sobota, 28 listopada 2015

Osiołkowi w żłoby dano oraz o pewnej babie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Gdzieś mi się zapodziała ulubiona czapeczka. Ponieważ zimno mi w łepetynę trzeba było na cito zrobić nową. Pan Mąż trochę się obruszył, bo jego wyczekiwany kardigan na chwilę został zapakowany do kosza z robótkami oczekującymi, a ja zrobiłam przegląd posiadanych wełen w poszukiwaniu odpowiedniej. I prawie się rozpłakałam z niemocy podjęcia decyzji. Bo wełen ślicznych, pięknych i bardzo pięknych namnożyło mi się ostatnio w szufladach komody. W końcu uznałam, że cudnych opali z których na pewno wyjdą dwie skarpetki szkoda na projekt na pół motka. Gdybym nosiła zimą mitenki to jeszcze z pozostałej połówki zrobiłabym mitenki i spokój. Ale ja wiecznie rzucam mokre, oślinione piłeczki. Jedynie skórzane rękawice z barana wytrzymują takie traktowanie a mokre mitenki to żaden luksus. Mitenki to na krótki moment między wrześniem a listopadem się nadają więc szkoda na nie opala.
Miałam szalony motek we wszystkie barwy świata, z którego nie da się zrobić dwóch jednakowych przedmiotów, bo kolejność tych barw jest nie do przewidzenia. W dwa wieczory na drutach 3, czyli grubych powstała czapeczka jak dla krasnoludka. Już ją kocham. Zakrywa uszy. Jak jest naprawdę zimno to mankiet się wywija i uszy są zakryte podwójną warstwą. Niech żyją ciepłe uszy!




Nie wiem, co powstanie z resztki, może ażurowy mały kominek?

Na zajęcia z malowania przyszła nowa kobita. Ktoś ją polecił, została przyjęta i jest. Ego ma wielkie jak zeppelin, nieźle rysuje, ale jak o malowanie chodzi, to, hm, jest średnio. Nie jest początkująca, to pewne, ale może się jeszcze duuuuużo nauczyć.
Skład naszej malującej grupy jest od lat stały. Długo trwa nim się człowiek z kimś przy malowaniu pozna. Bo wchodzi się do pracowni, rozstawia robotę, zaczyna malować i... głuchnie się. Ja dopiero po roku nauczyłam się jak kto ma na imię i jaki ma styl malowania. Jednak jesteśmy zżyte, lubimy się, czasem sobie poplotkujemy. Jest wśród nas jedna młodsza dziewczyna, średnio jesteśmy po pięćdziesiątce i jest kilka emerytek po osiemdziesiątce. Najstarsza z nas maluje znakomicie i bardzo ją lubimy. Umysł ma jak żyleta, jedynie serce słabe. Niektóre panie są głuche, niektóre za grosz nie mają talentu i malują jak starszaki w przedszkolu, ale bawią się przy tym znakomicie.
No i przyszła ta nowa. Wie wszystko najlepiej i nie waha się swego zdania głośno i stanowczo wyrazić. Nie wiem, czemu mnie obrała sobie za cel uwag. A to że dziś przecież NIKT nie robi na drutach bo wszystko jest. (Przemilczałam, że dziś NIKT nie maluje sam obrazów, bo i tak można lepsze plakaty w EMPiKu kupić). A to że za głośno mówię (do głuchej jak pień Krysi mówienie cicho jest bez sensu) i tak co zajęcia. Milczę i patrzę. Ostatnio kłóciła się z naszą Basią kochaną, malarką prowadzącą te zajęcia. Basia ma bystre oko na to co kto robi, sugeruje korekty, jej poprawki zawsze wychodzą pracy na dobre. W końcu się nowa dowiedziała, że ten obraz co namalowała to zamiast oprawiać w złote ramy z passe-partout (olej w passe-partout!!!) to trzeba na szafie położyć. Albo za szafą.
Dojrzewam do skutecznego wyłączenia babska. W tym celu wyjęłam własne notatki, gdzie sobie zapisywałam sposoby i sposobiki na upierdliwców takie, żeby im w pięty poszło, ale żeby nie mogli się obrazić. Nie jestem mistrzynią ciętej riposty a bezczelność też mi specjalnie duża nie urosła. Ale w końcu klasę 14-latków potrafiłam swego czasu okiełznać.
Ostatnio na zajęciach miałyśmy malować krajobraz. Co roku jest taki temat. Do krajobrazu dobrze jest się przygotować. Wybrać sobie jakieś zdjęcia, popatrzeć jak się światło na drzewach układa. Kto się nie przygotuje (jak dzieci...) dostaje jakieś zdjęcie. Najleniwsi i ci z marnym gustem malują zdjęcia z kalendarzy.
Ja byłam grzeczna i się przygotowałam. Jedno ze zdjęć ma lat dwadzieścia i powstało w epoce przedcyfrowej w Klebarku na Warmii podczas naszego weekendu poślubnego, drugie ma dwanaście lat i zrobiłam je w Kazimierzu nad Wisłą. 



