czwartek, 25 czerwca 2015

Magia sprzątania

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Marie Kondo zyskała sławę, bo napisała książkę o wyrzucaniu niepotrzebnych jej zdaniem rzeczy. Są miejsca na świecie, gdzie żyje się w przestrzeniach znacznie mniejszych niż u nas. Sześciometrowe mieszkanie zagracić znacznie łatwiej niż nasze M3, nie mówiąc o domkach , domeczkach i dworkach. Ale w zbieraniu jestem bardzo dobra, więc się z metodą słynnej (już) Japonki zapoznałam. Bo coś ostatnio ciasno się robi w mieszkaniu, które siedem lat temu było bezgranicznie przestronne i szukać się po nim musieliśmy.
Marie zaleca zebrać razem rzeczy z jakiejś kategorii ( na przykład wszystkie bluzki, topy, podkoszulki i swetry) i biorąc każdy egzemplarz po kolei w ręce zastanowić się, czy go jeszcze lubimy, czy może nie budzi już naszych ciepłych emocji i pora się rozstać. W książce znajdziemy typowo wschodnie smaczki, jak choćby dziękowanie rzeczom które nam służyły, a z którymi się już chcemy pożegnać. I tak po kolei przez odzież, książki, papiery, rozmaitości i pamiątki.
Jak chodzi o odzież to trudno nie było, nie zbieram archiwaliów. Jedynie dla porządku przejrzałam pudło z majtkami i skarpetkami, ale wszystkie egzemplarze były sprawne.  Znalazłyby się jeszcze ze dwie bluzki do wyrzutu, mają z dziesięć lat, są białe i z kołnierzykiem i wcale ich nie nosiłam. Dwie pary butów nabyte w jakimś obłędzie też mogłyby zniknąć, ale to wszystko.
Co innego książki. Wyjęłam je co do sztuki ze wszystkich regałów (opłacało się pilnować, by Pan Mąż nie wpychał się na moje książkowe przestrzenie) łącznie z kucharskimi i poradnikami, zebrałam w salonie na dywanie. Cały dywan był zasłonięty wysokimi stosami ułożonymi jeden przy drugim. Każdą z osobna zapytałam, czy się jeszcze przyda.
Korzyści z tego są trzy: po pierwsze wszystkie moje regały i książki są oczyszczone z kurzu, po drugie teraz na regałach książki są zebrane tematycznie a nie w kolejności przybycia i w miarę wolnego miejsca powpychane gdzie bądź, po trzecie zrobiło się luźniej. Nadmiary pojechały na dwie raty do lokalnej biblioteki.
Do różności nawet się nie zabieram. Bo niby co mam wyrzucić: farby? włóczkę? lalki? maszynę do szycia? Jeszcze nad wełną do haftu warto pomyśleć, ale to akurat może być wykorzystane na kilka sposobów. Gałganki, którymi się bawię, papiery i szkicowniki, których używam zdecydowanie zostają. W końcu nie przechowuję moich gotowych obrazków, tylko szybko po wykonaniu idą w świat. 
Natomiast dobrze sobie muszę przemyśleć tzw. pamiątki. Po zlikwidowaniu mieszkania rodzinnego wszystkie zdjęcia, papierzyska i inne takie trafiły do mnie. Marie zaleca przejrzeć i wyrzucić. Chyba tak właśnie będzie, po co mi historia zatrudnienia dziadka albo mamy? Oni już w żadnym urzędzie tych kwitów nie przedstawią. Po co ich korespondencja ( no ułamek korespondencji po wstępnej selekcji). Mam wrażenie że za pomocą tych papierzysk oni dalej siedzą w moim życiu.
Nie wiem tylko co zrobić z pamiątkami wojennymi, z listami z Oflagu, notatkami wojennymi i takimi tam przedmiotami. Wobec tysięcy odbitek fotograficznych też czuję się dość bezradna.

