poniedziałek, 24 września 2018

Nie zalogujesz się bo tak

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Od jakiegoś czasu nie mogę nikomu nic skomentować bo moje zalogowanie u siebie nic nie znaczy dla Bloggera. Czytam wszystko, ale skomentować nie mogę. Ani u Panzernej, ani u Lu, a dziś to chyba nawet u mnie samej. Minie pewnie jak zwykle, ale wkurza.

niedziela, 23 września 2018

Jesień, jesień, jesień ach to ty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lato się skończyło tak samo gwałtownie, jak się zaczęło. Wiosny nie było, jednego dnia biegałam w puchówce i zimowych butach a następnego było trzydzieści stopni w cieniu. Tym razem podobnie, przedwczoraj 27 stopni i duchota, a wczoraj aby 15. Ledwie zdążyłam wymienić odzież na wieszakach już trzeba korzystać ze swetrów i szali. Wielką torbę letnich szmatek Tomek wyniósł do piwnicy, a ja się serdecznie witam z wełnianymi sweterkami i bluzkami, bo nie ma jak dotyk wełny na skórze. No i przedstawiłam szafowej zgrai nowy udzierg na sezon jesienno - zimowy, Victorię od Woodhouse Knits. Moja Victoria zeżarła trzy motki ręcznie farbowanego merino, (Mirella od Włóczek Warmii), i bardzo mi się podoba, acz zdjęcia porządnego na osobie jeszcze nie ma. Przy robocie była jakaś niewielka, ale w blokowaniu urosła do rozmiarów akuratnych. Nawet rękawy ma porządnie długie.




Rejon dekoltu z ażurami zostawiłam taki jaki zaprojektowała Jennifer Woods, zaszewki na biust zrobiłam po mojemu, dodajac długości z przodu (brzuch!), a kształtowanie talii zrobiłam po bokach. Pionowe zaszewki pod biustem dobre są dla chudziaków, grubas nie może w takim przyodziewku ręki do góry podnieść by nie zaprezentować światu pępka albo podkoszulka. Oryginalne ażury na mankietach i na dole swetra odwijały się i nie były ładnym wykończeniem, zmieniwszy druty na 2,5 (z 3,25) zrobiłam ażurowe ściągacze i teraz jest ok. Brzeg dekoltu też zrobiłam zwięźlej niż projektantka kazała a jeszcze aż prosi się o gumeczkę wciągniętą w ten brzegowy rulonik.
Grunt, ze Mirella się sprawdziła bo mam jeszcze Mirelli na kilka swetrów. No i z Mirelli się bardzo szybko dzierga. Motki nie różnią się od siebie tak, by nie dało się z nich zrobić spójnej kolorystycznie bluzki.
Szal strzałka z poprzedniego posta poszedł do nowej właścicielki i po prawdzie to dawno nie widziałam, żeby się ktoś tak bardzo z prezentu ucieszył. Nowa włascicielka promieniała, że rozmiar słuszny, wełna, kolory takie jej, ale powiedzcie jaki sens obdarować kobietę w szal zimowy w nie jej kolorach? Teraz kolejny lunowy kłębek wyciągnięty z tapczanu przerabiany jest na strzałkę dla pewnej Basi. Basia kocha wszystkie kolory, które są w tym motku a ja mam 100 powodów, żeby Basię uszczęśliwić.
Po czytelniczej zapaści, kiedy mogłam jedynie brnąć przez historię genetyki, co było w gruncie rzeczy bardzo satysfakcjonującą, ale nielekką lekturą, zostałam obdarowana świetną książką Ein Mann namens Ove Fredrika Backmana i to mnie z zapaści wyciągnęło. Lu, bardzo, bardzo dziękuję. Dawno już nie czytałam czegoś tak dobrego i porządnie napisanego. Książka istnieje i po polsku jako Mężczyzna Imieniem Ove. Żadnych papierowych bohaterów, żadnej kopulacji na 70 stronie ani szymli. Jakbym się czystej, zimnej wody napiła. Wczoraj Pan Mąż przyniósł Homo Deus Krótka Historia Jutra autorstwa Yuvala Noaha Harari i obwąchując ją na dzień dobry wciągnęłam pierwszy rozdział nie wiadomo kiedy. Autor jest wykształconym erudytą i tłumacz też się spisał. Opowiadania Joe Hilla Dziwna Pogoda też są OK, widać w nich wpływy taty Stephena Kinga i bardzo dobrze.

Frania ma nowe hobby zgodne z jej możliwościami i zainteresowaniami wszystkich cairnów. Na SGGW jest masa wielkich, zaniedbanych klombów i krótko przyciętych żywopłotów, gdzie mieszkają myszy. Frania wbiega w taki klomb albo żywopłot i za tymi myszami bobruje. Nie ucieka, a metodycznie szuka myszy. Myszy są sprytne i jak nas słyszą, to przewidujaco uciekają z krzaków z ogonami tryumfalnie uniesionymi w górę. Frania się rehabilituje, krew się nie leje, praca węchowa jest wykonana a pies zmęczony i zmachany jakby 20 km przebiegł.
Jesteśmy umówione na drugi zabieg na prawej nodze, tej lepszej. Już jako tako chodzi na lewej, ale nadużywana prawa zaczyna bardzo boleć i nocne wrzaski z bólu zaczynają się znów pojawiać. Konsultowani specjaliści mają podzielone opinie. Niektórzy chcą czekać aż się jej pogorszy, jeden mnie straszy, że wcale chodzić psina nie będzie. Inni jeszcze mówią żeby operować i rehabilitować i nie hodować bolesności i nie truć jej przeciwbólowymi lekami, zakończyć definitywnie leczenie i żyć z takim pieskiem jaki będzie. Nie będzie skakać przez krzaki to nie będzie, nie będzie łazić po stole, to nie będzie. Będzie sobie cairnem emeryckim, spokojnym i mniej rozbieganym niż inne cairny.

