niedziela, 14 kwietnia 2019

Ostra forma startitis

Od samijutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zepsułam się. Dawniej dziergałam jak trzeba jedną rzecz na raz. W rozsądnym czasie wyrób był skończony. Teraz coś się zepsuło na amen. W styczniu w Jastarni wydziergałam prezentowaną tu już Magię świąt, jakieś skarpetki i mitenki i nastały czasy rozgrzebania. Nawet nie wspominam o zahibernowanym kardiganie fair isle z wzorem Alice Starmore. Leży i czeka aż mi się pomysły do zrobienia na już skończą.





Trafiłam w jakimś Knitterze na takie skarpetki. Kratka z podnoszonych oczek. Przestały mi się podobać i czekają na nie wiadomo co. Chyba spruję, bo te wełny to przypadkowo wybrane dość, jedna skarpetkowa, druga nie, będą z wyrobem problemy. I ta tęcza coraz mniej mi się podoba. A tak naprawdę to przestała mi się podobać od razu jak ją dawno temu z paczki od e-dziewiarki wyjęłam. Kolory bezsensownie zestawione, ordynarne, wrzaskliwe i wstrętne.


Koleżanka prosiła o skarpetki. Zrobiłam tyle. Jestem za drugą piętą. Dwa odcinki Zabójczych Umysłów i by były, ale leżą. Koleżanki mi nie żal bo ma ze cztery inne pary i chyba chce oznaki wierności i uznania. Skończę to oczywiście, ale nie dziś. Szara materia to nie moja specjalność.

Z wełny sprezentowanej lata temu, do której się śliniłam i modliłam w końcu zrobiłam sobie heksagonki. Kolory fajne, bardzo fajne, ale ułożone w bezpomysłowe paski. Hexagons to idealny projekt na wełnę w za małe albo jednakowej grubości paski, nie wyglądają nudno. To akurat skończyłam i czeka jako składnik mojego tegorocznego Box Of Socks.


A do tych skarpetek wprost jak śmietanka do truskawek pasuje Childhood od Aenkestrick. Powstał z 4 motków Mirelli w kolorze Zielona Herbata. Wzór wpadł mi w ręce dość przypadkowo, ale zrobił się biegiem, sweter jest bardzo współczesny w formie, nie trąci myszami, łatwo go nosić z rzeczami z szafy i jest rozkoszny w dotyku. Pierwszy mój sweter z naprawdę długimi rękawami.  


Niestety, kolejny sweter robi się i robi. Luna od Liloppi czeka już 2 lata . Wiedziałam co z niej będzie od pierwszego rzutu oka na motek. Ponieważ właścicielka sklepu miała wtedy jakąś obsuwę z wysyłkami na przeprosiny dołożyła mi gratis w postaci motka idealnie skoordynowanej Teksreny. I dobrze, bo motek Luny był  dość mały, 244 gramy to dla mnie nie ilość na sweter. Poczekałam na kolejną dostawę takiej Teksreny, dokupiłam i w końcu zabrałam się do roboty. Brak mu jednego rękawa. Korpus z Luny robił się rozkosznie, ale Teksrena taka słodka w dotyku nie jest. Może zmięknie po praniu. Tak długich rękawów jak Zielona herbata nie ma, ale i tak dłuższe nież zwykle robię. Na sweter czekają jeszcze ceramiczne guziki z Lanckorony. Mam nadzieję go kiedyś skończyć bo fajny. Szkoda żeby taki sweter skonał na rękawozę.


Nie mogę tego rękawa dorobić, bo zawołała mnie z szuflady wariacka Luna i zechciała zostać strzałką dla mnie. Chyba nikt inny nie nosił by takich kolorów. Strzałka rośnie, rękawy i skarpetki czekają. Teraz nastąpią oliwki, złota i zielenie.

No i nastąpił wiosenny wysyp malowideł. Niektóre pokazałam na FB, ale tam wszystko znika z walla iginie w odmętach przeszłości. Zatem jeszcze raz zamieszczę je tu. Jeśli coś się powtarza to trudno, skleroza pogarsza się z wiekiem.



Na gwiazdkę od dziecka dostałam takie tycie blejtramki. Zrobiłam na nich trzy olejne kopie akwareli Joyce Hicks. Dały mi bardzo duzo jeśli chodzi o konstrukcję krajobrazu, warto było kupić jej książkę. Wyjaśniła mi więcej niż inne grube tomy. Potwierdza się moja stara zasada, kupuj książki, które rozumiesz. Jedynie Joyce Hicks pokazała mi łopatologicznie jak przekształcić krajobraz, aby zaśpiewał kolorami i trzymał się w ramie. Taka seria na jakimś murku w przedpokoju powinna fajnie wyglądać.

Nasza Basia kochana, czyli Barbara Bielecka Woźniczko, która uczy nas z przekonaniem jak malować, wciąż nie traci nadziei, że wydusi z nas jakąś abstrakcję. Ustawiła martwą z kolorowych papierów, pomalowanych na biało butelek i czegoś w paski. Jak ja się nad tym biedziłam. W końcu przypomniałam sobie radę koleżanki, żeby nadać tytuł. Z tytułem można już historyjkę wymyślić i potraktować ją dowolnie abstrakcyjnie. Nawet do Narodowego (Muzeum) poszłam pogapić się na abstrakcje rozmaite, faktycznie tytuły były nie z tej ziemi.  Zatem przedstawiam czytelnikom Ducha Wakacyjnej Przygody Przechodzącego przez Tory Pociągu Relacji Gdynia Główna Osobowa - Hel. Duch wakacyjnej przygody jest w paski (jak większość ubrań wczasowiczów), ma różową kokardkę jak większość małych dziewczynek. Jest słupek alarmowo rozmówny (wygląda jak hydrant) i złote słonko po właściwej stronie nieba (odrysowane od złotówki wprost z portfela). Widać i tory, i przechodzenie przez nie i dal i przestrzeń. Uff.

Właśnie robiłam zdjęcia do rocznego katalogu na naszą wystawę. Zatem Diana wg Rembrandta już z werniksem:

Trochę boję się ją dać na tę wystawę, bo Tomek się już przywiązał, ona jest malutka i łatwo ją ukraść. Kilka lat temu jakiś bydlak ukradł mi z wystawy obrazek z rudzikiem.
No i jeszcze wielka martwa z samowarem. Też z werniksem.


I już wiem, czemu tu tak cicho. Uruchomienie aparatu ( akumulator!!!) sfotografowanie tego wszystkiego, załadowanie do Lightrooma, eksport na biurko, napisanie posta zabrało mi pół dnia. A startitis, czyli konieczność zaczęcia kolejnej robótki wcale nie cichnie. Sukienka, którą pragnę zrobić od jesieni ma coraz konkretniejszy, wyraźniejszy kształt w mojej głowie. Już wiem jak połączyć dwie różne Luny, żeby stworzyły spójny ciuch, ścieg wybrany i tylko startować. Ale na papier pchają się rysunki, na płócienko kolejne malutkie kopie Joyce Hicks, ech.