niedziela, 9 grudnia 2018

Maluje się

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Początek sezonu w Domu Kultury niespecjalnie mi się zaczął. Nie mogłam odnaleźć urody w ustawianych tam kompozycjach i martwych naturach. Zrobiłam jako pilna uczestniczka kilka pasteli na których są niezłe fragmenty, ale nie tak fajne, żeby zaraz się chwalić. Jak się nie podoba temat to nie idzie i już. 
I kiedy już miałam całkiem sporo nieudanych i nieciekawych prac Basia postawiła nam na stoliku samowar. Bez przekonania się za niego wzięłam i bezprzekonanie mi szybko minęło. Samowar wisi w kuchni i chyba już jest suchy, ale damy mu jeszcze trochę czasu nim dostanie werniks i ramę. Na widok tego obrazka na Fb szwagier oznajmił szwagierce że kupiliśmy sobie samowar.
Nie kupiliśmy, to nie nasz. Ale fajny. Liście, hortensje i skrawki szmatek tez fajne.


Po samowarze padło hasło postać ludzka. Najpierw szkic rysunkowy, potem jakaś kopia. XVII albo XVIII wiek. Żadnych współczesności, bo ponoć kilka lat temu już się na współczesnych golasach koleżanki dobrze potłukły. Nim się coś uprości dobrze wiedzieć jak nieuproszczone wygląda. A z tym krucho. Dziś anatomię znają tylko lekarze. Zaczęłam przeglądać te siedemnaste i osiemnaste wieki i zimno mi się zrobiło na myśl, co z tych pięknych gołych wenusów i adonisów powstanie na naszych płócienkach. W końcu znalazłam coś, co wyglądało mniej idealnie niż Michały Anioły i Caravaggia: akwafortę Rembrandta przedstawiającą Dianę. Ale jakaż to Diana! Cycki jej wiszą, brzuch ma wielki, łapy jak z pure ziemniaczanego uklejone, ślady podwiązek i nierozgarnięte spojrzenie. Nie ukrywam, skopiowałam metodami iście siedemnastowiecznymi, na płócienko z recyklingu. Pierwotnie miał na nim powstać koszyczek z kwiatkami. Brrr. Tylko kotka brakowało bardzo słodkiego do tego koszyczka.
Zatem biały akryl, szlifierka do pięt, druga warstwa akrylu i płócienko malutkie znów było gotowe na olej. Po sześciu godzinach malowania zagościła na nim Diana.


Kolor jest cały mój, bo Rembrandt zrobił to czarno białe w akwaforcie. I z koloru ciała jestem bardzo dumna.  Przez lata mieszkania na Starym Mieście naoglądałam się golasów namalowanych sjeną aż mi to nosem wychodziło. To ciało nie ma w sobie sjeny ani ani. Żadnej sjeny. Ma dużo bieli, czerwień angielską, ultramarynę, zieleń oliwkową i trochę ochry. Cienie są chłodne, bo Diana nie siedzi przy ognisku, tylko w wodzie nogi moczy. Obrazek nie jest skończony, ale Pan Mąż już się kłóci, że to ma wisieć u niego w gabinecie.

A w domu tez się maluje, nie tylko na Stokłosach
Pigwy z Lanckorony się namalowały na przykład.


I jeszcze trochę magnolii, bo na magnolie jest zapotrzebowanie.


I siedziałabym tak bez końca słuchając cichutko beatlesów bez słuchawek i malując te kwiatki ale się nie da. Bo psie sweterki, jakaś haftowanka wyproszona też jest w trakcie. I książki się w stosach piętrzą. I strasznie bym chciała sobie wydziergać golf i sukienkę, ale to wszystko co dla mnie spadnie chyba na po świętach.
Co do książek Bardzo polecam dziełko "Antysocial Media" o tym jak Fb oddala nas od siebie, zagraża demokracji, robi nam z mózgu wodę, jak załatwił na cacy prasę i dziennikarstwo. Jak się okazuje nie wszystko co przyjemne dla nas tu i teraz służy nam jako gatunkowi. Fb jest dla naszego życia politycznego i gospodarczego  tak samo zdrowy jak kokaina, heroina wysoko przetworzone jedzenie i smog dla naszych ciał.
Zresztą nie ma o czym mówić bo proces jest nieodwracalny a świat potrwa już niedługo czy nam się to podoba czy nie. Katastrofa ekologiczna nabiera prędkości i cieszmy się tym co jest, bo i tak nic innego nam nie pozostało. W styczniu planujemy pojechać na Hel nim się z niego archipelag zrobi.