Pogodziłam jedno z drugim w taki sposób:



Praca nie jest skończona, mam zamiar na pierwszym planie domalować kłębiącą się, opadającą mgłę.
Poza tym założyłam sobie, że muszę wykonać choć jeden obrazek w tzw high key, czyli w jasnych tonach. Naturalnie ten pierwszy plan wyrwał się z założeń i jest jaki jest. Ale to właśnie tu będzie się tumanić ta mgła, jak już wszystek olej wyschnie na kość.
Mądra książka o technikach malarskich podpowiada, ze przezroczysta biel i olej jako medium umożliwią to założenie. Zawsze można biel przezroczystą z nieprzezroczystą wymieszać.

A jak już zrobię ten mężowski sweter, to będę szaleć z małymi projektami. Z lumpeksu ostatnio przyniosłam taką alpakę z jedwabiem pół na pół:


W motku jest 165 metrów, powinny wyjść trzy czapki. Sam luksus.

piątek, 20 listopada 2015

Ramiarstwo i pozłotnictwo

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co przyniosę jakiś obrazek do domu, to albo zaraz idzie do ludzi, albo wieszamy go tak jak jest na ścianie na jakimś gwoździu. Prowizorka jest niestety najtrwalsza. Po coś jednak wymyślono ramy. Rama jest obrazkowi potrzebna jak nam buty albo kubrak. Bez ramy obrazek mizernie wyglada. Ramy na zamówienie są naprawdę drogie, a ja nie mam szczególnych złudzeń co do jakości moich wyrobów i nie mam zamiaru Bóg wie ile w nie inwestować. Farby i podobrazia kosztują wystarczająco. Są owszem te obrazki wesołe, kolorowe, wyraziste, ale to jednak malarstwo amatorskie bez szczególnych ambicji.
Ramy gotowe są znacznie tańsze niż na zamówienie, ale trzeba malować na podobraziach o standardowych wymiarach. Ponieważ tak właśnie robię w końcu zabrałam do sklepu Maluję to co koniecznie powinno dostać ramę.

Skopiowany przed laty tatuś Rembrandta, z którego w trakcie produkcji jakimś cudem zrobił się mój wujek, miał szczęście i dostał właściwą ramkę ze złotym paseczkiem. Nad biurkiem Pana Męża zrobiło się jak widać ciasno, ale Tomasz z tego powodu nie zamierza żadnej z prac wyrzucać w inne miejsce.



Ramkę tego samego gatunku dostała martwa natura z ostatniego sezonu dyniowego. Jeszcze podsycha, jeszcze trzeba przy niej podłubać, ale zdania są podzielone przy czym. Ja widzę braki w dyniowych ogonkach i w czosnku. Basia, nasza maestra, kazała koniecznie zlikwidować dwie niebieskie plamki na jarmużu, bo wygląda jakby jarmuż podejrzliwie łypał z nad ramki. Alicja kazała plamki zostawić, bo tam jest jakieś zwierzątko. I coś muszę zrobić aby papryka przestała być pomidorem.



