Od samijutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
najlepiej się mam
gdy znajdę się sam.
Mam wrażenie że wiem
skąd wziął mi się ten stan
Zawdzięczam go wam.
Tak śpiewali kiedyś Homo Homini. I ja mogę sobie to teraz podśpiewywać, bo mogę się w końcu schować przed popołudniowo wieczorną wersją mojej teściowej. Ponoć to objaw znany geriatrom i wszelkim opiekunom. Miła i grzeczna zazwyczaj podopieczna pokazuje światu pod wieczór inne oblicze. Pędzi z chodzikiem po mieszkaniu wte i nazad aż klepki w podłodze podskakują, planuje znowu zmienić telefon, choć aktualny jeszcze nie spłacony, zamierza się tysięczny raz wybrać do optyka po mocniejsze okulary - choć jej już kładli w głowę, ze to nic nie da, bo plamka żółta patrzy na księżą oborę, wybiera się do domu ale nie jutro tylko w przyszłym tygodniu i przede wszystkim szuka jakiejś wolnej duszy do zamęczania. Tomek jest twardy i dla matki zupełnie i kompletnie niedostępny. Nie umie z nią rozmawiać, nie ma zmiłowania. Psy coś ostatnio tez jej unikają, zatem poluje na mnie. Snuje plany dotyczące kąpieli, worków stomijnych, a przede wszystkim chce wyłudzić swoje pól tabletki Midazolamu, 7,5 mg co konia by powaliły, ale ona jest po takiej dawce jedynie zdrowo zawiana i dopiero czuje że żyje. I wtedy nie ma już żadnej rozmowy, znajdujemy się w krainie zwidów, majaków, złośliwych dogadywań, podejrzeń, paranoi za to w nieokreślonym miejscu i czasie. Geriatra przepisał magiczny lek co nieco temperujący te stany, ale niestety nie do końca. Teściowa chciała by sobie pogadać a z tym słabo. Bo do rozmowy potrzeba co najmniej trzech rzeczy: rozmówców, słownictwa i tematu. Ze słownictwem słabiutko się zrobiło, tematy też się skurczyły do kilku motywów i niewielu zdań. Historię drapiących, wełnianych rajtuzków jakie Alicja nosiła w pacholęctwie w czasie wojny słyszę trzy razy dziennie od pięciu miesięcy. Tak samo historię obrzydliwej kaszki na mleku odciąganym z kożuchem. I zastanawiam się jakim cudem na koniec dość wesołego życia zostają człowiekowi tylko takie wspomnienia. Nic się w tej głowie więcej nie przechowało? Po co było tyle balować, żeby pamiętać jedynie kaszkę i rajtuzki.
No ale ja mam się nareszcie gdzie schować. Zataszczyłam sobie do buduaru fotel, który się pięknie rozkłada niemal na płasko jak się porządnie oprzeć o oparcie, rzuciłam nań wielki, merynosowy , biały koc z lumpeksu i nawet spać w dzień mogę w samotności. Coś z tym spaniem chyba muszę zrobić, bo na kompulsywne wygląda. Na ucieczkę od nieznośnej rzeczywistości. Bo jak już obrobię co muszę,sprzątnę, wykąpię, kupię, wydam posiłki, oblecę świat z psami, w mieszkaniu jest czysto i woda w kwiatkach zmieniona, to zamiast brać się za umiłowane zajęcia ze trzy razy w tygodniu padam jakby mi zasilanie odcięto i śpię kamiennym snem . Kilka godzin, tak że potem to już przebrać się w piżamę i dalej w kimono. Ponoć inni opiekunowie też tak mają. Misia tak spała, gdy kończąc szkołę masażu odbywała praktyki na neurologii. W dzień uruchamiała skutecznie jako rehabilitantka świezych udarowców, a po praktykach zapadała w sen nieprzespany.
Ale ponieważ tydzień ma siedem dni, to to i owo wykonałam. Oto rękawiczki. Z Dundagi. Z resztki po żakiecie. Druty 2 mm. Na mnie. Mieszczą się wszystkie paluszki.
