niedziela, 20 grudnia 2015

Ametysty i chryzoprazy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Z motka bezimiennej wełny na skarpetki wprost z lumpeksu zrobiłam sobie w przerwie między mikołajowymi wyjazdami skarpetki.


Kolory ten motek miał takie, ze się natychmiast ślinić do niego zaczęłam. Gotowe skarpetki są ładniejsze od motka, bo zieleń układa się w przepiękne żyłki w kolorze chryzoprazu a reszta to istne ametysty. Wszystkie kolory na tych skarpetkach są moje. Zachodzę w głowę jak takie coś ufarbowano. To na pewno nie jest Sock od Malabrigo, ale farbowały tę włóczkę bardzo zręczne ręce.
Na drutach już siedzą kolejne skarpetki dla dziecka z porządnej skarpetkowej włóczki bawełniano - wełnianej w przyzwoite paski farbowanej, a nie w jakieś łaty.

Jako komentarz do sytuacji politycznej po wyborach publikuję obraz Jerzego Dudy-Gracza z 1981 roku pt. Dialog polski 5, pasuje moim zdaniem idealnie:



 Widać tu, że jedno urodne i drugie niczego a nadziei na porozumienie nie ma. Przepaść jest nie do zasypania szpadelkiem, a z tych patyczków mostu się nie wybuduje. Zatem dalej siedzę w piwnicy i jako strawę duchową mam bezideowe kryminałki i dzieła naukowe. Nic innego mi nie wchodzi.

Na moją skrzynkę mailową codziennie przychodzi kilka newsletterów  ze sklepów internetowych z mydłem i powidłem. Kiedyś w jednym z nich kupiłam kilka lalek i teraz mam taki przegląd prasy codziennie. Limango i Showroomprive próbują sprzedać mi co się tylko da. Nawet czasem sobie oglądam to i owo i takie oglądanie skutecznie zastępuje i eliminuje łażenie po sklepach, którego nie znoszę. Pan Mąż też sobie ogląda męskie stroje na Myhabit, bo twierdzi, że czerpie z tego pomysły na własne stylizacje (dziś się robi stylizacje a dawniej się po prostu ubierało). Im dłużej te newslettery przychodzą, tym bardziej jestem przekonana, że na świecie jest stanowczo za dużo sukienek, topów, bluzek, butów, torebek, portfeli, kurtek, durnostojek, porcelany, noży, garnków, dresów, okularów słonecznych, pędzelków do makijażu i sztucznej biżuterii. Jak również kompletów pościeli, plastikowych dywanów, rzekomo luksusowych perfum i płynów do kąpieli, skarpetek, majtek i staników. Tych za małych jest znacznie więcej niż tych akurat i za dużych. Obfitość wyżej wymienionych przedmiotów i ich wyraźnie niewysoka jakość - sądząc po cenach i składzie surowcowym skutecznie leczy z chęci ich posiadania. Zdecydowanie ostatnimi czasy luksus stracił swój blask. Jakby na przekór tej karuzeli mody moje dzianiny własnoręcznie wykonane z porządnych surowców wydają się coraz bardziej luksusowe. Są długowieczne. Nie mechacą się i nie prują. Przyzwoicie traktowane w praniu trwają i trwają. Co jakiś czas trzeba się pozbyć archiwaliów, bo własna szafa to nie muzeum przeżytych trendów a miejsce trzymania używanej aktualnie odzieży. Nie prędko skasuję te newslettery z listy mailingowej, dzięki nim zachowuję pion i dystans. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Uff, ledwie żyję

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na czas kończyłam kardigan dla Pana Męża na gwiazdkę. Teraz boli mnie krzyż, rwa wyje a oczy pieką. Ale jest i wszystko ma przyszyte:

 Na chłopa o rozmiarze 54 wyszły mi niecałe cztery motki Gotlandsk pelsuld w kolorze 175. Byłam w strachu co będzie jak surowca nie starczy, bo tego koloru nie ma już nawet u producenta. Ale starczyło i zostało. Co można zrobić z 1 1/3 motka wełny gryzącej jak wściekły szczur?


Bajerki ponaszywane.


Zamek dał się okiełznać, ale przyszycie prawej i lewej taśmy zamka jednakowo nie jest wykonalne. Nie wiem czemu prawy i lewy brzeg dzianiny wychodzą mi w robocie niejednakowo.



