sobota, 3 października 2020

Panna Wodna

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W końcu jest gotowa. 


Dłubałam ją cztery miesiące. Sama nie mogę uwierzyć, że zabrała mi caluśkie lato i ciut ciut, ale w końcu ją mam. Rozmiar ma świetny,  leży znakomicie i ma doskonałą długość. Widać że kobieta nosiciel ma długie, zgrabne nogi a to co powinno być schowane jest schowane. Niestety Pan Mąż jest już w pracy i choć siedzi w sąsiednim pokoju jest dla mnie jako fotograf zupełnie niedostępny. Selfik w lustrze nie jest rozwiązaniem. Poczekam z fotką, aż jakaś koleżanka się zlituje.

Pierwotnie zamierzałam zrobić ten sweter tylko z łusek, takich jak są na jego dole. Taki wzór znaleźć można w książce Knitting Colour, structure and design Alison Ellen. Po pierwsze jednak rzecz powstawała piekielnie szeroka, po drugie szału z tymi łuskami dostawałam. Zbierane po środku kwadraty były łatwiejsze do ogarnięcia  bo zbiera się w co 2 rzędzie zawsze, i zwęziły potężny kształt. Pani Ellen musiała mieć podobne doświadczenia, bo w książce Knitting stich-led design zamieszczona jest wersja z górą swetra wykonaną kwadratami ściegiem ściągaczowym. Brzeg dekoltu zrobiłam tak, jak proponowała projektantka, dwukolorowym, elastycznym ściągaczem, to nie jest niestety prosty corrugated rib. Opis tego ściągacza jest bardzo krótki i prosty. Zwodniczo prosty. Nim wpadłam jak to się robi minęło sporo czasu i było trochę prucia. Ale listwa faktycznie jest po każdej stronie innego koloru:


Zachomikowane w szufladzie zapinki nadały się akurat. projektantka niczym nie wykończyła swojego swetra z przodu ani na rękawach. Rękawy wręcz zostawiła wąsate, ze sterczącymi czterema rogami każdy. Nie podobało mi się to ani ani. Dorobiłam uzupełniające trójkąty i wykończyłam rzecz I cordem.


 

Oczywiście większość uroku swetra robi wełna. Także tym razem wykorzystałam motki sierotki Dundagi 6/1, z którymi nie wiadomo co było robić. Jednemu wróżyłam już przyszłość jako surowcowi na psie kabaciki ombre modne w niektórych kręgach. A tu sprawdził się doskonale. Założeniem moim było użyć tylu ile się da kolorów wody. Jest nawet kolor morskiego dna w płytkiej części portu w Jastarni, to ten żółtawy.

W czasie roboty na bieżąco wkręcałam końce nitek w nabierane rzędy, więc wykańczanie polegało na obcięciu ogonów. Gdyby ktoś chciał je chować zaszywając, to biedny był by to człowiek. Dundaga pod tym względem jest wdzięczną wełną, puchnie w praniu, łatwo się podfilcowuje i nic z niej się nie wysmykuje i nie wyłazi. Po prawdzie sprucie źle zrobionego elementu nie jest takie łatwe.

Mimo że zgromadziłam zapasik włoczki na podobne wyroby dam sobie z tym chwilowo spokój. Trzeba teraz ukoić nerwy czymś, co da się zrobić szybko. Gdzie można się rozpędzić i lecieć na czwartym biegu. W kolejce stoją i trąbią dwa swetry, pułk skarpetek, kilka czapek. Wszystko w okrążeniach i bez żadnych ogonów do chowania.

Pan Mąż wyszedł z jaskini i zrobił to. Nie przeczę, że w programie edycyjnym wyciągnęłam sobie nieco nogi.






poniedziałek, 21 września 2020

Koniec lata

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie dało się jednak tak zupełnie samotnie wysiedzieć na d.. Zaczęliśmy już na siebie szczekać, co jest w naszym wypadku dowodem już nie zmęczenia a wyczerpania. Podarowaliśmy sobie tydzień w Lanckoronie w połowie września. Dzieci wróciły już do szkoły, pensjonaty opustoszały i tacy jak my ( ktoś w Jastarni obrazowo się wyraził kiedyś "dziadowo przyjechało") odważyli się wychylić nos w pandemicznych okolicznościach i zażyć krótkich, okrojonych wakacji.

