czwartek, 13 sierpnia 2020

Smutne Żarty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Udręczeni siedzeniem w domu i w samotności poszliśmy na wystawę Żarty Żartami w Pałacu Ujazdowskim. Trochę przypadkiem akurat dziś, w czwartek wstęp był bezpłatny. I bardzo dobrze, bo gdyby jeszcze za oglądanie tych paskudztw miałabym płacić, to chyba bym ich tam opitoliła.

Czytaliśmy o tej wystawie recenzje. Miał być i Linke (był jeden rysunek, pazerna ręka Wall Street) i Berezowska (też jeden typowy dla niej rysunek) i jakieś żarty polityczne. Coś tam było w starych gazetach. W tym upale i bez klimatyzacji trudno się było na tym skupić. 

Prace współczesne to naprawdę żart z widza. Brzydkie instalacje, żywiczne kałuże , obfitość lepiej i gorzej narysowanych lub z czegoś ulepionych kutasów.  Wymioty z gąbki i plastikowych oczu. Jestem dość biegła w odczytywaniu metafor ale tym razem wysiadłam. Chyba największym dziełem sztuki jest tu broszurka opisująca wystawę. Taki fikołek: Marie Mul pochyla się nad toksycznością nostalgii. Jej prace dotykają miękkiego podbrzusza naszych przyzwyczajeń(!). I w ten zrozumiały deseń 51 stroniczek katalogu z wystawy.

Zachwyt mój wzbudziły jedynie homoerotyczne wycinanki Xiyadie. Tu naprawdę było na co popatrzeć i obfitość ukrytych w nich kutasów zachwytu wcale nie zmniejszała. 

Naprawdę zabawne scenki Manna i Materny z serii Profesor doktór Jerzy Klemens Werner radzi -Czy prać skarpety? i -Czy myć ciało? można było tylko zobaczyć bo już nie usłyszeć.

Niczego wesołego w tej wystawie żartów nie znalazłam. Jestem konserwatywną dziczą nie znającą się na sztuce. Dziś przyjmuję to z pokorą do wiadomości. I więcej do Muzeów Sztuki Współczesnej się nie wybieram.

 

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Botanicznie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Całkiem niedaleko nas jest świetny ogród botaniczny. Przegapiłam wiosnę, ale lata przegapić nie zamierzam. Nawet sobie karnet sprawiłam i już umiem autkiem do niego dojechać. W dni powszednie jest niestety czynny od trzeciej po południu, ale w sobotę i niedzielę już od dziewiątej rano można zwiedzać, wąchać i podziwiać. To też zwiedzamy, wąchamy i podziwiamy. Ja kradnę również wizerunki kwiatów, na szczęście można i nawet trzeba fotografować.

Oto łan najróżniejszych floksów. Zapach będzie mnie długo prześladował. bardzo, bardzo lubię floksy.

Skoro się nigdzie nie pojechało bo pandemia, to bodaj rozmaite krajobrazy w ogrodzie botanicznym można pooglądać. W godzinę można obejść siedliska wodne, górskie hale, warzywnik, sad, ogromną kolekcję róż i takie choćby właśnie floksy czy kosmosy, bo właśnie przepięknie rozkwitły. Łupy fotograficzne z wycieczki lądują w komputerze i dają początek pomysłom malarskim. W końcu mogę się skupić na papierach, pędzelkach i kwiatach. Te akurat obrazki powstały w celu ćwiczenia konkretnych technik. Hortensję malowałam tylko trzema kolorami, peonia była ćwiczeniem z maskowania i zmiękczania warstw farby. Ktoś kiedyś mi doradził. aby malować tylko to, co się lubi. To była mądra rada bo nawet takie ćwiczeniówki dobrze wyglądają. A jak się cudnie wpada w stan flow! Godziny mijają a ja w towarzystwie farb i papieru nie wiem nic o pandemii, pięćset + zamienianego na bony, kolejnych posunięć możnych i potężnych tego świata ani o kolejnym roku szkolnym spędzanym przez uczniów w domu  z rodzicami jako nauczycielami i przed ekranem komputera. No cudnie po prostu. Każdemu życzę takiej możliwości mentalnego zniknięcia.