czwartek, 18 czerwca 2015

Zepsułam! Ale nareperowałam.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lalka Madame Alexander z serii Dear America kwitła na Allegro bardzo długo.
O taka lalka:

Jakoś bardzo mi się nie podobała, miała zezowate oko i jakoś nieszczęśnie wyglądała. Ale im była tańsza, tym bardziej widziałam jej podobieństwo do niejakiej Flower Power tego samego producenta, znacznie atrakcyjniejszej
Buzia taka sama, inne jedynie ubranko, makijaż i oczy zielone zamiast niebieskich. Zrobić ubranko to żadna sztuka. Buziak mocniej umalować też się da. Kiedy lalka staniała do ceny średniej Barbie a za transport nie trzeba było opłacać biletu transatlantyckiego a jedynie paczkę zwykłą lub pospieszną z Lublina kupiłam. Samo ubranko uszyte z niebielonej bawełny było bardzo atrakcyjne, nie mówiąc o bucikach. No i przyda się zamorska osiemnastka ( lalka osiemnastocalowa) z dziwnie skonstruowanym, wypchanym tułowiem z winylowym biustem do bądź co bądź kolekcji.
Kupiłam, przyjechała, ale zezowate oko jakoś nie dawało mi spokoju. Zaczęłam to oko rozbrajać. Dobrze ogrzałam łeb suszarką i dało się wyjąć. Niestety, przy tej czynności udało mi się urwać lalce głowę. Plastikowy łącznik między korpusem a głową pękł i jedna jego część grzechotała w głowie, a druga w korpusie. Zamykające się oko to taka kapsułka z plastiku i mosiądzu w której na luźnej ośce buja się swobodnie obciążone u dołu oko. W tym przypadku ośka nie siedziała w swojej prowadnicy a cała kapsułka siedziała krzywo w oczodole. Złożyłam to poprawnie, ale za cholerę nie dało się kapsułki z okiem z powrotem włożyć na miejsce. Lalka jednooka ponadto a na dodatek lalka bez głowy to lalka zwyczajnie popsuta i już.
Obejrzałam ten łeb dokładnie - jest zdecydowanie nierdzewny. Zatem zagotowałam wodę, włożyłam łeb do wrzątku aż zmiękł tak, że oko wlazło do oczodołu. Przy okazji zmięknięcia wyciągnęłam z tej głowy grzechoczący, plastikowy połamany element. Pozostał osobny łeb o takiej konstrukcji:



Jak to połączyć? Poszłam z pacjentką do pasmanterii po dwa koraliki: jeden nieznacznie większy od otworu w głowie, drugi ciut większy od dziury w tułowiu. Z koralików, guzików i linki stalowej uplotłam takie coś:


Szyja pomoczyła się we wrzątku aż zmiękła na tyle, że dało się wepchnąć w jej otwór  mniejszy koralik.


Łeb był nieco miększy i bez trudu dał się nasadzić na większy koralik. Duży guzik okazał się bardzo potrzebny, myślałam, że nieco przedłuży przykrótką szyję, ale łeb nasadzony tylko na koralik chwiał się i opadał. Dopiero nasadzony na guziku siedzi jak trzeba.

No i mam lalkę od Madame Alexander bez zeza i z głową na szyi. Oko przeze mnie poprawione mruga nieco bardziej ochoczo niż to drugie, lalka ma skłonność do puszczania oczka. I jest całkiem ładna.