A pan Pikuś całkiem się jako dostawczak spisuje. Pan Mąż okazał się świetnym nauczycielem i cierpliwym towarzyszem jazd. On zna układ pasów w Warszawie, a ja nie. Póki się nie nauczę muszę jeździć z przewodnikiem. Idzie to coraz sprawniej i mniej nerwowo.

wtorek, 11 września 2018

No i co z tego, że po urlopie?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odsiedzieliśmy w Jastarni pełne dwa tygodnie. Odpoczywanie to nie jest proste zajęcie. Nie umiem odpoczywać w sensie że nic nie robić. Jakaś część ciała musi się ruszać, najlepiej ręce. Mogą poruszać drutami albo ołówkiem. Poruszały tym razem i jednym i drugim. Przez dwa tygodnie da się zrobić wielką chustę strzałkę.  Z kolejnego motka Dundagi/Luny powstała strzałka trzymetrowa.


Ścieg prościutki, dwa rzędy prawymi, dwa lewymi.


Jest to strzałka dziękczynna i chyba będzie ich więcej, bo umysłem jedynie prostych robótek pożądam. Wykwintnosci coś się mnie teraz nie trzymają.


Jastarnia jak zwykle jest piękna, a może przez kontrast z innymi miejscowościami wypoczynkowymi - jeszcze piękniejsza. Dachy i podwóreczka wychylają się zza siebie w najnieoczekiwańszych miejscach. Klomby jak chusteczki do nosa, ogródeczki, hortensje, drzewa nisko poprzycinane.



W galerii sztuki w Juracie w zeszłym roku zobaczyłam tę akwarelę. Galeria pełna była (i jest) baśniowych, kolorowych obrazów. Ale tę akwarelę było widać jak brylant między szkiełkami. Cenę ma zaporową więc wisi. I dobrze, popatrzyłam jeszcze. To praca Jerzego Dudy-Gracza.


 W Jastarni słońce nie chowa się o zachodzie w morzu, tylko w Zatoce Gdańskiej.


Piękny, typowy dla Helu las jest, nie zginął i musiałam tam pójść, choć moje futrzane towarzyszki z chodzeniem miały trudności. 

 Futrzaki wolały spędzać czas siedząc niż chodząc. To nie Kretka, co pędziła plażą przed siebie po szesnaście godzin na dobę. Siedzenie w pełnym słońcu też się im nie podobało. Delikatne są dziewczyny, jedno stare a drugie na trzech nogach.


No właśnie, po tuzinie pobytów w bieżni wodnej Frania wciąż używała na suchym ladzie tylko trzech nóg. Dostałam zalecenie powolnego chodzenia z nią zawsze na smyczy, chodzenia po kopnym piachu i w wodzie. Zachwycona tą wodą nie była, piach też pezekicała na trzech, do morza nie weszła wcale. Ale po rzech dniach, gdy zaczęłam chodzić kroczkami po pół stopki, nagle czwarta noga stanęła na ziemi i zrobiła krok. I drugi. I trzeci. I powolutku, powolutku pieska zaczęła operowanej nogi używać. Wróciliśmy do domu ze zwierzakiem normalnie chodzącym. Na smyczy. Bo jak ją puścić do hasania to różnie to bywa.

To zdjęcie z pierwszego dnia chodzenia na czterech. Cairny kochają kamieniste usypiska. Frania spenetrowała ten brzeg falochronu dokumentnie i na czterech.

Morski wiatr wywiał z głowy czarne myśli. Nie gotowałam, tylko jadłam to, co zrobił ktoś inny. Mamy oboje tak dosyć frytek i surówki z kapusty, że z rozkoszą oddaję się produkowaniu własnego fast foodu. Szaszłyki marynowane w musztardzie, wieprzowina grillowana z mango, codziennie surówka z czego innego, a nawet ta dam ta dam w końcu wiem jak zrobić cieniutkie francuskie naleśniki. Nie nasączone olejem jak gąbki. Cieniuuuusienienieńkie. Wyszły doskonale i zeżarliśmy je dziś na śniadanie.
Zatem kołowrotek zaczyna się kręcić. Alicja jest już u siebie i nawiedzamy ją zapowiedzeni i niezapowiedzeni. Trza sprawy kontrolować. Zbadałam sobie dno oka. Bz. Tyle, że pan Mąż mnie na badanie zawiózł. Jeżdżenia Pikusiem nie zapomniałam przez urlop. Z duszą na ramieniu ale pojechałam nim po zakupy, a potem juz poszło. Po powrocie do domu otworzyłam pelen wełny tapczan i gadałam z moimi motkami prawie godzinę. Nie widzieliśmy się od początku lipca.

Muszka nauczyła się nowej sztuczki. Muszka jest stara, nieprzekupna i dotąd odmawiała nauki twierdząc, że wszystko umie. Ostatnio bolą ją kości. Na te bóle dostaje pól tabletki Opokanu do mordy. Pierwsze podanie to była walka jak z dzikim kotem. Było plucie, parskanie i wywijanie się. Za trzecim razem wystarczyło dotknąć dłonią mordki i pokazać tabletkę. Paszcza rozwarła się na oścież a łypiące oko popędzało do szybszego wrzucenia tabletki w różową otchłań.