czwartek, 28 grudnia 2017

Radykalnie etyczni

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zrobiłam sobie kolejną czapkę, wyszła świetnie. Zobaczyłam ją kiedyś na Ravelry, nazywa się Edith hat. I z głowy mi wyjść nie chciała, bo ładna, skubana jest. Przyglądałam się tym zdjęciom, przyglądałam i nic.
Szykując się do niebieskiego swetra z Lopi Einband kupiłam o jeden niebieski kłębek więcej, a do zamówienia dołożyłam i biały, niech leżą. Przeglądając ostatnio Ravelry znów trafiłam na Edith. Popatrzyłam, przyjrzałam się bliżej, przemyślałam cenę wzoru (6,15$), Pogrzebałam na półce z książkami, znalazłam wzorek otoku u Sheili Mc Gregor (The Complete Book of Traditional Fair Isle Knitting). Wzór na główce czapki dał się bez trudu narysować na kartce w kratkę. Dzięki dobrej rozdzielczości zdjęć widać było i miejsca i sposoby zbierania oczek. I że 20 oczkowy wzór otoka powtarza się na połowie czapki 4 razy. Znaczy dookoła na początku jest 160 oczek. W międzyczasie świątecznych przygotowań odgapiona czapka powstała:



Na głowie siedzi doskonale, dużo lepiej niż zrobiona kiedyś tą samą techniką czapka z Dropsa.



Jak dobrze popatrzycie to zobaczycie wszystkie zbierania oczek.



Uszy chroni podwójna dzianina. Aby różniła się od tej z Ravelry dostała kutasik na sznureczku.
Bardzo mi się ten udzierg podoba i pochwaliłam się nim na Dzianej Bandzie. Ja idiotka, com ja głupia narobiła! Dostało mi się od pewnej młodej, radykalnej antypiratki. Bo jej zdaniem spiraciłam wzór. Po krótkiej dyskusji opuściłam grupę, bo nie po to uczestniczy się w takich grupach, żeby znosić przykrości i uszczypliwości. Mnie ta grupa na nic, Ja też im na nic, a bloga Naczelnej Dziergaczki Grupowej na szczęście można czytać poza FB. I umówmy się, rzadko w lokalnej drutosferze widzi się zapierające dech w piersiach wyroby.
Sprowokowało mnie to jednak do przemyślenia sprawy wzorowego piractwa, mam już do tego historyczny dystans i pewne wnioski mogę zeń wyciągnąć.
W dawnych, słusznie minionych latach nie było piractwa, tylko obowiązek ubrania w coś rodziny. Takie obowiązki spadają zawsze na kobiety. Tak się jakoś dzieje. Kobiety miały jakimś sposobem tajemnym zapewnić w tych ponurych czasach gacie, swetry, buty i skarpetki całej rodzinie. Rzeczy kupne były brzydkie, rzadko spotykane, ale nieporównanie trwalsze niż dziś. Zdobywanie ich było uciążliwe, a czasem niemożliwe. Na przykład na moje dziecko ubrania kupić początkowo nie można było żadnego, bo było za małe na rodzimą rozmiarówkę. Mając rok Misia dorosła do okropnych, białych śpiochów. Jako osoba biegle raczkująca i chodząca od dawna nie używała śpiochów tylko dżinsów z biedronką na pupie mojej produkcji. Ubierałam ją samodzielnie z niewielką pomocą paczek z zachodu i sąsiadki. Wszystkie znajome mi matki podobnie kombinowały. Jak któraś wymyśliła jakiś fajny ciuch czy wzór, to dzieliła się nim hojnie z koleżankami w bufecie studenckim. Babcia też bywała pomocna. O nijakim piractwie mowy nie było. Był zbiorowy wysiłek kobiet, żeby nikt goły nie chodził. Każde zachodnie pismo dotyczące szycia czy dziergania było traktowane z szacunkiem, używane do ostatecznego rozpadnięcia się przez wiele, wiele osób. Piractwo, dobre! Zabawa to było haftowanie: lekka, nikomu nie niezbędna czynność robiona tylko dla wartości estetycznych.
Tylko nie zauważyłam ile te niemiłe odzieżowe obowiązki mnie nauczyły. Jako dziecko często biegłam za babcią, która jakby nigdy nic skradała się za kimś po ulicy gapiąc się nań jak jastrząb na kurczaka. Po powrocie do domu odgapiony wzór był szybko notowany na karteluszku, wieczorem powstawała próbka i babka miała o jeden egzemplarz więcej w prywatnej bibliotece wzorów. Jakby nigdy nic nauczyła mnie tego samego: widzieć jak coś jest zrobione. Mam tak do dziś. Jak wiem to wiem, jak nie wiem, to pytam albo kupię książkę i się dowiem.
Wcale nie miałam tak źle w czasach słusznie minionych. Mieszkałam w Warszawie w dzielnicy rządowej, byłam wykształcona, mąż nr 1 też, pracownik naukowy, a jakże, zarabialiśmy z 40 dolarów do spółki po przeliczeniu ze złotówek. Trzeba było z tego opłacić wszystko co do życia potrzebne, wakacje, książki, ale nikomu by nie przyszło do głowy kupić na ten przykład książki za 24$. Szkła okularowe fotochromowe za 40$ kupiłam sobie za pieniądze zebrane (ku memu zdziwieniu) na ślubie.
Czas leciał i przyszedł Internet a z nim pierwsze forum Hafciki. O Matuś i córuś, jakież tam piractwo odchodziło. Świat mi pokazał co ma do zaoferowania, oderwać się od tego nie mogłam. Co ciekawe tam pierwszy raz spotkałam się z postacią Radykalną Etycznie. Była to niejaka Ciotka Muminka (ksywa zmieniona, ale do rozpoznania przez bywalców Hafcików). Tępiła piractwo bezwzględnie, jak pastor wytykała nam etyczne braki i... nie mieszkała w Polsce. Klikała do nas z oburzeniem na naszą niską postawę moralną z Wysp Brytyjskich skarżąc się tylko na jakość usług internetowych na jej wsi. Kładłyśmy uszy po sobie, przyznawałyśmy jej rację, ba, wiedziałyśmy świetnie że ma rację. Wiedziałyśmy ze to brzydko kraść. Ale ona z jej brytyjskim portfelem kraść nie musiała, my poza Unią, bez kart kredytowych (bankomaty się powoli pojawiały dopiero) i z rodzimymi zarobkami, które choć tu wydawały się okazałe, to TAM żałośnie, śmiesznie małe. A obok ujadającej Ciotki linki: strony chińskie pełne przepięknych haftów, strony ruskie, pełne jeszcze piękniejszych i zawirusowane jak diabli, potem nieistniejaca już kopalnia piracka Multiply i albumy Picassa Ale gdyby nie te dzikie strony nie miałabym pojęcia o projektantach i projektach, do nas taka wiedza naziemnie nie docierała. Kto to jest Martina Weber, Teresa Wentzler czy Laura J. Perrin dowiedziałabym się z nikąd.
Czasy się zmieniły, mamy teraz dobrobyt i kapitalizm, dolar nie kosztuje 100 zł tylko trzy złote z groszami i nawet oryginalny zestaw od Alice Starmore mogę sobie kupić jak bym strasznie chciała. Mamy karty kredytowe z wypukłymi literkami, Pay Pal i cuda wianki. I jak komu zależy na fajnej wełnie czy wzorze, to sobie może kupić. I ma kupować. Bo ten co wymyślił chce zarobić. I ja to świetne rozumiem. Za pracę płaca się należy. I jak potrzebuję czegoś to grzecznie płacę, ale nie potrzebuję wszystkiego. Bo bardzo dużo, naprawdę dużo umiem. Teraz jesteśmy w Unii, kulturalni, nie dzicy i już trochę wyedukowani. Przynajmniej oficjalnie.
Trojga imion młoda osoba, co mnie ustawiała dziś na zamkniętej grupie na FB jest bardzo młoda. Nie pamięta kartek, niedoborów i braku wszystkiego. Nie pamięta brzydoty ogólnej, wspólnych pism i obowiązku ubrania rodziny we wszystko. Nie zna wspólnoty kobiet razem ciągnących to brzemię. Nie pamięta również inflacji. Ona jest pewna swojej interpretacji pojęcia piractwa. A coś mi się wydaje że nasze uczestnictwo w światowym życiu (także tym dziergającym) to przelotna sprawa. Po kryzysie bankowym w 2008 roku nic się w życiu finansowym świata nie zmieniło, nigdy nie byliśmy tak zadłużeni jak dziś. Aktualnie rzadząca ekipa robi wszystko, żebyśmy z Europy wylecieli w objęcia nieodgadnionego wschodu. Europa się sama w sobie rozpada. Jeśli stopy procentowe ruszą, to mogą ruszyć bardzo szybko i się łatwo nie zatrzymają. Ja bym chciała, żeby blond tej niegrzecznej osoby zawsze pochodził z tej drogiej farby, a nie z flaszki z wodą utlenioną, bo pozielenieje. I niech jej kolczyk w nosie zawsze błyszczy i nigdy nie zardzewieje, i niech nigdy nie będzie musiała nikogo prosić o pomoc w zrobieniu sweterka bo jej dziecko zmarznie. Niech nigdy, przenigdy nie zarabia do spółki z mężem 40$ i niech nigdy kupnie czegoś z lepszego świata nie będzie dla niej niewykonalne z powodu kursu walut i dysproporcji zarobków.  Niech ma tylko takie zmartwienia, że nieetycznie jest sobie zrobić coś, co już ma ktoś inny i za to nie zapłacić 6,15$.

