poniedziałek, 30 maja 2016

Psia stomatologia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kto ma zęby, ten ma czasem z nimi kłopoty, a to rosną w dwóch rzędach, a to się starzeją wraz z nosicielem. 
Kretka jest bardzo, ale to bardzo pracowita. Jej zadaniem jest biegać, polować i kopać nory aż do zdechu. Nic jej w tym nie przeszkodzi. Kopiąc bez opamiętania popsuła sobie nadgarstki i stawy barkowe, a pewnie i łokcie. Kiedy łapy bolały już tak, że się kopać nimi nie dało darła glebę zębami. No jakie zęby to wytrzymają? Po kilku latach takiego kopania siekacze ledwie były z nad dziąseł widoczne a kły, dawniej wielkie jak u niemieckiego owczarka są jedynie smętnymi białymi, tępymi słupkami. Przyszła kryska na Matyska.
Pani stomatolog dla psów obejrzała tę ustną jamę z grubsza, wypisała plik skierowań, do kardiologa, do laboratorium, bo rentgeny, rwanie i lakowanie się musi w sedacji odbywać. Nie da się futrzanej pacjentce powiedzieć, żeby otworzyła buzię i spokojnie siedziała.
Badania zrobiliśmy, wyszły jak to u Kretki z niespodziankami, nad którymi lekarz prowadzący będzie sobie łamał głowę.
No i dziś nadszedł wielki dzień, poszła pies do dentysty.



 Naturalnie towarzyszyła jej Muszka, bo jak tu wziąć gdzieś pół dwupsa. Widać co Muszka myśli na widok takich klatek. Muszce się to nie podoba. Ale też nikt jej do klatki nie pakował. Patrzyła na klatki z zewnątrz a nie z wewnątrz.



A kretka dostała zastrzyk i tu widać jak zaczyna się składać.
Walczyła dzielnie, ale zastrzyk był silniejszy.





Po godzinie zastaliśmy ją dalej złożoną, ale pod tlenem, pod kocykiem i nieco mniej zębatą. Jeden siekacz miał jednak otwartą komorę i mętny obraz korzenia w RTG. Za to pozostałe zęby są czyste, odkamienione, wypolerowane i zalakowane. Trudno szło psu wybudzanie tym razem. Nie chciała wstawać.




W końcu po budzącym zastrzyku, kiedy pan już się denerwował, czy pies aby żyje Kretusia dała się postawić i chybotliwie wyszła z kliniki na własnych nogach.
Ona jest uboższa o ząb, my o kilka stówek. Usługi stomatologiczne są kosztowne.
A oto rzeczony ząb. Siekacz, ten trochę większy co jest tuż przed kłem. Dopiero jak się taki ząbek zobaczy to widać, czym to zwierzę może ugryźć dzika w tyłek do krwi. Ostatnio widoczny dla publiki był tylko ten maleńki czysty kawałeczek na dole zdjęcia, ale w młodości był to centymetr ostrego siekacza o nierównej krawędzi w sam raz do zadawania ran szarpanych. Reszta to korzeń. Jak to się mieści w takiej małej mordusi - niepojęte!




Bardzo mnie dziwi, gdy ktoś mi oświadcza, że psy kiedyś tyle nie chorowały. Nikt ich nie badał i tyle.  Przecie pies nie powie sam z siebie, że boli go ząb! Po prostu żyły, cierpiały i umierały nie afiszując się ze swoimi licznymi chorobami. Tak jak większość stworzeń i ludzi na Ziemi.

czwartek, 26 maja 2016

Witamy nowego obywatela w ogródku - już go pożegnaliśmy :-(

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Sójki pojawiły się w lutym. Najpierw były bardzo płochliwe, potem coraz mniej się bały aż zaczęły nas i nasze psy ignorować. Nikt za nogę nie łapał, w karmniku były pyszności i się przyzwyczaiły.  Założyły gdzieś w okolicy gniazdo, ciągle je u nas w ogródku widywałam. Trudno sójki nie zauważyć, to naprawdę duży i kolorowy ptak.
Dziś rano patrzę i oczom nie wierzę. Siedzi przy karmniku taki stworek:



Kolory pokazują kto to jest, ale od starych się różni. Ogonek ma krótki, dziobisko jasne a nie czarne, nie ma wąsików.



Mina głupia, oko może i bystre, ale jakieś dziecinne.



