan Mąż bardzo się cieszy i nie może się doczekać na paczkę pod choinką.

Jakbym nie kombinowała przez resztę roku i tak na tuż przed świętami zostanie jakaś maksymalistyczna praca.


Znużona niebieskim melanżem trafiłam na zdjęcia szydełkowego kardigana Panzernej. Można sobie je obejrzeć na ravelry w jej profilu. Opętało mnie. Rzecz jest tak kolorowa i bajkowa, że nie cierpiąc babcinych kwadratów i odzieży robionej szydełkiem zapragnęłam go mieć. Nawet udało mi się upolować ten sam melanż (bo ta feeria barw to jedna i ta sama barwiona odcinkowo włóczka). Dobrze że to przymierzyłam podczas grudniowych Szarotek. Jesteśmy niby z Panzerną podobnych gabarytów, ale jej w tym dobrze a mnie ciasnawo. No i kupiłam tego tylko pół kilo. Szydło jest włóczkożerne, na drutach to z tego zrobię płaszcz, szydełkiem - nie. Przy okazji poszukiwań babcinych kwadratów trafiłam na Ravelry na takie wzory, że głowa mała. Kiedyś trzeba będzie jednak zagospodarować wełniane archiwum.

Jakiś Anonim zapytał mnie czemu nie wyszłam w niedzielę na ulicę protestować jak porządni ludzie. Nie wyszłam w sobotę, nie wyszłam w niedzielę a dziś wychodzę do dziecięcego psychiatryka misie z Mikołajem rozdawać. Swoje zdanie polityczne wyraziłam podczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Byłam w mniejszości. Kto wygrał, ten rządzi. Rządzi tak jak umie i jaką ma wolę polityczną. A opozycja patrzy i krzyczy. Tak ma być.
Każdy naród ma taki rząd na jaki sobie zasłuży i jaki wybierze. Naród wybrał i naród ma. Moje wrzaski nie zmienią tu nic. Wpinanie w klapę opornika też nic nie da. Nie czuję się lepiej wiedząc, że takich jak ja jest więcej. Zatem jak zapowiedziałam wlazłam do piwnicy i wyjdę z niej za cztery lata. Żyłam już pod rządami różnych świrów nie zwracających uwagi na rzeczywistość, fakt że byłam wtedy młodsza i zdrowsza, ale przeżyłam. I to minie. Kiedyś.
Nie dam się napuścić mentalnie na grzecznego pana, który kupuje w kiosku Do Rzeczy (czy Od Żeczy, diabli wiedzą) ani na żadnych innych ludzi, nie jestem i nigdy nie byłam radykalna i niestety każdy fakt i każdy przedmiot oceniam z kilku punktów widzenia na raz. Im bardziej żremy się między sobą tym bardziej Ruscy w Jasieniewie zacierają łapy, bo sami się zniszczymy i wymiksujemy z gromadki państw poważnych. Trochę co prawda wstyd czytać w obcej prasie jak nas widzą inni, ale co zrobić. Jak napisałam każdy naród ma rząd i rządzących na jakich zasługuje.
Strasznie się cieszę, że temat rozrodu osobiście już mnie nie dotyczy.



środa, 2 grudnia 2015

Najlepiej nic nie robić

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jutro święty dzień malowania i gimnastyki. Wrócę po drugiej do domu, głodna jak nieboskie stworzenie i zmęczona tak, że ledwie będę na oczy patrzeć. Malowanie jest męczące. Cukrzyca ma to w nosie i trzeba ją karmić na czas, bo cukier spadnie. Spadki cukru są gorsze niż wysokie poziomy, przynajmniej dla zainteresowanego: ręce się trzęsą, zimny pot spływa po grzbiecie i ogólnie narasta drażliwość. Po co się męczyć? Trzeba było ugotować na zaś. A ponieważ w piątek zaczynamy z Mikołajem jeździć i to od razu z grubej rury w dwa miejsca, to na zaś zaś też trzeba było ugotować.
Zaczęłam od rana: Spacer psi z zakupami połączony, ledwie to do domu doniosłam. Uprałam anielską perukę i szaty, puściłam pranie, nastawiłam gary ze strawą i pociągnęłam przody od swetra dla Pana Męża na gwiazdkę. Wyrobiłam pachy, zrobiłam krochmal do bielizny, puściłam suszarkę, upiekłam batata do kurczaków i jak podałam obiad to wylewka kuchenna oddała ducha Panu od wylewek i odpadła od najważniejszego kuchennego kranu. Przedtem trochę posikiwała bokami, fakt, ale odprawiałam nad nią mantry i jakoś się trzymała. Teraz odpadła.
Idąc z psami na drugi spacer zapakowałam ją do torby. W programie spaceru miałam rajd po trawniku SGGW, kupno blejtramu na jutro, kupno wylewki, kupno zamka błyskawicznego dla tomkowego kardiganu. Blejtram sobie darowałam, jeszcze jakiś maleńki jest. I jest karton do malowania olejami. A jak znam basiny program zajęć, to nadeszła pora na naukę technikaliów. Powstanie jakiś pożyteczny technicznie ale niekoniecznie ładny obrazek. Albo perspektywa, albo dziwne faktury albo coś o kolorze. Albo jeszcze coś innego. Karton wystarczy.
W sklepie hydraulicznym pokiwali nad wylewką głowami i stwierdzili że kicha, że takiej nie mają, że to chińska podróbka polskiej baterii FAK od niedawna przechrzczonej na KFA (z Fabryki Armatur Kraków na Krakowską Fabrykę Armatur nazwa się zmieniła bo dziś FAK to brzydkie słowo). Zaproponowali mi całą baterię kuchenną i dokładnie wyjaśnili jak ją zamontować. Bałam się już montowania wylewki, a tu całość do wymiany.
Strasznie boję się robót hydraulicznych. To lęk jeszcze z poprzedniego życia, gdy musiałam robić w domu wszystko, łącznie z kuciem ścian, montowaniem zaworów, naprawianiem spłuczki sama. Nikt inny się nie poczuwał, a gdybym tego nie zrobiła, to musiałabym na czwarte piętro nosić wodę wiadrami też osobiście albo prać dziecinne ubranka na tarze ręcznie. Tego lęku nie leczy ani lista okolicznych hydraulików wywieszona na korkowej tablicy w przedpokoju, ani doświadczenie mówiące, że Pan Mąż składający wszystkie sprawy doczesne w moje ręce na widok nowego kranu wie jednak co z nim zrobić.
Przy robotach hydraulicznych musi się zawsze coś wydarzyć. Musi i już. Przede wszystkim trzeba w tym celu zamknąć zawory doprowadzające wodę. A w tym celu trzeba zdemolować przemyślną zabudowę naszej kuchni. Zdemolowaliśmy, dotarliśmy do miejsc dawno nie czyszczonych - w sam raz przed świętami - i Pan Mąż zaczął kręcić tymi zaworami. Woda w kranach nie przestała lecieć, za to spod szafek obok zmywarki rozległ się szum a później wypłynęła spod nich woda. Poprzedni właściciel zostawił nam niezwykle skomplikowaną i fantazyjną instalację wodną własnego pomysłu. Kilka lat temu wymieniono w pionach rury i administracyjni hydraulicy pozakładali zawory jak leci, nie przejmując się ich kolorami. Co to niby ma za znaczenie czy zawór jest żółty czy czerwony, nie?Ten akurat zawór, którym chwacko kręcił Pan Mąż służy do... podlewania ogródka a szlauch leży luźno pod szafkami kuchennymi. Do jego prastarej końcówki nie pasuje obecnie żaden łącznik więc sobie o nim zapomnieliśmy. Mam teraz czysto pod wszystkimi szafkami, wszystkie psie ręczniki i wszystkie ścierki są mokre. Zawory odcinające wodę w kranach odnaleźliśmy i owszem około 20 centymetrów powyżej rewizji w kanale dla rur wodociągowych. Nie ufam hydraulikom. Nie chcę nikogo obrazić, ale do tego fachu idą chyba ostatnie niemoty. Z żadnym żywym hydraulikiem nie umiem się dogadać. Wolę gdy roboty hydrauliczne wykonuje mechanik samochodowy albo wykształcony człowiek co się remontami zajmuje.  Po odnalezieniu tych zaworów Pan Mąż w try miga założył nowy kran. Kran jest dużo lepszy niż poprzedni. Uf.