czwartek, 14 grudnia 2017

Bukiet od Alicji

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Na operację zaćmy Alicja grzecznie czekała 2 lata. W czerwcu odezwała się klinika na Kaczej, żeby przyjechać i rozpocząć przygotowania. Alicja pojechała i się zaczęło. Oczy poddane bardzo dokładnym badaniom ujawniły, że bynajmniej nie tylko zaćma im dolega. Oprócz zwyrodnienia plamki żółtej jest również jaskra, której nikt przedtem nie zauważył. Do jesieni rozprawiono się i z jaskrą. W międzyczasie używając gróźb, próśb i wyśmiewania, po siedmiu latach udało mi się wyekspediować teściową do dermatologa z powodu niegojacego się owrzodzenia na czole. Już siedem lat temu, gdy zgłosiła, że ma tu na czole coś takiego, co ciągle się rozdrapuje w nocy o poduszkę znałam prawdopodobną diagnozę. Ona też, tyle że ze strachu wolała o tym nie pamiętać. Nie widział tego ani onkolog operujący pęcherz, ani lekarz rodzinny ani żaden inny, choć u lekarza Alicja bywa często. Przez siedem lat. 
Dermatolog spojrzał i tylko jęknął, wysłał do chirurga plastycznego. Chirurg plastyczny się nie przeląkł i już chciał wycinać, ale Alicja sprawę chciała odwlec na po zaćmie. Już się zapisywała na termin zabiegu na oku, był piątek, zaćmę mieli zdejmować w poniedziałek, gdy w końcu ktoś spojrzał ze zrozumieniem na jej twarz, zbladł i wykrzyknął, No z tym na czole to ja pani żadnej zaćmy nie wytnę! Proszę tu wrócić trzy tygodnie po zabiegu ze zdjętymi szwami. Ależ zła była Alicja. Poszorowała do chirurga plastyka, ubłagała o przyspieszenie terminu (terminy rzecz ważna, badania są ważne 3 miesiące, większość badań płatnych a emerytura emerycka, do zoperowania oboje oczu). Jesień średniowiecza zrobił jej ten plastyk na czole, cięcie 8 x 7 cm. Lifting że hej. Po trzech tygodniach, już bez szwów za to z wynikami histo (był rak podstawnokomórkowy - nie ma raka!) zapisała się na zaćmę i 27 listopada zaćma w prawym, gorszym, oku została zlikwidowana. Aby zapobiec podstępnym działaniom Alicji, która nie znosi kurateli i nadzoru oraz uporządkowanego trybu życia nakazałam, że do kliniki Alicja pojedzie od nas a nie z domu. Spakuje się przy przytomności, zabierze co trzeba z domu i na chwilę u nas zamieszka.
A ma u nas Alicja pewną szczerą wielbicielkę:




Frania załatwiła sprawę tak, zeby operacją się Alicja zanadto nie przejmowała.

W wyznaczonym czasie Tomek zawiózł mamę na Kaczą, a jak zadzwonili, żeby ją odebrać, to odebraliśmy trochę otumanioną i zdumioną, że nic nie boli.

Zaczęło się wpuszczanie kropelek. jednych cztery razy dziennie, innych trzy razy dziennie a niektórych tylko raz. Zrobiłam rozkład jazdy i wpuszczałam, przemywałam, pilnowałam. Okazało się, że skarpetki Alicji, z piekielnie drogiej wełny od Hedgehog Fibres w kolorze Aroma  nadają się psu na buty. Rozwlekły się jak nieboskie stworzenie i nawet na mnie są za wielkie. Zrobiłam jej skarpetki na cito we właściwym rozmiarze.


Po kilku dniach kropelki Alicja wpuszczała sobie sama, mogła czytać, więc przynosiłam jej z lokalnej biblioteki wagonami ksiązki pisane wielką czcionką, pilnowałam jedzenia, zabawy i żeby się absolutnie nie schylała ani niczego nie podnosiła, nawet kartonu z mlekiem. Frania obdzielała nas wszystkich swoimi łaskami, a oko się goiło. Kupiłam teściowej maść na gojenie blizn i po kilku dniach stosowania okazało się, że chirurg plastyk znał się na swojej robocie. Widać cienką linię cięcia, ale kto widział Alicję bezpośrednio po usunięciu zmiany, ten nie uwierzy że to było tak niedawno.


Dziś Tomek zawiózł szarą ze strachu Alicję na kontrolę. Jeżeli lekarz pozwoli, to miała wrócić do siebie. Oko goi się świetnie, do domu można wracać, drugim okiem zaczynamy się zajmować 28 grudnia. Tomek przywiózł mi od teściowej bukiet pięknych róż. Bardzo mi się podobają!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Czy są tu jeszcze jacyś dorośli?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czemuś głupi? Bom biedny.
Czemuś biedny? Bom głupi.
Wiele lat ten ulubiony wierszyk Pana Męża wydawał mi się przesadny i pełen pychy. Aż usłyszałam, że pewien pan wybił szyby w obcym samochodzie stojącym na parkingu, bo mu się wydawało, że na tylnym siedzeniu leży kalafiorowy świeżak z Biedronki. Niestety, był to prawdziwy kalafior, tak samo jak Policja i kara za zniszczenie cudzego mienia były prawdziwe.
Kalafiorowy świeżak wygląda tak:
O świeżakach pierwszy raz usłyszałam, gdy bardzo dojrzała, żeby nie powiedzieć przejrzała pani poprosiła mnie o jakieś znaczki z Biedronki, bo jej wnuczka koniecznie chce jakiegoś świeżaka. Brzmiało to głupio i głupie się okazało. Za ileś tam wydanych pieniędzy dostawało się znaczek, za znaczki dostawało się pluszowego świeżaka. Policzyłam sobie, że aby dostać zabawkę za maksymalnie 5 zł w produkcji, trzeba w tanim dyskoncie wydać tysiące złotych. Dzieci oszalały i kazały biednym dziadkom i rodzicom kupować ile się da, żeby zgromadzić całe stado świeżaków. Ponoć kalafiory są najrzadsze.



Jak świat światem dzieci zawsze coś chciały do zabawy albo do szpanu, a dorośli odmawiali kupna z powodu braku pieniędzy. Czyli dzieci były dziećmi, a dorośli dorosłymi. Byli odpowiedzialni za domowe finanse. 
Hasło Biedronki skierowane do dzieci, aby zgromadzić wszystkie świeżaki, na powyższym rysunku jest ich 18, to narażenie domowego budżetu na obłędne wydatki, licząc spod palca 18 x 2,5. tys zł daje 45 tysięcy złotych, kwota dla klientów Biedronki chyba niewyobrażalna nawet w banku, za to wystarczająca na nowy samochód albo wakacje wielkiej rodziny w drogim hotelu nad gorącym morzem. Okazało się że nie tylko dzieci, ale również i dorosli potraktowali to poważnie. Stąd polowanie na biedronkowe znaczki i włamania do cudzych samochodów.
Lidl nie pozostał w tyle i obiecuje za ileś wydanych tam pieniędzy coś tam z logo Gwiezdnych Wojen. Bratanek urobił już rodziców i ci dzwonią po znajomych prosząc o współudział w zakupach w Lidlu. 
O ile mogę kupić bratankowi coś z Gwiezdnymi Wojnami na wierzchu, o tyle w tej zabawie nie będę uczestniczyć. Nie zamierzam być biedna, bo głupia. No i od dawna jestem dorosła.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Osiągnięcia hodowlane

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wczoraj minął rok jak jesteśmy bez Kretusi, teraz mamy takie pieski:




Jeden i drugi egzemplarz dumnie reprezentują narodowe tradycje hodowlane. Frania jest cairn terierem. Wywodzi się ze Szkocji, z Wyspy Sky, jest najstarszym z czterech szkockich terierów. Ci co się znają na rzeczy twierdzą, że pokrój tego psa nie zmienił się od średniowiecza. Wprawdzie jako osobną rasę zarejestrowano cairna dopiero w 1910 roku, ale od setek lat te malutkie (pierwotnie ok 5 kg) psiaki samodzielnie buszowały po szkockich skalnych rumowiskach polując na lisy, kuny i innych pustoszących kurniki drapieżców. Pilnowały domów, towarzyszyły ludziom.  Prawo angielskie (i szkockie) zabraniało pospólstwu posiadania dużych psów, to mogli jedynie szlachcice. A ponieważ psy w gospodarstwach były potrzebne więc prości ludzie trzymali małe, odporne i samodzielne zwierzaczki. W takiej Szkocji prości ludzie przez stulecia utrzymali cztery wspaniałe rasy! Teriera szkockiego, westie, cairna i sky teriera.
To musieli być bardzo zdyscyplinowani włościanie, nie było im wszystko jedno co się z czym skrzyżuje, skoro potrafili wyhodować i utrzymać rasę odpornych, małych, uroczych, samodzielnych, łownych  pieseczków. Pod tym względem polscy włościanie są za Szkotami daleko w tyle. Muszka jest godną przedstawicielką typowej polskiej rasy zagrodowej. Owszem, ma swoje zalety, zjadła nawet kiedyś kreta razem z futerkiem, niewiele jej trzeba do szczęścia, ale nikt nie wybiera się wpisywać jej do Księgi Psich Ras.




Na szczęście dla cairnów nigdy nie stały się one rasą przesadnie modną. Hodowcy zajmujący się nimi (i nimi zauroczeni) robią wszystko, żeby zalety rasy utrzymać. Zatem pilnują twardego, odpornego  na pogodę i brud futra, które trzeba trymować i nie daj Boże strzyc, bo zmięknie i nie będzie psa chroniło. Pilnują dziarskiego, nieustępliwego charakteru i ślicznego kształtu oraz sprawności terenowej pieska. Wprawdzie tak jak wszystkie rasy cairn mocno przybył na wadze w ciągu ostatniego stulecia, ale to mocniejszy kościec i masa mięśniowa a nie sadło. Modne rasy nieuchronnie ewoluują w dziwną stronę dla uciechy posiadaczy. Biedne teriery szkockie mają teraz tak krótkie nogi, szeroki tułów i długą sierść, ze nie mogą zrobić kupy nie obesrawszy sobie dokumentnie zadka. O włażeniu na drzewo za kotem już pewnie nie pamiętają.  Z dzielnych pogromców szczurów i lisów zrobiły się kwadratowymi, nieruchawymi tłuściochami. Owczarki niemieckie ledwo chodzą, bo komuś spodobał się podwinięty zad. A cairny są jakie były. Moda zmienia im tylko fryzurę na mordce. Oto słynny Toto z Czarnoksiężnika w Krainie Oz:



A to modnie uformowane łebki eleganckich cairnów:



Toto nie ma głowy uformowanej w kulkę z kolistą kufą, Toto jest pięknie wiatrem czesany. I tak samo wiatrem czesana robi się Frania. Nie będę jej wyrywać palcami włosów z uszu i mordki, bo bardzo tego nie lubi, wyrywa się i popłakuje, pies trącał modę.



Ograniczam się do trymowania sztywnej sierści na tułowiu, co jest przyjmowane spokojnie i wycięcia włosów wchodzących do oczu oraz pielęgnacji łapek. Nie będę przemocą trymować ogona na marchewkę, Frania ma na ogonku zakazaną flagę i co z tego, ma to ma.
I odkąd podjęłam postanowienie o niezamęczaniu Frani w imię urody Frania jest dla mnie dużo milsza. Wczoraj przyniosła mi pierwszy raz szarpaka do zabawy.



A Pana Męża, który jej futerka nie skubie, wita serdecznie nawet po chwilowym niewidzeniu. Jestem zazdrosna i też chcę być tak traktowana.

wtorek, 7 listopada 2017

Cztery lata planowania i... jest!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chciałam mieć i mam:
Najbardziej niebieski z niebieskich, bardziej niebieskim być nie można, sweterek z Vogue Knitting/ Fall/ 2013. Spodobał mi się od razu, ażur i półpatent dobrze wyglądają i tworzą wzór fantastycznie schodzący się na ramionach. Dzięki temu ściegowi sweter jest niesamowicie elastyczny, lepiej tego z akrylu nie próbować robić. Patent jak to patent, czy po dzisiejszemu brioszka, zjadł sporo wełny i strasznie się powoli robił. Wełny szukałam długo, w końcu znalazłam Lopi Einband w kolorze Vivid Blue. Ciekawe czy mnie zje, tak czy inaczej na całkiem gołą skórę się nie bardzo nadaje.


Pstryknęłam nim aparat pożarł kolor bo mu coś nie odpowiadało. Nie wiem dlaczego ten ażur tak nierówno siedzi w swojej grządce, po obu stronach ma po 2 lewe oczka, a nie jest po środku. Na próbce wykonanej mniejszymi drutami było ok. Sprawdzałam na Ravelry, innym paniom wychodziło to jeszcze gorzej.
Oryginalny sweterek ma mały golfik. Dla mojej szyi półgolfy się nie nadają, ja muszę mieć wycięcie V, bo inaczej szyja mi zanika. Nawet myślałam jak to wykończyć i czy w ogóle to wykańczać przy szyi, ale jakieś takie gołe było w tej postaci:


Błękitu nigdy dość, zatem koleżanka dostanie kobaltowe mitenki z szetlandzkiej wełny z japońskim wzorkiem:

Proszę tylko koleżankę, aby nie narzekała na pomyłki we wzorku. Tylko Pan Bóg jest nieomylny!
Z podarowanych pojedynczych kłębków dropsowego Fabela powstały jeszcze skarpetki, jak znam życie nosiciel się biegiem znajdzie.

A za chwilkę, za kilka dni podsumujemy rok z Franią!

Dopiero jak zajrzeć do postu z listopada zeszłego roku to widać jak się psina zmieniła, Nie lubi trymowania futerka na mordce, to nie trymujemy. Taka jest wiatrem czesana.