Dziergany żakiet nieco mnie znużył i czeka na pańską łaskę. Jak się zrobi chłodniej to go pewno szybciorem dokończę. Póki co przerobiłam kłębek Austermanna na wesołe skarpety dla pewnej wdowy zamieszkującej chłodny i trudny do ogrzania domek. Przydadzą się.

No i złamałam się dziś. Ignorowałam gromadne szycie maseczek ile się dało. Ale już się nie da dłużej. Jednorazowe maseczki mają sens w szpitalach, na salach operacyjnych i tylko tam. Skoro mydło tłucze covid-19 na śmierć, to nie ma co globu zaśmiecać. Ale niech to będą naprawdę maseczki ochronne, a nie jakiś pic. Ludność nosi te maski na podbródkach, są za wąskie na zakrycie nosa i ust na raz. Ponadto wykrój wprost z kraju azjatyckiego nie przewiduje pokaźnego, europejskiego nosa. Za mała maseczka spłaszcza nos i to jest okropne.
Zrobiłam sobie własny wykrój metodą formy z alufolii, ze zużytej maseczki medycznej wyciągnęłam drucik (to taki sam drucik jakim zamyka się plastikowe torebki na drugie śniadanie z Rossmana), a pozostałe maseczki jako drucik dostały wyciory od fajek. Pan Mąż dał wyciory a dostał maseczkę, która mu się podoba.
Maski zakrywają twarz od nasady nosa po grdykę. Utkane pod okularami nie powodują ich zaparowywania. Nadają się oczywiście do prania i nie gniotą w nos.


A przy szyciu i dzierganiu i przy malowaniu towarzyszą mi koleżanki w futrach. jedna wciąz preferuje spanie na wznak najchętniej w ciągu komunikacyjnym .


czwartek, 30 lipca 2020

Frania znaleziona

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Frania jest niesłychanie wrażliwym pieskiem. Nasze złe humory  odczytuje bezbłędnie i nie chce mieć wtedy z nami nic do czynienia. Osobliwie kiedy Bajka na smyczy zachowuje się źle, Frania ma ochotę zapaść się pod ziemię a najlepiej uciec daleeeeko, daleko, w jakieś krzaki. I nie uczestniczyć w procesie nauczania. Bo jak się Bajkę na smyczy strofuje to Frania przy tym jest, czasem ją też się szarpnie no i Frania wszystko słyszy i bierze do siebie. Frania doskonale chodzi na smyczy, ale bez smyczy puścić jej nie można, bo nie może się Frania oprzeć urokom krzaków zamieszkałych przez koty i wszystkich okolicznych ogrodzonych posesji. W parku idzie luzem, na osiedlu nie.
A teraz Bajka ma cieczkę. I to taką, że siusia co 10 metrów rozlepiając na chodnikach ogłoszenia takiej treści:"Jestem tu, jestem chętna, natychmiast przyjmę propozycję!!!!!". Na widok jakiegokolwiek psa z jajkami traci Bajka głowę absolutnie, a może i nie traci, cel ma jeden, jasny i dąży do niego zdecydowanie.
I poszedł Pan Mąż z sukami na spacer dookoła domu. Trafił się naturalnie jakiś pies, nie dał się odgonić, a w ferworze walki o bajkową cnotę musiała oberwać i Frania. Wylazła z obroży i uciekła. I tak sobie z latarkami szukaliśmy pieska po osiedlu po nocy. Spryciara wróciła jak już wszystko obejrzała.
UF!
A jak tylko ta cieczka się skończy, to Bajka pójdzie pod nóż. Takiej determinacji i pasji do rozmnażania co cztery miesiące mogę nie sprostać. I co ja zrobię z niewiadomo iloma szczeniakami zrobionymi z niewiadomo kim???

