sobota, 16 stycznia 2016

Spadł i jest!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Miało go nie być wcale. Do wiosny miał padać jedynie deszcz. A tu niespodzianka! Jest śnieg! A za chwilę będzie i mróz prawdziwy a nie jakieś głupie, marne -5.
Wczoraj wieczorem świat wyglądał okropnie. Stołeczne sodowe lampy oświetlały na pomarańczowo ciężkie, niskie chmury z których sypał pomarańczowy śnieg a pomarańczowe samochody grzęzły w pomarańczowych zaspach. Szare budynki było ledwo widać przez ten padający śnieg nawet z niewielkiej odległości. Pozwoliłam sobie zrobić z tej okazji akwarelkę dokumentującą tę pogodę.


A dziś jest czysto, cicho i ślicznie. 



Nasze osiedle nabiera niezwykłego czaru i tajemniczości. A światło jest różowo żółte i piękne.




Dopiero kiedy Kretce zrobi się śniegowa maseczka na buzi, widać jak szeroko są na mordzie rozmieszczone psie oczy! taka maseczka robi się od bobrowania w śniegu i od niczego innego.



Muszka w swojej ulubionej pozycji "czekam na ciebie". Takiego kształciku wypatruję jeśli nie kręci mi się pod nogami. Zwykle parkuje w takiej pozycji obok jakiegoś śmietnika albo przy krawężniku. Muszka dalej jest pieskiem osobnym.



Być może śnieg jest uciążliwy. Ale jaki ładny!

niedziela, 3 stycznia 2016

Wieści z piwnicy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zupełnie mnie ostatnio nie ciągnie do zaawansowanych środków audiowizualnych. Komputer służy do pogrania w kulki a telefon i i-Pad do czytania. Siedzę mentalnie w piwnicy i nie śpieszno mi na zewnątrz. Ale przecież coś się wciąż dzieje. Ot choćby Święta były i Nowy Rok nadszedł a mnie się tych faktów nawet odnotować nie chciało. Bo - przynajmniej w tym roku - oba te fakty nijakiej ekscytacji w nas nie wzbudziły. Możliwe że ma to związek a) z długością naszego życia: Boże Narodzenie obchodzone dobrze ponad pięćdziesiąt razy jest mniej emocjonujące niż w dziesiątej wiośnie życia b) wszystkie nasze świąteczne upiory są od dawna nieobecne i zupełnie unieszkodliwione. Można się odprężyć.
Choinka kupiona przez Pana Męża bez oglądania (sprzedawali od razu zapakowane w choinkową siatkę) jest prześliczna, gęsta i nie sypie szpilkami. Barani udziec i kaczka udały się doskonale, ciast nie piekę wcale. Sąsiad organista jak co roku fałszywie ćwiczył kolędy.  Wyspaliśmy się, widzieliśmy się z całą rodziną i  ze wstydem muszę powiedzieć, że takie same święta jak za każdym razem powoli stają się nudne. Nie to, żebym jakieś życie pędziła wyrafinowane na co dzień, co to to nie, ale będąc z wizytą u krewnych nawet na drutach robić nie wypada. Trzeba trzymać język na wodzy i nie dociekać politycznych poglądów członków rodziny, bo można mieć Święta ze scenami. A po co?
Między kaczką a baranem machnęłam dziecku skarpetki:



Bawełniano - wełniana skarpetkowa włóczka od Lana Grossa wygląda bardzo niewinnie w  motku. Dopiero w trakcie roboty wyszło szydło z worka i okazało się że raport jest tak samo długi jak zwykle, purpur jest pięć, a beże dwa. Mimo to udało się zrobić dwie jednakowe skarpetki na malutkie Misiowe stopy.

6.grudnia obchodziłam Mikołajki w towarzystwie dziewczyn z Szarotkowa. Jedna z nich przyniosła zrobiony szydełkiem ni to mały kocyk ni to narzutę na niewielki fotel. Nie jestem fanką szydełkowych narzut, babcinych kwadratów ani innych takich. Wydawało mi się że sądzę, że szydełkiem to owszem koronki z kordonka można skutecznie dziergać i to na tyle. A tu zobaczyłam naprawdę czarującą narzutę. Kolorową, wykonaną masą ściegów, wesołą i ozdobną. Ziarno się w głowie posiało.
Początkowo nie zauważyłam że się posiało. Przemierzałam ravelry w poszukiwaniu szydełkowych elementów na żakiet z poprzedniego posta z coraz mniejszym entuzjazmem. Coraz wyraźniej przypominał mi się szydełkowy sweterek z dzieciństwa. Miał za ciasne rękawy i cały był jakiś mało podatny, kolor... o tym pisać nie będę. Nie udał się ten sweterek babci ani ani, ale i tak musiałam go nosić bo już był zrobiony a innego nie było. Zatem zmieniałam kryteria wyszukiwania z granny squares na crochet mandala i zachwycona znalazłam kocyk z Szarotek! Wzór okazał się darmowy i doskonale opisany. Nigdy jeszcze nie szydełkowałam po angielsku, ale skoro do każdego ściegu są zdjęcia to co szkodzi spróbować? Zagłębiłam się w odcyfrowywanie tych początkowych informacji, doszłam ile i czego na kocyk potrzeba, obejrzałam zalecany surowiec, pokręciłam nosem na akrylowo - bawełniane włóczki i zaczęłam rozważać własne zapasy wełny. Babcia szydełkiem przerabiała na przedmioty użytkowe różne resztki, może by też tak postąpić? Od siedmiu lat odwiedzam wełnodajny lumpeks i tak po troszku, po troszku zebrało się tego towaru do kaczki i trochę. Aby się mieścił w wydzielonym miejscu i aby go mole nie ruszyły kłębki i kłębuszki popakowałam w próżniowe worki. Są owszem bezpieczne, ale powoli tracę kontrolę nad zasobami. Zatem skoro Alicja już u nas była poprosiłam ją o konsultację wełniano kolorystyczną. Wybrałyśmy co się nam wydawało stosowne i w tym momencie zaczęłam czekać aż te Święta się skończą. Nie mogę się doczekać mojej Sophie Universe i nie mogę się doczekać, że z tych worków zniknie ot tak cztery kilometry z okładem wełny.
Cztery pierwsze części są zrobione, kocyk zapowiada się na dosyć spory.