sobota, 28 listopada 2015

Osiołkowi w żłoby dano oraz o pewnej babie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Gdzieś mi się zapodziała ulubiona czapeczka. Ponieważ zimno mi w łepetynę trzeba było na cito zrobić nową. Pan Mąż trochę się obruszył, bo jego wyczekiwany kardigan na chwilę został zapakowany do kosza z robótkami oczekującymi, a ja zrobiłam przegląd posiadanych wełen w poszukiwaniu odpowiedniej. I prawie się rozpłakałam z niemocy podjęcia decyzji. Bo wełen ślicznych, pięknych i bardzo pięknych namnożyło mi się ostatnio w szufladach komody. W końcu uznałam, że cudnych opali z których na pewno wyjdą dwie skarpetki szkoda na projekt na pół motka. Gdybym nosiła zimą mitenki to jeszcze z pozostałej połówki zrobiłabym mitenki i spokój. Ale ja wiecznie rzucam mokre, oślinione piłeczki. Jedynie skórzane rękawice z barana wytrzymują takie traktowanie a mokre mitenki to żaden luksus. Mitenki to na krótki moment między wrześniem a listopadem się nadają więc szkoda na nie opala.
Miałam szalony motek we wszystkie barwy świata, z którego nie da się zrobić dwóch jednakowych przedmiotów, bo kolejność tych barw jest nie do przewidzenia. W dwa wieczory na drutach 3, czyli grubych powstała czapeczka jak dla krasnoludka. Już ją kocham. Zakrywa uszy. Jak jest naprawdę zimno to mankiet się wywija i uszy są zakryte podwójną warstwą. Niech żyją ciepłe uszy!




Nie wiem, co powstanie z resztki, może ażurowy mały kominek?

Na zajęcia z malowania przyszła nowa kobita. Ktoś ją polecił, została przyjęta i jest. Ego ma wielkie jak zeppelin, nieźle rysuje, ale jak o malowanie chodzi, to, hm, jest średnio. Nie jest początkująca, to pewne, ale może się jeszcze duuuuużo nauczyć.
Skład naszej malującej grupy jest od lat stały. Długo trwa nim się człowiek z kimś przy malowaniu pozna. Bo wchodzi się do pracowni, rozstawia robotę, zaczyna malować i... głuchnie się. Ja dopiero po roku nauczyłam się jak kto ma na imię i jaki ma styl malowania. Jednak jesteśmy zżyte, lubimy się, czasem sobie poplotkujemy. Jest wśród nas jedna młodsza dziewczyna, średnio jesteśmy po pięćdziesiątce i jest kilka emerytek po osiemdziesiątce. Najstarsza z nas maluje znakomicie i bardzo ją lubimy. Umysł ma jak żyleta, jedynie serce słabe. Niektóre panie są głuche, niektóre za grosz nie mają talentu i malują jak starszaki w przedszkolu, ale bawią się przy tym znakomicie.
No i przyszła ta nowa. Wie wszystko najlepiej i nie waha się swego zdania głośno i stanowczo wyrazić. Nie wiem, czemu mnie obrała sobie za cel uwag. A to że dziś przecież NIKT nie robi na drutach bo wszystko jest. (Przemilczałam, że dziś NIKT nie maluje sam obrazów, bo i tak można lepsze plakaty w EMPiKu kupić). A to że za głośno mówię (do głuchej jak pień Krysi mówienie cicho jest bez sensu) i tak co zajęcia. Milczę i patrzę. Ostatnio kłóciła się z naszą Basią kochaną, malarką prowadzącą te zajęcia. Basia ma bystre oko na to co kto robi, sugeruje korekty, jej poprawki zawsze wychodzą pracy na dobre. W końcu się nowa dowiedziała, że ten obraz co namalowała to zamiast oprawiać w złote ramy z passe-partout (olej w passe-partout!!!) to trzeba na szafie położyć. Albo za szafą.
Dojrzewam do skutecznego wyłączenia babska. W tym celu wyjęłam własne notatki, gdzie sobie zapisywałam sposoby i sposobiki na upierdliwców takie, żeby im w pięty poszło, ale żeby nie mogli się obrazić. Nie jestem mistrzynią ciętej riposty a bezczelność też mi specjalnie duża nie urosła. Ale w końcu klasę 14-latków potrafiłam swego czasu okiełznać.
Ostatnio na zajęciach miałyśmy malować krajobraz. Co roku jest taki temat. Do krajobrazu dobrze jest się przygotować. Wybrać sobie jakieś zdjęcia, popatrzeć jak się światło na drzewach układa. Kto się nie przygotuje (jak dzieci...) dostaje jakieś zdjęcie. Najleniwsi i ci z marnym gustem malują zdjęcia z kalendarzy.
Ja byłam grzeczna i się przygotowałam. Jedno ze zdjęć ma lat dwadzieścia i powstało w epoce przedcyfrowej w Klebarku na Warmii podczas naszego weekendu poślubnego, drugie ma dwanaście lat i zrobiłam je w Kazimierzu nad Wisłą. 



Pogodziłam jedno z drugim w taki sposób:



Praca nie jest skończona, mam zamiar na pierwszym planie domalować kłębiącą się, opadającą mgłę.
Poza tym założyłam sobie, że muszę wykonać choć jeden obrazek w tzw high key, czyli w jasnych tonach. Naturalnie ten pierwszy plan wyrwał się z założeń i jest jaki jest. Ale to właśnie tu będzie się tumanić ta mgła, jak już wszystek olej wyschnie na kość.
Mądra książka o technikach malarskich podpowiada, ze przezroczysta biel i olej jako medium umożliwią to założenie. Zawsze można biel przezroczystą z nieprzezroczystą wymieszać.

A jak już zrobię ten mężowski sweter, to będę szaleć z małymi projektami. Z lumpeksu ostatnio przyniosłam taką alpakę z jedwabiem pół na pół:


W motku jest 165 metrów, powinny wyjść trzy czapki. Sam luksus.

piątek, 20 listopada 2015

Ramiarstwo i pozłotnictwo

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co przyniosę jakiś obrazek do domu, to albo zaraz idzie do ludzi, albo wieszamy go tak jak jest na ścianie na jakimś gwoździu. Prowizorka jest niestety najtrwalsza. Po coś jednak wymyślono ramy. Rama jest obrazkowi potrzebna jak nam buty albo kubrak. Bez ramy obrazek mizernie wyglada. Ramy na zamówienie są naprawdę drogie, a ja nie mam szczególnych złudzeń co do jakości moich wyrobów i nie mam zamiaru Bóg wie ile w nie inwestować. Farby i podobrazia kosztują wystarczająco. Są owszem te obrazki wesołe, kolorowe, wyraziste, ale to jednak malarstwo amatorskie bez szczególnych ambicji.
Ramy gotowe są znacznie tańsze niż na zamówienie, ale trzeba malować na podobraziach o standardowych wymiarach. Ponieważ tak właśnie robię w końcu zabrałam do sklepu Maluję to co koniecznie powinno dostać ramę.