Przy okazji wędrówek po lalkowych stronach dowiedziałam się co nieco o czesaniu lalek. Otóż lalkowe włosy jak wiadomo są z tworzywa sztucznego. Nie wolno ich czesać szczotkami używanymi przez ludzi, bo na takich szczotkach zawsze jest trochę tłuszczu z ludzkich głów. Lalczyne włosy taki tłuszcz szybko niszczy. Szczotki i grzebienie dla lalek powinny być metalowe, bez kulek na końcach drutów. Lalkę czesanie nie boli i nie drapie, ale te kulki skutecznie wyciągają z plastikowych głów plastikowe włosy. Nie będę inwestować w specjalistyczną szczotkę od Goetz, ale psi, metalowy grzebień owszem mam. Nie elektryzuje lalkowej koafiury i wszystko rozczesuje bez przemocy.

piątek, 12 czerwca 2015

Holst cd (i inne różności)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zanim będzie o kolejnej bluzce z Holsta  będzie o obrazku. Obrazie właściwie, bo to jest duże: 50 x 70 cm. Pierwotnie na tym płótnie próbowałam się z pewnym rowerem uporać, rower był zdecydowanie nieudany, zatem zamalowałam go farbą emulsyjną lateksową białą i zaczęłam olejem od początku. Sześć zajęć poświęciłam ogrodowi wodnemu w Wave Hill na Bronxie:


Odnoszę wrażenie, że to i owo należy tu jeszcze poprawić, ot cienie przy doniczkach powinny być w jedną stronę skierowane, a podmalówka przy trzcinach po lewej stronie nie powinna być tak ostentacyjnie widoczna. Zrobi się. Cieszę się z uzyskania głębi, wrażenia głębokiej wody oraz z uzyskania tych wszystkich zieleni. Nie zawsze odbywało się to metodą szkolną (niebieski + żółty).
Obrazisko wisi i podsycha.

Holst z jedwabiem w kolorze blue bell okazał się bardzo wdzięczną włóczką, ale pokazał mi pazury. To nie jest włóczka sprężysta. Zatem wykonawszy od dawna planowany raglan od góry z opisu pani Ann Budd uzyskałam dekolt do pępka. Przydały się tu różne sposoby i sposobiki na rozpoczynanie i zamykanie robótki. A właściwie na zamykanie. Bo listwę dekoltu zrobioną na początku wyprułam, zrobiłam ją od dołu do góry, dołączyłam do nitki Holsta nitkę z Lycry i zamknęłam to wszystko najciaśniej jak się dało. I teraz bluzka jest bluzką. Pozostałe elementy są zakończone elastycznie, aby się nie porwały, bo to nie jest również nitka specjalnie mocna. Całość na drutach nr 4, ściągacze z prawymi oczkami przekręconymi na drutach nr 3. Wyszły na to cztery motki (200 gramów) i został malutki kłębek dla lalki. Pan Mąż biega po świecie i nie ma mi kto zdjęcia w ciuchu zrobić. 



Chwilowo nie mam nic na drutach ale może troszkę poczekam, bo skończył się serial, przy którym wyjątkowo dobrze się dziergało. BBC HD przedstawiło jedynie dwa sezony Z Pamiętnika Położnej. Ponoć nakręcili już cztery ale pozostałych nie chcą pokazać. Doktor Who i inne ich produkcje nie są takie fajne. Na BBC HD nie ma reklam, więc się trochę uzależniłam.

Nie tak dawno płakałam, że mi się zwijarka do wełny rozpadła. Dobrze, że nie kupiłam nowej w e-dziewiarce. W ulubionym sklepie dopadłam japońską zwijarkę za całe 13 zł - bo na wagę. Jeszcze może upoluję deskę do prasowania dla lalek o ile będzie tańsza od zwykłego rękawnika. I teraz sobie kręcę i kręcę.


A Sophie doczekała się sweterka. Teraz marudzi, że w taką pogodę raczej buty są jej potrzebne.


Jeszcze piżamka, sandałki, spodnie i kilka koszulek i może ze mną jechać na wakacje.

