piątek, 13 października 2017

Zobaczymy jak to będzie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niebawem po ślubie Mąż nr 1. zakomunikował mi że u niego na wydziale będzie kurs na prawo jazdy i że powinnam go zrobić. Ten kurs znaczy powinnam zrobić i prawko. Zapłaciłam, jeździłam na kurs teoretyczny i praktyczny i jak sądzę nie miałam do tego wielkiego talentu. A może fakt, że w ciągu godziny instruktor obrabiał nas dwoje kursantów miał tu coś do rzeczy. O ile ja sobie wydawałam się mało zdolna, o tyle mój współkursant, Wietnamczyk , sprawiał wrażenie, że ... on to dopiero jest niezdolny.
Zaliczyłam placyk, zaliczyłam jazdy, zdałam teoretyczny (wszyscy zdali) a po egzaminie kursanci, instruktorzy i komisja bawili się razem wesoło do ostatniej flaszki. Szczęście, że Mąż nr 1 znał te zwyczaje i po mnie przyjechał bo bym na czworakach trawnikiem między jezdniami do domu wracała. 
Wydali mi dokument ale nie mieliśmy pojazdu. Duży Fiat, własność teścia był już wtedy pełnoletni i pozwalano nam z niego korzystać od wielkiego dzwonu. I mowy nie było, żeby ten szacowny pojazd prowadziła baba. Owszem pokręciłam się nim po lokalnych parkingach, nawet na szosie do Siedlec przejechałam kilka kilometrów nie przekraczając 40 km na godzinę i to wszystko, to całe doświadczenie jeździeckie jakie mam. Potem zajęłam się maniem dziecka, pracą i gospodarstwem domowym, prawo jazdy dane na 5 lat z powody krótkowzroczności straciło ważność, a samochodu dalej nie mieliśmy. Nie miałam także nigdy wolnych dwóch stówek na badania lekarskie dla odnowienia dokumentu. Ani nijakiej ku temu motywacji. Mieszkając w samym centrum miasta obok dworca ma się niewielką motywację, bo i tak wszędzie można dojechać.
W małżeństwie numer 2 samochód wprost z salonu pojawił się dość szybko. Ale wystarczyło tylko popatrzeć na Pana Męża żeby się dowiedzieć, że mnie za kółko nie puści za nic. Jedyna próba jazdy na kaczej fermie w Klebarku spowodowała dożywotnie wygięcie maski Fiacika. Zahamowałam na słupku. Pan Mąż był nawet gotów wieźć mnie na zakupy, ale trzeba się było na to tydzień wcześniej umówić no i zakupy w towarzystwie męża były bardzo stresujące: przez dział spożywczy przebiegał galopem i interesowały go skarpetki, buty i stroje. Po Fiaciku nastała piętnastoletnia era Octavii. Była wielka, i absolutnie należała do Tomka. Tu mi już żaden głupi pomysł do głowy nie przyszedł. 
Mamy teraz trzeci samochód z salonu, znaczy Pan Mąż go ma, nie ma dyskusji, Fabia musi być ciągle na chodzie i w kondycji tip top. Pan Mąż jeździ nią do pracy, a do Szczytna metro nie chodzi.
Co do mojego prawa jazdy, to ograniczyłam się do niezgubienia go. Ostatnio ortopeda bąknął, że może wszystko to co noszę na plecach dało by się przewieźć jakimś autem. Wyciągnęłam zatem papierową, spłowiałą książeczkę z 1984 roku, pomyślałam i poszłam do urzędu zapytać co z tym zrobić. Miła pani w okienku wszystko mi wyłożyła, dała formularze i wysłała do lekarza orzecznika i do fotografa. Składając kilka dni później papiery w tym samym okienku byłam jedyną przygotowaną i nigdzie nieodsyłaną osobą. Papiery przyjęto i dziś odebrałam prawko ważne znów 5 lat. Przy okazji dostałam namiary na orzecznika który nie robi problemów i daje na zawsze. Za 5 lat go pewnie odwiedzę. Misia załatwiła mi pakiet Dobry Kierowca ze szkółki prawa jazdy. Skończę z tym pakietem to sobie jazdy wykupię u sensownego instruktora.
A w przyszłym roku kupię sobie własną furę, starą i poobijaną, taką w sam raz do nabierania wprawy. Jeszcze nie wiem co to ma być. Rozmiarem i użytecznością wystarczył by mi Smart, ale stara Toyota też się nada. Do sklepu, do weterynarza, na cmentarz, do lasu nic więcej mi nie potrzeba. Sama nie wiem, czy bardziej się boję, czy cieszę.

wtorek, 10 października 2017

Co psu do szczęścia potrzebne?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam koleżankę fachowca od psów. Dużo o nich wie i jak może stara się dowiedzieć jeszcze więcej. Ostatnio ukończyła nawet podyplomowe studia z psiego behawioru i jest teraz oficjalnie i na papierze  ekspertem w tej dziedzinie.  Niby behawioryści mają za zadanie pomagać właścicielom, gdy zachowanie psa jest niewłaściwe lub wręcz karygodne, ale oprócz tego behawioryści wiedzą wiele, wiele więcej. 
Bo weźmy takie spanie. No co w tym niezwykłego, śpi czworonóg 18 godzin na dobę. Niby śpi na pół gwizdka bo i tak zawsze wie kto idzie i kiedy podnieść raban, niby nie ma się nad czym zastanawiać. Ale kto psa obserwuje, ten wie, że psu się czasem coś śni. Łapami przebiera, poszczekuje przez sen, przy dokładniejszej obserwacji widać że oczy pod zamkniętymi powiekami szybko się ruszają. Typowa faza snu REM, taka jak u ludzi. Z badań pokoleń neurobiologów wiadomo, że człowiekowi brak fazy snu REM bardzo szkodzi na głowę. tak szkodzi, że psychozą się to kończy. Tak samo jest z psami. Im także marzenia senne są niezbędne dla zdrowia psychicznego. Tylko musi być do tego spełniony jeden warunek. Aby pies wszedł w sen REM musi być rozwleczony na całą długość. Rozciągnięty swobodnie i rozluźniony. A to się może stać tylko, gdy jest mu ciepło. Pies może żyć na dworze jak wszystkie dzikie psy i z zimna nie zdechnie ale śpi wtedy skulony chroniąc przed przemarznięciem brzuszek. I z snów nici. A skutkiem tego mogą być napady bardzo złego nastroju i merdanie kłami. Prawda że pies śniący jest nieco mniej czujny. Ale za to zdrowy na głowę. Dlatego psia buda musi być tak duża, by się Burek mógł w niej rozciągnąć. I tak ciepła, by dał radę to zrobić. A co do tych osiemnastu godzin snu to pamiętajcie o tym nawet na wakacjach, niech się zwierzak wyśpi. Bo musi.
Inna sprawa to żarcie. Pies w stanie dzikim za żarciem musiał się nachodzić. Znaleźć, wywęszyć, pomyśleć, jakoś rozkawałkować większą całość i w końcu napełnić brzuch czymś, co nie było bynajmniej łatwą do przełknięcia karmą. To zabierało czas i utrzymywało szare komórki w jakiejś aktywności. A teraz micha pojawia się sama i wystarcza szybko łykać.
Wcale tak szybko łykać nie powinien. Mądrzy ludzie głowią się jak to zrobić by psi łeb nawet w warunkach domowych coś przy jedzeniu z siebie dał. I żeby to żarcie wolniej przebiegało ( a potem się nie cofało na dywan). Są miski opóźniające pożeranie. Mają na dnie plastikowe igły z których bobki należy językiem wydobyć. Z plastikowej wycieraczki i pasków polaru można zrobić matę węchową w którą wsypuje się suchą karmę a zwierzak z tej sztucznej trawy musi bobki wydobyć.
Żarcia powinno być tyle, żeby zjedzenie go bez pośpiechu zajęło kwadrans. I żeby pies jeszcze na coś miał ochotę. Na przykład na suszony ogon cielęcy albo patyczek ze skóry. Bo sprawy żarcia szczęśliwemu psu powinny dziennie zajmować trzy godziny a nie dziesięć minut z oczekiwaniem na michę włącznie.
Życzę wszystkim psom dobrostanu i pogody ducha! Niech te studia nad czworonogami się czworonogom przydadzą.

sobota, 7 października 2017

Pracowity wrzesień

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przez większość wrześniowych wieczorów powstawał szal - banan zrobiony według instrukcji, którą zamieściłam przy takimż szalu granatowym, przy Lipcowej Nocy. Ten także jest szalem dziękczynnym i ma kolory których używa osoba do obdarowania. Co ważne mój przepis się sprawdził. Robiłam go póki oczka się na drucie 80 cm mieściły, gdy było ciasno po prostu zakończyłam, trochę wełny jeszcze zostało ale nie będę jej już na nic przerabiać, pójdzie wraz z szalem na ew. łatanie dziur. Wełna to estonka artystyczna 8/1 kupiona trochę pomyłkowo, bo szukałam takiej samej ale 8/2. Zatem zużyłam i liczę że się nie pomyliłam w ocenie kolorystyki. Druty 4.