Skopiowany przed laty tatuś Rembrandta, z którego w trakcie produkcji jakimś cudem zrobił się mój wujek, miał szczęście i dostał właściwą ramkę ze złotym paseczkiem. Nad biurkiem Pana Męża zrobiło się jak widać ciasno, ale Tomasz z tego powodu nie zamierza żadnej z prac wyrzucać w inne miejsce.



Ramkę tego samego gatunku dostała martwa natura z ostatniego sezonu dyniowego. Jeszcze podsycha, jeszcze trzeba przy niej podłubać, ale zdania są podzielone przy czym. Ja widzę braki w dyniowych ogonkach i w czosnku. Basia, nasza maestra, kazała koniecznie zlikwidować dwie niebieskie plamki na jarmużu, bo wygląda jakby jarmuż podejrzliwie łypał z nad ramki. Alicja kazała plamki zostawić, bo tam jest jakieś zwierzątko. I coś muszę zrobić aby papryka przestała być pomidorem.



Ogród wodny dostał surową, niewykończoną ramę z sosny. Najtańszą, co nie oznacza, że nieefektowną. W domu najpierw nasmarowałam ją woskiem do mebli Starwax, wyglansowałam, a potem paluchem nałożyłam złoty wosk. Robi się to szybko, równo a efekt jest bardzo dobry. Tylko palec trzeba długo myć po robocie. Wystarczy po 24 godzinach ramę wyfroterować do błysku. Takim woskiem można skutecznie pozłocić co się chce. Kiedyś dał radę nawet czarnym butom na jeden sezon zamienionym w złote pantofelki. Miałam kłopot z tym obrazem, bo nie dał się wprawić w ramę za pomocą gwoździków. Maestra poradziła wziąć kawałki tasiemki i tacker. Siedzi teraz ogród w ramie na tych tasiemkach jak ta lala.



Równie tanią, sosnową, frezowaną ramę dostała kopia Sisleya. Powyżej widać etap powlekania surowej sośniny kolorowym woskiem Starwax. Stare bawełniane skarpetki służą do wcierania wosku w drewno i do polerowania.



Niby lepiej niż z białym drewnem, ale może być jeszcze lepiej. Wzięłam zatem srebrny wosk Goldfinger i w kilka minut rama wyglądała tak: 


Zaczyna nam powoli brakować ścian do prezentacji urobku. Szalejąc z tymi ramkami sprawdziłam, czy nie przewiesić gdzieś obrazków po mamie, ale wyrzucać z salonu pejzaże Maleszy aby powiesić własny bohomaz to już przesada. Najwyżej postawimy gdzieś jeszcze jakąś ścianę. Albo powiesimy aktualnie malowany, całkiem spory landszaft łączący elementy warmińskie z kazimierskimi w którymś z przedpokoi. Jedynie sypialnia ma trzy puste, białe ściany, ale kto by tam obrazy wieszał, tam się śpi!

sobota, 14 listopada 2015

wtorek, 10 listopada 2015

Nuda

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Dawno, dawno temu, kiedy posiadałam tylko jedne dżinsy, jeden fioletowy polar, białe podrabiane adidasy i jakieś bluzki własnego wyrobu siedziałam z Agnes u stóp konnego posągu Kaisera Wilhelma I na Deutsches Eck w Koblencji. Z jednej strony płynął Ren, z drugiej Mozela. Misia w spodenkach mojej produkcji bawiła się pluszowym jeżykiem a Agnes wyznała mi, że ten cały dobrobyt jest strasznie nudny i teraz na emeryturze, to ona dopiero da czadu. Agnes była mianowaną nauczycielką szkoły podstawowej w niewielkim mieście w Nadrenii Palatynacie. Miała dla siebie trzypokojowe mieszkanie z balkonem w zadbanej kamienicy, volkswagena Golfa, doskonałą pensję i już planowała jak to się będzie wesoło bawić bez nudzenia się. Na emeryturze uczyła po całym świecie niemieckiego. Pobyty w Mozambiku i w Polsce nie były tak nudne jak niemiecki, stateczny dobrobyt. 
Dobrze sobie jej słowa zapamiętałam i bardzo, bardzo długo czekałam na ten stan błogosławionej nudy, która jak sądzę i mnie w końcu znalazła. Tylko chyba Agnes w tej nudzie pławiła się za długo, ja odnalazłam ją dopiero teraz i nacieszyć się nie mogę.
Nigdzie mnie nie gna i nie pędzi. Celebruję moją nudę. Bo że życie zrobiło się ostatnio
 mniej emocjonujące niż dawniej - to pewnik. 
Nie mam o czym, poza wyrobami dziewiarskimi, pieskami i czasem produkowanymi obrazkami pisać na blogu. Ani Pan Mąż ani koleżanki nie chcą słuchać o zagadnieniach związanych z nabieraniem oczek i zużyciem włóczki przy pewnych szczególnych ściegach. Zatem wysłuchuję ich wynurzeń, ale jako że się na zagadnieniach będących ich specjalnością nie znam, to milczę z godnością i nie przeczę, że czasem odpływam przy tych monologach. Sporo czytam, ale coraz częściej tylko w obcych językach. Czterdzieści lat z okładem czytania co w ręce wpadnie dało mi wgląd w co pospolitsze fabuły i znajomość tricków co mniej zdolnych pisarzy. Nie przepadam za papierowymi postaciami, więc z tej czytelniczej nudy coraz lepiej znam angielski. (Chociaż ileś tam twarzy Greya nawet po angielsku porzuciłam po kilku stronach.)
Większość rodziny leży na Wałbrzyskiej i nie dostarcza mi szczególnych emocji, owszem, odwiedzam ich tam czasem,  zapalę znicz, przytnę wrzosy i rogownicę alpejską, wyrwę skrzypy, gadam z nimi na głos, ale nie mogą mi już ani dokuczyć, ani wyciąć żadnego wesołego numeru.
Dziecko daje sobie radę beze mnie, prowadzimy satysfakcjonujące życie rodzinne widząc się co jakiś czas a nie codziennie i tak jest dobrze. Różni dalecy krewni nie zjeżdżają do nas na nocleg, bo z premedytacją nie mamy gościnnej kanapy. Istnieją w końcu profesjonalne hotele. Tomasz siedzi u siebie w gabinecie i wiecznie coś pisze, psy zapewniają mi codzienną porcję ruchu, absolutnie nie tęsknię za rodzinnym rozgardiaszem. Zdrowie jeszcze jest niezłe, choć codzienna porcja obowiązkowych pigułek na receptę niezorientowanych nieco deprymuje. Jak na razie wszystkie działają i tylko trzeba pamiętać o ich łykaniu.
Mogę się w końcu zająć wszystkim tym, na co dawniej nie było czasu i pieniędzy. Mogę mieć jedne zawsze czyste i podzelowane buty na wielkie wyjście oraz stosowną do nich sukienkę, torebkę i kolczyki, a na codzień chodzić w kowbojkach i dżinsach we właściwym rozmiarze. Mogę w końcu ot tak, dla kaprysu kupić wielką gęś, nadziać ją szarymi renetami i zaprosić najbliższych na obiad. Gęś właśnie siedzi w piecyku, do towarzystwa dostanie czerwoną kapustę, kluski kładzione a na deser podam marcińskie rogale. Będzie wyżerka!
Zdaję sobie sprawę, że nie ma tak dobrze, żeby taka cudna nuda trwała zbyt długo. Życie zadba o urozmaicenia tak czy inaczej. Ale póki co nudo trwaj. Nie jadę do Mozambiku.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Szukać i znaleźć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Najpierw nie o szukaniu będzie, a o psim bezpieczeństwie i suchości w ciemnej i zimnej porze roku.
Panienki przeważnie chodzą bez smyczy, a u nas na Ursynowie z osiedlowych ścieżek korzystają wespół w zespół ludzie, samochody i psy. Psy są jak wiadomo tuż przy ziemi i zwykle kierowcy je widzą, ale jednak nie zawsze. Muszka jest cwaniak i samochodów unika, Kretka uważa, że droga jest jej i beztrosko staje na środku nie przejmując się pojazdami. O tym, że kiedyś taki ją puknął zdrowo całkiem zapomniała.
Kretka toleruje każdą odzież, Muszka nie bardzo lubi przebieranki. Ale prosty płaszczyk może być.
Uszyłam zatem Muszce pomarańczowy płaszczyk na wzór nabytego kiedyś w lumpeksie żółtego. Oba mają odblaski i zapinają się na rzepy na szyi i pod brzuchem. Oba są nieprzemakalne i łatwe do prania. Dla jeszcze większego bezpieczeństwa wieczorami panny mają świecące obroże ze światłowodem. Muszka już sprawdziła, że jej obroża po upraniu dalej świeci. To wyrób od Trixie.