Niedawno ktoś mi powiedział, że nie mam szczęścia do psów, bo ciągle są na coś chore.
Jak o Franiowe nieszczęścia chodzi, to nie ja nie mam szczęścia, tylko daliśmy się zrobić w konia jak dzieci chytrej babie zza Wisły. Ale ponieważ byliśmy po śmierci Kretki tak chorzy ze zgryzoty, że o mało nie pomarliśmy sami, to wzięliśmy pierwsze zwierzę, które się trafiło. Ono uratowało nas, a potem w rewanżu my uratowaliśmy ją. A co do innych psich przypadłości, to nie jest tak że nie mam szczęścia, tylko mam oczy do patrzenia i obserwuję moje zwierzęta. Bo jako żywe stworzenia, mające różne organy one miewają dolegliwości. Tylko ja te dolegliwości rejestruję i coś z tym robię. Zbierając po nich kupy wiem ile tych kup jest i jakie są. Jak coś nie halo, to się sprawdza na robale, leczy i w razie czego dalej docieka. Bo w końcu paskudne, biegunkowe kupy to zapewne marne przyswajanie żarcia i ból brzucha. Ja widzę że któraś ma zaczerwienione oczy, skaleczenie, bolące zęby, złamany pazur czy trzyma ucho jak nie powinna. Albo ogon ma na smutno. Zaglądam w paszcze, oglądam łapy, ogony i skórę. Jak coś nie gra to diagnozujemy i leczymy. Bo mamy gdzie i wiemy że trzeba.
I niewinnie zaczerwieniona białkówka w oku Frani zdradziła ciężką alergię na roztocza kurzu domowego. Mamy leki, wiemy co robić. Wylizanie przez Bajkę talerza z tłuszczem po pieczonej kaczce zaowocowało wybuchem następnego ranka na trawniku, chwilowo pracujemy na pankreatynie. Rezultaty widać.
Wczoraj na czyjeś pytanie jak mi się z tymi psami żyje mogłam zgodnie z prawdą odpowiedzieć: Jak z dziećmi. Jedno kaszle, drugie ma sraczkę. Pytająca tylko głową pokiwała.

No i czyje dziecko z ten tekst czytających było w pierwszym roku życia u lekarza tylko z okazji szczepień i jednej biegunki? Tak czy siak Bajka górą.

czwartek, 16 lipca 2020

Wściekli, wkurzeni, ponurzy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co robi ten pan? Ten pan robi mi zdjęcie dowodowe pewnie żeby je pokazać władzom. Ja mu też zrobiłam bo to kuriozum. Aparat fotograficzny w telefonie służy emerytom jako "straszak" na bliźnich, którzy coś naprawdę albo na niby przeskrobali. Takie robienie zdjęcia jest formą groźby, ma pokazać, że on ma dowód przestępstwa. 
Jakie to przestępstwo? 
Ano takie, że ktoś nie zamknął drzwi do widocznej na zdjęciu drucianej zagrody i Bajka tam wbiegła i ją calutką spenetrowała.
W zagrodzie było puste zupełnie boisko do jakiejś gry a ja robiłam zdjęcia kwitnącej łące i nie zauważyłam.
Zwróciłam Bajce uwagę, że nie umie czytać, bo tam jest zakaz wchodzenia psom. Bajka nie usłuchała i chwilę trwało nim ją stamtąd wywabiłam. Piłeczką, bo mam pieska na pilota. Moja uwaga o umiejętności czytania zamiast ludzi rozśmieszyć, najwyraźniej ich rozzłościła. Poszłam sobie stamtąd i żegnało mnie wrogie milczenie emerytów ćwiczących na siłowni pod chmurką.

Kilka dni temu widziałam na kampusie taką scenkę: ojciec bawił się dość niemrawo ze starszym dzieckiem, a ze sto metrów dalej matka lulała niemowlaka, który za nic nie chciał spać. Lulała go tak, że niechybnie doznał zespołu dziecka wstrząsanego, mało mu się głowa nie urwała, a kołysanka brzmiała tak: Kurwa śpij!!!
Matka była czerwona na twarzy i wściekła, co rozumiem, i ugryzłam się w język aby nie uronić ani słówka o możliwości uszkodzeń jej potomka i niestosowności tekstu kołysanki. I dobrze zrobiłam, bo to ona na mnie nawarczała, że tu z psami nie wolno.

Wczoraj na najbliższym skrzyżowaniu duży szary Juke powoli skręcał w prawo. Zakręt jest bardzo ostry z przejściem dla pieszych, którego nie widać z jezdni, póki się przy nim nie stanie. Pieszych i nieprzytomnych rowerzystów jest tu dużo. Czarny, niski, sportowy samochód za tym Juke zaczął trąbić jak oszalały. Jakby kierowca zasłabł i upadł ciałem na klakson. Kobieta w Juke stanęła, wyszła z auta i spytała co się stało. Młody kierowca czarnego auta wrzasnął: Jedź ku...o w chu.. bo pas zastawiasz. Obecny emeryt zrobił mu zdjęcie na wszelki wypadek.