Zrobiłam sobie drugi raz czapkę z Mille Colori Sock & Lace, bo poprzedni egzemplarz komuś w maju oddałam. Wrzesień chłodny był i z reszteczki trzeba było ją bez czekania zrobić. Zrobiłam i mam. Jest w niej trochę mniej błękitu niż w poprzedniej, ale spokojnie, błękitna też mi chodzi po głowie. Bzowo - różowa zrobiona jest z najprawdziwszego kaszmiru z odzysku. Sweterek w lumpeksie był bardzo sfilcowany i nikt go nie chciał. Po rozkawałkowaniu okazało się że nie jest cięty i spruł się bardzo sprawnie. (Słyszycie? Sfilcowany kaszmir pruje się bardzo ładnie). Trzy nitki kaszmiru i jedna Kidsilk Haze od Rowana dały dzianinę tak rozkoszną w dotyku, że resztę chyba na szyjorzeja przerobię. Z granatową kurtką będzie akurat. Ceramiczne guziki z warsztatu w Lanckoronie jakimś cudem mają idealny odcień. Kolory lubią figle, czapkę odbieram jako różową bardziej, a guziki jako fioletowe. A to niemal identyczny kolor. Czapki są luźne aby nie osiągnąć specyficznego zimowego efektu czapkozy. Póki miałam masę włosów nie kleiły się tak łatwo do czaszki. Teraz doceniam luźniejsze nakrycia głowy.


A to początek swetra długo planowanego. Jego wzór ukazał się w Vogue Knitting, w jesiennym wydaniu z 2013 roku. Od tamtego czasu mam go w planie. Szukałam najbardziej niebieskiej wełny jaką zna świat i chyba znalazłam, na drutach 4 przerabiam cieniutką Lopi Einband. Szorstkie to jest, ale nie gryzie. Coś mi się nie do końca podoba połączenie ażuru z rybackim ściągaczem, próbki wychodziły lepiej, ale też podziwiałam je po upraniu. Ta wełna po upraniu pokazuje swoje drugie, puchate i miększe oblicze. Może będzie dobrze. Rybacki ściągacz powoduje, że to się strasznie wolno robi.


Nie tylko na drutach się robiło we wrześniu. Okna jesiennie umyte, pokolenia letnich much, które zdechły na oknach pod wpływem cudownych nalepek od kochanej koleżanki-blogerki usunięte, obiady się nie powtarzały, kilka książek przeczytanych i wysłuchanych, badania na prawo jazdy zrobione, dermatolog odwiedzony z powodu nagłych czarnych łat na prastarym znamieniu zaliczony - wycinanek na nodze nie będzie, jedynie steryd z kwasem salicylowym wdrożony. Zajęcia z malowania rozpoczęte, telefon wymieniony z nagła na nowy. Przy tej okazji Pan Mąż, który kocha się bawić nowymi telefonami i zawsze mi je konfiguruje wysłał w kosmos wszystkie zdjęcia. A wśród nich to jedno naprawdę istotne, z którego miał powstać spory olejny obraz. Nie zapisałam go na komputerze. Ale za to umieściłam na FB, gdzie się ładnie i bezpiecznie przechowało. Nawet rozmiaru mu FB nie zmienił. Obraz powstanie!



Strasznie zazdrościłam Lucy eMKo, że udało się jej zrobić zdjęcie Mirci z jęzorem wyciągniętym na całą długość. Jej zdjęcie robi piorunujące wrażenie. Moje jest tylko śmieszne i właściwie nie widać psa, ale ozór jest. Wymagało to wielu prób.

sobota, 16 września 2017

Jastarnia i Olaf

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Od lat podoba mi się najbardziej ze wszystkich lasów bór sosnowy na Półwyspie Helskim. A w tym roku z tablic oświatowych na wydmach w helu dowiedziałam się, że jest to jedyny na świecie las tego typu, występuje tylko tu i nigdzie indziej. I dobrze, bo uwielbiam te drzewa, te poduchy mchu, malutkie paprotki i światło przefiltrowane przez gałęzie. Nie uwielbiam tylko papierzaków, łajna przykrytego papierową chusteczką, a tego tam sporo. I biedna Frania urlop spędziła na smyczy.



 Najpierw było ślicznie jak z włoskiej pocztówki, potem wraz z odjazdem szkolnej dziatwy zrobiło się tak. I tak jak na zdjęciu jest także pięknie. Nad morzem zawsze jest dobrze. Pan Mąż planuje w tym roku krótki nadmorski pobyt w zimie. Nawet dowiedział się o czynne zimą pensjonaty. Ale ponieważ obiecuje to od lat i nic z tego nie wychodzi, to nie przywiązuję się do koncepcji.



A w chwilach przerwy od odpoczywania zrobiłam bukiet skarpetek dla kogoś miłego . Miejmy nadzieję, że się ucieszy i nie będzie ich oszczędzać.

Wróciliśmy w pewną bardzo mokrą i chłodną środę. Temat ciepłej odzieży po prostu sam się pchał do głowy, tym bardziej że pakując wiosną zimowe ciuchy do piwnicy widziałam gołym okiem ze jesienno zimowe kurtki nadają się już do zarchiwizowania w koszu na śmiecie.  Moze nie wszystkie akurat tam, ale jasne było ze zostałam właściwie bezkurtkowa. Stara puchówka po Tomku miała ęty raz w sezonie wyrwany suwak, kurtka z Tchibo także poległa na chory suwak i nagłą przewiewność. Na metce pisali że żaden wicher nie da jej rady, ale po praniu ta właściwość znikła. jeszcze wiosną na Szarotkach zadałam koleżankom pytanie gdzie kupić porządną zimową kurtkę w rozmiarze słusznym. Dwie osoby którym ufam unisono odparły że tylko u Olafa. Olaf to dwa sklepy ze skandynawskimi kurtkami, jeden jest w  CH Land, drugi w Galerii KEN. U Olafa miało być drogo i porządnie.
Moje wymagania co do zimowej odzieży może nie są jakieś wydumane, ale doświadczenie pokazuje że o coś takiego niesłychanie trudno: Rzecz ma być ciepła, lekka i za tyłek ( nie do pasa!) ma mieć pojemne, zapinane kieszenie i kieszeń wewnętrzną. Ma mieć kaptur i solidny zamek zapinany w obie strony, żeby przy kucaniu zamka nie wyrwać. Ma być wodo- i wiatroodporna, bo spaceruję w każdą pogodę, nie mogę sobie wybrać tejże. No i ma to mnie ogarnąć. Wąskie mankiety nie wpuszczające wiatru także są mile widziane.
Poszłam do Olafa jak na zimową odzież chyba za wcześnie. Ale okazało się akurat, bo już stojąc w drzwiach zobaczyłam to:

Ma wszystkie założone właściwości a ubrana w to wydaję się mniejsza niż bez tego. Bonusem jest wesoła podszewka w paski. Kurtka daje się prać w domu, jeśli nie dawać płynu zmiękczającego do prania to zachowa właściwości wodo- i wiatroodporne na wiele lat. Ponieważ do niczego nie dodaję płynu zmiękczającego, nie używam go wcale, to będę się tymi właściwościami długo cieszyć. Ma dwa lata gwarancji, jest hi-tech i bardzo się cieszę na kilkuletnie używanie bez konieczności zmiany co roku. Cena okazała się owszem wyższa niż w Tchibo ale do przyjęcia biorąc pod uwagę wielokrotnie dłuższy czas użytkowania. Zdaniem sprzedawczyni to kurtka przejsciowa, ale na mrozy mam puchowy płaszcz i futro z szopów do pięt, zatem jestem na każdą zimę gotowa!