Z radością się przekonałam że przebrania działają. Na ruchliwej ulicy (którą przekraczamy na smyczy i na przejściu) na widok tak poprzebieranych psów samochody stają same z siebie. Nawet hamują z piskiem opon, choć grzecznie czekamy przy krawężniku na chodniku. Wiwat ja!

Należę do tych co wiecznie czegoś szukają. Zwykle kluczy tuż przed wyjściem z domu. Powinny niby leżeć na komodzie w przedpokoju ale bywają w kieszeni, w torbie na zakupy, w kieszeni wózka, koło telewizora albo jeszcze gdzie indziej. Zwykle odnajduję je migiem, czasem potrzebuję dłuższej chwili. Niejeden już mnie pouczał, że PRZECIEŻ WYSTARCZY JAK ZAWSZE BĘDĘ KŁADŁA TE KLUCZE ZAWSZE W TYM SAMYM MIEJSCU. Ci, którzy tak mówią mogli by sobie darować, wiem o tym. Ale jak wpadam do domu obładowana jak wielbłąd, z dwoma psami, torbami z zakupami, z listami w zębach i bukietem pod pachą to bywa, że zostawię klucze w kieszeni. A że kurtek i palt jest sporo to i kieszeni do przeszukania jest w obfitości. Na pocieszenie mówię sobie, że chociaż ciągle tych kluczy szukam, to nigdy ich nie zgubiłam i nie kwitłam pod zamkniętym mieszkaniem.

Zwykle staram się kłaść na miejsce to co trzymam w rękach. W mieszkaniu nie ma przygodnych stosów różnych rzeczy. W kuchni jestem zorganizowana do wyrzygu. Bo wiem, że jak nie odłożę na miejsce to będę szukać przydasia z rękami upapranymi szykowaną strawą. Ale kuchnia to kuchnia, a zawsze za ciasne szafki i szuflady z odzieżą i wszystkim potrzebnym do licznych hobby to inna sprawa. Ostatnie kilka dni poświęciłam na wypadające co pół roku rytualne porządki w odzieży. Bo zginął mi stanik, skarpetki, nocna koszula i jakieś buty. Stanik utknął w głębi szuflady, skarpetki spadły do włóczek, koszula była gdzie powinna ale na lewą stronę, buty się znalazły wraz z egzemplarzami, o których całkiem zapomniałam i tylko termiczny podkoszulek w kolorze fuksji się nie objawił. Przy okazji zrobiłam remanent rajstop, nic nie trzeba dokupić.
Dramat zaczyna się, jak zginie jakiś konkretny ołówek, kłębek albo szmatka. Wtedy zaczyna się szukanie połączone z mędzeniem, narzekaniem i rozpaczaniem. Wczoraj tak szukałam zaginionego kłębuszka z lumpeksu z bardzo kolorowej skarpetkowej wełny. Niby żadne nieszczęście, za sprawą Dobrej Wróżki mam skarpetkowych włóczek szufladę. Ale znalazłam wzorek akurat do tej a nie innej i nie spoczęłam aż znalazłam. Nie wiedzieć czemu leżał w gotowych skarpetkach. To chyba już starcza skleroza.
I ponieważ taki ze mnie gubiciel i szukacz nadzwyczaj cenię sobie okulary progresywne. Wciąż widzę oczami wyobraźni babcię i teściową nr 1 szukające okularów do czytania. Moja mama pedantka nigdy ich nie szukała, bo miała perwersyjny porządek w torebce i ZAWSZE wkładała te okulary w stosowną przegródkę. A moje cały czas od rana do nocy są na nosie i nie giną.


czwartek, 29 października 2015

Pracowity październik

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dwa lata temu ubrałam posokowce w wygodne, ciepłe i łatwe do nałożenia kubraki, których krój nie pochodził z przeróbki ludzkiego modelu na psa, a z końskiego świata derek i kocy niezbędnych zwierzęciu i łatwych do założenia. Niejaka Fajka ostatnią zimę życia spędziła ciepło zapakowana. Inni właściciele psów na Dolince zauważyli niezwykłą odzież ciepło trzymającą zwierzaka od góry i od dołu. Dwa lata opierałam się przyjęciu zamówienia na kolejne stroje ale w końcu Pracownia Ubrań dla Psów i Świń znów na krótko otwarła podwoje. Uległam namowom właściciela dwóch wiekowych bokserek i małej, wesołej mieszanki różnych kudłatych piesków ostrzyżonej z przyczyn higieniczno - estetycznych do skóry. Nie przeczę że uległam zobaczywszy, jak te boksery wyglądają w strojach kupnych. Żałośnie za krótkie kubraki nie osłaniały starych zadków, a ciasne paski gniotły potężne klatki piersiowe. Polar zamiast podszewki skłaniał biedne psy do ocierania się o wszystko co napotkane. Kubraki były za małe, za ciasne i niewygodne.
Nieprzemakalne tkaniny można kupić na Madalińskiego. Pikowaną z ociepliną podszewkę też. Krojąc jak zwykle przeżywałam męki Tantala (czy będzie pasowało?), produkcja 15 metrów skośnej taśmy też była niefajna. Ale kubraki powstały. Eleganckie, z odblaskami i we właściwym rozmiarze.




Na psach kubraków nie sfotografowałam, bo w momencie przekazania lało za mocno dla sprzętu fotograficznego. Jak spotkam psy w mróz, to zrobię zdjęcia. Właściciel bokserek był tak zadowolony, że oprócz honorarium dostałam flaszkę aroniówki. Bardzo smacznej.