A tu widać jak piękny kolor ma włóczka. Znak Woolmarku mówi prawdę, to piękna, niezwykła wełna. Jest owszem gryząca, ale Panu Mężowi to akurat nie przeszkadza. Takich swetrów nie nosi się ma gołe ciało. Ma piękny połysk, chrupki chwyt i jest jakby nakrapiana na czarno. Cały wielki sweter robiony na drutach 3,5 jest bardzo lekki, waży bez zamka 375 gramów, a grzeje jak gruby pled. Pan Mąż bardzo się cieszy i nie może się doczekać na paczkę pod choinką.

Jakbym nie kombinowała przez resztę roku i tak na tuż przed świętami zostanie jakaś maksymalistyczna praca.


Znużona niebieskim melanżem trafiłam na zdjęcia szydełkowego kardigana Panzernej. Można sobie je obejrzeć na ravelry w jej profilu. Opętało mnie. Rzecz jest tak kolorowa i bajkowa, że nie cierpiąc babcinych kwadratów i odzieży robionej szydełkiem zapragnęłam go mieć. Nawet udało mi się upolować ten sam melanż (bo ta feeria barw to jedna i ta sama barwiona odcinkowo włóczka). Dobrze że to przymierzyłam podczas grudniowych Szarotek. Jesteśmy niby z Panzerną podobnych gabarytów, ale jej w tym dobrze a mnie ciasnawo. No i kupiłam tego tylko pół kilo. Szydło jest włóczkożerne, na drutach to z tego zrobię płaszcz, szydełkiem - nie. Przy okazji poszukiwań babcinych kwadratów trafiłam na Ravelry na takie wzory, że głowa mała. Kiedyś trzeba będzie jednak zagospodarować wełniane archiwum.

Jakiś Anonim zapytał mnie czemu nie wyszłam w niedzielę na ulicę protestować jak porządni ludzie. Nie wyszłam w sobotę, nie wyszłam w niedzielę a dziś wychodzę do dziecięcego psychiatryka misie z Mikołajem rozdawać. Swoje zdanie polityczne wyraziłam podczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Byłam w mniejszości. Kto wygrał, ten rządzi. Rządzi tak jak umie i jaką ma wolę polityczną. A opozycja patrzy i krzyczy. Tak ma być.
Każdy naród ma taki rząd na jaki sobie zasłuży i jaki wybierze. Naród wybrał i naród ma. Moje wrzaski nie zmienią tu nic. Wpinanie w klapę opornika też nic nie da. Nie czuję się lepiej wiedząc, że takich jak ja jest więcej. Zatem jak zapowiedziałam wlazłam do piwnicy i wyjdę z niej za cztery lata. Żyłam już pod rządami różnych świrów nie zwracających uwagi na rzeczywistość, fakt że byłam wtedy młodsza i zdrowsza, ale przeżyłam. I to minie. Kiedyś.
Nie dam się napuścić mentalnie na grzecznego pana, który kupuje w kiosku Do Rzeczy (czy Od Żeczy, diabli wiedzą) ani na żadnych innych ludzi, nie jestem i nigdy nie byłam radykalna i niestety każdy fakt i każdy przedmiot oceniam z kilku punktów widzenia na raz. Im bardziej żremy się między sobą tym bardziej Ruscy w Jasieniewie zacierają łapy, bo sami się zniszczymy i wymiksujemy z gromadki państw poważnych. Trochę co prawda wstyd czytać w obcej prasie jak nas widzą inni, ale co zrobić. Jak napisałam każdy naród ma rząd i rządzących na jakich zasługuje.
Strasznie się cieszę, że temat rozrodu osobiście już mnie nie dotyczy.