Acha, problem rozmiaru u Olafa nie występuje. Olaf ubierze wszystkich ludzi od niemowląt do rozmiaru 60. Moje mizerne 46 mieści się absolutnie w środku stawki i nikt na nie nie wybrzydza.

sobota, 19 sierpnia 2017

Znikam i będę znikiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dożyłam wakacji, dożyć wcale nie było tak łatwo. Odkąd przesunęliśmy doroczne Duże Wakacje na drugą połowę sierpnia lato wykorzystuję na roboty, które inne panie domu zwyczajowo wykonują przed świętami. Czyszczę zakamarki, których przez resztę roku oko ludzkie nie ujrzy. Podłogi pod szafkami kuchennymi, pod kuchnią gazową, kąty za lodówkami i meblami. Tym razem zabraliśmy się również za czyszczenie piwnic, które od dziewięciu lat jedynie zagracamy. Teraz trzeba było rozgracić. Różne męczące i niepewne przedsięwzięcia zostały pomyślnie ułożone, wszystko jasne, akty notarialne podpisane, można ze swobodną głową jechać do Jastarni. Samochód mamy mniejszy a bambetli tyle samo albo i więcej. Psy doczekały się własnej wielkiej torby z żarciem, szamponem, ręcznikami, grzebieniami i piłeczkami. Niestety Muszka-Staruszka żre aby puszki, a żal mi jej wątroby zeby skarmiać ją badziewiem z Rossmana czy z Biedronki. Księżniczka Frania też nie powinna żywić się kaszanką. Frania wyturla się w kazdym napotkanym gó...e i trzeba ją później umyć i wysuszyć. No i tak jakoś wychodzi, że na trzy tygodnie karawan nam potrzebny(czy ja aby zabrałam odpowiednio dużo spodni???) i zastanawiam się gdzie by tu jeszcze upchnąć kalosze. Czasy kiedy mogłam spędzić urlop mając japonki i trampki na stanie dawno minęły.
No i aparat fotograficzny... Brać? Nie chce mi się nosić, ale przecież trzeba uwiecznić pierwsze spotkanie Frani z Bałtykiem. Poprzednie psy miały tyle zdjęć a Frania ma aby kilka fotek telefonem zrobionych.
Zabawki i szmatki zabrane, książki i kocyk zabrane, lampka LED do czytania już w samochodzie. Wracam we wrześniu! Mam nadzieję przywieźć z wakacji kilka par skarpetek własnego wyrobu.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lipcowa Noc, czyli jak zrobić szal bumerang (względnie banan)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Oryginalny był żółty, miał koraliki i nazywa się Beausoleil. Mój jest jak widać kobaltowo purpurowy, nie ma koralików i samą łotewską wełnę w sobie bez cienia jedwabiu. Łotewskie owce tak samo ładnie pokazują wyszukany ażur jak jedwabniki i alpaki oryginału. Szal jest w prezencie, ale pokazał mi jak teorię szala Pi Elizabeth Zimmerman przełożyć na modny kształt szala bumeranga bez bawienia się w rzędy skrócone. Metoda na Pi, że tak ją nazwę, ma pewną dodatkową zaletę: szal rośnie nie tylko po brzegach, ale i w środku i to dość gwałtownie. Siedzi na ciele jak przylutowany, nie zsuwa się, nie ucieka na strony. Ma kształt ludzkiego ciała i nie lata po osobie. Anniken Allis poszalała na nim z ażurami. Dopiero robiąc te ażury rozpoznałam kształty tulipanów, do góry nogami wyglądają intrygująco niesłychanie. Jako modelkę zatrudniłam Alicję. Lipcowa Noc na Alicji jest bardzo dekoracyjna. Alicja siedzi u nas, żeby się u siebie nie upiekła. No i Franię trzeba trochę rozczmychać, jakaś psina smutna jest w upały. Do rozczmychania Frani Alicja jest pierwsza i najlepsza.



  
Tu trochę widać jak ten szal rośnie we wszystkie strony!


No to teraz z grubsza i ogólnie opiszę jak to się robi, bez wdawania się w koronkowe szczegóły. Ażurki można sobie zrobić jakie kto chce, byle się tylko na szerokość mieściły.

Zaczynamy sposobem na paseczek robiony francuzem; ten paseczek w trakcie roboty zamieni się w elegancki brzeg i dzięki niemu początek roboty nie będzie wyglądał jak wielbłądzie kopyto.

Nabieramy prowizorycznie trzy oczka i przerabiamy je przez 7 rzędów ściegiem francuskim (prawe po obu stronach) zdejmując zawsze pierwsze oczko bez przerabiania z nitką z przodu. Ten manewr (brzeg francuski, zdjęcie pierwszego oczka bez przerabiania z nitką z przodu) kontynuujemy aż do zrobienia całego szala. Dzięki temu mamy śliczny, elastyczny brzeg.
W rzędzie ósmym z paseczka robimy początek szala: 3 oczka z jednego końca paseczka, z jego długości nabieramy 3 oczka, i trzy prowizoryczne oczka początkowe przekładamy na drut, razem 9 oczek. Następny rząd przerobić cały na prawo.
Zaczynamy, mamy przed sobą prawą stronę roboty, po trzech oczkach francuzem wieszamy wyróżniający się marker, będzie nas informował, że to prawa strona i zawsze należy dodać za nim oczko (tu:narzut).  Tak samo zawsze dodajemy oczko przed ostatnimi trzema oczkami robionymi francuzem.  W każdym rzędzie po prawej stronie dodajemy oczko między brzegiem a szalem.
rząd 1: podwajamy oczka, po każdym z trzech oczek szala dodajemy narzut (albo podwajamy te oczka jakimkolwiek innym sposobem) razem z brzegowymi narzutami 13 oczek.
robimy francuzem (albo pończoszniczym, albo jak kto chce) 6 rzędów
W rzędzie 7 podwajamy liczbę oczek szala j.w. i mamy 29 oczek, robimy cielsko szla do rzędu 16.
W rzędzie 17 podwajamy liczbę oczek szala i mamy 69 oczek. Robimy dodając tylko po prawej stronie przy brzegach do rzędu 36.
W rzędzie 37 podwajamy l. oczek szala i mamy 169 oczek.
( można sobie tu zacząć jakiś ażur albo dalej robić gładko jeśli kolory włoczki pozwalają)
Robimy 66 rzędów prosto dodając tylko na bokach. Gdy na moim drucie było 239 oczek znów podwoiłam ich ilość. Na drucie było teraz 475 oczek. U mnie zaczął się drugi ażur i robiłam go przez 48 rzędów, poczym nastąpił rząd kończący bo na koraliki nie miałam już siły i wiary, że estonka się przy tym nie porwie. Geometria mówi, że więcej dodawać (poza brzegami) nie trzeba, chyba że chcemy kulę ziemską w to przyoblec.

Nie jest to przepis, tylko opis sposobu. Można zrobić cały szal francuzem, dodawać oczka dyskretniej i bez dziur i mieć solidny szal. Można robić do pożądanej długości z tyłu i dorobić plisę z wzorem, no można co kto chce i umie. Można sobie w każdej sekcji inny wzór umieścić czy to ażurowy czy inny.
Mój szal zjadł 800 metrów estonki 8/1 za pomocą drutów nr 4. 200 gr. wełny na skarpety da szal podobnych rozmiarów.



piątek, 28 lipca 2017

Bądź człowiekiem, zajrzyj w paszczę!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W psiej (a także pewnie w kociej i każdej) paszczy mogą się czaić niespodzianki bardzo uprzykrzające życie posiadaczowi tejże. Zęby to zęby i bywają kłopotliwe. W paszczy poza zębami bywają i inne bolące niespodzianki.
Moja pierwsza suka Pestka była już w mocno podeszłym wieku, gdy zaczęła niemrawo jeść. Nigdy nie była łapczywa i wielbiła suche Pedigree Pal, które wtedy było ponoć lepszej niż teraz jakości. No ale w pewnym momencie zamiast raczyć się ulubionymi chrupkami zaczęła gapić się w miskę. Zajrzałam do paszczy. Pozwoliła zajrzeć. Mimo podeszłego wieku zęby miała jak krokodyl: białe, czyste, mocne bez kamienia i bez dziur. Natomiast w głębi paszczy zauważyłam twór, którego nie powinno tam być. Z dziąsła wyrastało coś wielkości ostatniego członu małego palca i mocno wciskało się w podniebienie. Weterynarz kiwał głową, ale ucieszył się dopiero, gdy to coś okazało się uszypułowane. Taki twór zwany nadziąślakiem przytrafia się psom dość często. Jak jest uszypułowany to można go bezpiecznie uciąć elektrycznym nożem i uwolnić psią paszczę od boleści.   Gorzej z nieuszypułowanym, bo niby jak zamknąć ranę po wycięciu czegoś z podniebienia? lekarz który wykonywał zabieg, powiedział mi, że to był najmniejszy nadziąślak jaki widział. Zwykle właściciele prowadzą psa do lekarza, gdy guz jest tak wielki, ze w paszczy poza nim nic się nie mieści i zwierzę całkiem przestaje jeść. Największy taki guz usuwany przez tego veta był wielkości dużej pięści i żadne chirurgiczne narzędzie nie dało mu rady, pomógł dopiero wielki, rozgrzany nad palnikiem gwóźdź którym wypalono potwora.
Pestusia po zabiegu wytrzymała bez jedzenia jeszcze jeden dzień (lekarze nie pozwalają karmić zwierza po narkozie, bo przewód pokarmowy także się musi obudzić a to trochę trwa) i ruszyła do michy. Wdzięczność w psich oczach była czytelna dla wszystkich. Żadne twarde okruchy nie właziły pod guz i nie gniotły w podniebienie!
Kretka na skutek pracoholizmu zdarła zęby tak, że jednemu otworzyła się komora, opisywałam to na blogu. Także i w tym wypadku zwierzak naprawdę docenił interwencję dentysty.
Frania bardzo powoli jadła. Nigdy, ani razu nie chciała się bawić w szarpanie sznurka, wszystko bardzo grzecznie oddawała z mordki. Czasem w nocy budziła się z wielkim płaczem. Nie chciała obgryzać twardych ogonów i skórzanych kości. Lubi tylko miękkie chrupki. Połamany ząb z zapaleniem miazgi i biedne dziąsło przy drugim krzywulcu wyjaśniały takie zachowanie.