Z Dropsa Delight wydłubałam kolejne skarpetki wymiankowe. Poleciały już do nowej właścicielki i mam nadzieję, że będą grzały nogi bardzo porządnie. Przede mną jeszcze jedne obowiązkowe skarpetki dla naszego dozorcy. Jako przeprosiny od Muszki, która dziabnęła go w łydkę jak włączył odkurzacz do liści. Nie chcę mieć w nim dożywotniego wroga. A Muszka chyba po prostu ma bardzo czuły słuch i niektórych dźwięków nie trawi. Nienawidzi wszelkich głośnych motorków: kosiarek do trawy, odkurzaczy do liści, motocykli, odkurzaczy i... telefonicznego dzwonka. Przy dzwonku wyje przeciągle. Ostatnio dostała szału gdy Kretka bawiła się piszczącą piłeczką. W jej oczach było widać wielkie cierpienie a potem rzucała się na Kretkę. Nawet pogryzła ją w nos. I piszczące piłeczki są w użyciu tylko na spacerze.


A na zajęciach z malarstwa ćwiczymy jesienną martwą naturę. Dynie, kalafiory, papryki, cytryny i masę różnych innych warzyw ułożono w koszach i garnkach. Moja kompozycja, całkiem nie frontalna wymaga jeszcze trochę pracy, ale jest dowodem na to, że się nie lenię.
A w głowie planów a planów. Jedna taka Dobra Wróżka obdarowała mnie takimi włóczkami na skarpetki i takimi wzorami na lalkowe suknie, że aż mi się oczy śmieją i ręce świerzbią. Worek włóczek i książkę taszczę za sobą po mieszkaniu gdzie się tylko ruszę i planuję, planuję planuję. Niestety najpierw szara rzeczywistość skarpet dla dozorcy w rozmiarze 43.

niedziela, 18 października 2015

Sweter dla Irka (jak wszyć zamek błyskawiczny w dzianinie)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Postanowiłam trochę porozpieszczać Irka, który jest moim nieformalnym zięciem. Naprawdę zasługuje na rozpieszczanie, Misia przy nim kwitnie, śmieje się, pokonują razem różne zakręty aż miło. Zatem rozpieszczanie odbyło się za pomocą kilograma Limy od Dropsa i starannych pomiarów, bo Irek ma 120 cm w klatce piersiowej i nie jest to bynajmniej sadło. Narysowałam formę, zrobiłam próbki i powstał taki oto sweter. Uwzględniono w nim wszystkie życzenia nosiciela: zamek błyskawiczny, łaty na rękawach i żeby nie gryzł. Czy gryzie okaże się w noszeniu, mam nadzieję, ze będzie miły. Mój z tej samej Limy nie gryzie, ale mnie nic nie gryzie.


Aby było bardziej z wicem naszyłam taki oto emaliowany znaczek. Nie wiem czemu znaczek jest dwustronny. Widział ktoś przezroczyste włóczki???


Zamek udało się wszyć koncertowo. Nic się nie wybrzusza, nie naciąga, a taśma zamka fajnie stabilizuje brzeg dzianiny wykonywany bez oczek brzegowych ale dla ułatwienia sprawy podwójnym ryżem. Zabierając się do tego swetra przeczytałam wszystko co było w domu o wszywaniu zamka w dzianinę. Jeden z najpoważniejszych światowych poradników zalecił przede wszystkim zamków nie wszywać, a potem podał tak absurdalną i skomplikowaną procedurę, że włosy mi się zjeżyły.  Postanowiłam podejść do tego po swojemu:
Po pierwsze robię zawsze oba przody na raz na jednym drucie z dwóch kłębków aby rosły jednakowo i symetrycznie. Co kilka centymetrów spinałam je na kolejnej wysokości małą, plastikową agrafką dziewiarską. Dzięki temu zgadza się wzór pasków i ryżu. Nie wiem jak u innych dziewiarek, ale u mnie zawsze prawy przód ma luźniejszy brzeg niż lewy. Spinanie daje dobre punkty orientacyjne.
Po drugie przody pozostały spięte aż do momentu wszywania zamka.
W zeszytym swetrze podłożyłam zamek pod spięte przody i przypięłam obie strony zamka do przodów zwykłymi agrafkami nie zdejmując tych dziewiarskich. Dotąd próbowałam aż nic się nie wybrzuszało i leżało płasko. A potem przyszyłam taśmy ręcznie do swetra ściegiem krytym. Co trzeba było wdać to wdałam. Już wiem że wdaje się dzianinę a nie zamek. od środka zewnętrzny brzeg taśmy zamka lekko przyszyłam do dzianiny. Taśma zamka fantastycznie ustabilizowała przody.


Miejsce w którym kołnierz się zawija oznaczone jest rzędem oczek lewych.


Metka z napisem Hand Made jest wszyta przy kołnierzu.


W miejscowej pasmanterii udało się kupić dwie skórzane , szare łaty. Tomek posłużył jako manekin, bo lepiej z miejscem przyszywania łat nie celować na oko.
Ścieg, którym sweter jest wykonany jest na tyle prosty, ze można w trakcie roboty ogladać kryminałki i słuchać audiobooków: cztery rzędy ściegu pończoszniczego i dwa rzędy ściągacza. Jak się uważa i wykonuje za każdym razem oczka lewe nad poprzednimi lewymi to wychodzą takie fajne paski i pionowe i poziome.
Dlaczego mimo posiadania tylu dziewiarskich książek zawsze i każdy mój wyrób jest i tak od początku do końca samodzielnie projektowany? A tak wygodnie byłoby zrobić coś z gotowca.

Idę rzeźbić trzy ortalionowe psie kubraki na podszewce i z odblaskami. Własnego projektu oczywiście.

sobota, 10 października 2015

Profesor podwórkowy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Profesorowie dzielą się na nadzwyczajnych i zwyczajnych. Zwyczajni profesorowie są ważniejsi, bo nadaje im ten stopień głowa państwa. Trzeba być pilnym i pracowitym doktorem habilitowanym, publikować mądre rozprawy i wyniki swoich badań, wychować kilku doktorów i udzielać się naukowo aby dostąpić tego zaszczytu. Taki zwyczajny profesor jest profesorem zawsze i wszędzie, a gdzie pracuje to pracuje. Mój pierwszy teść, tata Męża nr 1 został takim zwyczajnym profesorem długo przedtem, nim go poznałam i jest nim do dziś, bo ta godność z wiekiem się nie utlenia i nie rdzewieje.
Profesor nadzwyczajny to ktoś, kto w konkretnej Wyższej Szkole zajmuje profesorskie stanowisko. Jest już doktorem habilitowanym, samodzielnym pracownikiem naukowym, może sprawować pieczę nad doktorantami i dana szkoła uznaje, że takie stanowisko się mu należy, bo jest mądry, ma coś ciekawego do powiedzenia, publikuje prace naukowe. Zatem nadaje mu stopień profesora nadzwyczajnego. Nadzwyczajny musi jeszcze mocno się natrudzić aby dostać stopień zwyczajnego obowiązujący zawsze i wszędzie.
Pan Mąż zrobił doktorat w dziewięć miesięcy w obcym kraju jak miał lat 26. Przywykł do naukowego stopnia, który nie był wówczas tak powszechny jak dziś i był sobie tym doktorem aż się okazała że świat pełen jest doktorów wszelkiej maści i możliwości awansu są bez habilitacji mocno ograniczone. Zrobił zatem co trzeba w rekordowo krótkim czasie, zniósł pomiatanie jego osobą przez szacowne profesorskie grono, które nim miedzy siebie kogoś wpuści to niezłą mu falę przedtem urządzi, jest habilitowany i błyskawicznie dostał stanowisko profesorskie najpierw w Pułtusku a teraz w Szczytnie. Co miedzy nami mówiąc oznacza, że profesorowie tych szkół cenią go sobie jako człowieka pracowitego i mądrego. Jest teraz profesorem nadzwyczajnym WSPOL w Szczytnie.
Teść nr 1 grzecznie przesłał mu przez Misię gratulacje.
A Mąż nr 1? No cóż, on wyznał Misi, że takich profesorów w jego środowisku, czyli na Uniwersytecie Warszawskim, nazywa się profesorami podwórkowymi. Na to Misia spytała niewinnie jakimż to on jest profesorem skoro tak komentuje tomkowe osiągnięcia. Pikanterii sprawie dodaje prosty fakt, ze choć habilitację zrobił dawno, dawno temu, to nikt się nie wybiera mianować go jakimkolwiek profesorem. 

