wtorek, 27 lutego 2018

Mróz

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niemrawa dotąd była ta zima i w końcu jednak przymroziło. W poniedziałek byliśmy na Bródnie na pogrzebie. Msza miała miejsce w starym, drewnianym kościele, najpiękniejszym ale też najzimniejszym, bez ogrzewania. Woda w kropielnicy zamarznięta była całkiem. Uznałam, ze jestem za stara na znoszenie -17 stopni w eleganckiej odzieży tylko dla szpanu. Skórzane wysokie oficerki, bardzo wyrafinowane i wygodne zostały w szafie a ja ogaciłam się na fest: narciarska bielizna na dole i na górze, 2 pary skarpet, buty Emu (błogosławione w taka pogodę), futro lekkie i do ziemi, rękawice na futrze i słuszna czapka. Strój okazał się trafiony, może nie jest ekologiczny zgodnie z dzisiejszym pojęciem tego słowa, ale zadziałał i kościelny i cmentarny ziąb mnie nie dotyczył.

Się tak stało, ze na pogrzebie wystąpiliśmy całą nowoczesną rodziną jak nas nowe czasy stworzyły: Misia, dwóch tatów Misi i jedna mama. Inni uczestnicy ceremonii przyglądali się nam uważnie i nie mogli wyjść z podziwu, że rozmawiamy, mamy sobie dużo do powiedzenia w atmosferze bardzo przyjaznej i rodzinnej. 20 lat dystansu robi swoje. Omówiliśmy z mężem nr 1 nasze aktualne pasje i zainteresowania, obejrzeliśmy dokumentację tychże wzajemnie na naszych smartfonach. Fajne takie podręczne archiwum.

Sobotnia mroźna i śnieżna lekcja jazdy przebiegła pod znakiem parkowania. Sama o to poprosiłam. Pamiętam jak mnie tym katowano i jak nieudolnie mi to wychodziło w 1984 roku, bez prawego lusterka i z odwracaniem się połową ciała do tyłu. Mój mistrz przeprowadził mnie bezboleśnie przez wszystkie trzy parkingowe koszmary: równoległe tyłem między pojazdami, prostopadłe tyłem i przodem. Są na to teraz lepsze sposoby niż skręt ciała i ręka za fotelem. Z radością znalazłam filmiki na You Tube dotyczące zmagań z parkingami.

Frania znów się ucywilizowała. Już wie, że piłeczka służy do gonienia jej. Początkowo, póki nie wyrwaliśmy jej bolących zębów, nie chciała nic wziąć do mordki. Później nosiła się z tą piłką jak ze skarbem i za nic jej nie chciała oddać. I teraz w końcu aportuje ku swojej wielkiej radości.


Dziwiłam się czemu jest taka spokojna, zrównoważona, zupełnie nieagresywna w porównaniu z innymi Cairnami (dużo się dowiedziałam z międzynarodowego forum wielbicieli rasy). Okazuje się że dobrze wybrałam hodowlę, z której piesek pochodzi. W Seglavi bardzo się zwraca uwagę na cechy charakteru a nie tylko na urodę, kolor i futerko. Mam pieska do towarzystwa a nie niesfornego uparciucha startującego do każdego żywego stworzenia z zębami. Taki fart spotyka mnie już drugi raz i jestem za to losowi bardzo wdzięczna. Można Frani wybaczy upodobanie do perfumowania się, w końcu w domu woda i psi szampon są,


A to Muszeczka. Dzielnie towarzyszy nam na spacerach, w domu zostać nie chce, ale też z nikim się zaprzyjaźniać nie będzie. Ona poczeka w odpowiednim oddaleniu aż się figle, psoty i wspólne zabawy skończą. Troszkę z boczku, nigdy za daleko. Czeka.

Dawno nie było tak, żebym miała na drutach tylko jedną pracę. Mój fair isle jest wymagający: jestem przykuta do dużej płachty dzianiny i dwóch kłębków za pomocą dziewiarskiego naparstka z drucianymi oczkami. Nie łatwo jest się z tego wyplątać jak bodaj zadzwoni telefon. Niby można zrobić to szybko, da się słucha.ć audiobooka, ale ileż godzin dziennie można przy czymś takim spędzić nie tracąc zmysłów. Idzie ta robota szybciej niż haft, ale wolniej niż zwykłe dzierganie nawet wzorem.


Póki w dzianinie nie pokazała się czerwień było to dość ponure, choć eleganckie.
Dla zdrowia głowy chyba narzucę na druty jakieś kompletnie prościutkie coś. Może skarpetki? Skarpetek nigdy dość. A może jakaś bardzo prosta chusta? Mam jeszcze dwa motki niebieskiego Malabrigo Lace...

wtorek, 13 lutego 2018

W kołowrotku

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ostatnie kilka miesięcy mieliśmy takie, jakby wór z jakimiś sprawami odciągającymi nas od naszego zwykłego, spokojnego życia się rozwiązał. Boże Narodzenie przemknęło niemal niezauważone między chorobami, operacjami, urzędowymi wizytami i absolutnie koniecznymi wyjazdami dajmy na to po buty. Marzę o spokoju, o takim spokoju, aby nie tylko dwie czy trzy spokojne godziny nastąpiły, ale kilka kolejnych dni, aby spokój w duszy zapanował. A tu wciąż nic z tego. Myślałam że już wszystko załatwiłam, a tu właśnie przed chwilą Pan Mąż położył przede mną formularz wymiany dowodu osobistego. Ponieważ jest rok wymiany dokumentów u sporego procenta populacji w urzędach dzieją się dantejskie sceny. Aby ich uniknąć trzeba tam dotrzeć o ósmej rano. Nie lubię nigdzie o tej porze docierać, ale jeszcze bardziej nie lubię czekać w ogonku na 70 osób.
Mimo tego młyna coś udało się w styczniu wykonać. Nie są to jakieś wielkie osiągnięcia, ale zawsze coś. 
#1

Skarpetki dla Misi z japońskim wzorkiem. Dwa motki norweskiej wełny z wiadomo kąd przerobiłam w serduszkowe warkoczyki. Skarpetki spotkały się z entuzjazmem obdarowanej.