Tadeusz jest piękny jak zawsze, tylko nieco bardziej pusty. Tylko kilka osób mieszkało w dużym przecież pensjonacie, nie było tłoku.

Z powodu pandemii usunięto obrusy, aby można było po każdym posiłku dezynfekować stół w jadalni.


 


Panienkom się w Tadeuszu bardzo podobało. Zapoznały się zaraz z najmłodszym psem gospodarzy, Felkiem i razem dokazywali wokół domu. Staruszek Tofik czasem się pokazywał na zewnątrz, ale w gonitwach młodzieży nie uczestniczył, jest już głuchy jak pień i łaknie spokoju.


Po ścieżkach na Górze Lanckorońskiej też się wyspacerowały, niestety szybko nam udowodniły, że mają fantastyczny węch. Znalazły w try miga kuchenny śmietnik - gdzieś to w końcu trzeba wyrzucać, za zamczyskiem jest kompostownik- i obficie raczyły się odpadkami. Nic w tym wegetariańskim pożywieniu nie ma złego poza smrodem. Po dwukrotnym kąpaniu psów pod pompą zarobiły na smycz do końca pobytu. Tego zapachu nikt ze zdrowym nosem by nie zniósł po raz trzeci.

Jak zwykle zabrałam sobie za dużo zabawek. wełna, kredki, aparat fotograficzny, książki. Wszystko na jeden tydzień. Zrobiłam sobie czapkę i komin. pół czapki powstało jeszcze w samochodzie w drodze tam. Z powrotem dłubałam bez przekonania szarą skarpetę w zygzaki. Owszem, jestem przeciw homofobii, ale ten wybór kolorystyczny odpowiadał by mi w każdych okolicznościach politycznych. Jeśli ktoś ma coś przeciw tęczy to niech pertraktuje z Panem Bogiem, żeby ją usunął z nieba.


Lanckorona to naprawdę niewielka wioska z piękną architekturą. Ma poza tym niezwykłą jak na Polskę cechę: w Lancloronie jest ładnie. Po prostu ładnie. Przed ładnymi domami są ładne kwiaty, na ładnym rynku są ładne ławki i latarnie i nie widać tam nic paskudnego, plastikowo pokracznego i obmierzłego. Są tam aby dwa sklepy i chyba ze dwie czy trzy kawiarnie, żadnych budek z badziewiem, oczy odpoczywają po zjechaniu w bok z drogi na Bielsko Białą pełnej reklam, hurtowni i ogrodowych ozdób. 

Dwa warsztaty ceramiczne produkują ładne rzeźby, kubeczki, pamiątki.

Łoś na ścianie kawiarni Arka
Tego niedźwiedzia pilnującego miski z wodą Bajka bardzo się wystraszyła.
Oznaczenie toalety...

I wnętrze toalety. 

No i wróciliśmy. I dalej męczę Pannę Wodną, która zabrała mi niemal cztery miesiące ciągłego dłubania. Robienie dużej rzeczy z małych elementów jednak wymaga samozaparcia. Nie mogę się rozpędzić, bo co chwila albo odwracania albo koniec kwadracika. Za to nauczyłam się robić na drutach elementy bez odwracania robótki, w lewo i w prawo. W prawo robię "po angielsku" w prawo jestem thrower, w lewo picker. jeszcze trochę czasu muszę Pannie Wodnej poświęcić, ale już niedługo, jeszcze z sześćdziesiąt kwadratów i będzie.



I kończą mi się wybrane na nią Luny więc sukces już niedaleko. W kolejce czekają dwa pilne swetry dwa szale, getry i niekończąca się parada skarpet.



 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Smutne Żarty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Udręczeni siedzeniem w domu i w samotności poszliśmy na wystawę Żarty Żartami w Pałacu Ujazdowskim. Trochę przypadkiem akurat dziś, w czwartek wstęp był bezpłatny. I bardzo dobrze, bo gdyby jeszcze za oglądanie tych paskudztw miałabym płacić, to chyba bym ich tam opitoliła.

Czytaliśmy o tej wystawie recenzje. Miał być i Linke (był jeden rysunek, pazerna ręka Wall Street) i Berezowska (też jeden typowy dla niej rysunek) i jakieś żarty polityczne. Coś tam było w starych gazetach. W tym upale i bez klimatyzacji trudno się było na tym skupić. 