środa, 2 grudnia 2015

Najlepiej nic nie robić

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jutro święty dzień malowania i gimnastyki. Wrócę po drugiej do domu, głodna jak nieboskie stworzenie i zmęczona tak, że ledwie będę na oczy patrzeć. Malowanie jest męczące. Cukrzyca ma to w nosie i trzeba ją karmić na czas, bo cukier spadnie. Spadki cukru są gorsze niż wysokie poziomy, przynajmniej dla zainteresowanego: ręce się trzęsą, zimny pot spływa po grzbiecie i ogólnie narasta drażliwość. Po co się męczyć? Trzeba było ugotować na zaś. A ponieważ w piątek zaczynamy z Mikołajem jeździć i to od razu z grubej rury w dwa miejsca, to na zaś zaś też trzeba było ugotować.
Zaczęłam od rana: Spacer psi z zakupami połączony, ledwie to do domu doniosłam. Uprałam anielską perukę i szaty, puściłam pranie, nastawiłam gary ze strawą i pociągnęłam przody od swetra dla Pana Męża na gwiazdkę. Wyrobiłam pachy, zrobiłam krochmal do bielizny, puściłam suszarkę, upiekłam batata do kurczaków i jak podałam obiad to wylewka kuchenna oddała ducha Panu od wylewek i odpadła od najważniejszego kuchennego kranu. Przedtem trochę posikiwała bokami, fakt, ale odprawiałam nad nią mantry i jakoś się trzymała. Teraz odpadła.
Idąc z psami na drugi spacer zapakowałam ją do torby. W programie spaceru miałam rajd po trawniku SGGW, kupno blejtramu na jutro, kupno wylewki, kupno zamka błyskawicznego dla tomkowego kardiganu. Blejtram sobie darowałam, jeszcze jakiś maleńki jest. I jest karton do malowania olejami. A jak znam basiny program zajęć, to nadeszła pora na naukę technikaliów. Powstanie jakiś pożyteczny technicznie ale niekoniecznie ładny obrazek. Albo perspektywa, albo dziwne faktury albo coś o kolorze. Albo jeszcze coś innego. Karton wystarczy.
W sklepie hydraulicznym pokiwali nad wylewką głowami i stwierdzili że kicha, że takiej nie mają, że to chińska podróbka polskiej baterii FAK od niedawna przechrzczonej na KFA (z Fabryki Armatur Kraków na Krakowską Fabrykę Armatur nazwa się zmieniła bo dziś FAK to brzydkie słowo). Zaproponowali mi całą baterię kuchenną i dokładnie wyjaśnili jak ją zamontować. Bałam się już montowania wylewki, a tu całość do wymiany.
Strasznie boję się robót hydraulicznych. To lęk jeszcze z poprzedniego życia, gdy musiałam robić w domu wszystko, łącznie z kuciem ścian, montowaniem zaworów, naprawianiem spłuczki sama. Nikt inny się nie poczuwał, a gdybym tego nie zrobiła, to musiałabym na czwarte piętro nosić wodę wiadrami też osobiście albo prać dziecinne ubranka na tarze ręcznie. Tego lęku nie leczy ani lista okolicznych hydraulików wywieszona na korkowej tablicy w przedpokoju, ani doświadczenie mówiące, że Pan Mąż składający wszystkie sprawy doczesne w moje ręce na widok nowego kranu wie jednak co z nim zrobić.
Przy robotach hydraulicznych musi się zawsze coś wydarzyć. Musi i już. Przede wszystkim trzeba w tym celu zamknąć zawory doprowadzające wodę. A w tym celu trzeba zdemolować przemyślną zabudowę naszej kuchni. Zdemolowaliśmy, dotarliśmy do miejsc dawno nie czyszczonych - w sam raz przed świętami - i Pan Mąż zaczął kręcić tymi zaworami. Woda w kranach nie przestała lecieć, za to spod szafek obok zmywarki rozległ się szum a później wypłynęła spod nich woda. Poprzedni właściciel zostawił nam niezwykle skomplikowaną i fantazyjną instalację wodną własnego pomysłu. Kilka lat temu wymieniono w pionach rury i administracyjni hydraulicy pozakładali zawory jak leci, nie przejmując się ich kolorami. Co to niby ma za znaczenie czy zawór jest żółty czy czerwony, nie?Ten akurat zawór, którym chwacko kręcił Pan Mąż służy do... podlewania ogródka a szlauch leży luźno pod szafkami kuchennymi. Do jego prastarej końcówki nie pasuje obecnie żaden łącznik więc sobie o nim zapomnieliśmy. Mam teraz czysto pod wszystkimi szafkami, wszystkie psie ręczniki i wszystkie ścierki są mokre. Zawory odcinające wodę w kranach odnaleźliśmy i owszem około 20 centymetrów powyżej rewizji w kanale dla rur wodociągowych. Nie ufam hydraulikom. Nie chcę nikogo obrazić, ale do tego fachu idą chyba ostatnie niemoty. Z żadnym żywym hydraulikiem nie umiem się dogadać. Wolę gdy roboty hydrauliczne wykonuje mechanik samochodowy albo wykształcony człowiek co się remontami zajmuje.  Po odnalezieniu tych zaworów Pan Mąż w try miga założył nowy kran. Kran jest dużo lepszy niż poprzedni. Uf.