Bardzo nas to rozbawiło i tytułujemy się teraz w domu profesorem podwórkowym i profesorową podwórkową. Niech i tak będzie!

środa, 7 października 2015

Skleroza

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co jakiś czas mam tu coś napisać, już niemal siadam i pisze, a jak siądę, to zapominam o czym to miało być. 
Życie łagodnie jedzie do przodu. Psy po wakacjach zdrowe i wypoczęte, weterynarz znalazł Kretkę w dużo lepszej formie niż przed urlopem. Rehabilitacyjne morskie kąpiele w zimnej wodzie i przy dużej fali dały skutek. Teraz seria zastrzyków z Cartrophenu przedłuży stan bezbolesności.
Muszka się okrągluszka zrobiła, Kretka trzyma linię a to wszystko na skutek wdrożenia w życie skutków pięcioletniej obserwacji. Wielokrotnie pisałam o Muszce - niejadku. Muszka pilnowała godzinami miski, wybrzydzała, wybierała z miski mięso i ser gardząc resztą. Kiedy w końcu od tej nie ruszonej miski odchodziła potwór nigdy nie nażarty zjadał wszystko co do okruszka. Kretka nie mogła schudnąć, a Muszka nie mogła zjeść. Nie pomagało wyrzucanie Kretki ma taras, bo zza szyby bezczelnie i groźnie wpatrywała się w proces jedzenia i nic się nie dawało przełknąć. Zamykanie Muszki z miską w osobnym pokoju poskutkowało żałosnym wyciem i takim strachem, że mi się serce ścisnęło. Namaczanie suchych bobków pomogło tylko troszkę. W końcu, gdy Kretka nie mogła już sama wleźć na kanapę olśniło mnie. Kanapa jest dla Kretki niedostępna, a Muszka uważa ją za swoje miejsce. Zatem Muszka jada na kanapie. Ma dobre maniery przy stole i kanapa na tym nie cierpi specjalnie. I po okrągłych boczkach Muszki widać, że to był dobry pomysł. Teraz obie piesły jedzą tak samo szybko. Tylko czy nie trzeba będzie za chwilę odchudzać Muszki?
Sweter dla zięcia rośnie i ma już niemal cały jeden rękaw. (Dlaczego rękawy robi się tak powoli?) Zamek błyskawiczny i łaty na rękawy już kupione, jak również różne znaczki, wszywki i nalepki z napisem Hand Made. Będzie bardzo profesjonalnie wyglądał.
Ku naszej wielkiej radości i uldze Pan Mąż ma już papiery, ze jest profesorem nadzwyczajnym Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie w katedrze bezpieczeństwa. Pracował tam już kilka lat, więc w domowym rozkładzie jazdy nic się nie zmienia, tyle, że pensja większa, a obciążenie dydaktyczne mniejsze. No i jak to brzmi! Bardzo jestem z niego dumna.
Trochę na nic nie mam czasu, bo drogiemu Lux Medowi przyszło do głowy mnie przebadać na okoliczności różnych powszechnych a niemiłych starczych dolegliwości: cytologię i usg piersi mam już szczęśliwie za sobą, a w piątek się jeszcze prześwietlę na okoliczność osteoporozy. Jestem duża i wywrotna, lepiej za wczasu wiedzieć czy skłonności do złamań nie nabyłam. Dzięki drogiemu zięciowi, który bardzo skutecznie naprawił mi okulary nie muszę ich na cito zmieniać, bo wszystko widzę z bliska i z daleka. Zapracował zięć na ten sweter z nawiązką.
Bluszcz przetrwał suszę i rozrasta się żwawo, chyba w nocy buszują w nim jeże, psy niechętnie wracają z wieczornego siusiania do domu. Łysa pustynia zarasta odporną roślinnością. Nawet grzyby w ogródku urosły. Nie będziemy ich jeść, ale popatrzeć miło.
No i - znów bym o tym zapomniała - jest masa ciekawych książek do czytania. Kaczyński to nie jest bohater mojej bajki, a PiS jest przerażającym ugrupowaniem, ale książka Jarosław jest lekturą obowiązkową. Fantastyczna pozycja, choć krew w żyłach się ścina jak się to czyta. Temat dla Kinga.
Stos ksiązek do przeczytania i odsłuchania jest chyba wyższy ode mnie. Kiedy??? Kiedy to wszystko zmłócić? Zwłaszcza, że w bibliotece pełzając na czworakach znalazłam pólkę z literaturą węgierską i nie mogłam się oprzeć, wzięłam do domu wszystko co mieli autorstwa Magdy Szabo. Polecam!
O i znów mi się przypomniało, ptasia kuchnia już wydaje. Nie szkodzi, że na drzewach liście. Sikorki, które całe lato nie miały do mnie interesu, chyba tylko taki, żeby im w wychowaniu dzieci nie przeszkadzać, kręcą się w karmniku, dziobią w szyby i nie było wyjścia, trzeba już do karmnika sypać. Pani sroka też korzysta z ochotą.


środa, 16 września 2015

Ani dnia bez linijki...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

... czyli ciągle ręce są w ruchu i ciągle się coś dłubie. Nie pokazałam jeszcze wydłubanych w czasie wakacji czerwonych skarpet Pana Męża. Oto one:

Pan Mąż długo nie chciał nosić moich wyrobów, ale nastąpił przełom w Bulwie i już chce. (Powiedzonko Przełom w Bulwie pochodzi ze scenariusza filmu krótkometrażowego z lat pięćdziesiątych: Ów Bulwa był kułakiem ale nastąpił w nim przełom i przystąpił do spółdzielni rolnej). Wełna jest niesłychanie miła i zdaniem teściowej znakomitej jakości, tyle, że czerwony to barwa Pana Męża a nie moja. On ma stroje, do których te skarpety pasują i zamierza je nosić do dziennych butów a nie tylko do spania. Na jednolitych skarpetach świetnie widać jak się paluchy i piętę robi rzędami skróconymi.

To mój Wiosenny Poranek z Opala Lolipop. Jeszcze jeden raport włóczki został do ewentualnego cerowania. Choć nigdy mi się nie udało wydrzeć w takich skarpetach dziur. 


Na tym zdjęciu jak jakiś wyrób łotewski wyglądają. 