Prace współczesne to naprawdę żart z widza. Brzydkie instalacje, żywiczne kałuże , obfitość lepiej i gorzej narysowanych lub z czegoś ulepionych kutasów.  Wymioty z gąbki i plastikowych oczu. Jestem dość biegła w odczytywaniu metafor ale tym razem wysiadłam. Chyba największym dziełem sztuki jest tu broszurka opisująca wystawę. Taki fikołek: Marie Mul pochyla się nad toksycznością nostalgii. Jej prace dotykają miękkiego podbrzusza naszych przyzwyczajeń(!). I w ten zrozumiały deseń 51 stroniczek katalogu z wystawy.

Zachwyt mój wzbudziły jedynie homoerotyczne wycinanki Xiyadie. Tu naprawdę było na co popatrzeć i obfitość ukrytych w nich kutasów zachwytu wcale nie zmniejszała. 

Naprawdę zabawne scenki Manna i Materny z serii Profesor doktór Jerzy Klemens Werner radzi -Czy prać skarpety? i -Czy myć ciało? można było tylko zobaczyć bo już nie usłyszeć.

Niczego wesołego w tej wystawie żartów nie znalazłam. Jestem konserwatywną dziczą nie znającą się na sztuce. Dziś przyjmuję to z pokorą do wiadomości. I więcej do Muzeów Sztuki Współczesnej się nie wybieram.

 

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Botanicznie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Całkiem niedaleko nas jest świetny ogród botaniczny. Przegapiłam wiosnę, ale lata przegapić nie zamierzam. Nawet sobie karnet sprawiłam i już umiem autkiem do niego dojechać. W dni powszednie jest niestety czynny od trzeciej po południu, ale w sobotę i niedzielę już od dziewiątej rano można zwiedzać, wąchać i podziwiać. To też zwiedzamy, wąchamy i podziwiamy. Ja kradnę również wizerunki kwiatów, na szczęście można i nawet trzeba fotografować.

Oto łan najróżniejszych floksów. Zapach będzie mnie długo prześladował. bardzo, bardzo lubię floksy.

Skoro się nigdzie nie pojechało bo pandemia, to bodaj rozmaite krajobrazy w ogrodzie botanicznym można pooglądać. W godzinę można obejść siedliska wodne, górskie hale, warzywnik, sad, ogromną kolekcję róż i takie choćby właśnie floksy czy kosmosy, bo właśnie przepięknie rozkwitły. Łupy fotograficzne z wycieczki lądują w komputerze i dają początek pomysłom malarskim. W końcu mogę się skupić na papierach, pędzelkach i kwiatach. Te akurat obrazki powstały w celu ćwiczenia konkretnych technik. Hortensję malowałam tylko trzema kolorami, peonia była ćwiczeniem z maskowania i zmiękczania warstw farby. Ktoś kiedyś mi doradził. aby malować tylko to, co się lubi. To była mądra rada bo nawet takie ćwiczeniówki dobrze wyglądają. A jak się cudnie wpada w stan flow! Godziny mijają a ja w towarzystwie farb i papieru nie wiem nic o pandemii, pięćset + zamienianego na bony, kolejnych posunięć możnych i potężnych tego świata ani o kolejnym roku szkolnym spędzanym przez uczniów w domu  z rodzicami jako nauczycielami i przed ekranem komputera. No cudnie po prostu. Każdemu życzę takiej możliwości mentalnego zniknięcia.


Dziergany żakiet nieco mnie znużył i czeka na pańską łaskę. Jak się zrobi chłodniej to go pewno szybciorem dokończę. Póki co przerobiłam kłębek Austermanna na wesołe skarpety dla pewnej wdowy zamieszkującej chłodny i trudny do ogrzania domek. Przydadzą się.

No i złamałam się dziś. Ignorowałam gromadne szycie maseczek ile się dało. Ale już się nie da dłużej. Jednorazowe maseczki mają sens w szpitalach, na salach operacyjnych i tylko tam. Skoro mydło tłucze covid-19 na śmierć, to nie ma co globu zaśmiecać. Ale niech to będą naprawdę maseczki ochronne, a nie jakiś pic. Ludność nosi te maski na podbródkach, są za wąskie na zakrycie nosa i ust na raz. Ponadto wykrój wprost z kraju azjatyckiego nie przewiduje pokaźnego, europejskiego nosa. Za mała maseczka spłaszcza nos i to jest okropne.
Zrobiłam sobie własny wykrój metodą formy z alufolii, ze zużytej maseczki medycznej wyciągnęłam drucik (to taki sam drucik jakim zamyka się plastikowe torebki na drugie śniadanie z Rossmana), a pozostałe maseczki jako drucik dostały wyciory od fajek. Pan Mąż dał wyciory a dostał maseczkę, która mu się podoba.
Maski zakrywają twarz od nasady nosa po grdykę. Utkane pod okularami nie powodują ich zaparowywania. Nadają się oczywiście do prania i nie gniotą w nos.