#2

Chyba z piętnaście lat temu wyszykowałam mamie na gwiazdkę taki fotel. Fotel się tak podobał. że taśmy parciane pod siedzeniem porwały się w strzępy. Wymiana taśm zajęła godzinę, wymagała jedynie taśm i takera. Teraz mam fotel do dziergania z Netflixem. Może uszyję mu nowe pokrycie? Pierwotnie myślałam, żeby oskrobać go do gołego drewna i wymalować w kwiatuszki, ale teraz myślę, że złoty stencil mu wystarczy. Trochę się o niego z Franią kłócimy.


#3
Holst na bluzki leży w szufladzie i czeka aż go mole zeżrą. Cztery motki Supersoft w kolorze bakłażanowym przerobiłam na średnio udaną bluzkę. Bardzo mi się podobają projekty Jennifer Wood. Projektantka wszystko robi od góry stosując bardzo różne sposoby na wyrobienie karku, dekoltu i rękawów, używa cienkich włóczek i cienkich drutów, ma gust podobny do mojego jak chodzi o ilość zdobień ażurami czy warkoczami. Postanowiłam wypróbować kilka jej myków i zrobiłam tę bluzkę dokładnie stosując się do opisu Idrila. Zmieniłam warkocz na kratkę z japońskiego  słownika ściegów, od pach robiłam zupełnie prosto w dół, za to dodałam zaszewkę na biust. Wszystkie grzechy, o które podejrzewałam projekt okazały się być prawdziwe. Brzeg dekoltu na karku jest za szeroki. Mimo ze mam ramiona jak Otylia Jędrzejczak coś w ramionach jest tej bluzki za dużo. Pacha jest za głęboka, rękawy za szerokie. A próbka wyszła idealnie. Tak to jest robić coś co zaprojektował chudzielec bez biustu, który większe rozmiary zna z teorii. Albo samemu się sobie projektuje, abo kicha wychodzi.



Nie wiem czy ta poświata jest od smogu?

 Zbliżenie na smockowany ścieg i ściągacz. Zastosowałam się do rady Elizabeth Zimmerman, aby przed ściągaczem zredukować oczka o 10% i nie żałuję.



Się blokuje. Trzeba Holstowi przyznać, że po praniu układa się bajecznie, mięknie, a oczka robią się równiutkie. Mimo że z ilością surowca było dość krucho, zachowałam kłębuszek na naprawy. Ta wełna słynna jest z mechanicznej słabości. Czymś to cerować będzie trzeba, zwłaszcza że mimo braków bluzka jest bardzo miła w noszeniu.

#4
Trudno próbkę zaliczyć do wyrobów, ale taką próbkę można. Wykonaną tak jak Alice Starmore kazała: fair isle ma być wypróbowany w okrążeniach a nie na płasko.
Modliłam się latami do swetrów Alice Starmore i przyszła na jeden pora. Ale nie z kilkunastu różnych wełen tylko z dwóch! Luna od Liloppi zapewnia odpowiednią różnorodność barw. Nie będzie kanonicznie po szkocku, będzie po mojemu, ale będzie ładnie:




Jest próbka, są dwa kłęby kolorowej wełny, jest pomysł na kardigan, będzie robiony w kółko i przecinany z przodu, przy rękawach i na dekolcie. Pora nabrać na druty 3,5 równo 371 oczek i jechać dookolusieńka. Udajemy że nie wiemy, że ta wełna się kosi. 
#5
Nie byłabym sobą gdyby jakaś skarpetka po drugim planie się nie pętała. Tym razem pretekstem do skończenia pierwszej z parki dla Tomka był dar od koleżanki: dostałam mianowicie paczkę skarpetkowych Ergonomicsów od Prym. W słusznym rozmiarze 2,5; z kulkowymi końcówkami i trójkątnym cielskiem, białych i plastikowych.



Wydawało mi się że już w dziedzinie drutów 2,5 mam wszystko, ale nie doceniałam tego wynalazku. Druty trzymam lekko więc ich nie wyginam. Są idealne do robienia metodą bezwzrokową, z kulkowego końca nitka nie spada. Drut nawet jak upadnie to nie ucieka daleko. Fajne są bardzo. Koleżance bardzo, bardzo dziękuję!

Skutek tego młyna ostatniego jest taki, ze Frania się zbiesiła. JUż doszłam z pieskiem do porozumienia, a tu zwierzak doszedł do wniosku że go porzucam i ufać mi nie można. I znów rzuca mi kose spojrzenia, nie przychodzi wołana i trzeba ją przywabiać podłymi metodami, ech, stubborn cairn.