Ogród wodny dostał surową, niewykończoną ramę z sosny. Najtańszą, co nie oznacza, że nieefektowną. W domu najpierw nasmarowałam ją woskiem do mebli Starwax, wyglansowałam, a potem paluchem nałożyłam złoty wosk. Robi się to szybko, równo a efekt jest bardzo dobry. Tylko palec trzeba długo myć po robocie. Wystarczy po 24 godzinach ramę wyfroterować do błysku. Takim woskiem można skutecznie pozłocić co się chce. Kiedyś dał radę nawet czarnym butom na jeden sezon zamienionym w złote pantofelki. Miałam kłopot z tym obrazem, bo nie dał się wprawić w ramę za pomocą gwoździków. Maestra poradziła wziąć kawałki tasiemki i tacker. Siedzi teraz ogród w ramie na tych tasiemkach jak ta lala.



Równie tanią, sosnową, frezowaną ramę dostała kopia Sisleya. Powyżej widać etap powlekania surowej sośniny kolorowym woskiem Starwax. Stare bawełniane skarpetki służą do wcierania wosku w drewno i do polerowania.



Niby lepiej niż z białym drewnem, ale może być jeszcze lepiej. Wzięłam zatem srebrny wosk Goldfinger i w kilka minut rama wyglądała tak: 


Zaczyna nam powoli brakować ścian do prezentacji urobku. Szalejąc z tymi ramkami sprawdziłam, czy nie przewiesić gdzieś obrazków po mamie, ale wyrzucać z salonu pejzaże Maleszy aby powiesić własny bohomaz to już przesada. Najwyżej postawimy gdzieś jeszcze jakąś ścianę. Albo powiesimy aktualnie malowany, całkiem spory landszaft łączący elementy warmińskie z kazimierskimi w którymś z przedpokoi. Jedynie sypialnia ma trzy puste, białe ściany, ale kto by tam obrazy wieszał, tam się śpi!