piątek, 27 października 2017

Staś trzymany w domu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Coraz częściej na naszych szarotkowych, dziewiarskich spotkaniach poruszany jest temat niejakiego Stasia. (Właściwie chodzi o coś zwanego stash po angielsku a Vorrat po niemiecku, po polsku powinny być to zapasy; chodzi o zapasy włóczki zbierane przez dziewiarki). Nikogo nie dziwi, że mechanik samochodowy ma hangar młotków, spawarek, podnośników i innego szpeju. Ktoś reperujący elektronikę tonie w kablach, podzespołach i kalafonii, krawcowa zwykle ma szafę tkanin, malarz bezwstydnie posiada farby, pędzle i drabiny a szewc klej, kopyto i skórzane łatki. Może to dlatego, że oni wykonują pracę zawodową a my tylko hobby to im wolno mieć potrzebne zabawki, a nasze to coś wstydliwego? 
Nie wiem. Na pewno mam w domu więcej książek niż włóczki.W każdym pokoju są co najmniej dwa pokaźne regały do sufitu, szafy we wnękach przyokiennych są pełne papieru, wielka meblościanka w piwnicy zapchana jest tym towarem, że o mało nie pęknie a i druga piwnica powoli się zapełnia. Mimo to Pan Mąż nie twierdzi, że mamy za dużo książek i nie wywraca oczami, że jakaś przybyła. (Mnie dziś przybyły trzy, z czego jedna to bardzo gruby King, do niego listonosz rano przyniósł jedną). A włóczkowy Staś to jakiś problem? Mam równo trzy szuflady surowca do przerobienia i nie wydaje mi się, żeby to było szczególnie dużo. O co ten raban, czemu temu Stasiowi koleżanki poświęcają aż tyle myśli i czasu? Postanowiłam zgłębić temat. Przeczytałam A Stash of Ones Own Clary Parkes. I dowiedziałam się, że to co mam, to nie żaden Staś a zaledwie podręczny Stasinek. Bo niektórzy/re to mają pełną piwnicę worków z surowcem. Albo pokój gościnny zamieniony na przechowalnię, z regałami i programem magazynowym aby w tym nie zginąć. A co gorsza są Stasie przeogromne nie wiadomo czego, bo nie prowadzono księgowości, banderolki poginęły i właścicielka zupełnie się już w swoim Stasiu nie orientuje. 
Po lekturze książki wiem że należę do dziewiarek bez Stasia, jak Amy Herzog. Nie kolekcjonuję kłębków dla samego zbierania. Nie turlam się w moich zbiorach. Wiem co mam i wiem na co to jest. Kupuję wełnę (tylko wełnę, wełnę z jedwabiem, len lub alpakę, jak się da to i kaszmir z odzysku) na konkretne wyroby w konkretnej ilości. Na bluzkę ma być minimum 1200 metrów, na skarpetki 400 metrów. Na szal estoński powyżej 1200 metrów, na szal mniejszy 800 metrów wystarczy. Nie kupuję pojedynczych bardzo pięknych kłębków bo do podziwiania są obrazy i biżuteria, zwierzęta, rośliny i muzyka, a nie najpiękniej nawet ufarbowane 100 metrów wełny z której nie wiadomo co zrobić. Całe dzieciństwo musiałam nosić babcine wyroby z włoczek łączonych w niewiarygodne "tweedy" bo każdej było za mało. Babcia kupowała to co było z pieniędzy skręconych z koszyczkowego, bo własnej pensji nie miała. I robiła co musiała z tego co było. 
Nie znoszę takiej partaniny i łataniny, nie lubię mieć każdego rękawa innego koloru i w związku z tym nie nadaję się na kolekcjonerkę ręcznie farbowanych cudownych motków. Każda próba dziergania z takich motków to była wtopa. Sweter z Arco Iris Silky Merino od Malabrigo każdą część miał w innym kolorze mimo dziergania co drugi rząd z innego motka. Z fioletowego BFL wyszedł sweter we wzór mory i poszedł do ludzi. Jedynie własne farbowanie semi solid dało mi kolor jakiego oczekiwałam. Zatem jeden motek na skarpetki jest OK, farbowanki z Włóczek Warmii są OK, widziałam dosyć wyrobów z tej wełny, żeby ufać farbiarce, ale nie po to robię sobie odzież sama ze szlachetnych surowców, żeby chodzić w łaciatych, brzydkich rzeczach. A ponieważ robię sobie odzież wełnianą, to nie potrzebuję stert ocieplających chust zaprojektowanyc w paski jedynie dla uprzatnięcia domu z bezmyślnie kupionego, szalenie pięknego Stasia bo i tak mi ciepło.
Co do dziewiarek z pełnoprawnym Stasiem to nie mam zdania. Może kupują tę wełnę na pocieszenie? Może dla jej kolorów? To rozumiem, dla kolorów kupiłam naprawdę dużo kredek i suchych pasteli. I myślę, że niech każdy kupuje co chce. Jeżeli z powodu tych zapasów nikt nie głoduje, nie oszczędza się na dzieciach, lekarzu, weterynarzu i babci, nikomu zatem nie dzieje się krzywda, to o co ten hałas? Bo jak się jednak zaczyna głodować, dzieci chodzą w swetrze a bez dajmy na to okularów, a babci nie wykupujemy leków, to jednak jest przegięcie i psychiatra potrzebny na cito. Taki od uzależnień.

piątek, 13 października 2017

Zobaczymy jak to będzie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niebawem po ślubie Mąż nr 1. zakomunikował mi że u niego na wydziale będzie kurs na prawo jazdy i że powinnam go zrobić. Ten kurs znaczy powinnam zrobić i prawko. Zapłaciłam, jeździłam na kurs teoretyczny i praktyczny i jak sądzę nie miałam do tego wielkiego talentu. A może fakt, że w ciągu godziny instruktor obrabiał nas dwoje kursantów miał tu coś do rzeczy. O ile ja sobie wydawałam się mało zdolna, o tyle mój współkursant, Wietnamczyk , sprawiał wrażenie, że ... on to dopiero jest niezdolny.
Zaliczyłam placyk, zaliczyłam jazdy, zdałam teoretyczny (wszyscy zdali) a po egzaminie kursanci, instruktorzy i komisja bawili się razem wesoło do ostatniej flaszki. Szczęście, że Mąż nr 1 znał te zwyczaje i po mnie przyjechał bo bym na czworakach trawnikiem między jezdniami do domu wracała. 
Wydali mi dokument ale nie mieliśmy pojazdu. Duży Fiat, własność teścia był już wtedy pełnoletni i pozwalano nam z niego korzystać od wielkiego dzwonu. I mowy nie było, żeby ten szacowny pojazd prowadziła baba. Owszem pokręciłam się nim po lokalnych parkingach, nawet na szosie do Siedlec przejechałam kilka kilometrów nie przekraczając 40 km na godzinę i to wszystko, to całe doświadczenie jeździeckie jakie mam. Potem zajęłam się maniem dziecka, pracą i gospodarstwem domowym, prawo jazdy dane na 5 lat z powody krótkowzroczności straciło ważność, a samochodu dalej nie mieliśmy. Nie miałam także nigdy wolnych dwóch stówek na badania lekarskie dla odnowienia dokumentu. Ani nijakiej ku temu motywacji. Mieszkając w samym centrum miasta obok dworca ma się niewielką motywację, bo i tak wszędzie można dojechać.
W małżeństwie numer 2 samochód wprost z salonu pojawił się dość szybko. Ale wystarczyło tylko popatrzeć na Pana Męża żeby się dowiedzieć, że mnie za kółko nie puści za nic. Jedyna próba jazdy na kaczej fermie w Klebarku spowodowała dożywotnie wygięcie maski Fiacika. Zahamowałam na słupku. Pan Mąż był nawet gotów wieźć mnie na zakupy, ale trzeba się było na to tydzień wcześniej umówić no i zakupy w towarzystwie męża były bardzo stresujące: przez dział spożywczy przebiegał galopem i interesowały go skarpetki, buty i stroje. Po Fiaciku nastała piętnastoletnia era Octavii. Była wielka, i absolutnie należała do Tomka. Tu mi już żaden głupi pomysł do głowy nie przyszedł. 
Mamy teraz trzeci samochód z salonu, znaczy Pan Mąż go ma, nie ma dyskusji, Fabia musi być ciągle na chodzie i w kondycji tip top. Pan Mąż jeździ nią do pracy, a do Szczytna metro nie chodzi.
Co do mojego prawa jazdy, to ograniczyłam się do niezgubienia go. Ostatnio ortopeda bąknął, że może wszystko to co noszę na plecach dało by się przewieźć jakimś autem. Wyciągnęłam zatem papierową, spłowiałą książeczkę z 1984 roku, pomyślałam i poszłam do urzędu zapytać co z tym zrobić. Miła pani w okienku wszystko mi wyłożyła, dała formularze i wysłała do lekarza orzecznika i do fotografa. Składając kilka dni później papiery w tym samym okienku byłam jedyną przygotowaną i nigdzie nieodsyłaną osobą. Papiery przyjęto i dziś odebrałam prawko ważne znów 5 lat. Przy okazji dostałam namiary na orzecznika który nie robi problemów i daje na zawsze. Za 5 lat go pewnie odwiedzę. Misia załatwiła mi pakiet Dobry Kierowca ze szkółki prawa jazdy. Skończę z tym pakietem to sobie jazdy wykupię u sensownego instruktora.
A w przyszłym roku kupię sobie własną furę, starą i poobijaną, taką w sam raz do nabierania wprawy. Jeszcze nie wiem co to ma być. Rozmiarem i użytecznością wystarczył by mi Smart, ale stara Toyota też się nada. Do sklepu, do weterynarza, na cmentarz, do lasu nic więcej mi nie potrzeba. Sama nie wiem, czy bardziej się boję, czy cieszę.