Z innego dundagowego motka, który okazał się (dla mnie) kolorystyczną wpadką, powstała czapka. Instrukcję wzięłam z fantastycznej książki w starym stylu: Knitting In The Nordic Tradition. Vibeke Lind na 120 stronach upakowała tyle porządnej wiedzy, że głowa mała. Kto nie koniecznie lubi wędrować ścieżkami wzorów rozpisanych rząd po rzędzie będzie miał z tego uciechę. Ja taką uciechę mam i owa czapka kryjąca uszy nosiciela czterema warstwami gęsto przerabianych wełnianych oczek ma już nową, szczęśliwą właścicielkę. Zachwyconą kolorami na dodatek.
Dla pamięci zamieszczę tu sweter dla Misi na Misi. Może zdjęcie takie sobie, ale widać, że do siebie pasują.
Udało się tez coś narysować. Oto papuga. Koleżanka chciała przyozdobić ścianę wycinkami z gazety. No to zrobiłam pastel. I cud. Udało się zielone na zielonym. Amatorom zielenie sprawiają duuuużo kłopotów w każdej technice. Pastel jest wyjątkowo podły pod tym względem, kolory kredek nigdy się nie zgadzają z modelem. Nigdy.
I mając do dyspozycji spory, rozkładany stół, na którym nie stoi wielki komputer mogę w końcu szyć bez płaczu. Bo jak się okazało podstawą krawiectwa domowego jest stół, na którym da się bez chodzenia na czworakach przekalkować wykrój, skroić tkaninę nie pełzając po dywanie i modląc się by dywan przeżył te manewry. Mam stół. Da się odrysować, skroić, ułożyć, rozłożyć potrzebne zabawki. A nawet postawić obok deskę do prasowania. No i tak to się da. Dała się zrobić sukienka z obłędnej bawełny z Tkanin Karoliny. Wykrój z tegorocznego Ottobre. Łatwo, prosto i bez płaczu.
Dały się zrobić solidne leginsy z dzianiny punto, bardziej spodnie niż leginsy właściwie. I dała się uszyć lniano-wiskozowa, dżersejowa bluzka. Obie dzianiny z Outletu Tkanin. Wykrój z tegoż Ottobre. Aby zmarszczyć ładnie rękawy i dekolt zachowując elastyczność uszytku opis zalecał clear elastic tape, której nie miałam. Użyłam gumki do majtek, której mam olbrzymi kłąb, i której nigdy nie zużyję, bo nie mam wnuczki grającej w gumę.
Chyba widać tu moje zgubione kilogramy. Muszę się tym szybko cieszyć, bo ostatni lek na cukrzycę, który sprawił ten cud ma ponoć być niedostępny dla polskich cukrzyków. No i wtedy się przytyje.
A ze mną wciąż moje najśliczniejsze i najlojalniejsze:
FraniaBajka jako kwiatek wiosenny.









Pierwsza część Posta to wypisz wymaluj o mojej mamie. Prawie słowo w słowo. Z tą różnicą, że większość znam z opowieści siostry. Za niecałe trzy miesiące to będzie już moja codzienność. starość nie jest najfajniejsza.
OdpowiedzUsuńWidać, że dużo pracujesz własnymi rękami. I to z bardzo dobrym efektem. To wszystko wygląda bardzo spójnie. Dużo koloru. I dobrze. Jakoś trzeba ubarwiać tę rzeczywistość:)))
Bez jakiejś twórczości ani rusz. Nie da się.
UsuńPięknie, pięknie wyglądasz. Zazdroszczę, ale tak pozytywnie. Jola.
OdpowiedzUsuńWyglądasz rewelacyjnie! I te ciuchy - naprawdę fajnie wyszły - gratuluję!
OdpowiedzUsuńDziękuję pięknie. Tylko nie ma gdzie w nich chodzić. Inna sprawa, że nie używam dresów, więc się mogą przydać.
UsuńA możesz zdradzić co to za lek nie narażając się na zarzut kryptoreklamy?Bo na mnie metformina nie działa w żadnej postaci, a insuliny jeszcze nie chcę bardzo , bardzo.
