niedziela, 14 kwietnia 2019

Ostra forma startitis

Od samijutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zepsułam się. Dawniej dziergałam jak trzeba jedną rzecz na raz. W rozsądnym czasie wyrób był skończony. Teraz coś się zepsuło na amen. W styczniu w Jastarni wydziergałam prezentowaną tu już Magię świąt, jakieś skarpetki i mitenki i nastały czasy rozgrzebania. Nawet nie wspominam o zahibernowanym kardiganie fair isle z wzorem Alice Starmore. Leży i czeka aż mi się pomysły do zrobienia na już skończą.





Trafiłam w jakimś Knitterze na takie skarpetki. Kratka z podnoszonych oczek. Przestały mi się podobać i czekają na nie wiadomo co. Chyba spruję, bo te wełny to przypadkowo wybrane dość, jedna skarpetkowa, druga nie, będą z wyrobem problemy. I ta tęcza coraz mniej mi się podoba. A tak naprawdę to przestała mi się podobać od razu jak ją dawno temu z paczki od e-dziewiarki wyjęłam. Kolory bezsensownie zestawione, ordynarne, wrzaskliwe i wstrętne.


Koleżanka prosiła o skarpetki. Zrobiłam tyle. Jestem za drugą piętą. Dwa odcinki Zabójczych Umysłów i by były, ale leżą. Koleżanki mi nie żal bo ma ze cztery inne pary i chyba chce oznaki wierności i uznania. Skończę to oczywiście, ale nie dziś. Szara materia to nie moja specjalność.

Z wełny sprezentowanej lata temu, do której się śliniłam i modliłam w końcu zrobiłam sobie heksagonki. Kolory fajne, bardzo fajne, ale ułożone w bezpomysłowe paski. Hexagons to idealny projekt na wełnę w za małe albo jednakowej grubości paski, nie wyglądają nudno. To akurat skończyłam i czeka jako składnik mojego tegorocznego Box Of Socks.


A do tych skarpetek wprost jak śmietanka do truskawek pasuje Childhood od Aenkestrick. Powstał z 4 motków Mirelli w kolorze Zielona Herbata. Wzór wpadł mi w ręce dość przypadkowo, ale zrobił się biegiem, sweter jest bardzo współczesny w formie, nie trąci myszami, łatwo go nosić z rzeczami z szafy i jest rozkoszny w dotyku. Pierwszy mój sweter z naprawdę długimi rękawami.  


Niestety, kolejny sweter robi się i robi. Luna od Liloppi czeka już 2 lata . Wiedziałam co z niej będzie od pierwszego rzutu oka na motek. Ponieważ właścicielka sklepu miała wtedy jakąś obsuwę z wysyłkami na przeprosiny dołożyła mi gratis w postaci motka idealnie skoordynowanej Teksreny. I dobrze, bo motek Luny był  dość mały, 244 gramy to dla mnie nie ilość na sweter. Poczekałam na kolejną dostawę takiej Teksreny, dokupiłam i w końcu zabrałam się do roboty. Brak mu jednego rękawa. Korpus z Luny robił się rozkosznie, ale Teksrena taka słodka w dotyku nie jest. Może zmięknie po praniu. Tak długich rękawów jak Zielona herbata nie ma, ale i tak dłuższe nież zwykle robię. Na sweter czekają jeszcze ceramiczne guziki z Lanckorony. Mam nadzieję go kiedyś skończyć bo fajny. Szkoda żeby taki sweter skonał na rękawozę.


Nie mogę tego rękawa dorobić, bo zawołała mnie z szuflady wariacka Luna i zechciała zostać strzałką dla mnie. Chyba nikt inny nie nosił by takich kolorów. Strzałka rośnie, rękawy i skarpetki czekają. Teraz nastąpią oliwki, złota i zielenie.

No i nastąpił wiosenny wysyp malowideł. Niektóre pokazałam na FB, ale tam wszystko znika z walla iginie w odmętach przeszłości. Zatem jeszcze raz zamieszczę je tu. Jeśli coś się powtarza to trudno, skleroza pogarsza się z wiekiem.