wtorek, 10 października 2017

Co psu do szczęścia potrzebne?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam koleżankę fachowca od psów. Dużo o nich wie i jak może stara się dowiedzieć jeszcze więcej. Ostatnio ukończyła nawet podyplomowe studia z psiego behawioru i jest teraz oficjalnie i na papierze  ekspertem w tej dziedzinie.  Niby behawioryści mają za zadanie pomagać właścicielom, gdy zachowanie psa jest niewłaściwe lub wręcz karygodne, ale oprócz tego behawioryści wiedzą wiele, wiele więcej. 
Bo weźmy takie spanie. No co w tym niezwykłego, śpi czworonóg 18 godzin na dobę. Niby śpi na pół gwizdka bo i tak zawsze wie kto idzie i kiedy podnieść raban, niby nie ma się nad czym zastanawiać. Ale kto psa obserwuje, ten wie, że psu się czasem coś śni. Łapami przebiera, poszczekuje przez sen, przy dokładniejszej obserwacji widać że oczy pod zamkniętymi powiekami szybko się ruszają. Typowa faza snu REM, taka jak u ludzi. Z badań pokoleń neurobiologów wiadomo, że człowiekowi brak fazy snu REM bardzo szkodzi na głowę. tak szkodzi, że psychozą się to kończy. Tak samo jest z psami. Im także marzenia senne są niezbędne dla zdrowia psychicznego. Tylko musi być do tego spełniony jeden warunek. Aby pies wszedł w sen REM musi być rozwleczony na całą długość. Rozciągnięty swobodnie i rozluźniony. A to się może stać tylko, gdy jest mu ciepło. Pies może żyć na dworze jak wszystkie dzikie psy i z zimna nie zdechnie ale śpi wtedy skulony chroniąc przed przemarznięciem brzuszek. I z snów nici. A skutkiem tego mogą być napady bardzo złego nastroju i merdanie kłami. Prawda że pies śniący jest nieco mniej czujny. Ale za to zdrowy na głowę. Dlatego psia buda musi być tak duża, by się Burek mógł w niej rozciągnąć. I tak ciepła, by dał radę to zrobić. A co do tych osiemnastu godzin snu to pamiętajcie o tym nawet na wakacjach, niech się zwierzak wyśpi. Bo musi.
Inna sprawa to żarcie. Pies w stanie dzikim za żarciem musiał się nachodzić. Znaleźć, wywęszyć, pomyśleć, jakoś rozkawałkować większą całość i w końcu napełnić brzuch czymś, co nie było bynajmniej łatwą do przełknięcia karmą. To zabierało czas i utrzymywało szare komórki w jakiejś aktywności. A teraz micha pojawia się sama i wystarcza szybko łykać.
Wcale tak szybko łykać nie powinien. Mądrzy ludzie głowią się jak to zrobić by psi łeb nawet w warunkach domowych coś przy jedzeniu z siebie dał. I żeby to żarcie wolniej przebiegało ( a potem się nie cofało na dywan). Są miski opóźniające pożeranie. Mają na dnie plastikowe igły z których bobki należy językiem wydobyć. Z plastikowej wycieraczki i pasków polaru można zrobić matę węchową w którą wsypuje się suchą karmę a zwierzak z tej sztucznej trawy musi bobki wydobyć.
Żarcia powinno być tyle, żeby zjedzenie go bez pośpiechu zajęło kwadrans. I żeby pies jeszcze na coś miał ochotę. Na przykład na suszony ogon cielęcy albo patyczek ze skóry. Bo sprawy żarcia szczęśliwemu psu powinny dziennie zajmować trzy godziny a nie dziesięć minut z oczekiwaniem na michę włącznie.
Życzę wszystkim psom dobrostanu i pogody ducha! Niech te studia nad czworonogami się czworonogom przydadzą.

sobota, 7 października 2017

Pracowity wrzesień

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przez większość wrześniowych wieczorów powstawał szal - banan zrobiony według instrukcji, którą zamieściłam przy takimż szalu granatowym, przy Lipcowej Nocy. Ten także jest szalem dziękczynnym i ma kolory których używa osoba do obdarowania. Co ważne mój przepis się sprawdził. Robiłam go póki oczka się na drucie 80 cm mieściły, gdy było ciasno po prostu zakończyłam, trochę wełny jeszcze zostało ale nie będę jej już na nic przerabiać, pójdzie wraz z szalem na ew. łatanie dziur. Wełna to estonka artystyczna 8/1 kupiona trochę pomyłkowo, bo szukałam takiej samej ale 8/2. Zatem zużyłam i liczę że się nie pomyliłam w ocenie kolorystyki. Druty 4.

Zrobiłam sobie drugi raz czapkę z Mille Colori Sock & Lace, bo poprzedni egzemplarz komuś w maju oddałam. Wrzesień chłodny był i z reszteczki trzeba było ją bez czekania zrobić. Zrobiłam i mam. Jest w niej trochę mniej błękitu niż w poprzedniej, ale spokojnie, błękitna też mi chodzi po głowie. Bzowo - różowa zrobiona jest z najprawdziwszego kaszmiru z odzysku. Sweterek w lumpeksie był bardzo sfilcowany i nikt go nie chciał. Po rozkawałkowaniu okazało się że nie jest cięty i spruł się bardzo sprawnie. (Słyszycie? Sfilcowany kaszmir pruje się bardzo ładnie). Trzy nitki kaszmiru i jedna Kidsilk Haze od Rowana dały dzianinę tak rozkoszną w dotyku, że resztę chyba na szyjorzeja przerobię. Z granatową kurtką będzie akurat. Ceramiczne guziki z warsztatu w Lanckoronie jakimś cudem mają idealny odcień. Kolory lubią figle, czapkę odbieram jako różową bardziej, a guziki jako fioletowe. A to niemal identyczny kolor. Czapki są luźne aby nie osiągnąć specyficznego zimowego efektu czapkozy. Póki miałam masę włosów nie kleiły się tak łatwo do czaszki. Teraz doceniam luźniejsze nakrycia głowy.


A to początek swetra długo planowanego. Jego wzór ukazał się w Vogue Knitting, w jesiennym wydaniu z 2013 roku. Od tamtego czasu mam go w planie. Szukałam najbardziej niebieskiej wełny jaką zna świat i chyba znalazłam, na drutach 4 przerabiam cieniutką Lopi Einband. Szorstkie to jest, ale nie gryzie. Coś mi się nie do końca podoba połączenie ażuru z rybackim ściągaczem, próbki wychodziły lepiej, ale też podziwiałam je po upraniu. Ta wełna po upraniu pokazuje swoje drugie, puchate i miększe oblicze. Może będzie dobrze. Rybacki ściągacz powoduje, że to się strasznie wolno robi.


Nie tylko na drutach się robiło we wrześniu. Okna jesiennie umyte, pokolenia letnich much, które zdechły na oknach pod wpływem cudownych nalepek od kochanej koleżanki-blogerki usunięte, obiady się nie powtarzały, kilka książek przeczytanych i wysłuchanych, badania na prawo jazdy zrobione, dermatolog odwiedzony z powodu nagłych czarnych łat na prastarym znamieniu zaliczony - wycinanek na nodze nie będzie, jedynie steryd z kwasem salicylowym wdrożony. Zajęcia z malowania rozpoczęte, telefon wymieniony z nagła na nowy. Przy tej okazji Pan Mąż, który kocha się bawić nowymi telefonami i zawsze mi je konfiguruje wysłał w kosmos wszystkie zdjęcia. A wśród nich to jedno naprawdę istotne, z którego miał powstać spory olejny obraz. Nie zapisałam go na komputerze. Ale za to umieściłam na FB, gdzie się ładnie i bezpiecznie przechowało. Nawet rozmiaru mu FB nie zmienił. Obraz powstanie!



Strasznie zazdrościłam Lucy eMKo, że udało się jej zrobić zdjęcie Mirci z jęzorem wyciągniętym na całą długość. Jej zdjęcie robi piorunujące wrażenie. Moje jest tylko śmieszne i właściwie nie widać psa, ale ozór jest. Wymagało to wielu prób.

sobota, 16 września 2017

Jastarnia i Olaf

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Od lat podoba mi się najbardziej ze wszystkich lasów bór sosnowy na Półwyspie Helskim. A w tym roku z tablic oświatowych na wydmach w helu dowiedziałam się, że jest to jedyny na świecie las tego typu, występuje tylko tu i nigdzie indziej. I dobrze, bo uwielbiam te drzewa, te poduchy mchu, malutkie paprotki i światło przefiltrowane przez gałęzie. Nie uwielbiam tylko papierzaków, łajna przykrytego papierową chusteczką, a tego tam sporo. I biedna Frania urlop spędziła na smyczy.



 Najpierw było ślicznie jak z włoskiej pocztówki, potem wraz z odjazdem szkolnej dziatwy zrobiło się tak. I tak jak na zdjęciu jest także pięknie. Nad morzem zawsze jest dobrze. Pan Mąż planuje w tym roku krótki nadmorski pobyt w zimie. Nawet dowiedział się o czynne zimą pensjonaty. Ale ponieważ obiecuje to od lat i nic z tego nie wychodzi, to nie przywiązuję się do koncepcji.



A w chwilach przerwy od odpoczywania zrobiłam bukiet skarpetek dla kogoś miłego . Miejmy nadzieję, że się ucieszy i nie będzie ich oszczędzać.