Niestety, w mieście trudno o okolicę zupełnie bezludną. Gdzie ja mam się podziać? Wszędzie tułają się znudzeni, rozdrażnieni, wściekli ludzie i sieją tą swoją złością po okolicy, strach wyjść z domu.

sobota, 11 lipca 2020

Zazulka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Skoro każdy mój pies doczekał się tu własnej pożegnalnej notki, nie powinno zabraknąć kilku słów i obrazków o Zazulce.
Kiedy okazało się, że moja mama jest tak chora, że nie wyzdrowieje, Misia miałaby zostać zupełnie sama w naszym rodzinnym mieszkaniu. Kupiłam jej wtedy Zazulkę do towarzystwa.
Jeszcze wtedy Zazulka nie nazywała się Zazulką, kombinowałyśmy z tym imieniem okrutnie, bo co by tu mogło pasować do takiego maciupeńkiego zwierzaczka? Może Bizon? Mamą Zazulki była suczka bichon. Nawet to brzmiało. Ale nie pasowało.





 Było to 600 gram wiecznie głodnego i wiecznie śpiącego psiego niemowlaka. Kretka unikała malucha jak tylko się dało. Pieseczek miał może 6 tygodni i był lżejszy od naszego największego szczura.








Trzeba było strasznie uważać, gdzie stawia się nogi, bo maleństwo albo za nami dreptało, albo zasypiało z nagła tam gdzie stało.
Najlepiej spało się na Tomku, on się niemal nie rusza.

 Z Misią dogadały się natychmiast

Bezpiecznie było ją zostawić na kanapie. Długo nie umiała z niej zejść.
 

Porcelanowy spodeczek był akurat miseczką dla pieska tej wielkości.
 

 Mama była coraz bardziej chora, jeździłyśmy z Misią do niej do szpitala, a Zazulka z nami. My szłyśmy do sali chorych, a pieseczek zostawał z dozorcą na portierni. Dobry człowiek wkładał ją do czapki. I tam spała. A w domu spała na butach Misi.

 A w nocy z Misią
 

A to taka sztuczka ciułały, umie umyć nos od środka. Katar z ciułałą to nic strasznego. Jak widać dla maleństwa, które teraz już było Zazulką mogłam się nawet turlać po tarasie. Po gołych deskach!



Najpierw Zazulka zaprzyjaźniła się z ludźmi... 


A w końcu i z Kretusią. Maluch uważa, że mięso zostało podzielone niesprawiedliwie. Jej kawałek jest za mały!


Gdy zaczęła podrastać i nadeszły jesienne chłody, robiłam jej sweterki. W tym akurat sweterku pojechała Zazulka do jesiennego lasu na grzyby. Wracała umorusana jak dziecko, z brudnymi rękawkami i padła w pociągu zupełnie. Inni pasażerowie bardzo się dziwowali i śmiali na jej widok. Kretka śpiąca na podłodze nikogo nie rozczulała.



Usmarowane, byłe białe dziecko trzeba wykąpać.
 
 Potem schnie....


I już może się bawić ze starszą koleżanką. Chihuahua to bardzo dzielne psy, maleńkie, ale nieustraszone. Nie boją się absolutnie niczego tak samo jak jagdteriery. Po szkole Kretki Zazulka zrobiła się jeszcze dzielniejsza.
 

Misia nie dała sobie wejść na głowę. Zazulka nigdy nie jeździła na spacery w torbie i nie dała rady od niej niczego wyżebrać przy jedzeniu. Do dobrego wychowania takiego okruszka z żołądkiem bez dna i wrodzoną dzielnością trzeba twardego zawodnika. Te pieski to nie są zabaweczki.