A przy szyciu i dzierganiu i przy malowaniu towarzyszą mi koleżanki w futrach. jedna wciąz preferuje spanie na wznak najchętniej w ciągu komunikacyjnym .


czwartek, 30 lipca 2020

Frania znaleziona

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Frania jest niesłychanie wrażliwym pieskiem. Nasze złe humory  odczytuje bezbłędnie i nie chce mieć wtedy z nami nic do czynienia. Osobliwie kiedy Bajka na smyczy zachowuje się źle, Frania ma ochotę zapaść się pod ziemię a najlepiej uciec daleeeeko, daleko, w jakieś krzaki. I nie uczestniczyć w procesie nauczania. Bo jak się Bajkę na smyczy strofuje to Frania przy tym jest, czasem ją też się szarpnie no i Frania wszystko słyszy i bierze do siebie. Frania doskonale chodzi na smyczy, ale bez smyczy puścić jej nie można, bo nie może się Frania oprzeć urokom krzaków zamieszkałych przez koty i wszystkich okolicznych ogrodzonych posesji. W parku idzie luzem, na osiedlu nie.
A teraz Bajka ma cieczkę. I to taką, że siusia co 10 metrów rozlepiając na chodnikach ogłoszenia takiej treści:"Jestem tu, jestem chętna, natychmiast przyjmę propozycję!!!!!". Na widok jakiegokolwiek psa z jajkami traci Bajka głowę absolutnie, a może i nie traci, cel ma jeden, jasny i dąży do niego zdecydowanie.
I poszedł Pan Mąż z sukami na spacer dookoła domu. Trafił się naturalnie jakiś pies, nie dał się odgonić, a w ferworze walki o bajkową cnotę musiała oberwać i Frania. Wylazła z obroży i uciekła. I tak sobie z latarkami szukaliśmy pieska po osiedlu po nocy. Spryciara wróciła jak już wszystko obejrzała.
UF!
A jak tylko ta cieczka się skończy, to Bajka pójdzie pod nóż. Takiej determinacji i pasji do rozmnażania co cztery miesiące mogę nie sprostać. I co ja zrobię z niewiadomo iloma szczeniakami zrobionymi z niewiadomo kim???

Niedawno ktoś mi powiedział, że nie mam szczęścia do psów, bo ciągle są na coś chore.
Jak o Franiowe nieszczęścia chodzi, to nie ja nie mam szczęścia, tylko daliśmy się zrobić w konia jak dzieci chytrej babie zza Wisły. Ale ponieważ byliśmy po śmierci Kretki tak chorzy ze zgryzoty, że o mało nie pomarliśmy sami, to wzięliśmy pierwsze zwierzę, które się trafiło. Ono uratowało nas, a potem w rewanżu my uratowaliśmy ją. A co do innych psich przypadłości, to nie jest tak że nie mam szczęścia, tylko mam oczy do patrzenia i obserwuję moje zwierzęta. Bo jako żywe stworzenia, mające różne organy one miewają dolegliwości. Tylko ja te dolegliwości rejestruję i coś z tym robię. Zbierając po nich kupy wiem ile tych kup jest i jakie są. Jak coś nie halo, to się sprawdza na robale, leczy i w razie czego dalej docieka. Bo w końcu paskudne, biegunkowe kupy to zapewne marne przyswajanie żarcia i ból brzucha. Ja widzę że któraś ma zaczerwienione oczy, skaleczenie, bolące zęby, złamany pazur czy trzyma ucho jak nie powinna. Albo ogon ma na smutno. Zaglądam w paszcze, oglądam łapy, ogony i skórę. Jak coś nie gra to diagnozujemy i leczymy. Bo mamy gdzie i wiemy że trzeba.
I niewinnie zaczerwieniona białkówka w oku Frani zdradziła ciężką alergię na roztocza kurzu domowego. Mamy leki, wiemy co robić. Wylizanie przez Bajkę talerza z tłuszczem po pieczonej kaczce zaowocowało wybuchem następnego ranka na trawniku, chwilowo pracujemy na pankreatynie. Rezultaty widać.
Wczoraj na czyjeś pytanie jak mi się z tymi psami żyje mogłam zgodnie z prawdą odpowiedzieć: Jak z dziećmi. Jedno kaszle, drugie ma sraczkę. Pytająca tylko głową pokiwała.