Wróciliśmy w pewną bardzo mokrą i chłodną środę. Temat ciepłej odzieży po prostu sam się pchał do głowy, tym bardziej że pakując wiosną zimowe ciuchy do piwnicy widziałam gołym okiem ze jesienno zimowe kurtki nadają się już do zarchiwizowania w koszu na śmiecie.  Moze nie wszystkie akurat tam, ale jasne było ze zostałam właściwie bezkurtkowa. Stara puchówka po Tomku miała ęty raz w sezonie wyrwany suwak, kurtka z Tchibo także poległa na chory suwak i nagłą przewiewność. Na metce pisali że żaden wicher nie da jej rady, ale po praniu ta właściwość znikła. jeszcze wiosną na Szarotkach zadałam koleżankom pytanie gdzie kupić porządną zimową kurtkę w rozmiarze słusznym. Dwie osoby którym ufam unisono odparły że tylko u Olafa. Olaf to dwa sklepy ze skandynawskimi kurtkami, jeden jest w  CH Land, drugi w Galerii KEN. U Olafa miało być drogo i porządnie.
Moje wymagania co do zimowej odzieży może nie są jakieś wydumane, ale doświadczenie pokazuje że o coś takiego niesłychanie trudno: Rzecz ma być ciepła, lekka i za tyłek ( nie do pasa!) ma mieć pojemne, zapinane kieszenie i kieszeń wewnętrzną. Ma mieć kaptur i solidny zamek zapinany w obie strony, żeby przy kucaniu zamka nie wyrwać. Ma być wodo- i wiatroodporna, bo spaceruję w każdą pogodę, nie mogę sobie wybrać tejże. No i ma to mnie ogarnąć. Wąskie mankiety nie wpuszczające wiatru także są mile widziane.
Poszłam do Olafa jak na zimową odzież chyba za wcześnie. Ale okazało się akurat, bo już stojąc w drzwiach zobaczyłam to:

Ma wszystkie założone właściwości a ubrana w to wydaję się mniejsza niż bez tego. Bonusem jest wesoła podszewka w paski. Kurtka daje się prać w domu, jeśli nie dawać płynu zmiękczającego do prania to zachowa właściwości wodo- i wiatroodporne na wiele lat. Ponieważ do niczego nie dodaję płynu zmiękczającego, nie używam go wcale, to będę się tymi właściwościami długo cieszyć. Ma dwa lata gwarancji, jest hi-tech i bardzo się cieszę na kilkuletnie używanie bez konieczności zmiany co roku. Cena okazała się owszem wyższa niż w Tchibo ale do przyjęcia biorąc pod uwagę wielokrotnie dłuższy czas użytkowania. Zdaniem sprzedawczyni to kurtka przejsciowa, ale na mrozy mam puchowy płaszcz i futro z szopów do pięt, zatem jestem na każdą zimę gotowa!

Acha, problem rozmiaru u Olafa nie występuje. Olaf ubierze wszystkich ludzi od niemowląt do rozmiaru 60. Moje mizerne 46 mieści się absolutnie w środku stawki i nikt na nie nie wybrzydza.

sobota, 19 sierpnia 2017

Znikam i będę znikiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dożyłam wakacji, dożyć wcale nie było tak łatwo. Odkąd przesunęliśmy doroczne Duże Wakacje na drugą połowę sierpnia lato wykorzystuję na roboty, które inne panie domu zwyczajowo wykonują przed świętami. Czyszczę zakamarki, których przez resztę roku oko ludzkie nie ujrzy. Podłogi pod szafkami kuchennymi, pod kuchnią gazową, kąty za lodówkami i meblami. Tym razem zabraliśmy się również za czyszczenie piwnic, które od dziewięciu lat jedynie zagracamy. Teraz trzeba było rozgracić. Różne męczące i niepewne przedsięwzięcia zostały pomyślnie ułożone, wszystko jasne, akty notarialne podpisane, można ze swobodną głową jechać do Jastarni. Samochód mamy mniejszy a bambetli tyle samo albo i więcej. Psy doczekały się własnej wielkiej torby z żarciem, szamponem, ręcznikami, grzebieniami i piłeczkami. Niestety Muszka-Staruszka żre aby puszki, a żal mi jej wątroby zeby skarmiać ją badziewiem z Rossmana czy z Biedronki. Księżniczka Frania też nie powinna żywić się kaszanką. Frania wyturla się w kazdym napotkanym gó...e i trzeba ją później umyć i wysuszyć. No i tak jakoś wychodzi, że na trzy tygodnie karawan nam potrzebny(czy ja aby zabrałam odpowiednio dużo spodni???) i zastanawiam się gdzie by tu jeszcze upchnąć kalosze. Czasy kiedy mogłam spędzić urlop mając japonki i trampki na stanie dawno minęły.
No i aparat fotograficzny... Brać? Nie chce mi się nosić, ale przecież trzeba uwiecznić pierwsze spotkanie Frani z Bałtykiem. Poprzednie psy miały tyle zdjęć a Frania ma aby kilka fotek telefonem zrobionych.
Zabawki i szmatki zabrane, książki i kocyk zabrane, lampka LED do czytania już w samochodzie. Wracam we wrześniu! Mam nadzieję przywieźć z wakacji kilka par skarpetek własnego wyrobu.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lipcowa Noc, czyli jak zrobić szal bumerang (względnie banan)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Oryginalny był żółty, miał koraliki i nazywa się Beausoleil. Mój jest jak widać kobaltowo purpurowy, nie ma koralików i samą łotewską wełnę w sobie bez cienia jedwabiu. Łotewskie owce tak samo ładnie pokazują wyszukany ażur jak jedwabniki i alpaki oryginału. Szal jest w prezencie, ale pokazał mi jak teorię szala Pi Elizabeth Zimmerman przełożyć na modny kształt szala bumeranga bez bawienia się w rzędy skrócone. Metoda na Pi, że tak ją nazwę, ma pewną dodatkową zaletę: szal rośnie nie tylko po brzegach, ale i w środku i to dość gwałtownie. Siedzi na ciele jak przylutowany, nie zsuwa się, nie ucieka na strony. Ma kształt ludzkiego ciała i nie lata po osobie. Anniken Allis poszalała na nim z ażurami. Dopiero robiąc te ażury rozpoznałam kształty tulipanów, do góry nogami wyglądają intrygująco niesłychanie. Jako modelkę zatrudniłam Alicję. Lipcowa Noc na Alicji jest bardzo dekoracyjna. Alicja siedzi u nas, żeby się u siebie nie upiekła. No i Franię trzeba trochę rozczmychać, jakaś psina smutna jest w upały. Do rozczmychania Frani Alicja jest pierwsza i najlepsza.



  
Tu trochę widać jak ten szal rośnie we wszystkie strony!


No to teraz z grubsza i ogólnie opiszę jak to się robi, bez wdawania się w koronkowe szczegóły. Ażurki można sobie zrobić jakie kto chce, byle się tylko na szerokość mieściły.

Zaczynamy sposobem na paseczek robiony francuzem; ten paseczek w trakcie roboty zamieni się w elegancki brzeg i dzięki niemu początek roboty nie będzie wyglądał jak wielbłądzie kopyto.

Nabieramy prowizorycznie trzy oczka i przerabiamy je przez 7 rzędów ściegiem francuskim (prawe po obu stronach) zdejmując zawsze pierwsze oczko bez przerabiania z nitką z przodu. Ten manewr (brzeg francuski, zdjęcie pierwszego oczka bez przerabiania z nitką z przodu) kontynuujemy aż do zrobienia całego szala. Dzięki temu mamy śliczny, elastyczny brzeg.
W rzędzie ósmym z paseczka robimy początek szala: 3 oczka z jednego końca paseczka, z jego długości nabieramy 3 oczka, i trzy prowizoryczne oczka początkowe przekładamy na drut, razem 9 oczek. Następny rząd przerobić cały na prawo.
Zaczynamy, mamy przed sobą prawą stronę roboty, po trzech oczkach francuzem wieszamy wyróżniający się marker, będzie nas informował, że to prawa strona i zawsze należy dodać za nim oczko (tu:narzut).  Tak samo zawsze dodajemy oczko przed ostatnimi trzema oczkami robionymi francuzem.  W każdym rzędzie po prawej stronie dodajemy oczko między brzegiem a szalem.
rząd 1: podwajamy oczka, po każdym z trzech oczek szala dodajemy narzut (albo podwajamy te oczka jakimkolwiek innym sposobem) razem z brzegowymi narzutami 13 oczek.
robimy francuzem (albo pończoszniczym, albo jak kto chce) 6 rzędów
W rzędzie 7 podwajamy liczbę oczek szala j.w. i mamy 29 oczek, robimy cielsko szla do rzędu 16.
W rzędzie 17 podwajamy liczbę oczek szala i mamy 69 oczek. Robimy dodając tylko po prawej stronie przy brzegach do rzędu 36.
W rzędzie 37 podwajamy l. oczek szala i mamy 169 oczek.
( można sobie tu zacząć jakiś ażur albo dalej robić gładko jeśli kolory włoczki pozwalają)
Robimy 66 rzędów prosto dodając tylko na bokach. Gdy na moim drucie było 239 oczek znów podwoiłam ich ilość. Na drucie było teraz 475 oczek. U mnie zaczął się drugi ażur i robiłam go przez 48 rzędów, poczym nastąpił rząd kończący bo na koraliki nie miałam już siły i wiary, że estonka się przy tym nie porwie. Geometria mówi, że więcej dodawać (poza brzegami) nie trzeba, chyba że chcemy kulę ziemską w to przyoblec.