 A tu dla porównania dorosły, długi ogon i dorosły długi dziób.



Właściwie to ta notka nie jest o sójkach a o frustracji, progerii (błyskawicznym starzeniu się) sprzętu elektronicznego i zniechęceniu.
Mój ulubiony aparat fotograficzny ma 8 lat. Jest to już absolutny matuzalem z czym ja nie chcę się pogodzić. 20 lat robiłam zdjęcia Zenitem, który miał swoje wady, ale od pierwszego do ostatniego dnia współpracy działał tak samo dobrze. Przestali produkować błony, znikły fotolaby, zaczęła się fotografia cyfrowa i się przystosowałam. Ośmioletniemu Canonowi dalej nic nie brak, to porządna metalowa lustrzanka do której dziwacznego menu już przywykłam i absolutnie nie mam zamiaru inwestować kolejnych tysięcy w nową. Problem w tym, że sześcioletni iMac przestał ją widzieć jako dysk zewnętrzny. Kompletnie ją ignorował. Jeszcze zanim zignorował Canona zaczął niezauważać Leiki, której też nic nie brakuje jako aparatowi fotograficznemu. Nowej Leiki też nie zamierzam kupować. Jako szczęście w nieszczęściu uznałam, że aparat w ostatnim iPhone jest już akceptowalny, i przymuszona koniecznością zaczęłam go używać. Ale do diabła, to nie to samo. Bo sfotografować skarpetki nim da się, ale zrobić zdjęcia sójce już nie. Ani krajobrazowi górskiemu, ani martwej naturze, ani nawet psom w parku. 
Dawno temu pewien zawodowy fotograf ostrzegł mnie, ze cyfrowa fotografia to droga zabawa. Bo co chwila trzeba kupować w pakiecie nowy komputer, nowy aparat i nowe oprogramowanie jak się to na poważnie bierze. Całość w cenie dobrego nowego samochodu. 
Przez kilka lat mój niezły zestaw śmigał aż miło a teraz d... blada, nie chce. Bo części zestawu się zwyczajnie nie widzą. Zainwestowałam w czytnik kart All in One. Karta CF z Canona też powoli odżeglowuje w rejony zainteresowań historyków komputeryzacji. Nie wiem, czy sobie kilku na zapas nie sprawić, póki Allegro jeszcze ma jakieś na sprzedaż.
Czytnik działał dwa dni, ładnie zapisałam zdjęcia tam gdzie chciałam, ale dziś już nie zadziałał. Komputer wyświetlił mi jakiś niezrozumiały i wewnętrznie sprzeczny komunikat. Przez te dwa dni zmieniłam domyślne nazwy kart aparatów i ... alleluja! Komputer znów widzi aparaty jako zewnętrzne dyski. Ciekawam jakie jeszcze pułapki zastawią na mnie producenci aparatów, oprogramowania i Apple.
Bo póki nie wypstrykam tych tysięcy spustów migawki po których aparat cyfrowy popełnia samobójstwo, nie zamierzam kupować nowego. A jako stara zgredka przywykła do faktu, ze błona ma 36 klatek i ani jednej więcej myślę chwilę nim przycisnę spust. Nie fotografuję całego świata jak leci, więc to jeszcze trochę potrwa. Canon to nie iPhone, który po trzech latach od daty produkcji jest już rzęchem powolnym jak żółw, o co starają się kolejne usprawniające go aktualizacje.
No i jak tu skuteczne przestać palić????


Nowy obywatel utopił się w oczku wodnym, choć było pełne po brzegi. A drugi, taki sam osobnik skonał w garnku z nawozem. Chyba te sójki zbyt wcześnie z gniazda wyleciały. Dzieci trzeba pilnować. :-(((