 Zmiany w zębach wyglądają na małe, ale ból jest wielki.


Zęby zostały usunięte. Było dłutowanie i z tego powodu ran nie zaszyto. Trochę trzeba poczekać aż  brzegi zębodołów dziąsłem obrosną, ale budzenie się z krzykiem chyba należy do przeszłości. Póki co pani ma blender i psina dostaje zupki zmiksowane jak niemowlak. jest trochę cierpiąca, ale otrząsnąwszy się z głupiego jasia już w poniedziałek pokazała nam, jak się cieszy, że rozstała się z tymi krzywymi zębami.
Zadanie dla czytelników w tym tygodniu: Zajrzeć do paszcz, paszczęk i mordek własnej trzody domowej. Czekam na sprawozdania.

wtorek, 18 lipca 2017

O pewnych oczach i o merynosie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odkąd znam Alicję czyta bez opamiętania i wiecznie narzeka na okulary. Przez pierwsze pięć lat naszej znajomości świat oglądała przez eleganckie fotochromy a do czytania używała drugich, grubych i znacznie mniej efektownych. 
Kiedyś nagle bardzo zaczęła się skarżyć na oczy. Że bolą, że pieką, że coś nie tak. Wzięliśmy za chabety i zawlekliśmy do prywatnego lekarza. Prywatna aparatura ujawniła tajemniczą dla NFZu prawdę o odklejających się siatkówkach i okulary do czytania od Ruskich poszły do śmieci. Po serii jakichś zabiegów, worku zjedzonej luteiny oczy Alicji doszły do siebie. Do sprzątania wynajęta jest sprzątaczka bo schylać się już nigdy nie będzie wolno i nosić w ręku więcej niż 2 kilo. Ot zwykła sprawa dla kogoś, kto całe życie był krótkowidzem. No i tylko przeżywała Alicja bardzo kolejne dobieranie okularów do czytania. Bo bez czytania życia nie ma. Akurat tu się z nią zgadzam. Lat minęło sporo, chyba z 15 i przyszła kryska na Matyska z tym czytaniem. Ostatnim razem, ponad rok temu lekarz zamiast dać receptę na mocniejsze okulary dał skierowanie na operację zaćmy. Alicja zapisała się w klinice do kolejki i czekała. Miała czekać do jesieni, a tu nagle klinika wezwała ją na badania przedoperacyjne w sobotę. Misia, która ma nosa do chorób, badań i przede wszystkim do swoich babć, zawiozła Alicję na ul. Kaczą i towarzyszyła jej w trakcie całej wizyty. I dobrze zrobiła.
Klinika na Kaczej żyje z operowania zaćmy starym ludziom i ma doświadczenie. Lekarze życzą sobie, aby pacjentom towarzyszyli ludzie młodsi i przytomniejsi. Bo jak nie towarzyszą, to bywa i tak, że po klinice błąka się jakaś stara, niedowidząca postać łapiąc każdego w białym fartuchu za frak i błagając, żeby jej powiedzieli co ma robić, bo ona tu wczoraj była, ale wszystko zapomniała.
Lekarka dokładnie zbadała oczy Alicji i się okazało, że gdyby to była tylko zaćma to by było świetnie. Niestety w gorszym oku to jest już zwyrodnienie plamki żółtej, a w obu oczach jest nadciśnienie że hej. Zonk. Jaskra znaczy. Zrobione w poniedziałek USG oczu i badanie nabłonka musiała sobie Alicja opłacić sama. Zabieg irydotomii ratujący wzrok przed jaskrą oczywiście można wykonać bezpłatnie. Za dwa lata.
 Za 400 zł będzie wykonany w sierpniu. No i poniedziałkowe badania pokazały, że zaćmę da się zoperować. Dla kogoś kto ma 84 lata i kocha czytać, i w głowie ma coś więcej niż gumkę trzymającą uszy we właściwej pozycji czekanie 2 lata na laserowe udrożnienie kąta przesączania w gałkach ocznych to męka. A skazywanie go na czekanie to sadyzm.
Ogarniemy, będzie Alicja czytać póki będzie chciała.
A merynoska farbowanego we Włoczkach Warmii bardzo chciałam. Tylko mogłam sobie na niego u koleżanek popatrzeć. Bo jakoś nigdy nie zdarzyło się na pięknie farbowane motki u źródła utrafić.
No i w końcu dopadłam i mam: 



Jedno niebieskie będzie bluzką z ażurem, drugie tęczowe będzie bluzką bez ażuru. Z doświadczenia wiem, że 1200 metrów włóczki starcza na mnie o ile nie zrobię wielkiego golfa i rękawów do kolan.
Mówiąc najzupełniej poważnie wydaje mi się że politycznie skręcamy w kierunku Korei Pólnocnej bądź reżimu Kadafiego. A jeśli zamkną się otwarte granice, to z czego ja będę dziergała? Miłe i miękkie merynoski nie biegają po naszych łąkach niestety. Pora zbierać tzw stash.

sobota, 8 lipca 2017

Lniana sukienka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chodziła za mną lniana sukienka zrobiona na drutach. Oczarował mnie len do robótek na stronie Włóczek Warmii. Te kolory! Ten metraż! Ta cena! Och i ach. No i bardzo lubię len na letnie ubrania. Gniecie się, owszem, ale nawet pognieciony jest lnem a nie jakimś śmieciowym poliestrem.
Dzianin z bawełny nie lubię. Są ciężkie, mechacą się po pierwszym praniu i nigdy nie zachowują wyglądu nitki z nowego motka. Rozwlekają się w godzinę po nałożeniu, nie lubię i już. Len jest wytrzymały, nie mechaci się, w praniach kolejnych zyskuje na miękkości, ale nigdy nie wyglada jak zmechrana szmata.
Jestem duża, to kupiłam dużo w dwóch odcieniach czegoś, co dziś nazywa się kolor miętowy. Dawniej nazywało się to eau de Nil i moim zdaniem brzmiało to lepiej. Mam miętę w ogródku i ona jest zupełnie innego koloru. Moje motki miały kolor wody z Balatonu na reklamowych zdjęciach. I dlatego moja sukienka nazywa się Balaton. Jest poza tym wielka jak Balaton.

Nitka jest, teraz model. W Tatuum zobaczyłam sukienkę, o jaką mi chodziło. Mały dekolt, dopasowana góra, małe rękawki, mocno rozszerzana od pach, z szeroką nie rozszerzającą się plisą na dole. Z grubsza ją zmierzyłam w sklepie pod okiem ucieszonych sprzedawczyń, które tylko poprosiły, by pokazać im udzierganą sukienkę.

No to projektujemy! Próbkę zrobiłam, policzyłam na sucho i po upraniu. Wyciągnęłam zakitrany w szufladzie podkoszulek wzorcowy. Dawne książki dziewiarskie i Ewcia (moja guru dziewiarska), nakazują robić dzianinę na wzór jakiegoś dobrze leżącego wyrobu. Ten podkoszulek rodem z Jackpot ma absolutnie wszystkie zalety dobrze leżącej bluzki dla mnie. Jego dekolt nie wyje. Rękawy tuszują bardzo szerokie ramiona, ramiona leżą nienagannie. Czyli najbardziej strategiczne miejsca dzianiny mają gotowy wzór. Z wiekiem granatowy podkoszulek spłowiał do obrzydliwego fioletowo-burego koloru i do noszenia się nie nadaje, ale nie ma dziur mimo wieku podeszłego. No i zachowuje kształt. Zatem wzorując się na nim jak chodzi o kształtowanie tułowia od pach w górę, dekoltu i rękawów wyprodukowałam sukienkę. O ile z górą pilnowałam się co do centymetra, to od pach w dół robiłam jak mi w duszy grało. Oto rezultat:

Zużyłam aby połowę zakupionego lnu. Z resztą coś trzeba będzie począć.
Naturalnie natychmiast wskoczyłam w tę kieckę chcąc sprawdzić słuszność wybranej metody projektowania. Zdjęcia robił Pan Mąż, nie był tym w danej chwili zainteresowany, więc są jakie są, ale widać że udzierg pasuje.

