sobota, 8 kwietnia 2017

Cicer cum caule

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Sporo się działo. Pod koniec lutego wysterylizowaliśmy Franię. Frania została nabyta za cenę peta, czyli bardzo konkurencyjną do ceny pełnowartościowego psa wystawowego pod warunkiem, że ją wysterylizujemy. Ponieważ i tak sterylizujemy suki z przekonania, na hodowli i doborze genetycznym eleganckich psów się nie znamy i konkurencji pani hodowczyni robić nie będziemy, a chcemy z Franią żyć jak długo się da bez raków i ropomacicza, wypełniliśmy zobowiązanie.



Po głupim Jasiu Frani rozjechały się nogi.


Odebraliśmy ją od pani vetki zapakowaną w gustowny kaftanik, bez wenflonu i w niezłej formie. Dzielna Frania po narkozie nawet się w domu nie posiusiała. Była niby zaopatrzona przeciwbólowo, ale na trzeci dzień po zabiegu poprosiła o jakiś dodatek w tej dziedzinie. Dostała dwa psiki Tramalu w kroplach do pyska i starczyło. Ani się nie skarżyła specjalnie, ani ni dłubała przy szwach.


Na trzeci dzień zachowywała się już normalnie. Szwy dała sobie zdjąć po dziesięciu dniach bez protestu i właściwie niespecjalnie ją ta cała procedura obeszła. Mamy tu na Surowieckiego gabinet weterynaryjny bardzo godny polecenia jak o psią i kocią chirurgię chodzi. Wszystko się na zwierzakach goi bez powikłań i szybko. Ma kobieta rękę do skalpela.

Po chirurgicznych przygodach Frani Przyszła pora na nową karocę. Poprzednią Pan Mąż zajeździł do cna. Miała 15 lat i 300000 na liczniku i jeszcze komuś posłuży, ale jako pojazd do pracy już się nie bardzo nadawała. Zatem po długim oczekiwaniu Pan Mąż przywitał się z nowym kochaniem:




Śliczną, nową Fabię w kolorze Ocean Blue Pan Mąż niemal w zderzak na dzień dobry pocałował. Jest cicha, sprawna, niepordzewiała, nie trzeba jej wymieniać amortyzatorów ani dłubać przy hamulcach. No i mało pali. Niestety do WSPOLu w Szczytnie metro nie dociera.

Oszczędzę tu zdjęć kolejnego nabytku, czyli dwóch sporych lodówek. Właściwie jeden to szafa chłodnicza bez zamrażarki, a druga to identyczna z wierzchu zamrażarka szufladowa. Wraz z mieszkaniem nabyliśmy już umeblowaną i zabudowaną kuchnię z dwiema lodówkami. Dwa Vestfrosty stały dokładnie wpasowane pomiędzy kuchennymi szafkami. jeden z nich, szafa chłodnicza bez zamrażalnika oddał ducha przed Bożym Narodzeniem. Uznałam, ze skoro sypie się z niego spalony styropian, to kolejna naprawa nie ma sensu. Stał tak i śmierdział czekając na naszą decyzję co dalej robić. Demolować kuchnię i kupić modnego lodówkowego potwora do sufitu? Ciąć okoliczne szafki piłą? Było zimno, na tarasie można było to i owo przechować to nam się nie spieszyło. W drugiej lodówce był stanowczo zbyt mały zamrażalnik, potrzebowałam większego. I gdy znalazłam te bliźniaki  EUF1107 AOW i ERF3305AOW od Elektroluksa decyzja została podjęta. Rozmiar pasował akurat. Przyjechały, stanęły na miejscu i działają. I nie śmierdzą. Po cichu działają.  Chwilowo w chłodnictwie domowym i komunikacji międzymiastowej mamy spokój.

Oczywiście nie ma tak, żeby nic nie dziergać co to to nie.
Selva rzędami skróconymi:


Wzór kupiłam na Ravelry, rzecz dzierga się rzędami skróconymi, Selva to bliska kuzynka szala Dreambird. Wzór napisano dla włóczki skarpetkowej Mille Colori Sock & Lace, akurat miałam mały zapasik, bo barrrdzo mi się te kolory podobały. Oryginalny model jest bardziej zielony. Dobrze to się nosi i idealnie kryje wydatny brzuch. Nakładam Selvę i brzuch znika.

Po zrobieniu skarpetek ze stu gramowego kłębka zwykle coś zostaje. To coś bardziej przyda się w takiej formie niż jako pęczek nici. 

Zabrałam się za okładkowe skarpetki z mojej cud książki o skarpetkach. Patchworkowe! 



Tu widać, że udało się pokonać piętę robioną sześciokątami. Następny rząd sześciokątów trochę się nie udał, jeden trzeba było wypruć, ale już jestem na sześciokątnej prostej. Teraz sama się ze sobą zakładam czy tego motka wystarczy na dwie skarpetki. Jakimś cudem sześciokąty pożerają więcej surowca niż skarpety zwyklaki. Waga mówi że starczy, a rozum mówi, ze mam tyle resztek, ze to nie problem.

Kolejny temat do poruszenia: szycie.
Tkanina leżała rok. Podobała mi się tak, że kupiłam. I rok myślałam. Bo wzór jest tak duży, ze cięcie go na małe kawałeczki i zeszywanie ponownie sensu by nie miało. W końcu znalazłam wykrój spełniający założenia: jak najprościej ale współcześnie. Nie potrzebuję więcej archiwaliów. Archiwaliów mam dość swoich i już uszytych. Mięsista i elastyczną bawełniano - jedwabną satynę przerobiłam na suknię. Dopiero na tej tkaninie moja maszyna pokazała co umie. Ścieg do wykańczania szwów to genialny wynalazek. Ścieg elastczny w wykonaniu Husquarny Viking jest bezkonkurencyjny i już wiem jak zrobić spodnie z elastycznym paskiem. Może kiedyś zrobię. Wiedza akurat w porę, bo skoro Marks & Spencer wybywają z Polski to i moje ulubione spodnie wybędą. A w coś cielsko przyoblec trzeba.



A co poza tym? Po pięciu miesiącach współżycia z nami Frania w końcu się bawi. Normalnie, jak to pies. Gania się z młodymi psiakami aż jej łeb odskakuje, woli małe teriery niż wielkie psy, bawi się z nami, okazuje nam swój szacunek i że nas lubi.




 Bawi się piłeczkami, nosi piszczącą, zdobyczną wiewiórkę w paszczy na spacer, umie aportować piłeczki. Swoje rzeczy starannie uklada na własnym materacyku pod kaloryferem. Ale jak coś jest naprawdę bardzo cenne to usiłuje to ukryć u nas w łózku. Póki to jest wysuszony cielęcy ogon do żucia to pół biedy. Człowiek się najwyżej uśmieje znajdując taki skarb pod poduszką. Ale wczoraj ją nakryłam, jak próbowała schować pod tomkową poduszkę baranią gotowaną nogę wprost z garnka. Skarb był tak cenny, ze na szczęście nie mogła się zdecydować. Siedziała w rozterce na poduszce z tą nogą w zębach i zdążyłam jej to odebrać. Mimo to w nocy towarzyszyło nam chrupanie, baranie kości lepiej trzymać tam, gdzie całe stado śpi i pilnuje skarbu, a że skarb był pyszny  to się pilnowało i pojadało... obok łózka.