wtorek, 10 maja 2016

Nic nie boli tak jak życie - torba z moheru

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Tak śpiewała Budka Suflera jakieś dwadzieścia lat temu. Czyli panowie byli około pięćdziesiątki. Faktycznie pięćdziesiątka boli bardziej niż czterdziestka.  Starannie leczone i wszystkie własne zęby potrafią tak dać w kość, że się odechciewa. Głupia kieszonka między zębami boli tak samo jak zapalenie okostnej albo zgorzel. Pół pyska dudni głucho, nie wiadomo czy to szczęka czy żuchwa, nie daje się myśleć ani czytać ani robić nic pożytecznego. To w końcu mija, ale nie na zawsze, tylko do kolejnego razu. 
Całkiem zdrowe zęby rosną w środku - bo jak wiadomo człowiek rozwija się przez całe życie - rosną w nieskończoność nie tylko uszy i koniec nosa, ale również miazga zęba. I tak cholera jedna rośnie, że dusi naczynia krwionośne i nerw w zębie. Mało co jest boleśniejsze niż obumierające tkanki. 
Zaliczyłam już takie dwa ząbki.
Wszystkie dawne kontuzje o których się wiedziało i o których się nie wiedziało przepowiadają pogodę albo bolą constans. Rozcięgno stopy przyczepione jest do pięty, na szczęście nie w miejscu, na którym się staje, mogę chodzić. Ale samo w sobie boli strasznie i już bardzo długo. Teraz jest gorzej, bo się ciepło zrobiło. Za miesiąc zapukam do ortopedy i mam nadzieję na strzał sterydu w to ścięgno. Będę klęła przy iniekcji jak szewc, ale reszta lata będzie łatwiejsza do zniesienia. Na dodatek dokucza mi wstrętne uczulenie (tylko swędzi, ale za to jak!) i rwa kulszowa. Same atrakcje.
Po co ja to piszę? A bo chodzi mi to po głowie (bo boliiii) i nie daje pisać o czym innym. Na dodatek przytyłam, w spodniach mi ciasno, ponury humor gwarantuje mi niepalenie i jedynie kreatywność daje trochę oddechu.
Zatem jak zwykle skarpetki:



Dla koleżanki na urodziny z Opala Rummelplatz. Wesolutkie, niewielkie (rozmiar 36) i z dyndadełkiem.
Niedawno e-dziewiarka jak ludzki pan dała naprawdę wielki rabat na porządną wełnę skarpetkową. Pewnie producent dał duży rabat, bo ta wełna z racji wzoru nie nadaje się na nic innego niż skarpetki. Odcinki wzorzyste są zbyt krótkie na inne wyroby. Mam tego surowca niby już szufladę, ale dziewiarce nigdy dość i tak się ucieszyłam, że się załapałam, że się zaopatrzyłam. I jedne skarpety już są. Zakitrałam je do skrytki, przydadzą się na Mikołaja, wtedy zwykle mam planów więcej niż mocy przerobowych.



W moich zbiorach wełnianych od lat straszyło kilka motków tradycyjnego, grubego, niemodnego moheru. Takiego na moherowe berety, kudłatego za to w bardzo pięknych kolorach. Dumałam nad nim długo i padło na torbę do sfilcowania. Pooglądałam filcowane torby na Ravelry, pomyślałam, wzięłam druty numer 4, dość bezmyślnie zrobiłam długą rurę robiąc w kółko, zeszyłam dno, wykończyłam brzeg i-cordem i wrzuciłam do pralki na 60 stopni w towarzystwie trampek. Nie przejmowałam się specjalnie rozmiarami, pamiętałam tylko że dzianina bardziej traci w filcowaniu na długości niż na szerokości. 
Z pralki wyjęłam coś, co naciągnięte mocno na trzy grube książki wyschło i zachowuje kształt jakiego oczekiwałam.




Dofilcowałam na sucho kilka kwiatków, uszyłam podszewkę, włożyłam do środka tekturowe dno i przypięłam metalowe nóżki. Z parcianej taśmy są uszy, zamek magnetyczny doszyłam ręcznie.






Dwa szwy połączyły wszystkie części w całość.

Torba jest akurat rozmiarem na codzienne spacerowanie. Mieści smycze, torby na psie kupy, portfel, telefon i klucze. Jest lekka, nie dam rady robić z nią zakupów, co było niestety możliwe z plażową torbą z Tchibo. Noszę na grzbiecie te chleby, kartofle i schaby, a potem płaczę, że boli, strzyka, chrobocze i dokucza. Na zakupy jest wózeczek i Skoda. Na spacery lekka torba z moheru.
Niestety, posiadany majątek mieści się w kieszeniach tylko w zimie. Ostatnio telefony, portfele i klucze są tak wielkie, że w obcisłe spodnie nie ma ich jak wepchnąć. A wisiorek ze smyczy nie zdobi kobiety ani trochę. Podobnie jak plastikowe torebki wyfruwające z kieszeni na wolność.