sobota, 14 listopada 2015

wtorek, 10 listopada 2015

Nuda

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Dawno, dawno temu, kiedy posiadałam tylko jedne dżinsy, jeden fioletowy polar, białe podrabiane adidasy i jakieś bluzki własnego wyrobu siedziałam z Agnes u stóp konnego posągu Kaisera Wilhelma I na Deutsches Eck w Koblencji. Z jednej strony płynął Ren, z drugiej Mozela. Misia w spodenkach mojej produkcji bawiła się pluszowym jeżykiem a Agnes wyznała mi, że ten cały dobrobyt jest strasznie nudny i teraz na emeryturze, to ona dopiero da czadu. Agnes była mianowaną nauczycielką szkoły podstawowej w niewielkim mieście w Nadrenii Palatynacie. Miała dla siebie trzypokojowe mieszkanie z balkonem w zadbanej kamienicy, volkswagena Golfa, doskonałą pensję i już planowała jak to się będzie wesoło bawić bez nudzenia się. Na emeryturze uczyła po całym świecie niemieckiego. Pobyty w Mozambiku i w Polsce nie były tak nudne jak niemiecki, stateczny dobrobyt. 
Dobrze sobie jej słowa zapamiętałam i bardzo, bardzo długo czekałam na ten stan błogosławionej nudy, która jak sądzę i mnie w końcu znalazła. Tylko chyba Agnes w tej nudzie pławiła się za długo, ja odnalazłam ją dopiero teraz i nacieszyć się nie mogę.
Nigdzie mnie nie gna i nie pędzi. Celebruję moją nudę. Bo że życie zrobiło się ostatnio
 mniej emocjonujące niż dawniej - to pewnik. 
Nie mam o czym, poza wyrobami dziewiarskimi, pieskami i czasem produkowanymi obrazkami pisać na blogu. Ani Pan Mąż ani koleżanki nie chcą słuchać o zagadnieniach związanych z nabieraniem oczek i zużyciem włóczki przy pewnych szczególnych ściegach. Zatem wysłuchuję ich wynurzeń, ale jako że się na zagadnieniach będących ich specjalnością nie znam, to milczę z godnością i nie przeczę, że czasem odpływam przy tych monologach. Sporo czytam, ale coraz częściej tylko w obcych językach. Czterdzieści lat z okładem czytania co w ręce wpadnie dało mi wgląd w co pospolitsze fabuły i znajomość tricków co mniej zdolnych pisarzy. Nie przepadam za papierowymi postaciami, więc z tej czytelniczej nudy coraz lepiej znam angielski. (Chociaż ileś tam twarzy Greya nawet po angielsku porzuciłam po kilku stronach.)
Większość rodziny leży na Wałbrzyskiej i nie dostarcza mi szczególnych emocji, owszem, odwiedzam ich tam czasem,  zapalę znicz, przytnę wrzosy i rogownicę alpejską, wyrwę skrzypy, gadam z nimi na głos, ale nie mogą mi już ani dokuczyć, ani wyciąć żadnego wesołego numeru.
Dziecko daje sobie radę beze mnie, prowadzimy satysfakcjonujące życie rodzinne widząc się co jakiś czas a nie codziennie i tak jest dobrze. Różni dalecy krewni nie zjeżdżają do nas na nocleg, bo z premedytacją nie mamy gościnnej kanapy. Istnieją w końcu profesjonalne hotele. Tomasz siedzi u siebie w gabinecie i wiecznie coś pisze, psy zapewniają mi codzienną porcję ruchu, absolutnie nie tęsknię za rodzinnym rozgardiaszem. Zdrowie jeszcze jest niezłe, choć codzienna porcja obowiązkowych pigułek na receptę niezorientowanych nieco deprymuje. Jak na razie wszystkie działają i tylko trzeba pamiętać o ich łykaniu.
Mogę się w końcu zająć wszystkim tym, na co dawniej nie było czasu i pieniędzy. Mogę mieć jedne zawsze czyste i podzelowane buty na wielkie wyjście oraz stosowną do nich sukienkę, torebkę i kolczyki, a na codzień chodzić w kowbojkach i dżinsach we właściwym rozmiarze. Mogę w końcu ot tak, dla kaprysu kupić wielką gęś, nadziać ją szarymi renetami i zaprosić najbliższych na obiad. Gęś właśnie siedzi w piecyku, do towarzystwa dostanie czerwoną kapustę, kluski kładzione a na deser podam marcińskie rogale. Będzie wyżerka!
Zdaję sobie sprawę, że nie ma tak dobrze, żeby taka cudna nuda trwała zbyt długo. Życie zadba o urozmaicenia tak czy inaczej. Ale póki co nudo trwaj. Nie jadę do Mozambiku.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Szukać i znaleźć

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Najpierw nie o szukaniu będzie, a o psim bezpieczeństwie i suchości w ciemnej i zimnej porze roku.
Panienki przeważnie chodzą bez smyczy, a u nas na Ursynowie z osiedlowych ścieżek korzystają wespół w zespół ludzie, samochody i psy. Psy są jak wiadomo tuż przy ziemi i zwykle kierowcy je widzą, ale jednak nie zawsze. Muszka jest cwaniak i samochodów unika, Kretka uważa, że droga jest jej i beztrosko staje na środku nie przejmując się pojazdami. O tym, że kiedyś taki ją puknął zdrowo całkiem zapomniała.
Kretka toleruje każdą odzież, Muszka nie bardzo lubi przebieranki. Ale prosty płaszczyk może być.
Uszyłam zatem Muszce pomarańczowy płaszczyk na wzór nabytego kiedyś w lumpeksie żółtego. Oba mają odblaski i zapinają się na rzepy na szyi i pod brzuchem. Oba są nieprzemakalne i łatwe do prania. Dla jeszcze większego bezpieczeństwa wieczorami panny mają świecące obroże ze światłowodem. Muszka już sprawdziła, że jej obroża po upraniu dalej świeci. To wyrób od Trixie.