Sukienka została uprana (straszny ze mnie dziewiarski brudas) zmiękła, wyschła nie wymagając właściwie prasowania ale ją uprasowałam i wyłapałam dzięki temu puszczone oczko. Jutro zadebiutuje na Szarotkach.
Przy okazji opracowałam sposób na osiągnięcie odpowiedniej szerokości rękawów przy rękawach wrabianych rzędami skróconymi. Gdybym ich w trakcie dziergania sukcesywnie nie zwężała to mogła bym w nie spokojnie obfite uda zmieścić. Udało się. Rękawy są akceptowalne.





wtorek, 4 lipca 2017

Dzień weterynaryjny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam dookoła mnóstwo klinik weterynaryjnych. W najbliższej jest pani doktor co operuje doskonale i żadne pooperacyjne komplikacje się jej pacjentom nie przytrafiają, ale jak chodzi o diagnozowanie i prowadzenie przewlekłych chorób i skuteczne dogadywanie się z właścicielem pacjenta to jest słabo. 
Jest Klinika SGGW z całą diagnostyką i wszystkimi specjalistami, tyle że ostatnio się tam nieziemsko drogo zrobiło jak się pójdzie po cokolwiek innego niż spotkanie z mądrą dr. Biel. Dr Biel jest tak samo mądra jak zawsze, ale nieco się postarzała i miewa trudności np. z pobraniem krwi. Jest również lokalny na całą Warszawę Psi Doktor, Paweł Rabiega. Jest doskonałym diagnostą, świetnie prowadzi przewlekłe choroby, operuje i dogaduje się z opiekunami zwierzęcia. U niego ZAWSZE jest w gabinecie kolejka i czeka się tam godzinami. Doktor Rabiega nie sprzedaje karmy ani szamponu, tylko diagnozuje i leczy zwierzęta. Wiele razy musiałam sobie pójść do domu po kilku godzinach czekania, bo mi w czekaniu cukier spadł do kostek i telepki dostałam. Teraz doktor wprowadził zapisy przez internet przez aplikację Booksy. Nie sądzę, żeby było się łatwiej do niego dostać, złapałam termin, bo ta aplikacja dopiero zaczęła działać i byłam pierwszą rezerwującą termin.   W trudnym nagłym wypadku nie wiem do kogo pójdę. Ale dziś byłyśmy zapisane i dziś się wybrałyśmy. Frania niedawno miała wzdęcie godne psiego ranigastu, doktor na USG obejrzał wzdęty żołądek, wzdęty od zjedzenia gumki albo sznurka albo czegoś innego, uratował psa i dziś poszłam przebadać Muszkę, bo stara się nagle zrobiła, a Franię zapisać na wyrwanie dwóch bardzo krzywych, zrotowanych zębów uniemożliwiających skuteczne jedzenie. Przy jednym jest już zapalenie dziąsła, drugi się paskudne ukruszył i ma otwartą komorę (auć!). 
Muszce utoczono krew do probówki i doktor zaczął szukać przyczyny bólu, który moim zdaniem Muszkę gnębi. Stąd lizanie łap, ponury charakter, izolowanie się od innych psów, niechęć do chodzenia, ziajanie w chłodne dni i nieustanne okupowanie kanapy. Ból znalazł się w połamanej niegdyś miednicy. I to taki ból, że nawet psa się prześwietlić nie da. I znów mam zbolałą staruchę na Cartpophenie. Cztery zastrzyki, co 10 dni jeden, w seriach co cztery miesiące i do tego Movalis w razie czego.
ledwie wróciłyśmy do domu, Frania pokazała że coś jest nie halo. Jedzenie niedobre. I to dobre jedzenie też było niedobre. Oho, coś się dzieje. Do popołudnia futerko się zmierzwiło, obiad był niesmaczny a Frania zrobiła się ciepła. Nawet bardzo ciepła, 39,7. Niby od kleszczy zabezpieczona, ale jeśli to babeszja, to możemy się pieskiem cieszyć bardzo krótko. Zatem poszukaliśmy kliniki z całodobowym laboratorium analitycznym i przejechaliśmy się z Franią do kolejnego lekarza. Krew pobrana, pies zbadany, okazało się że ma spuchnięte gardło i migdałki. Dostała Frania psią aspirynę i antybiotyk w zastrzyku, my mamy czekać do północy na maila z wynikami badań i jak babeszja będzie to na sygnale jechać po lek, a jak nie będzie babeszji to jutro powtórzyć tylko leki na gardło. Chyba babeszji nie ma, bo pies był zabezpieczony, śledziona nie spuchnięta a nakłucie po pobraniu krwi nie krwawiło. No i po lekach kolacja się okazała smaczna.
Lżejsza o kilka stówek idę kończyć lnianą sukienkę.

Nie zaszkodzi pamiętać że zwierzęta mają takie same ograny jak my. I każdy z tych organów może, tak jak i u nas, chorować, boleć i dokuczać. Nawet u młodego psa.

Właśnie przyszły wyniki. Jest leukocytoza podwyższona, mocznik i jakaś próba wątrobowa ponad normą, ale babeszji nie ma!

sobota, 1 lipca 2017

Bob Dylan dostał Nobla...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

a Filip Łobodziński, człowiek wielu talentów, Nobla z literatury nie dostanie. 
Jak czytam na skrzydełku okładki jego tłumaczeń tekstów Boba  Dylana pt. Duszny Kraj, Filip Łobodziński to iberysta, dziennikarz, muzyk i tłumacz z angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, katalońskiego, portugalskiego oraz latino. Ponoć dostał nagrodę instytutu Cervantesa za najlepsze tłumaczenie czegoś tam. Wymieniono starannie wszystkie redakcje radiowe i telewizyjne, w których Filip Łobodziński pracował. Dobrze że na tym skrzydełku nie napisali, że w dzieciństwie grał w licznych filmach dla młodzieży.
Być może Filip Łobodziński świetnie zna języki z Półwyspu Iberyjskiego, ale angielski zna niestety jak Wielki Oxford, a nie jak poeta nagrodzony noblem. Nawet na tym skrzydełku z laurką dla Filipa Łobodzińskiego nic o jego poetyckim talencie nie napomknęli.
Więc jeśli chcecie wiedzieć o czym śpiewa Wielki Bob zatrudnijcie tłumacza Google i dajcie sobie spokój z tą książką. Bo jakby po niej sądzić to w Komitecie Noblowskim siedzą jakieś bezmyślne narkomany co głosują na swojaka.
Podczas koncertu Kuby Sienkiewicza w Domu Kultury Stokłosy miałam okazję wysłuchać Blowin' In The Wind w przekładzie Stanisława Barańczaka. Być może Łobodziński jest od Barańczaka ładniejszy, ale jak o tłumaczenia poezji chodzi to jest dużo gorszy.


BOB DYLAN
Duszny kraj
przełożył
FILIP ŁOBODZIŃSKI

Moje zabawy z czcionką odwzorowują to, co jest na okładce.

czwartek, 15 czerwca 2017

Patent na rybacką brioszkę.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Brioszki to takie bułki, dziś nie wiedzieć czemu nazywa się tak znany od stu lat albo i dłużej (na pewno dłużej) ścieg patentowy zwany też angielskim ściągaczem. Moim zdaniem to raczej rozciągacz niż ściągacz, ale mniejsza z tym.
Prawdziwy patent nigdy nie był u nas specjalnie popularny bo po pierwsze jest potwornie włóczkożerny a po drugie robi się go bardzo długo. W kraju wiecznego niedoboru to nie był ścieg pełen zalet. I naprawdę, naprawdę trudno jest w nim poprawić błędy o ile nie zrobi się tego natychmiast. W tym ściegu każdy rząd przerabia się dwa razy i  otrzymuje się dzianinę podwójnej grubości i oczywiście podwójnej ciepłoty. Jest świetna na szaliki bo dwustronna i puchata. Patent zrobiony drutami jakimi byśmy zwykle przerabiały jakąś włóczkę wychodzi za luźno. Na szalik jeszcze ujdzie, ale na czapkę już nie, zrobi się workowata siatka bez właściwości użytkowych jakie można uzyskać mniejszymi drutami. Czapka na moich zdjęciach wykonana jest na drutach 2,5 z Kauni od Aade Long w kolorze tęcza. Zostały mi resztki po sukience i kominie, trzeba było je wykorzystać. Czapki z patentu dostępne w sieciówkach zrobione luźno z akrylu nie mają nic wspólnego z wełnianym, porządnie zrobionym patentem.
Opisy wykonywania brioszki, które znajdziecie na You Tube są nie do ogarnięcia. Zajęło mi trochę czasu nim skumałam, że znam ten ścieg od zawsze. Amerykanki narzcające nitkę na drut i gadające coś bez opamiętania robią więcej zamętu niż wyjaśniają. No i przez to odwrotne trzymanie nitki nic nie widać co one na tych drutach wyprawiają.

Instrukcja mojej babci była prosta: zrób jeden rząd ściągaczem. W następnym rzędzie przerabiaj tylko prawe oczka, a lewe zdejmuj z narzutem. W następnym przerabiaj oczko z narzutem na prawo, lewe zdejmij z narzutem. Powtarzaj ten rząd aż ci się nitka skończy, albo zrobisz to co masz zrobić. No i nitka skończyła się bardzo prędko. Zrobienie tak dwumetrowego szalika było nie do wykonania z moimi zasobami. I nie cierpię tych gubiących się narzutów.