Nie jest to przepis, tylko opis sposobu. Można zrobić cały szal francuzem, dodawać oczka dyskretniej i bez dziur i mieć solidny szal. Można robić do pożądanej długości z tyłu i dorobić plisę z wzorem, no można co kto chce i umie. Można sobie w każdej sekcji inny wzór umieścić czy to ażurowy czy inny.
Mój szal zjadł 800 metrów estonki 8/1 za pomocą drutów nr 4. 200 gr. wełny na skarpety da szal podobnych rozmiarów.



piątek, 28 lipca 2017

Bądź człowiekiem, zajrzyj w paszczę!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W psiej (a także pewnie w kociej i każdej) paszczy mogą się czaić niespodzianki bardzo uprzykrzające życie posiadaczowi tejże. Zęby to zęby i bywają kłopotliwe. W paszczy poza zębami bywają i inne bolące niespodzianki.
Moja pierwsza suka Pestka była już w mocno podeszłym wieku, gdy zaczęła niemrawo jeść. Nigdy nie była łapczywa i wielbiła suche Pedigree Pal, które wtedy było ponoć lepszej niż teraz jakości. No ale w pewnym momencie zamiast raczyć się ulubionymi chrupkami zaczęła gapić się w miskę. Zajrzałam do paszczy. Pozwoliła zajrzeć. Mimo podeszłego wieku zęby miała jak krokodyl: białe, czyste, mocne bez kamienia i bez dziur. Natomiast w głębi paszczy zauważyłam twór, którego nie powinno tam być. Z dziąsła wyrastało coś wielkości ostatniego członu małego palca i mocno wciskało się w podniebienie. Weterynarz kiwał głową, ale ucieszył się dopiero, gdy to coś okazało się uszypułowane. Taki twór zwany nadziąślakiem przytrafia się psom dość często. Jak jest uszypułowany to można go bezpiecznie uciąć elektrycznym nożem i uwolnić psią paszczę od boleści.   Gorzej z nieuszypułowanym, bo niby jak zamknąć ranę po wycięciu czegoś z podniebienia? lekarz który wykonywał zabieg, powiedział mi, że to był najmniejszy nadziąślak jaki widział. Zwykle właściciele prowadzą psa do lekarza, gdy guz jest tak wielki, ze w paszczy poza nim nic się nie mieści i zwierzę całkiem przestaje jeść. Największy taki guz usuwany przez tego veta był wielkości dużej pięści i żadne chirurgiczne narzędzie nie dało mu rady, pomógł dopiero wielki, rozgrzany nad palnikiem gwóźdź którym wypalono potwora.
Pestusia po zabiegu wytrzymała bez jedzenia jeszcze jeden dzień (lekarze nie pozwalają karmić zwierza po narkozie, bo przewód pokarmowy także się musi obudzić a to trochę trwa) i ruszyła do michy. Wdzięczność w psich oczach była czytelna dla wszystkich. Żadne twarde okruchy nie właziły pod guz i nie gniotły w podniebienie!
Kretka na skutek pracoholizmu zdarła zęby tak, że jednemu otworzyła się komora, opisywałam to na blogu. Także i w tym wypadku zwierzak naprawdę docenił interwencję dentysty.
Frania bardzo powoli jadła. Nigdy, ani razu nie chciała się bawić w szarpanie sznurka, wszystko bardzo grzecznie oddawała z mordki. Czasem w nocy budziła się z wielkim płaczem. Nie chciała obgryzać twardych ogonów i skórzanych kości. Lubi tylko miękkie chrupki. Połamany ząb z zapaleniem miazgi i biedne dziąsło przy drugim krzywulcu wyjaśniały takie zachowanie.


 Zmiany w zębach wyglądają na małe, ale ból jest wielki.


Zęby zostały usunięte. Było dłutowanie i z tego powodu ran nie zaszyto. Trochę trzeba poczekać aż  brzegi zębodołów dziąsłem obrosną, ale budzenie się z krzykiem chyba należy do przeszłości. Póki co pani ma blender i psina dostaje zupki zmiksowane jak niemowlak. jest trochę cierpiąca, ale otrząsnąwszy się z głupiego jasia już w poniedziałek pokazała nam, jak się cieszy, że rozstała się z tymi krzywymi zębami.
Zadanie dla czytelników w tym tygodniu: Zajrzeć do paszcz, paszczęk i mordek własnej trzody domowej. Czekam na sprawozdania.

wtorek, 18 lipca 2017

O pewnych oczach i o merynosie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odkąd znam Alicję czyta bez opamiętania i wiecznie narzeka na okulary. Przez pierwsze pięć lat naszej znajomości świat oglądała przez eleganckie fotochromy a do czytania używała drugich, grubych i znacznie mniej efektownych. 
Kiedyś nagle bardzo zaczęła się skarżyć na oczy. Że bolą, że pieką, że coś nie tak. Wzięliśmy za chabety i zawlekliśmy do prywatnego lekarza. Prywatna aparatura ujawniła tajemniczą dla NFZu prawdę o odklejających się siatkówkach i okulary do czytania od Ruskich poszły do śmieci. Po serii jakichś zabiegów, worku zjedzonej luteiny oczy Alicji doszły do siebie. Do sprzątania wynajęta jest sprzątaczka bo schylać się już nigdy nie będzie wolno i nosić w ręku więcej niż 2 kilo. Ot zwykła sprawa dla kogoś, kto całe życie był krótkowidzem. No i tylko przeżywała Alicja bardzo kolejne dobieranie okularów do czytania. Bo bez czytania życia nie ma. Akurat tu się z nią zgadzam. Lat minęło sporo, chyba z 15 i przyszła kryska na Matyska z tym czytaniem. Ostatnim razem, ponad rok temu lekarz zamiast dać receptę na mocniejsze okulary dał skierowanie na operację zaćmy. Alicja zapisała się w klinice do kolejki i czekała. Miała czekać do jesieni, a tu nagle klinika wezwała ją na badania przedoperacyjne w sobotę. Misia, która ma nosa do chorób, badań i przede wszystkim do swoich babć, zawiozła Alicję na ul. Kaczą i towarzyszyła jej w trakcie całej wizyty. I dobrze zrobiła.
Klinika na Kaczej żyje z operowania zaćmy starym ludziom i ma doświadczenie. Lekarze życzą sobie, aby pacjentom towarzyszyli ludzie młodsi i przytomniejsi. Bo jak nie towarzyszą, to bywa i tak, że po klinice błąka się jakaś stara, niedowidząca postać łapiąc każdego w białym fartuchu za frak i błagając, żeby jej powiedzieli co ma robić, bo ona tu wczoraj była, ale wszystko zapomniała.
Lekarka dokładnie zbadała oczy Alicji i się okazało, że gdyby to była tylko zaćma to by było świetnie. Niestety w gorszym oku to jest już zwyrodnienie plamki żółtej, a w obu oczach jest nadciśnienie że hej. Zonk. Jaskra znaczy. Zrobione w poniedziałek USG oczu i badanie nabłonka musiała sobie Alicja opłacić sama. Zabieg irydotomii ratujący wzrok przed jaskrą oczywiście można wykonać bezpłatnie. Za dwa lata.
 Za 400 zł będzie wykonany w sierpniu. No i poniedziałkowe badania pokazały, że zaćmę da się zoperować. Dla kogoś kto ma 84 lata i kocha czytać, i w głowie ma coś więcej niż gumkę trzymającą uszy we właściwej pozycji czekanie 2 lata na laserowe udrożnienie kąta przesączania w gałkach ocznych to męka. A skazywanie go na czekanie to sadyzm.
Ogarniemy, będzie Alicja czytać póki będzie chciała.
A merynoska farbowanego we Włoczkach Warmii bardzo chciałam. Tylko mogłam sobie na niego u koleżanek popatrzeć. Bo jakoś nigdy nie zdarzyło się na pięknie farbowane motki u źródła utrafić.
No i w końcu dopadłam i mam: 