Na gwiazdkę od dziecka dostałam takie tycie blejtramki. Zrobiłam na nich trzy olejne kopie akwareli Joyce Hicks. Dały mi bardzo duzo jeśli chodzi o konstrukcję krajobrazu, warto było kupić jej książkę. Wyjaśniła mi więcej niż inne grube tomy. Potwierdza się moja stara zasada, kupuj książki, które rozumiesz. Jedynie Joyce Hicks pokazała mi łopatologicznie jak przekształcić krajobraz, aby zaśpiewał kolorami i trzymał się w ramie. Taka seria na jakimś murku w przedpokoju powinna fajnie wyglądać.

Nasza Basia kochana, czyli Barbara Bielecka Woźniczko, która uczy nas z przekonaniem jak malować, wciąż nie traci nadziei, że wydusi z nas jakąś abstrakcję. Ustawiła martwą z kolorowych papierów, pomalowanych na biało butelek i czegoś w paski. Jak ja się nad tym biedziłam. W końcu przypomniałam sobie radę koleżanki, żeby nadać tytuł. Z tytułem można już historyjkę wymyślić i potraktować ją dowolnie abstrakcyjnie. Nawet do Narodowego (Muzeum) poszłam pogapić się na abstrakcje rozmaite, faktycznie tytuły były nie z tej ziemi.  Zatem przedstawiam czytelnikom Ducha Wakacyjnej Przygody Przechodzącego przez Tory Pociągu Relacji Gdynia Główna Osobowa - Hel. Duch wakacyjnej przygody jest w paski (jak większość ubrań wczasowiczów), ma różową kokardkę jak większość małych dziewczynek. Jest słupek alarmowo rozmówny (wygląda jak hydrant) i złote słonko po właściwej stronie nieba (odrysowane od złotówki wprost z portfela). Widać i tory, i przechodzenie przez nie i dal i przestrzeń. Uff.

Właśnie robiłam zdjęcia do rocznego katalogu na naszą wystawę. Zatem Diana wg Rembrandta już z werniksem:

Trochę boję się ją dać na tę wystawę, bo Tomek się już przywiązał, ona jest malutka i łatwo ją ukraść. Kilka lat temu jakiś bydlak ukradł mi z wystawy obrazek z rudzikiem.
No i jeszcze wielka martwa z samowarem. Też z werniksem.


I już wiem, czemu tu tak cicho. Uruchomienie aparatu ( akumulator!!!) sfotografowanie tego wszystkiego, załadowanie do Lightrooma, eksport na biurko, napisanie posta zabrało mi pół dnia. A startitis, czyli konieczność zaczęcia kolejnej robótki wcale nie cichnie. Sukienka, którą pragnę zrobić od jesieni ma coraz konkretniejszy, wyraźniejszy kształt w mojej głowie. Już wiem jak połączyć dwie różne Luny, żeby stworzyły spójny ciuch, ścieg wybrany i tylko startować. Ale na papier pchają się rysunki, na płócienko kolejne malutkie kopie Joyce Hicks, ech.

niedziela, 17 marca 2019

Kacperek z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


PIĄTEK, 18 GRUDNIA 2009
To TEN DZIEŃ.
Pojechałam rano do szpitala położniczego, gdzie umówiłam się z bratem na wielkie oczekiwanie. I na schodach spotkałam bratową, która jeszcze na własnych nogach szła na salę operacyjną. Piętro wyżej znalazłam brata i tatę bratowej czekających na korytarzu. Ledwie opanowałam aparat braciszka położna przyniosła smyka! Zamiast go nam zaprezentować zażądała ubranek i kocyka. Dostała co chciała i Kacperek dostał się w moje łapy. Przytuliłam malucha. Ciotka jestem, a co. 


A potem już tylko fotki robiłam. Nie jest prosto zrobić ostre zdjęcia bez lampy, w ciemnawym korytarzu ale coś tam mam. Noworodkom się w buziak fleszem nie strzela, i tak są zestresowane zmianą temperatury i dziennym światłem.
Na zdjęciach widać miłość ojcowską od pierwszego wejrzenia. Brat jest już owinięty wokół maleńkiego paluszka. Dziadek narzekał i fukał aby ukryć wielkie wzruszenie. 