Na druty wskoczyła Lima od Dropsa bo trzeba zrobić gruby, ciepły sweter zięciowi. Trochę to potrwa, zięć jest nabity, szeroki i mocny, w klacie ma 120 cm ciasno mierzone, a w bicepsie 44 cm.
Ale skoro powstał wielki sweter dla bratowej, to czemu zięć ma być gorszy? Zwłaszcza ze to dobry zięć, a młoda przy nim jest zadowolona, uśmiechnięta, ładnie ubrana i absolutnie nie wychudzona. I nie narzeka przy jedzeniu. Spodobał mi się ten prosty ścieg, jest mniej monotonny niż pończoszniczy a równie łatwy w wykonaniu: cztery rzędy pończoszniczym, dwa ściągaczem pojedynczym.

Czym się najłatwiej postarzyć poza chodzeniem w dresie i w męskim podkoszulku? Po dekadzie z której pochodzi nasz makijaż i biżuteria oraz buty i fryzura widać kiedy wkroczyłyśmy w dorosłość. Z fryzurą nie ma problemu, dba o nią pan Sebastian z Mokotowskiej. Makijaż uwspółcześniłam radykalnie i zbieram komplementy od Pana Męża. Starych butów nie hoduję w szafie ale jak chodzi o koraliki i takie tam to się zaniedbałam, zwłaszcza że noszę. Od jakiegoś czasu wolałam moje kolczyki niż coś na szyję. No bo tup tup z mody wyszły koraliki i perełki. Na szyję był szalik i starczy. Dziecię zabrało mnie do hurtowni biżuteryjnej i się uzupełniło zapasy koralików w nieco bardziej aktualnej wersji niż sieczka po mamusi. Nabyłam sobie tam również linkę biżuteryjną i zapięcia. Po czym w domu za pomocą szydełka dokonałam recyklingu różnych porwanych perełek i koralików:

W towarzystwie sznurków z błyszczącym Jablonexem (dziś się na to mów Svarovski) wygląda to bardziej na czasie.


czwartek, 10 września 2015

Wszystko gra

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wakacje mieliśmy przepiękne. 
Pogoda była cały czas śliczna, z dnia na dzień w Jastarni było coraz mniej ludzi aż w końcu zwinęły się wszystkie namioty z badziewiem i przepiękną miejscowość można było w całej krasie na własne oczy zobaczyć. A jest tam co oglądać: maleńkie rybackie chaty z masą budek, przybudówek stłoczone ze względu na szczupłość miejsca na malutkich posesjach, tonące w kwiatach robią wrażenie wobec powszechnego u nas architektonicznego bałaganu. Pojechaliśmy pociągiem do Helu. Tam jechaliśmy staruchem-piętruchem, trochę śmierdzącym i na pewno pamiętającym PRL.  Wracaliśmy szynobusem, który bardziej przypomina autobus miejski w godzinach szczytu niż pociąg, ale co tam, grunt że przemieszczałam się ulubioną maszyną, pożeraczem czasoprzestrzeni. I widzieliśmy to co na zdjęciu, czyli zgodnie z napisem na umieszczonym tam pomniku koniec Polski. Ale to tylko koniec Półwyspu Helskiego.


 Po latach poszukiwań znaleźliśmy pensjonat idealny: z wygodnymi, równymi łóżkami i krzesłami na których można siedzieć, z przyzwoitą lodówką, w której kurze skrzydła dla psów nie śmierdzą, z pokojem większym niż pokój w domku dla lalek i z łazienką, w której nie obija się łokci o ściany. Blisko plaży, na której po sezonie mogą już biegać psy.
Zreumatyzowana Kretka zażywała codziennie kąpieli i pływała ile chciała w morskich falach, Muszka brodziła po kolana w rozlewiskach wody na  plaży, a my spacerowaliśmy, gapiliśmy się na piękne morze i było nam jak w niebie. Niedaleko pensjonatu wystawiono dorodną Biedronkę, która ustabilizowała ceny żywności w kurorcie. I jest świetnie we wszystko zaopatrzona.
Jak zwykle niepotrzebnie wzięłam ekwipunek artystyczny. Pan Mąż ma inne zalety, ale mimo że deklaruje, że będę mogła malować ile zechcę jakoś się nie składa. Nie bardzo wie, co to znaczy zająć wzruszaczki tak, żeby dały mi spokój. No to robiłam skarpetki i czapkę z poprzedniego posta.


Teraz dopiero widzę, że na tym zdjęciu brak jedynie Beatlesów wędrujących przez ulicę. I żółtego Volkswagena zaparkowanego z lewej strony!

Napatrzyłam się jak co roku na cuda i dziwy. Co prawda zielonego nadmuchiwanego krokodyla trzeba było dobrze poszukać, ale owszem, znalazł się w budzie przy Ogrodowej. Była również gigantyczna, gumowa zjeżdżalnia w formie wielkiej kury. Ponieważ pierwsza taka widziana przez nas jeszcze w Dębkach nazywała się Kukuruku na zawsze będzie w naszych głowach nosić to piękne imię. Ta w Jastarni miała napis Kikiriki i smętnie zwisała jej głowa. W namiocie z książkami z ostatnią wyprzedażą przed przemiałem znaleźliśmy całego Wańkowicza. Natomiast w namiocie z napisem Empik Multikino do czytania za paskarskie ceny były książki o wampirach, kucharskie i inne dla nieumiejących czytać. Zaskoczyła mnie nowa oferta handlowa: outlety z ciuchami markowymi. Tyle, że tego mam w Warszawie więcej i lepsze. I kto przy zdrowych zmysłach kupuje takie rzeczy na wakacjach? Choć pewnie we wczasowej gorączce znajdują się nabywcy.
Naoglądałam się żylaków jak Nil na mapie za wszystkie czasy. Naoglądałam się męskich cycków do woli. Po prawdzie trudno dziś zobaczyć męski egzemplarz pozbawiony tej ozdoby. Czasem cycochy znacznie większe niż moje DD ordynarnie deńdały widoczne dla wszystkich przez olbrzymie wycięcia podkoszulków na ramiączkach. Fuj! błeee Nike i Adidas powinny podawać do sądu niektórych użytkowników ich wyrobów za antyreklamę.
Widziałam też masę uroczych, starszych kobiet ubranych przepięknie i z niebywałą fantazją.
Wróciliśmy gdy pogoda się zepsuła. Pan Mąż dziarsko ruszył do fabryki, ja ogarnęłam dom w trymiga i czuję, że wszystko jest jak trzeba. Dawno mi tak dobrze na świecie nie było. Wiem co mam robić, czym się zajmować, dziś zaczyna się gimnastyka z programu Trzymaj Formę, Kretka po morskiej rehabilitacji schudła (pomógł jej w tym atak krwawej biegunki) i sprawnie biega, choć wieczorem prosi o elektryczną poduszkę a na fotele raczej ją trzeba wkładać, o susach nie ma mowy a schodów unika. Muszka jak zwykle w formie!
Oby to samopoczucie jeszcze trochę potrwało. Podejrzewam, że to kuponiki od niesłychanie słonecznego lata.

sobota, 5 września 2015

Wakacyjne dzierganie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Było ciepło, nawet bardzo ciepło. Mimo to bez dziergania się nie da żyć. To coś w rodzaju odprawiania mantr: ręce lecą na autopilocie a w głowie robi się spokój. Ponoć nie wszyscy tak mają. Inna rzecz, że wprawy do tego potrzeba.
Było czapkowo-skarpetkowo tego lata. Dostałam piękny prezent w postaci kolorowych włóczek skarpetkowych  z dalekiego świata. Zamiast skarpet z mieszanki wełny i wiskozy z bambusa powstała czapka najprostsza z możliwych, ale bardzo praktyczna w noszeniu:




W dotyku ta mieszanka jest wręcz kaszmirowa ale można ją prać w pralce.
Ta czapka jest dla koleżanki, która nie może się powstrzymać od prania wszystkiego w pralce i czapki z innych włókien nie wytrzymują takiego traktowania. Kolory pasują jej idealnie. Inny z podarowanych kłębków będzie tylko dla mnie. W podroży powrotnej z nad morza gdzieś pod Płońskiem narzuciłam ją na druty i zaczęłam skarpety dla siebie. Pociągnęłam tylko do połowy stopy, bo mi jeden drut pod siedzenie wpadł w Łomiankach:


Nosiłam się z tym kłębkiem cała w rozterce, czy tak piękne kolory warto chować w butach. Będę trzymać stopy w tych skarpetach na widoku, jak się tylko da. Bardzo dziękuję dawczyni prezentu!

Poza tym przerobiłam na czapkę motek Malabrigo Finito. Wełna jest tak elastyczna, że 120 oczek na drutach 3 dało ogromny wór. Sto oczek w wyrobie wygląda bardziej jak skarpetka a nie czapka, ale jest nadzieja, że w noszeniu nie rozciągnie się przesadnie. 


Kolorystyka przedmiotu i tła bardzo podobna.





Zakończenie czapki bez szczególnej finezji.

I jeszcze jedne skarpetki na wymiankę ja Tobie, a Ty mnie:



Skarpetki miały być brązowe. Ale chyba bym przy czystym brązie umarła, zatem są piaskowe,  dropsowe, asymetryczne i z gwiazdką. Asymetria polega na obecności warkoczyka tylko na jednej stronie, drugi bok jest gładki. na pierwszym zdjęciu siedzę w piaszczystej okolicy i dziubię ten piasek w zawijasy.
Proszę czytelników, niektóre z tych zdjęć zostały wykonane telefonem! Zleniwiałam i nie chce mi się ciągnąć ciężkiego aparatu po świecie.

środa, 19 sierpnia 2015

Warto było

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Warto było przesiedzieć upały w domu. Przetrwać u siebie szczyt plażingu, opalaningu, i innych ingów. 
Początek sierpnia spędziliśmy z Alicją na cienistym tarasie i każde z nas miało co robić, choć to nie była codzienna rutyna. Psy leżały martwym bykiem szukając jedynie cienia. Tomaszowi zajęło dwa tygodnie oprzytomnienie po roku akademickim, siedział na tarasie, opalał się coś czytał a teraz to nawet coś czasem powie; Alicja czytała i rozwiązywała krzyżówki a ja o nich dbałam bez większego napinania się, karmiłam chłodnikami i robiłam skarpetki. Bo skarpetki jakoś łatwo ostatnio powstają. Na urlop zabiorę ze sobą kilka skarpetkowych włóczek i albo je przerobię na wyroby, albo nie. Ja mi się będzie chciało.
Psy, które już wydawały się strasznie stare, obolałe i zmurszałe ożyły jak tylko temperatura troszkę opadła. Mam dla nich zapas proszków, kropel i innych ratujących życie i humor specyfików oraz zapas żarcia na wakacje. Teraz sama muszę podjąć najtrudniejszą decyzję w roku: jakie zabrać farby i papiery oraz kredki i ołówki, aby zrealizować jastarniane plany artystyczne. Bo dotąd się nieco obijałam. Tyle, że pokopiowałam ręcznie rysunki z Psich Sucharków na FB i pokolorowałam kilka stron w książeczce do kolorowania dla dorosłych.
Taka książeczka (ba, księga) do kolorowania to bardzo miła rzecz, zabawa dla dorosłych nie wymagająca sprzętu za nie wiadomo ile, uspokaja, wycisza i daje przepiękne wzory do haftu albo do jakiegokolwiek innego kraftu. Można to kolorować kredkami Bambino, można lepszymi, można akwarelą czy pisakami. Można te kolorowanki chyba nawet zastosować do produkcji ładnych zakładek.
No  więc zaraz skompletuję sobie zestaw rysunkowo - malarski o niewielkiej wadze a potem będę jeszcze długo kombinować jakież to szmatki ze sobą zabrać, zabiorę za dużo albo za mało a chodzić i tak będę w dżinsach i koszulce cały czas. Mamy w planach pojechać pociągiem na Hel. Jako pociągowa entuzjastka nie mogę się doczekać!
A u nas pomieszka Alicja i jak co roku popilnuje naszych włości.
Co do włości to wkopane nosem w dół butelki dały skutek i bluszcze rozrastają się fantastycznie. Gęsty bluszcz to doskonała alternatywa trawnika (będę pilnować psów żeby nie jadły owoców). Po nijakości tego posta widać, że pora na wakacje. Do września zatem.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Upalnie i lalkowo

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jaka jest pogoda każdy widzi. Gdy upały się zaczęły zgarnęliśmy Alicję z jej małej kawalerki w bloku, aby się na skwarkę nie usmażyła i siedzimy w domu narzekając na upał. Przed południem można nawet wytrzymać na północnym tarasie, a żaluzje i zasłony od południowej strony są na amen zaciągnięte. Mieszkanie zdecydowanie mniej się nagrzewa. Wieczorem, gdy słońce zagląda od zachodu zaciemniamy kuchnię. Psy nie chcą spacerować. Nie nalegam, biedaki nie noszą butów a asfalt nagrzany mógłby łapki poparzyć. Dziewczyny chyba pierwszy raz przyjęły kąpiel w wannie bez protestu. Leżą tylko i ziają.

Robię proste, letnie posiłki nadające się dla stadka cukrzyków i jakoś leci.
A ponieważ się siedzi w domu, to się bywa na allegro. I się wypatrzyło kolejną Madame Alexander. Właśnie do mnie przyleciała, zmieniła ciuchy, fryzurę i już jest moja.




Dostała ubranko od WeGirls i znacznie lepiej się czuje, niż w plastikowej amerykańskiej kiecce z wszytym czipem (po co lalce chip?)


Ma bardzo miły pyszczek i nos zadarty tak jak mój.


 Tu pozuje z dzikiem i z drugą Madame z serii Dear America, z tą, której montowałam głowę.



A tu całe moje stadko lalek do bawienia. Ubrać dziesiątkę to będzie wyzwanie. Od lewej Jacob (na kolanach trzyma oryginalną Heather Holly Hobbie Friends z lumpka), obok niego Liu, stoi duża, dobrze artykułowana Katie od Goetz, przed nią siedzi nowa Madame Alexander, stoi mała Helenka od Kaethe Kruse, przed nią w fotelu siedzi Nina od Moulin Roty, dalej bliźniaki o moldzie Elea od Kaethe Kruse i w końcu stoi "historyczna" madame Alexander i nagrodzona DOTY Laura od Sonji Hartmann. Uff... dziesiątka ciał chętnych do prezentowania mody. Ale jak mnie one cieszą.
Koniec pisania, wścibski okulista zaglądał mi w dno oczu, widzę marnie, mglisto i mam na nosie dwie pary ciemnych okularów. Dobrze, że mimo wścibstwa okulista nic nowego w tych dnach oczu nie zobaczył.