Jedno niebieskie będzie bluzką z ażurem, drugie tęczowe będzie bluzką bez ażuru. Z doświadczenia wiem, że 1200 metrów włóczki starcza na mnie o ile nie zrobię wielkiego golfa i rękawów do kolan.
Mówiąc najzupełniej poważnie wydaje mi się że politycznie skręcamy w kierunku Korei Pólnocnej bądź reżimu Kadafiego. A jeśli zamkną się otwarte granice, to z czego ja będę dziergała? Miłe i miękkie merynoski nie biegają po naszych łąkach niestety. Pora zbierać tzw stash.

sobota, 8 lipca 2017

Lniana sukienka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chodziła za mną lniana sukienka zrobiona na drutach. Oczarował mnie len do robótek na stronie Włóczek Warmii. Te kolory! Ten metraż! Ta cena! Och i ach. No i bardzo lubię len na letnie ubrania. Gniecie się, owszem, ale nawet pognieciony jest lnem a nie jakimś śmieciowym poliestrem.
Dzianin z bawełny nie lubię. Są ciężkie, mechacą się po pierwszym praniu i nigdy nie zachowują wyglądu nitki z nowego motka. Rozwlekają się w godzinę po nałożeniu, nie lubię i już. Len jest wytrzymały, nie mechaci się, w praniach kolejnych zyskuje na miękkości, ale nigdy nie wyglada jak zmechrana szmata.
Jestem duża, to kupiłam dużo w dwóch odcieniach czegoś, co dziś nazywa się kolor miętowy. Dawniej nazywało się to eau de Nil i moim zdaniem brzmiało to lepiej. Mam miętę w ogródku i ona jest zupełnie innego koloru. Moje motki miały kolor wody z Balatonu na reklamowych zdjęciach. I dlatego moja sukienka nazywa się Balaton. Jest poza tym wielka jak Balaton.

Nitka jest, teraz model. W Tatuum zobaczyłam sukienkę, o jaką mi chodziło. Mały dekolt, dopasowana góra, małe rękawki, mocno rozszerzana od pach, z szeroką nie rozszerzającą się plisą na dole. Z grubsza ją zmierzyłam w sklepie pod okiem ucieszonych sprzedawczyń, które tylko poprosiły, by pokazać im udzierganą sukienkę.

No to projektujemy! Próbkę zrobiłam, policzyłam na sucho i po upraniu. Wyciągnęłam zakitrany w szufladzie podkoszulek wzorcowy. Dawne książki dziewiarskie i Ewcia (moja guru dziewiarska), nakazują robić dzianinę na wzór jakiegoś dobrze leżącego wyrobu. Ten podkoszulek rodem z Jackpot ma absolutnie wszystkie zalety dobrze leżącej bluzki dla mnie. Jego dekolt nie wyje. Rękawy tuszują bardzo szerokie ramiona, ramiona leżą nienagannie. Czyli najbardziej strategiczne miejsca dzianiny mają gotowy wzór. Z wiekiem granatowy podkoszulek spłowiał do obrzydliwego fioletowo-burego koloru i do noszenia się nie nadaje, ale nie ma dziur mimo wieku podeszłego. No i zachowuje kształt. Zatem wzorując się na nim jak chodzi o kształtowanie tułowia od pach w górę, dekoltu i rękawów wyprodukowałam sukienkę. O ile z górą pilnowałam się co do centymetra, to od pach w dół robiłam jak mi w duszy grało. Oto rezultat:

Zużyłam aby połowę zakupionego lnu. Z resztą coś trzeba będzie począć.
Naturalnie natychmiast wskoczyłam w tę kieckę chcąc sprawdzić słuszność wybranej metody projektowania. Zdjęcia robił Pan Mąż, nie był tym w danej chwili zainteresowany, więc są jakie są, ale widać że udzierg pasuje.

Sukienka została uprana (straszny ze mnie dziewiarski brudas) zmiękła, wyschła nie wymagając właściwie prasowania ale ją uprasowałam i wyłapałam dzięki temu puszczone oczko. Jutro zadebiutuje na Szarotkach.
Przy okazji opracowałam sposób na osiągnięcie odpowiedniej szerokości rękawów przy rękawach wrabianych rzędami skróconymi. Gdybym ich w trakcie dziergania sukcesywnie nie zwężała to mogła bym w nie spokojnie obfite uda zmieścić. Udało się. Rękawy są akceptowalne.





wtorek, 4 lipca 2017

Dzień weterynaryjny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam dookoła mnóstwo klinik weterynaryjnych. W najbliższej jest pani doktor co operuje doskonale i żadne pooperacyjne komplikacje się jej pacjentom nie przytrafiają, ale jak chodzi o diagnozowanie i prowadzenie przewlekłych chorób i skuteczne dogadywanie się z właścicielem pacjenta to jest słabo. 
Jest Klinika SGGW z całą diagnostyką i wszystkimi specjalistami, tyle że ostatnio się tam nieziemsko drogo zrobiło jak się pójdzie po cokolwiek innego niż spotkanie z mądrą dr. Biel. Dr Biel jest tak samo mądra jak zawsze, ale nieco się postarzała i miewa trudności np. z pobraniem krwi. Jest również lokalny na całą Warszawę Psi Doktor, Paweł Rabiega. Jest doskonałym diagnostą, świetnie prowadzi przewlekłe choroby, operuje i dogaduje się z opiekunami zwierzęcia. U niego ZAWSZE jest w gabinecie kolejka i czeka się tam godzinami. Doktor Rabiega nie sprzedaje karmy ani szamponu, tylko diagnozuje i leczy zwierzęta. Wiele razy musiałam sobie pójść do domu po kilku godzinach czekania, bo mi w czekaniu cukier spadł do kostek i telepki dostałam. Teraz doktor wprowadził zapisy przez internet przez aplikację Booksy. Nie sądzę, żeby było się łatwiej do niego dostać, złapałam termin, bo ta aplikacja dopiero zaczęła działać i byłam pierwszą rezerwującą termin.   W trudnym nagłym wypadku nie wiem do kogo pójdę. Ale dziś byłyśmy zapisane i dziś się wybrałyśmy. Frania niedawno miała wzdęcie godne psiego ranigastu, doktor na USG obejrzał wzdęty żołądek, wzdęty od zjedzenia gumki albo sznurka albo czegoś innego, uratował psa i dziś poszłam przebadać Muszkę, bo stara się nagle zrobiła, a Franię zapisać na wyrwanie dwóch bardzo krzywych, zrotowanych zębów uniemożliwiających skuteczne jedzenie. Przy jednym jest już zapalenie dziąsła, drugi się paskudne ukruszył i ma otwartą komorę (auć!). 
Muszce utoczono krew do probówki i doktor zaczął szukać przyczyny bólu, który moim zdaniem Muszkę gnębi. Stąd lizanie łap, ponury charakter, izolowanie się od innych psów, niechęć do chodzenia, ziajanie w chłodne dni i nieustanne okupowanie kanapy. Ból znalazł się w połamanej niegdyś miednicy. I to taki ból, że nawet psa się prześwietlić nie da. I znów mam zbolałą staruchę na Cartpophenie. Cztery zastrzyki, co 10 dni jeden, w seriach co cztery miesiące i do tego Movalis w razie czego.
ledwie wróciłyśmy do domu, Frania pokazała że coś jest nie halo. Jedzenie niedobre. I to dobre jedzenie też było niedobre. Oho, coś się dzieje. Do popołudnia futerko się zmierzwiło, obiad był niesmaczny a Frania zrobiła się ciepła. Nawet bardzo ciepła, 39,7. Niby od kleszczy zabezpieczona, ale jeśli to babeszja, to możemy się pieskiem cieszyć bardzo krótko. Zatem poszukaliśmy kliniki z całodobowym laboratorium analitycznym i przejechaliśmy się z Franią do kolejnego lekarza. Krew pobrana, pies zbadany, okazało się że ma spuchnięte gardło i migdałki. Dostała Frania psią aspirynę i antybiotyk w zastrzyku, my mamy czekać do północy na maila z wynikami badań i jak babeszja będzie to na sygnale jechać po lek, a jak nie będzie babeszji to jutro powtórzyć tylko leki na gardło. Chyba babeszji nie ma, bo pies był zabezpieczony, śledziona nie spuchnięta a nakłucie po pobraniu krwi nie krwawiło. No i po lekach kolacja się okazała smaczna.
Lżejsza o kilka stówek idę kończyć lnianą sukienkę.

Nie zaszkodzi pamiętać że zwierzęta mają takie same ograny jak my. I każdy z tych organów może, tak jak i u nas, chorować, boleć i dokuczać. Nawet u młodego psa.

Właśnie przyszły wyniki. Jest leukocytoza podwyższona, mocznik i jakaś próba wątrobowa ponad normą, ale babeszji nie ma!