Całkiem niedawno trafiłam na opis wykonania tzw fishermen ribbing (ściągacza rybackiego). Ścieg wyglada identycznie, tyle że zamiast robić te narzuty i przekładać oczka bez przerabiania, wkłuwamy się o rząd niżej wykonując oczko. Pierwszy rząd to zwykły ściągacz, w drugim rzędzie oczka prawe przerabiamy wkłuwając się o rząd niżej a lewe normalnie. Jeżeli robimy rzecz na płasko to tak robimy wszystkie rzędy, jezeli zaś w okrążeniach, to kolejny rzad jest taki: prawe oczka przerabiamy zwyczajnie, a lewe wkłuwając się o rząd niżej. 

Najłatwiej robić w okrążeniach dwoma kolorami.Rząd z prawymi oczkami przerabianymi niżej jednym kolorem, rząd z lewymi przerabianymi o rząd niżej drugim. Tak właśnie robiłam moją czapkę. Przy zmianie kolorów nitek nie należy zaplatać, brać jak leci. Ta czapka miała mi przypomnieć jak się robi patent. Pokombinowałam również jak zbierać oczka pochylając je na prawo i lewo. Widać że każda nie patentowa procedura jest o wiele ściślejsza niż sama brioszka





 Czapka przed upraniem i zblokowaniem.



Strona A 



Strona B, widać pomyłkę, nawet nie próbowałam tego rządka spruć i poprawiać, choć w dwóch kolorach to jest łatwiejsze.
Mówiąc między nami nie widzę sensu w dzierganiu brioszki we wzory. To zabawa dla bardzo znudzonych. Swetry tak zrobione mogą się świetnie sprawdzić na stoku narciarskim, w Himalajach i na morzu przy pracy rybaka. Do normalnego chodzenia są za ciepłe.

niedziela, 28 maja 2017

Szal, skarpety i dwupies

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zrobiłam kolejny estoński szal, tym razem dla szwagierki. Dobra z niej dziewczyna, trochę fartu, który ponoć takie szale przynoszą przyda się jej bez dwóch zdań. Cielsko szala dało się wykonać bez żadnych przeszkód, wzór łatwy, niezbyt nudny, wyraźny. Z koronką brzegową nie było łatwo. Coś się strasznie w niej myliłam. robiłam, prułam, robiłam, prułam, właściwie nie wiadomo dlaczego. Ciągle się ilość narzutów nie zgadzała. Nie wiadomo czemu po krótszych stronach ząbków nie jest tyle samo, wzrok nie ten co dawniej. Wkłuwanie się w nabrane oczka to żadna frajda, następny zrobię z prowizorycznym początkiem, mniej kłopotu z wykończeniem i napinaniem. Ciągle najbardziej lubię moment napinania. Z mizernej dziurawej, wiotkiej szmatki robi się koronka jak trzeba.



Dziś jedziemy go przekazać. Obdarowana z tej okazji zaprosiła nas na obiad!
Zwykle mam na drutach jedną rzecz, robię aż zrobię i dopiero później zabieram się za druga robotę. Tym razem miałam symultanicznie trzy robótki. Na karbonzach robiły się kolejne sześciokąty dla koleżanki, a na drucie z żyłką powstały samochodowe skarpetki dla Pana Męża. Już gdy dawno temu zobaczył czerwoną jak strażacki samochód wełnę to mu oczy zabłysły, a ponieważ w samochodzie nie mogę czytać a mogę dziergać, to wełna pojechała z nami na majówkę. Jedna skarpetka i kawałek drugiej powstały w czasie jazdy. Wzór jest dwustronny i bardzo łatwy do zapamiętania: dwa rzędy ściągaczem 2x2, rządek prawych, rządek lewych. I wychodzi taka kratka:


Sześciokąty dla koleżanki właśnie wyschły. 

















Teraz zobaczyłam, że na tych zdjęciach są moje stopy, niech tak zostanie.

A co słychać u dwupsa? A znakomicie. Muszka chyba się ostatnio posunęła nieco, ale jak chodzi o szczęśliwość to jest szczęśliwa. Teraz ona jest starszakiem i dowodzi. Nikt na nią nie warczy, nie straszy i nie trampkuje. Młoda ma słuchać i już. Muszka nawet już żarcie z ręki weźmie! Trochę mniejszą ma ochotę na spacery, czasem trzeba ją wlec na smyczy, ale z radości kąpieli w smródce nigdy nie rezygnuje. Pilnuje własnej kości i nawet ją ogryza. gdziekolwiek się ruszę po domu, panienki są ze mną. Ze mną piszą tego posta, ze mną ścielą łóżka, odkurzają, robią na drutach , gotują, czytają. Są obecne zawsze, a przy tum zupełnie nieupierdliwe i nienachalne.


 O ile miejsce na to pozwala śpi się razem. W nocy razem z nami.
Jakimś cudem wcale nam nie przeszkadzają.


 Z ogródka robi się coraz bardziej psogródek. Frania kocha kopać. W twardej glinie kopać się nie da, kopać można tylko obok oczka, gdzie siedzą cebulki krokusów, cebulic, hiacyntów i przebiśniegów.Dobrze, że nigdy nie nastawiałam się na jakieś niezwykłe plony.


Zawsze razem! Chyba, że w parku pokaże się wiewiórka. Wtedy Frania pędzi za wiewiórką na łeb na szyję. Trzeba na to uważać, bo w pędzie Frania ulic i ruchu drogowego nie zauważa.

środa, 17 maja 2017

Moja winylowa armia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Kolekcja się rozrasta, pod parasolem najnowsza Zoe, jej mały braciszek Tom, dzieciaczek maleńki siedzi w pierwszym rzędzie  upchnięty między lalkami od Kaethe Kruse, ma ubranko w białe kropki i dziecięcą czapeczkę. A czekam na dwa amerykańskie bliźniaki z Allegro.
Ponieważ miałam chwilę przerwy w lalkowaniu zaczęłam się zastanawiać, co u mnie powoduje te przypływy i odpływy. I wiem. Nie jest to niestety miła wiedza. To moja winylowa armia, to wojsko, które broni mnie bardzo skutecznie przed... wspomnieniami.
Zaczęłam się bawić lalkami po śmierci mamy. Moja relacja z mamą była zawikłana, trudna i z mojej strony pełna głodu uczuć. Z mamą miałam fantastyczny układ jak chodzi o wiedzę, poglądy i takie tam wyższe sprawy umysłowe. Była piekielnie bystra, oczytana, biegła w umysłowych rozgrywkach. Ale również bardzo skoncentrowana na własnej osobie, emocjonalnie niedostępna, i raczej mnie ignorowała niż kochała. Mogłam na niej polegać, była obowiązkowa, spełniała swoje powinności, ale o kochaniu córeczko zapomnij, u nas w rodzinie się o kochaniu nie wspomina.  Teraz, po latach przemyśleń i lektur, po długiej praktyce w zawodzie wiem, że miała zespół Aspergera. Zawodowo była wygą, towarzysko i emocjonalnie - kaleką. Inni ludzie byli dla niej nieodgadnieni, zaskakujący, męczący, tajemniczy i mało ciekawi. Bała się że ją oszukają, wykorzystają i porzucą. Potrzebna byłam jej do ogarniania codziennych spraw, ale ufała mi tak jak i innym, czyli wcale. Zabawki mogły dla niej nie istnieć, i dlatego się tak pewnie rozpieszczałam po jej śmierci.
Ale co jakiś czas napada mnie na te lalki ochota. Na zwykłe lalki do bawienia, nie lalki modelki, a lalki dzieci, ładne, od dobrych projektantów, ale do bawienia a nie do stania w gablocie.
W czasie rodzinnego wielkanocnego spotkania ktoś wypuścił ducha mojego taty. Duch znudzony wieloletnim przebywaniem w ciemnym grobie pohasał sobie po naszych emocjach i pokazał że wciąż dużo może. Mój tata to nie była postać a raczej posiedzieć. Alkoholik z dłuuuugą praktyką z odchyleniem sadystycznym. Lubił jak się go ludzie bali. Profesję sobie stosowną wybrał do tego upodobania, za żaden wybryk nigdy nie został oficjalnie ukarany, takie miał umocowanie. Niestabilny emocjonalnie, zmienny jak chorągiewka na wietrze. Mama chłodno oglądająca świat zorientowawszy się w którą stronę rozwija się jej małżeńskie story i rozstała się z nim co rychlej. Ale to i owo, znacznie więcej niż bym chciała przeciekło do mojej pamięci, i nie są to bajki dla dzieci. Tak naprawdę to najlepiej opisał to Stephen King w Lśnieniu. 
Tata założył drugą rodzinę, którą trampkował aż do swojej śmierci, pozostawił nieutuloną w żalu wdowę z ciężkim syndromem współuzależnienia i brata, który wglądu w tatusiową sferę swego życia  nie ma wcale. No może raz na dwa lata coś sensownie bąknie, kiedy dotrze do niego, że nasze oficjalne wspomnienia nie są do końca zgodne z prawdą. Drugi brat działalności rodzinnej tatusia nie przeżył. No napisałam przecież że to raczej posiedzieć niż postać. Niemal dwadzieścia lat tatuś wącha kwiatki od spodu i dalej demoluje rodzinę. Zatem wielkanocne hulanie ducha, oczywiście podlane alkoholem skończyło się dla mnie szybko. Uciekłam do domu, jak zwykle wypchnęłam co trzeba z pamięci i... przywołałam to z powrotem i kupiłam sobie kilka nowych lalek. Tatuś podarował mi oprócz ręcznych zdolności masę wstydu na resztę życia. To co zassałam do 6 roku życia zostało gdzieś pod skórą. Przez pozostałe lata oglądałam życie rodzinne tatusia jako serial grozy podczas rodzinnych wizyt. Niech mnie strzeże moja armia z winylu!  Kupując nawet najbardziej wyszukane lalki pozostaję trzeźwa i świadoma, nikogo tym nie krzywdzę. Na przelew dla uciszenia zbolałej duszy mogło by wyjść znacznie drożej.
Okazało się że w domach moich koleżanek z okazji świąt wypuszcza się różne duchy: a to ktoś z łezką w oku wspomina wujka, co macał wszystkie dziewczynki i bez względu na wiek sprawdzał czy urosły im już piersi i futerko, ktoś inny tęskni za pijakiem co rodzinę w finansowe i emocjonalne bankructwo zepchnął, inny nie może się nachwalić kochanego Tadzia co żonę na prawo i lewo zdradzał i biedaczka  dostała z nagła kilkoro nieślubnych dzieci Tadzia do podziału spadku, gdy ten oczy zamknął na wieki. 
Nie wiem, czy zupełnie nie zignoruję w przyszłości rodzinnego świętowania w większym gronie. Chyba że dla nowej lalki trzeba trochę pocierpieć.