UsuńTo inhibitor wychwytu zwrotnego cukru w nerkach. Siusia się glukozą i się chudnie. Drogi jest niestety, refundacja prawie nikogo nie obejmuje, trza być po zawale i mieć HgA powyżej 8 .Jardiance się nazywa
UsuńPrzepiekne te uszytki I wydziergane rzeczy. A do tego bardzo ladnie w nich wygladasz Magdalenka
OdpowiedzUsuńAch , starość się Panu Bogu nie udała... ucałuj ode mnie czarne niski pozdrawiam Beata/ własność dwóch starych mopsów/
OdpowiedzUsuńPracuję jako opiekunka osób starszych w Niemczech. Leczeniem szeroko pojętych chorób otępiennych zajmuje się neurolog lub psychiatra (diagnoza często poprzedzona pobytem w szpitalu i "ustawieniem leków "), a codzienność przejmuje lekarz rodzinny.
OdpowiedzUsuńPracuję głównie z chorymi na demencję i ten popołudniowy stan chorego znam bardzo dobrze pod nazwą "zespół zachodzącego słońca". Dobrze ustawione leki działają cuda. Zawsze jest też jakiś ekstra specyfik w razie dużego niepokoju czy pobudzenia.
Zawód który wykonuję szumnie nazywany opiekunką w Niemczech staje się pomocą domową. Dlatego leki przygotowują służby medyczne albo rodzina i to od nich w dużej mierze zależy wszystko.
Ja również będąc na zleceniu śpię w dzień. Taka opieka wyczerpuje.
Mam swoje zabawki, druty, szydełko i wełnę. Robię bardzo proste rzeczy bo to zajmuje umysł ale nie zmusza do nadmiernego myślenia.
Co do chorego, zawsze mam opracowane dyżurne tematy typu "A pani pięknie szyje" i potem leci setna opowieść o sukience na raut w latach pięćdziesiątych. Dla siebie mam słuchawki bezprzewodowe i Legimi w telefonie. Wilk syty i owca cała.
Opiekuję się obcą osobą, ale nigdy nie pokazuje zniecierpliwienia czy złości. Podopieczna widzi mnie tylko uśmiechniętą. W gorszych momentach mówię, że musi mi zaufać. U mnie działa. Przeważnie.
Prace piękne. Przemiana spektakularna. Czy tym lekiem jest metformina? Ja mam insulinooporność i na mnie nie zadziałało. Muszę dżwigać 90 Kilo kochanego ciała.
Nazwę leku proszę usunąć przy moderacji.
Pozdrawiam z okolic Hamburga
Metformina i mnie nie odchudziła. To Jardiance, inhibitor wychwytu zwrotnego cukru w nerkach.
UsuńNiemcy to inna planeta. Lekarz rodzinny to ten geniusz, co w zeszłym roku 700 tabletek midazolamu przepisał, dlatego poszukaliśmy geriatry, całkiem prywatnego. Jak chodzi o wiecznie uśmiechniętą twarz i anielską cierpliwość to niestety się nie sprawdzamy. Czuję się jakbym miała obie nogi do podłogi przybite, jedną nogę przybiła pandemia, drugą Alicja.
OdpowiedzUsuńTo jest trudne. Odkąd zaczęłam pracować w Niemczech(moje centrum życiowe to Polska)to jestem wielką fanką zorganizowanej opieki. Nieważne czy w domu chorego czy w placówce. Niemcy mają zupełnie inny system, a ich obywatele inne dochody i możliwości. Nie wszystko mi się podoba, ale jako kraj jesteśmy daleko w tyle.
UsuńCieszę się! Bardzo bardzo!
OdpowiedzUsuńWszystko piękne! ♥ A Misia wygląda przesłodko ♥
Fajne udziergi i uszytki, a Bajka jako kwiatek - cudna :) Trzymaj się i pamiętaj, że snu nigdy zbyt wiele ;)
OdpowiedzUsuńOjej, wiesz, czytam i się boje że mnie to też dopadnie. Sąsiadka ma demencję i teraz rozumiem wyczerpania sąsiada. Tak, słycham za każdym razem tych samych historii i myślałam dokładnie o tym samym - czy mózg poprostu wyprał wszystkie ciekawe historie (ma ich sąsiadka sporo) i zostaawił ten sam komentarz, że ona nie lubi gotować. Hm, dziękuje za ten obraz starości - od dziś wracam do ćwiczenia mózgu i pamięci. Piękne prace manulane - skuba faktycznie jest fajna jako leginso-spodnie. Ja bardzo lubie jej fakturę. Schudnięcie zawsze jest dobre - dla zdrowia, dla kości etc. Pozdrawiam - trzymaj się:-)
OdpowiedzUsuń