środa, 10 czerwca 2015

Płacenie rachunków

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Można dożyc do pięćdziesiątki i dłużej nie mając pojęcia o płaceniu rachunków. Nie płacąc nigdy za mieszkanie, wodę i prąd. To znaczy sumy stosowne naturalnie musiałam uiszczać. Za małżeństwa nr 1 rachunkowość domową mama prowadziła jak wprawna księgowa i nic mi się nigdy nie upiekło, ale jak wyglądają druki na których się to płaci, gdzie leżą książeczki opłat i w jakim okienku jest to wpłacane nie miałam pojęcia. Musiałam robić zakupy, gotować, prać czasem malować pomieszczenia  i wymieniać zawory w ścianach, ale opłacanie rachunków najwyraźniej było jakoś związane ze sprawowaniem domowej władzy i według moich bliskich do tego nic nie miałam, nie moja to była sprawa. Pan Mąż swoje rachunki opłacał sam i zostawił mi tylko sprawy ubezpieczeniowe, bo nie znosił wścibskiej i nieprzyjemnej agentki PZU, którą odziedziczył po poprzednim lokatorze jego służbowego mieszkania. Zresztą papierologię też prowadził sam i do dziś tylko on wie, gdzie leżą polisy. U niego w którejś szafie, a jego szaf nie penetruję. Niby mi pokazał gdzie, ale zapomniałam.

Ja na papierzyska miałam jedną szufladę, już niemal pękającą w szwach. Co było ważne, trafiało do tej szuflady. Czasami w panice wyrzucałam jej zawartość na łózko szukając jakiegoś kwitka na którym jest Bardzo Ważny Numer albo Bardzo Ważny Adres. 

Aż odziedziczyłam mieszkanie. Początkowo mieszkała w nim Misia i nie zdając sobie sprawy jaki to dla mnie horror opłacała co trzeba nie przejmując się moimi fobiami i lękami. Wszystko było ok, nie spowodowała żadnych zaległości, ale się w końcu wyniosła, a w moim mieszkaniu zamieszkały dwie miłe lokatorki. Misia nawet zadeklarowała, że będzie dalej ogarniać sprawy rachunkowe, bo dla niej to miki, ale w końcu spojrzałam demonowi w oczy. Uznałam że w tym wieku należy umieć zapłacić za mieszkanie.  Przejęłam papiery, których nie było wcale tak dużo. Kwit ze wspólnoty, faktury za gaz i prąd, i UPC. Doszły do tego papiery ze Skarbowego (wynajem), karteczka miniaturowych rozmiarów z Urzędu Dzielnicowego z numerami kont do opłacania podatku od nieruchomości i gruntowego, abonament RTV i tyle. Ale to wszystko w mojej spuchniętej szufladzie nie było takie łatwe do zlokalizowania i regularnie około dziesiątego każdego miesiąca wpadałam w panikę, którą Pan Mąż nauczył się tolerować.

Zeszłego lata, po szczególnie ciężkim napadzie paniki na własnej półce znalazłam zgrabny segregator kupiony w lumpeksie i zawierający wyłącznie wykroje dla lalek. Z wierzchu wygląda jak teczka z uszami w rozmiarze A4 a w środku ma masę plastikowych kieszeni, każda z miejscem na opis. Wyrzuciłam z niego te wykroje, świetnie im w plastikowej teczce. Opisałam kieszenie, wrzuciłam w te kieszenie faktury, kwitki, karteczki i całą stosowną korespondencję. Na stronie banku założyłam zakładkę przelewów wzorcowych i mam spokój. Płacę teraz z godnością co miesiąc moje rachunki i najwyraźniej Sprawuję Władzę nad nimi.
Wyśmiała mnie koleżanka. No bo jak będąc po pięćdziesiątce i to sporo uczyć się takich rzeczy, to przecież oczywiste, jasne i zgroza, że tego nie wiedziałam. No ale nie wiedziałam. Teraz wiem i mam spokój. Szuflada odetchnęła, Pan Mąż odetchnął i ja też odetchnęłam. Wiem gdzie jest ten malutki świstek Z Urzędu z numerami kont, nigdzie się już nie schowa.
Jedyny, który mnie nie wyśmiał, to Pan Mąż. Popatrzył na niebieską teczkę z kieszeniami i powiedział: Fajna, skąd ją masz? No, tak się właśnie prowadzi rachunki.