Puchata, malutka kulka uczulała Irka. Nie puchł i nie kichał gdy go polizała, zatem miał uczulenie na pokolenia roztoczy mieszkających w jej futerku. Z koleżanką zootechnikiem wymyśliłyśmy rozwiązanie: Zazulka została ostrzyżona i wykąpana w Manusanie i mogła się bezpiecznie wraz z Misią przeprowadzić do Irka. Raz na miesiąc trzeba było pieseczka strzyc i kąpać w antyroztoczowym roztworze. Zazi się zaprzyjaźniła z irkową amstafką, po kilku latach ciężko przeżyła jej śmierć i wychowała Misi dwa buldożki i ratlerka. 
Miałyśmy nadzieję, że pożyje dłużej, ale zdrowotne koszty miniaturyzacji są naprawdę duże. I chorowała Zazulka na różne choroby: miała niestabilne kolano, szmery w sercu od dziecka, od przekarmiania przez Irka o mało na wątrobę nie zeszła i niedoczynność tarczycy ją dopadła. Jako ośmio - dziesięciolatka była grubym kluchem, miłym i dzielnym jak zwykle. Niestety, ze szmerów w sercu zrobiła się pełna niewydolność krążeniowo oddechowa. Nie dla Zazulki był oszczędzający tryb życia. Trochę pochorowała aż w końcu uciekła nam na Tęczowy Most. Bryka tam z Kretką i Muszką i na nas czeka.
Mojej mamy nie ma już tak długo, starczyło tego czasu na całkiem długie, calutkie psie życie.
 

niedziela, 28 czerwca 2020

Na Dolince

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wzięłam dziś ze sobą aparat aby zrobić kilka notatek do rysunków. Kręcą mnie w malowaniu rzeczy, które akurat są pod ręką w tym sezonie: rozbujane, wykłoszone trawy, pasiaste cienie drzew na trawnikach, no zły mam gust i prostacki. Ale to mnie kręci a nie co innego. Bniec na tle czarnej plamy zieleni, kolorowa koniczyna i gęsiówka. Nie muszę jeździć  po tematy malarskie w Alpy czy Himalaje albo na Karaiby.
A ponieważ rano jest fajne światło i rano jest codzienny, najdłuższy spacer z psami to się załapały dziewczyny

 Frania jest ruda a Baja pszeniczna. Po oskubaniu Frani kolory są lepiej widoczne.


To bajorko było przez całą zimę niemal suche. Teraz można się w nim chlapać. Bajka liczy żaby.


Park jest super bo są tu inne psy. Bajka jest ze wszystkimi w dobrych układach. Frania towarzystwo toleruje na spokojnie.


A to jest ukochane miejsce nieboszczki Muszki. Przez dziewięć lat, codziennie poza lutymi mrozami Muszka musiała tu zrobić rundkę w wodzie. Łapy stały bezpiecznie na dnie a Muszka swoją radochę miała. Woda tu żabie po kolana, można się taplać, chłodzić brzuszek i straszyć kaczki. Panie nie mogą sobieodmówić tych rozkoszy.


 A po co ja takie głupie zdjęcie zrobiłam? A żeby sprawdzić jak się światło na futerku układa


Frania ma poniekąd dosyć spacerowania.


Ale trawa jest nęcąca. To jeszcze parę susów i trochę przedzierania się przez chaszcze.


I widać, że ma dosyć. 

Zupełnie dosyć. A ponieważ zrobiło się gorąco, to wracamy. Maczki sfotografujemy jutro.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Deszcz pada, pada, pada

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Deszcz pada i powoli nasze suche mieszkanie zaczyna pachnieć jak podmokły domek kempingowy na wakacjach. Zwłaszcza łazienka z wiecznie mokrymi ręcznikami i psia szuflada w przedpokoju. Nie tak dawno uprałam wszystko co w tej szufladzie było, bo zapach zgnilizny z niej się dobywający był nieznośny i znów trzeba to zrobić, tylko o wysuszeniu zawartości nie ma co marzyć.  Ręczniki natychmiast po użyciu lądują w suszarce.
Wilgoć nagła i wszechobecna jest trudna do zniesienia. Psy nie chcą wychodzić z domu w płaszczykach. A jeszcze tak niedawno modliłam się o deszcz, teraz rośliny na tarasie topią się w deszczówce. Jak na dworze nie ma czego szukać to wdrażamy zajęcia świetlicowe. Na biurko wyjechało malowanie. Kopia J.C. Christiensena powstała. Nad tłem trzeba było pogłówkować, Zielona czerń musiała się spotkać bezkolizyjnie z czernią niebieską. Na dodatek ściana lasu powstała w technice wielokrotnego maskowania. Efekt jest zgodny z oczekiwaniem.