Od Wielkiej Nocy minęło trochę czasu. Długo nad tym myślałam.

poniedziałek, 15 maja 2017

ludzie, ciszej!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jechałam wczoraj na spotkanie dziewiarskie Szarotkowa na Wolę. Z Ursynowa. Droga niby prosta, metrem na plac Bankowy i dalej tramwajem. Tyle że ta droga jest jakaś przeklęta. Metro stanęło na stacji Politechnika i dalej jechać nie chciało. Przesiadłam się w tramwaj na plac Bankowy i mało w nim nie oszalałam, najpierw stanęło obok mnie stado Amerykanów z rowerami i darli się jakby ich kto ze skóry obdzierał, przekrzykiwali ruch uliczny, innych ludzi i stukot tramwaju. Nagle ktoś zawył tak, ze mi skóra ścierpła a uszy się skuliły, stanęły nade mną dwie nowomatkipolki z dziećmi. Te nowomatkipolki to jakiś zupełnie nowy gatunek ludzi, na Ursynowie niemal niespotykany (znaczy spotykany jako jeszcze-nie-matki-polki; pracują zwykle jako sprzedawczynie w osiedlowych sklepikach i na bazarkach) : mają rzęsy jak z filcu, 2,5 cm najmarniej, jak włochate gąsienice, długie pazury od miesiąca domagające się zmiany hybrydowego lakieru i prawie bez wyjątku kruczoczarne włosy z mysim odrostem, w ręku smartfon w różowej obudowie z kryształkami a na nogach białe adidasy (względnie zielone bądź różowe).  Ich Sebastianki, Oliwki i Majeczki chyba nie umieją mówić, za to bujają się z wrzaskiem na czymkolwiek na czym się da. Nowematkipolki zapytane o cokolwiek zawieszają się jak stary komputer i odpowiadają "nie wiem". Uciekłam przed nimi z tego tramwaju, wsiadłam w jakiś przypadkowy, pojechałam nie tam gdzie trzeba, dotarłam na spotkanie zła, zmęczona i bardzo spóźniona. I bordiura do szala, którą robię chyba dłużej niż sam szal i końca nie widać znów nadawała się jedynie do sprucia . I oczka mi z druta pospadały. Grhhhhr.
Wypuściwszy głośno i z hukiem furię wystraszyłam chyba koleżanki. Oczka dały się połapać, Bordiurę będę robić jeszcze kolejne kilka tygodni, ale zrobię. Za to musiałam coś zrobić z własną kompletną nietolerancją hałasu. Bo to mi się właśnie przytrafiło.
Pół życia mieszkałam w Śródmieściu na Hożej, w towarzystwie hałaśliwej rodziny i karetek pogotowia i dawałam radę. Znosiłam w szkole przerwy na piętrze nauczania początkowego i dawałam radę. Zniosłam 12 lat na Starym Mieście tuż przy Barbakanie i wtedy zaczęło być mi za głośno. Na Ursynowie jest cicho. I tak powinno być.
Każdy wyjazd do śródmieścia kosztuje mnie masę nerwów i stresu właśnie z powodu hałasu. Wystarczy pól godziny i jestem na resztę dnia ugotowana. Zaczęłam zastanawiać się nad środkami zaradczymi. Nawet planowałam kupić sobie sprytne słuchawki z systemem ANC, które wygłuszają świat niemal na amen. Tyle że to drogie i nieporęczne. I ja wcale muzyki w drodze nie słucham a telefon jak czasem odbiorę to święto, taka technologia mi niepotrzebna do niczego. Potuptałam do apteki i zaopatrzyłam się w piankowe stopery do uszu w większej ilości. Do każdej torby i kurtki wrzuciłam parkę i mam nadzieję przeżyć kolejną wizytę w mieście. Nie dostrzegać nowomatekpolek ani uszami, ani oczami, ignorować Amerykanów na rowerach, nie dostrzegać huku tramwaju i samochodów, no nie i już.

środa, 3 maja 2017

I po majówce!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Tym razem bez zdjęć, nie chce mi się. Jestem leniwa. Wolno mi.
Majówkę zaczęliśmy wcześniej niż reszta rodaków, bo jeszcze w czwartek. Zapakowaliśmy psy do Fafika (Skoda Fabia nazywa się Fafik - na wszystkich dywanikach ma masę literek F a na dachu śmieszny antenkowy ogonek), w niewielki bagażnik spakowaliśmy się z powodzeniem, zaparzyłam na drogę nam obojgu kawę w termicznych kubkach, zabrałam na drogę drut na żyłce 2,5/ 100 cm i motek czerwonego Opala bo czytać w samochodzie nie mogę, ale mogę dziergać. Szal bratowej jako robótka zbyt wymagająca uwagi się nie nadawał. Kolejne skarpetki z heksagonów też nie bardzo, jak w podróży ucieknie na podłogę krótki drut to szukaj wiatru w polu, no i tam ciągle się urywa nitkę i nitki zaszywa, Fafik nie ma blatu z przegródkami na przydasie dla pasażera. Jechaliśmy w deszczu i mgle. Lanckorona jest słynna z mgły, mgły tak gęstej i przytulonej do góry, że naprawdę nie widać nic prócz białych tumanów. Droga jest wąska, kręta i po stromym zboczu. Ostatni odcinek jechaliśmy na piechotę wypatrując odblaskowych oznaczeń zakrętów. udało się. Czekali na nas z kolacją i było świetnie.
Piątkowy deszcz zapobiegł niestety spacerowi po Alei Zakochanych. Karpacki flisz w deszczu to dla starszych państwa pułapka, lepiej było nie ryzykować. Frania za to pokazała nam do czego służy cairn terier. Pieski te wyhodowano do polowań na osuwiskach skalnych. Wszelkie górki bardzo jej się podobają - im stromiej tym fajniej. Po niemal pionowym, zarośniętym zboczu Góry Lanckorońskiej Frania pędziła w dowolnym kierunku jednakowo szybko, czy łbem w dół czy w górę. Tylko bujające się tu i ówdzie chaszcze albo sterczący pionowo rudy ogonek pokazywały gdzie jest. No i czasem z krzaków wystawała czarna mordka z pytaniem - jesteście? Mądry piesek, po drodze publicznej idzie się na smyczy. Frania to wie i wie najwyraźniej kiedy trzeba się stawić do nogi.
Niestety wiemy już, że nie nadaje się na grudniowego elfa dla świętego Mikołaja. Ma bardzo silny instynkt terytorialny i wie, że nikogo się tak fajnie nie gania jak dzieci. One piszczą, uciekają, boją się i można je z satysfakcją pogonić. Za dziećmi Frania nie przepada, pod tym względem są z Muszką zgodne.
W sobotę dało się spacerować. Frania była oczarowana lasem, ale gdzieś na wykrotach rozcięła poduszkę w tylnej łapce. I koniec spacerowania nastąpił. Zwłaszcza że ja też uległam przedziwnej kontuzji. Poszłam spać zdrowa a wstałam w poniedziałek kompletnie niechodząca, ze sztywnym, wściekle bolącym kolanem. Cold pack z Woltarenem w żelu i Movalisem odziedziczonym po Kretce dały radę to w dobę opanować i jestem już mobilna, ale jedno wścieknięte nie wiadomo dlaczego ścięgno potrafi człowieka kompletnie unieruchomić. Paskudna niespodzianka.
Jak zwykle podczas majówki w Tadeuszu była grupa cudzoziemców - kandydatów na studia na architekturze na Politechnice Krakowskiej. Mają tu kurs przygotowawczy z rysunku perspektywicznego. Ośmielona trzyletnią znajomością podsłuchiwałam i podglądałam bez skrępowania. Teraz wiem, że mam nad czym pracować.
Sąsiadka przy stole w jadalni spojrzała na mnie uważnie i spytała czy ja to Gackowa. Świat jest mały.  Okazało się że siedzimy przy jednym stole z malmonką, autorką bloga Stado błękitnych merynosów.
Malmonka o willi Tadeusz dowiedziała się z mojego bloga i też zaczęła ją  wraz z mężem nawiedzać. Od niej się dowiedziałam, że naziemna, stacjonarna siedziba sklepu Biferno mieści się w okolicznej Kalwarii Zebrzydowskiej na rynku. Tym razem nie odwiedziłam, al za rok odwiedzę na pewno.