piątek, 5 czerwca 2015

Sukienka z saronga

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jakiś czas temu kupiłam w lumpeksie bawełniany kupon tkaniny w bardzo wesołe wzory. Chyba to kupon na sarong był. Pochodzi z Malezji jeśli wierzyć nadrukowi ukrytemu wśród wzorków, z panelem geometrycznego wzoru. Urzekły mnie kolory, wzór i absolutnie nieosiągalna obecnie w naszych sklepach jakość bawełnianego kretonu: gęsty, mocny, dawno u nas nie widywany. Kosztowało to może 8 złotych i na pierwszy rzut oka powinno na ciuch dla mnie wystarczyć. A że wzornictwo etniczne, no etniczne i co?
W ramach mantrowania poniedziałkowego za powodzenie operacji glejaka u przyszywanej ale jednak bratowej nie wiem nawet kiedy między praniem, sprzątaniem i gotowaniem skroiłam z tego bardzo prostą sukienkę. Tak prostą, że aż prawie prostacką: dekolt w serek, kieszenie w szwach, zaszewkę na przodzie zrobiłam tylko dlatego, że przody mi się o trzy centymetry dłuższe skroiły niż tyły, a wzór nie pozwolił na zwykłe obcięcie dołu. Dekolt i dół odszyłam bezecami (jak to się nazywa po polsku? Dalej szyję po niemiecku...), poleżało dwa dni na stole, bo musi odleżeć po skrojeniu i wczoraj w dwie godziny zeszyłam to w całość. Panel, który na sarongu byłby z przodu wylądował na plecach, jakoś mi na front nie pasował. Powstało TO:


Z bliska tkanina wydaje się wściekle szafirowa. Z daleka jest bardziej beżowa, ale to tylko wzór i mój wieczny apetyt na barwy z piekła rodem jest zaspokojony.



 Panel na tyle ponoć wyszczupla. Muszka i Kretka uczestniczą w sesji. Moje psy wiedzą, że ludzkie nogi są do głaskania psów i się nadstawiają.




 Przód w wygodnej szerokości i bez panelu nie wyszczupla, ale czy Gruba Baba nie może posiadać wygodnej, obszernej kiecy na upały? Z kieszeniami na przydasie? Kupne kiecki zwykle nie mają kieszeni.
Sąsiadka, kobieta moich gabarytów ale majętna spytała czy to jest z Max Mary bo ona tam coś podobnego za 2 tysiące widziała. No nie jest to z Max Mary. (Max Mara sprzedaje takie workowate kiecki za dwa tysiące???) Materiał choć czysto bawełniany okazał się bardzo mocny, ostatnią igłę nr 80 stępił na amen, maszyna huczała jak kombajn.




Przypomniał mi się jakiś czytany przed laty reportaż z Izraela opisujący hodowlę pomarańcz i kiwi na pustyni. Aby takie przedsięwzięcie się udało, kładziono wśród owocowych krzewów instalację nawadniającą osobno każdą roślinę. Wody potrzeba było do tego niewiele, ale każda roślina dostawała swoją porcję bezpośrednio do systemu korzeniowego. Nie zrobię sama takiej instalacji, ale od czego są butelki PET?  Ta cudem ocalała z ubiegłorocznej suszy kępka kopytnika zmartwychwstała po wkopaniu i napełnieniu tej butelki. Moja glina nie da się zwyczajnie podlać, bo wszystko z niej spływa górą. Ale taki system, choć wygląda wstrętnie może da roślinom ocalałym pożyć nieco dłużej. Nawet najpodlejszym chwastom nie chce się rosnąć w moim psogródku.




Pomysł z bluszczem zamiast trawnika jest niezły.



W miarę wypijania Żywca Bez Pianki, mleka i innych rzeczy sprzedawanych w plastikowych butelkach będę fundować kolejnym krzaczkom osobiste nawadnianie.