No i czyje dziecko z ten tekst czytających było w pierwszym roku życia u lekarza tylko z okazji szczepień i jednej biegunki? Tak czy siak Bajka górą.

czwartek, 16 lipca 2020

Wściekli, wkurzeni, ponurzy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co robi ten pan? Ten pan robi mi zdjęcie dowodowe pewnie żeby je pokazać władzom. Ja mu też zrobiłam bo to kuriozum. Aparat fotograficzny w telefonie służy emerytom jako "straszak" na bliźnich, którzy coś naprawdę albo na niby przeskrobali. Takie robienie zdjęcia jest formą groźby, ma pokazać, że on ma dowód przestępstwa. 
Jakie to przestępstwo? 
Ano takie, że ktoś nie zamknął drzwi do widocznej na zdjęciu drucianej zagrody i Bajka tam wbiegła i ją calutką spenetrowała.
W zagrodzie było puste zupełnie boisko do jakiejś gry a ja robiłam zdjęcia kwitnącej łące i nie zauważyłam.
Zwróciłam Bajce uwagę, że nie umie czytać, bo tam jest zakaz wchodzenia psom. Bajka nie usłuchała i chwilę trwało nim ją stamtąd wywabiłam. Piłeczką, bo mam pieska na pilota. Moja uwaga o umiejętności czytania zamiast ludzi rozśmieszyć, najwyraźniej ich rozzłościła. Poszłam sobie stamtąd i żegnało mnie wrogie milczenie emerytów ćwiczących na siłowni pod chmurką.

Kilka dni temu widziałam na kampusie taką scenkę: ojciec bawił się dość niemrawo ze starszym dzieckiem, a ze sto metrów dalej matka lulała niemowlaka, który za nic nie chciał spać. Lulała go tak, że niechybnie doznał zespołu dziecka wstrząsanego, mało mu się głowa nie urwała, a kołysanka brzmiała tak: Kurwa śpij!!!
Matka była czerwona na twarzy i wściekła, co rozumiem, i ugryzłam się w język aby nie uronić ani słówka o możliwości uszkodzeń jej potomka i niestosowności tekstu kołysanki. I dobrze zrobiłam, bo to ona na mnie nawarczała, że tu z psami nie wolno.

Wczoraj na najbliższym skrzyżowaniu duży szary Juke powoli skręcał w prawo. Zakręt jest bardzo ostry z przejściem dla pieszych, którego nie widać z jezdni, póki się przy nim nie stanie. Pieszych i nieprzytomnych rowerzystów jest tu dużo. Czarny, niski, sportowy samochód za tym Juke zaczął trąbić jak oszalały. Jakby kierowca zasłabł i upadł ciałem na klakson. Kobieta w Juke stanęła, wyszła z auta i spytała co się stało. Młody kierowca czarnego auta wrzasnął: Jedź ku...o w chu.. bo pas zastawiasz. Obecny emeryt zrobił mu zdjęcie na wszelki wypadek.

Niestety, w mieście trudno o okolicę zupełnie bezludną. Gdzie ja mam się podziać? Wszędzie tułają się znudzeni, rozdrażnieni, wściekli ludzie i sieją tą swoją złością po okolicy, strach wyjść z domu.

sobota, 11 lipca 2020

Zazulka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Skoro każdy mój pies doczekał się tu własnej pożegnalnej notki, nie powinno zabraknąć kilku słów i obrazków o Zazulce.
Kiedy okazało się, że moja mama jest tak chora, że nie wyzdrowieje, Misia miałaby zostać zupełnie sama w naszym rodzinnym mieszkaniu. Kupiłam jej wtedy Zazulkę do towarzystwa.
Jeszcze wtedy Zazulka nie nazywała się Zazulką, kombinowałyśmy z tym imieniem okrutnie, bo co by tu mogło pasować do takiego maciupeńkiego zwierzaczka? Może Bizon? Mamą Zazulki była suczka bichon. Nawet to brzmiało. Ale nie pasowało.