Z radością się przekonałam że przebrania działają. Na ruchliwej ulicy (którą przekraczamy na smyczy i na przejściu) na widok tak poprzebieranych psów samochody stają same z siebie. Nawet hamują z piskiem opon, choć grzecznie czekamy przy krawężniku na chodniku. Wiwat ja!

Należę do tych co wiecznie czegoś szukają. Zwykle kluczy tuż przed wyjściem z domu. Powinny niby leżeć na komodzie w przedpokoju ale bywają w kieszeni, w torbie na zakupy, w kieszeni wózka, koło telewizora albo jeszcze gdzie indziej. Zwykle odnajduję je migiem, czasem potrzebuję dłuższej chwili. Niejeden już mnie pouczał, że PRZECIEŻ WYSTARCZY JAK ZAWSZE BĘDĘ KŁADŁA TE KLUCZE ZAWSZE W TYM SAMYM MIEJSCU. Ci, którzy tak mówią mogli by sobie darować, wiem o tym. Ale jak wpadam do domu obładowana jak wielbłąd, z dwoma psami, torbami z zakupami, z listami w zębach i bukietem pod pachą to bywa, że zostawię klucze w kieszeni. A że kurtek i palt jest sporo to i kieszeni do przeszukania jest w obfitości. Na pocieszenie mówię sobie, że chociaż ciągle tych kluczy szukam, to nigdy ich nie zgubiłam i nie kwitłam pod zamkniętym mieszkaniem.

Zwykle staram się kłaść na miejsce to co trzymam w rękach. W mieszkaniu nie ma przygodnych stosów różnych rzeczy. W kuchni jestem zorganizowana do wyrzygu. Bo wiem, że jak nie odłożę na miejsce to będę szukać przydasia z rękami upapranymi szykowaną strawą. Ale kuchnia to kuchnia, a zawsze za ciasne szafki i szuflady z odzieżą i wszystkim potrzebnym do licznych hobby to inna sprawa. Ostatnie kilka dni poświęciłam na wypadające co pół roku rytualne porządki w odzieży. Bo zginął mi stanik, skarpetki, nocna koszula i jakieś buty. Stanik utknął w głębi szuflady, skarpetki spadły do włóczek, koszula była gdzie powinna ale na lewą stronę, buty się znalazły wraz z egzemplarzami, o których całkiem zapomniałam i tylko termiczny podkoszulek w kolorze fuksji się nie objawił. Przy okazji zrobiłam remanent rajstop, nic nie trzeba dokupić.
Dramat zaczyna się, jak zginie jakiś konkretny ołówek, kłębek albo szmatka. Wtedy zaczyna się szukanie połączone z mędzeniem, narzekaniem i rozpaczaniem. Wczoraj tak szukałam zaginionego kłębuszka z lumpeksu z bardzo kolorowej skarpetkowej wełny. Niby żadne nieszczęście, za sprawą Dobrej Wróżki mam skarpetkowych włóczek szufladę. Ale znalazłam wzorek akurat do tej a nie innej i nie spoczęłam aż znalazłam. Nie wiedzieć czemu leżał w gotowych skarpetkach. To chyba już starcza skleroza.
I ponieważ taki ze mnie gubiciel i szukacz nadzwyczaj cenię sobie okulary progresywne. Wciąż widzę oczami wyobraźni babcię i teściową nr 1 szukające okularów do czytania. Moja mama pedantka nigdy ich nie szukała, bo miała perwersyjny porządek w torebce i ZAWSZE wkładała te okulary w stosowną przegródkę. A moje cały czas od rana do nocy są na nosie i nie giną.