Obrazek poszedł się oprawiać, nowa właścicielka już naszykowała kawałek ściany. 
Strasznie mi brakuje czwartków malarskich, gdzie można było sobie o malowaniu pogadać. Nie malujących szczegóły techniczne strasznie nudzą i nie wykazują zrozumienia dla rozważań o jakości lateksowej maski, barwników quinokrydonowych, czy nieużyteczności żółcieni kadmowej mimo jej miłej ceny i trwałej barwy. Nikt o tym nie chce słuchać.


Dostałam w prezencie dywan. Stary, co najmniej 60 lat mający, a może i sto. Podszyty skórą na brzegach, wprost z pralni. Właścicielka ma go dość. Dzieci ofiarodawczyni też go nie chcą. Ogromny, 4,5 metra długi zasłania cały salon i nawet jest trochę zawinięty pod wyjściem na balkon. Ale zasłania okropną żółtą podłogę z patyczków polakierowaną byle czym. Zapewniano mnie że jest wełniany, ale chyba jest jedwabny. Krótkowłosy. Pochodzi z Łodzi, możliwe że z jakiegoś pałacu łódzkiego barona. A może nie? Alicja twierdzi,że po wojnie łodzkie fabryki robiły jedwabne dywany w takich rozmiarach. O jedwab było łatwiej niż o wełnę, jedwab był na składzie. Można jej wierzyć, jej ojciec był przewodniczącym Rady Narodowej w Łodzi i się na tym znał. Mimo pobytu w pralni w tej wilgoci roztacza specyficzny zapaszek czegoś bardzo starego.  Ni to dymu z kominka ni to resztek organicznych. Może się wywietrzy?


 Tak czy siak Bajce na nim ładnie. 
Figureczka na następnej fotce wprost z lumpeksu. Ni to west, ni to cairn ale w typie obu. Daje się akwarelami malować i ponownie umyć do białości.


Bajka jako dziecko bała się wody i unikała nawet najmniejszej kałuży. Teraz jako niemal roczny podrostek zmieniła zdanie i zaczyna cenić ten żywioł. Tu penetruje kałużę na psim wygonie.


Prawda, że wcielenie niewinności? Dzieciuch przesłodko wyglądający. Tyle, że poduszki na których śpi są pogryzione i poszarpane, narzuta i poszewki w pralce, bo w co się taki pieseczek prosto z błota wytrze? W pańci łóżko oczywiście.


No skoro tak się lubi chlapać to na upały basenik kupiłam. Teraz deszcz do basenika pada. Basenik jest coraz głębszy. 
Frania od jakiegoś czasu suplementy na stawy przyjmuje. I muszę stwierdzić, że te psie suplementy są chyba od ludzkich skuteczniejsze. Cztery lata temu, kiedy Frania do nas przybyła, dawała radę wleźć na oparcie kanapy. Potem nigdy już tego nie zrobiła. Po tygodniu łykania żelatynowych kostek stał się cud:




Nie dość że sama tam wlazła to nie dała się Bajce wypędzić. Spojrzenie Cairna jest bardzo wymowne. Dziewczyny coraz częściej się bawią, przekomarzają i wyrywają sobie piłeczkę. Dawanie im dwóch piłeczek jest bezcelowe, musi być jedna i trzeba ją sobie wykradać.
A na drutach powolutku robi się Panna Wodna, kardigan,czy też żakiet z muszelek w kolorach wody. Przybywa powoli, ale przybywa. W realu robię już czwarty rząd tych elementów. Rzecz zapowiada się na bardzo szeroką i chyba jak dojadę do talii to zmienię elementy z szerokich łusek na centralnie zbierane kwadraty robione ściągaczem. Powinno to wyrób zwęzić.

Bardzo mi się podoba że robiąc dużą rzecz z małych elementów można pogodzić ze sobą motki, które w innym przypadku pogodzić by się za nic nie dały. No sami na zdjęcie popatrzcie. Dziwne resztki, draczne kolory nagle zgodnie śpiewają jedną piosenkę bez fałszywych nut.