 Było to 600 gram wiecznie głodnego i wiecznie śpiącego psiego niemowlaka. Kretka unikała malucha jak tylko się dało. Pieseczek miał może 6 tygodni i był lżejszy od naszego największego szczura.








Trzeba było strasznie uważać, gdzie stawia się nogi, bo maleństwo albo za nami dreptało, albo zasypiało z nagła tam gdzie stało.
Najlepiej spało się na Tomku, on się niemal nie rusza.

 Z Misią dogadały się natychmiast

Bezpiecznie było ją zostawić na kanapie. Długo nie umiała z niej zejść.
 

Porcelanowy spodeczek był akurat miseczką dla pieska tej wielkości.
 

 Mama była coraz bardziej chora, jeździłyśmy z Misią do niej do szpitala, a Zazulka z nami. My szłyśmy do sali chorych, a pieseczek zostawał z dozorcą na portierni. Dobry człowiek wkładał ją do czapki. I tam spała. A w domu spała na butach Misi.

 A w nocy z Misią
 

A to taka sztuczka ciułały, umie umyć nos od środka. Katar z ciułałą to nic strasznego. Jak widać dla maleństwa, które teraz już było Zazulką mogłam się nawet turlać po tarasie. Po gołych deskach!



Najpierw Zazulka zaprzyjaźniła się z ludźmi... 


A w końcu i z Kretusią. Maluch uważa, że mięso zostało podzielone niesprawiedliwie. Jej kawałek jest za mały!


Gdy zaczęła podrastać i nadeszły jesienne chłody, robiłam jej sweterki. W tym akurat sweterku pojechała Zazulka do jesiennego lasu na grzyby. Wracała umorusana jak dziecko, z brudnymi rękawkami i padła w pociągu zupełnie. Inni pasażerowie bardzo się dziwowali i śmiali na jej widok. Kretka śpiąca na podłodze nikogo nie rozczulała.



Usmarowane, byłe białe dziecko trzeba wykąpać.
 
 Potem schnie....


I już może się bawić ze starszą koleżanką. Chihuahua to bardzo dzielne psy, maleńkie, ale nieustraszone. Nie boją się absolutnie niczego tak samo jak jagdteriery. Po szkole Kretki Zazulka zrobiła się jeszcze dzielniejsza.
 

Misia nie dała sobie wejść na głowę. Zazulka nigdy nie jeździła na spacery w torbie i nie dała rady od niej niczego wyżebrać przy jedzeniu. Do dobrego wychowania takiego okruszka z żołądkiem bez dna i wrodzoną dzielnością trzeba twardego zawodnika. Te pieski to nie są zabaweczki.



Puchata, malutka kulka uczulała Irka. Nie puchł i nie kichał gdy go polizała, zatem miał uczulenie na pokolenia roztoczy mieszkających w jej futerku. Z koleżanką zootechnikiem wymyśliłyśmy rozwiązanie: Zazulka została ostrzyżona i wykąpana w Manusanie i mogła się bezpiecznie wraz z Misią przeprowadzić do Irka. Raz na miesiąc trzeba było pieseczka strzyc i kąpać w antyroztoczowym roztworze. Zazi się zaprzyjaźniła z irkową amstafką, po kilku latach ciężko przeżyła jej śmierć i wychowała Misi dwa buldożki i ratlerka. 
Miałyśmy nadzieję, że pożyje dłużej, ale zdrowotne koszty miniaturyzacji są naprawdę duże. I chorowała Zazulka na różne choroby: miała niestabilne kolano, szmery w sercu od dziecka, od przekarmiania przez Irka o mało na wątrobę nie zeszła i niedoczynność tarczycy ją dopadła. Jako ośmio - dziesięciolatka była grubym kluchem, miłym i dzielnym jak zwykle. Niestety, ze szmerów w sercu zrobiła się pełna niewydolność krążeniowo oddechowa. Nie dla Zazulki był oszczędzający tryb życia. Trochę pochorowała aż w końcu uciekła nam na Tęczowy Most. Bryka tam z Kretką i Muszką i na nas czeka.
Mojej mamy nie ma już tak długo, starczyło tego czasu na całkiem długie, calutkie psie życie.