Na urodziny sprawiłam sobie wielką wełnianą rosyjską chustę pawłoposadzką. Granatową, w róże jak kapusty z jedwabnymi frędzlami. Z merynosa podobno. Ciepłe to bardzo i bardzo wszechstronne. I głowę z szyją da się okręcić, ramiona zakryć i wiecznie zziębnięty kark. Sprawiłam sobie też lalkę: Zoe od Petitcollin projektu Sylvi Natterer. Podobała mi się już trzy lala temu kiedy była nowością. I nagle teraz myk, w outlecie Limango trafiła się za pół ceny. Do tego lalkowego outletu trzeba zaglądać, zdarzają się niebywałe okazje.
Idę się wysmarować woltarenem kolejny raz.

sobota, 8 kwietnia 2017

Cicer cum caule

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Sporo się działo. Pod koniec lutego wysterylizowaliśmy Franię. Frania została nabyta za cenę peta, czyli bardzo konkurencyjną do ceny pełnowartościowego psa wystawowego pod warunkiem, że ją wysterylizujemy. Ponieważ i tak sterylizujemy suki z przekonania, na hodowli i doborze genetycznym eleganckich psów się nie znamy i konkurencji pani hodowczyni robić nie będziemy, a chcemy z Franią żyć jak długo się da bez raków i ropomacicza, wypełniliśmy zobowiązanie.



Po głupim Jasiu Frani rozjechały się nogi.


Odebraliśmy ją od pani vetki zapakowaną w gustowny kaftanik, bez wenflonu i w niezłej formie. Dzielna Frania po narkozie nawet się w domu nie posiusiała. Była niby zaopatrzona przeciwbólowo, ale na trzeci dzień po zabiegu poprosiła o jakiś dodatek w tej dziedzinie. Dostała dwa psiki Tramalu w kroplach do pyska i starczyło. Ani się nie skarżyła specjalnie, ani ni dłubała przy szwach.


Na trzeci dzień zachowywała się już normalnie. Szwy dała sobie zdjąć po dziesięciu dniach bez protestu i właściwie niespecjalnie ją ta cała procedura obeszła. Mamy tu na Surowieckiego gabinet weterynaryjny bardzo godny polecenia jak o psią i kocią chirurgię chodzi. Wszystko się na zwierzakach goi bez powikłań i szybko. Ma kobieta rękę do skalpela.

Po chirurgicznych przygodach Frani Przyszła pora na nową karocę. Poprzednią Pan Mąż zajeździł do cna. Miała 15 lat i 300000 na liczniku i jeszcze komuś posłuży, ale jako pojazd do pracy już się nie bardzo nadawała. Zatem po długim oczekiwaniu Pan Mąż przywitał się z nowym kochaniem:




Śliczną, nową Fabię w kolorze Ocean Blue Pan Mąż niemal w zderzak na dzień dobry pocałował. Jest cicha, sprawna, niepordzewiała, nie trzeba jej wymieniać amortyzatorów ani dłubać przy hamulcach. No i mało pali. Niestety do WSPOLu w Szczytnie metro nie dociera.

Oszczędzę tu zdjęć kolejnego nabytku, czyli dwóch sporych lodówek. Właściwie jeden to szafa chłodnicza bez zamrażarki, a druga to identyczna z wierzchu zamrażarka szufladowa. Wraz z mieszkaniem nabyliśmy już umeblowaną i zabudowaną kuchnię z dwiema lodówkami. Dwa Vestfrosty stały dokładnie wpasowane pomiędzy kuchennymi szafkami. jeden z nich, szafa chłodnicza bez zamrażalnika oddał ducha przed Bożym Narodzeniem. Uznałam, ze skoro sypie się z niego spalony styropian, to kolejna naprawa nie ma sensu. Stał tak i śmierdział czekając na naszą decyzję co dalej robić. Demolować kuchnię i kupić modnego lodówkowego potwora do sufitu? Ciąć okoliczne szafki piłą? Było zimno, na tarasie można było to i owo przechować to nam się nie spieszyło. W drugiej lodówce był stanowczo zbyt mały zamrażalnik, potrzebowałam większego. I gdy znalazłam te bliźniaki  EUF1107 AOW i ERF3305AOW od Elektroluksa decyzja została podjęta. Rozmiar pasował akurat. Przyjechały, stanęły na miejscu i działają. I nie śmierdzą. Po cichu działają.  Chwilowo w chłodnictwie domowym i komunikacji międzymiastowej mamy spokój.

Oczywiście nie ma tak, żeby nic nie dziergać co to to nie.
Selva rzędami skróconymi:


Wzór kupiłam na Ravelry, rzecz dzierga się rzędami skróconymi, Selva to bliska kuzynka szala Dreambird. Wzór napisano dla włóczki skarpetkowej Mille Colori Sock & Lace, akurat miałam mały zapasik, bo barrrdzo mi się te kolory podobały. Oryginalny model jest bardziej zielony. Dobrze to się nosi i idealnie kryje wydatny brzuch. Nakładam Selvę i brzuch znika.

Po zrobieniu skarpetek ze stu gramowego kłębka zwykle coś zostaje. To coś bardziej przyda się w takiej formie niż jako pęczek nici. 

Zabrałam się za okładkowe skarpetki z mojej cud książki o skarpetkach. Patchworkowe! 



Tu widać, że udało się pokonać piętę robioną sześciokątami. Następny rząd sześciokątów trochę się nie udał, jeden trzeba było wypruć, ale już jestem na sześciokątnej prostej. Teraz sama się ze sobą zakładam czy tego motka wystarczy na dwie skarpetki. Jakimś cudem sześciokąty pożerają więcej surowca niż skarpety zwyklaki. Waga mówi że starczy, a rozum mówi, ze mam tyle resztek, ze to nie problem.

Kolejny temat do poruszenia: szycie.
Tkanina leżała rok. Podobała mi się tak, że kupiłam. I rok myślałam. Bo wzór jest tak duży, ze cięcie go na małe kawałeczki i zeszywanie ponownie sensu by nie miało. W końcu znalazłam wykrój spełniający założenia: jak najprościej ale współcześnie. Nie potrzebuję więcej archiwaliów. Archiwaliów mam dość swoich i już uszytych. Mięsista i elastyczną bawełniano - jedwabną satynę przerobiłam na suknię. Dopiero na tej tkaninie moja maszyna pokazała co umie. Ścieg do wykańczania szwów to genialny wynalazek. Ścieg elastczny w wykonaniu Husquarny Viking jest bezkonkurencyjny i już wiem jak zrobić spodnie z elastycznym paskiem. Może kiedyś zrobię. Wiedza akurat w porę, bo skoro Marks & Spencer wybywają z Polski to i moje ulubione spodnie wybędą. A w coś cielsko przyoblec trzeba.



A co poza tym? Po pięciu miesiącach współżycia z nami Frania w końcu się bawi. Normalnie, jak to pies. Gania się z młodymi psiakami aż jej łeb odskakuje, woli małe teriery niż wielkie psy, bawi się z nami, okazuje nam swój szacunek i że nas lubi.




 Bawi się piłeczkami, nosi piszczącą, zdobyczną wiewiórkę w paszczy na spacer, umie aportować piłeczki. Swoje rzeczy starannie uklada na własnym materacyku pod kaloryferem. Ale jak coś jest naprawdę bardzo cenne to usiłuje to ukryć u nas w łózku. Póki to jest wysuszony cielęcy ogon do żucia to pół biedy. Człowiek się najwyżej uśmieje znajdując taki skarb pod poduszką. Ale wczoraj ją nakryłam, jak próbowała schować pod tomkową poduszkę baranią gotowaną nogę wprost z garnka. Skarb był tak cenny, ze na szczęście nie mogła się zdecydować. Siedziała w rozterce na poduszce z tą nogą w zębach i zdążyłam jej to odebrać. Mimo to w nocy towarzyszyło nam chrupanie, baranie kości lepiej trzymać tam, gdzie całe stado śpi i pilnuje skarbu, a że skarb był pyszny  to się pilnowało i pojadało... obok łózka.