Potem przywieźli przytomną i uśmiechniętą bratową. Odwiedziny za min. 24 godziny!
Znów jest małe dziecko w rodzinie, hura!
A swoją drogą obyczaje w szpitalach położniczych zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Tylko adres zgadzał się z moim osobistym miejscem porodowej kaźni.

Jak nauczyć się ażurów na drutach z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

WTOREK, 05 STYCZNIA 2010
Zachorowałam na ażurowy szal. Wprost korciło mnie wykonanie takiego szala. Ale ażuru jeszcze nigdy nie dziergałam.
Na domiar złego wybrałam sobie wzór, w którym każdy rząd jest inny, każdy trzeba liczyć osobno - to nie są powtarzalne liście, czy niedźwiedzie łapy. Ponieważ czynię postępy to się podzielę doświadczeniami.
Trzeba przygotować schemat: wydrukować, jak trzeba to pokleić go z części. Jeśli jest malutki to go powiększyć na xero. 
Długa linijka pomoże łatwo się zorientować, w którym miejscu schematu się jest z robotą. 
Jeśli pomiędzy ażurowymi elementami jest różna liczba oczek tła, to koniecznie ich liczbę trzeba nanieść na schemat - nic tak nie denerwuje jak liczenie po kolei 33 oczek trzymając palcem narzut.
Należy odznaczać na schemacie przerobione rzędy, póki się wzór w głowie nie ułoży. 
Jeśli wzór naprawdę wymaga szacunku, trzeba sobie zapewnić spokój na czas roboty: wyłączyć telefony, radio i telewizor, wyprowadzić pierwej psa, uśpić dziecko, a złośliwego męża notorycznie przeszkadzającemu w liczeniu za pomocą szeptania rozmaitych liczb otruć albo zamknąć w ciemnicy na kłódkę.
Włożyć okulary jeśli ktoś nosi i zapewnić sobie dobre światło.
Schemat trzymać przed sobą tak, żeby był widoczny.
Nie dziergać pierwszego w życiu ażuru z moheru, który się nie da spruć, z włoczki cienkiej jak włos ani z branej podwójnie (to mój błąd - robiąc lewą stronę nie sposób stwierdzić, czy przerabia się na lewo jedno oczko, czy dwa, które się poplątały).
Mądrze jest przeliczać każdy rząd parzysty aby w porę uchwycić braki lub nadmiary oczek. Po jakimś czasie to liczenie jest już zbędne.
Błędy w ażurkach z mojego doświadczenia biorą się z:
nawyku przerabiania wszystkiego na prawo,
braku wprawy w zdejmowaniu oczek tak, aby prawidłowo się układały. Chwilę trwa, nim zacznie się wprawnie zdejmować dwa razem na prawo lub za pomocą przeciągnięcia.
Po lewej stronie roboty zbieranie za pomocą przeciągnięcia lubi włazić na narzut jeśli były we wzorze obok siebie.
Prucie ażuru to też swoista zabawa. Narzuty i dwa na prawo to nie kłopot, ale do sprucia przeciągnięcia przydaje się drut do skarpet albo wykałaczka. Wystarczy go wsadzić w oba oczka przed wyciągnięciem z nich nitki prutego rzędu, obrócić drut wokół osi i zdjąć oba już nie skrzyżowane oczka z drugiego końca skarpetkowego drutu na lewy drut.
Stosując opisany reżim dotarłam do 100 rzędu Szeherezady bez żadnej pomyłki.
A i jeszcze jedno: Addi były na początku za śliskie. Dopiero około rzędu 80 odważyłam się zmienić druty bambusowe na bardziej śliskie Addi.
Jeśli ktoś ma jeszcze inne porady to niech dopisuje.

Dogoterapia z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W śniegu Kretka szaleje. Skacze, turla się, zagrzebuje piłeczkę, skacze jak zając i prezentuje światu swoje uroki.


Poszłyśmy do zaśnieżonego na pół metra parku. Kilku nastolatków z jakimś najwyraźniej problemem emocjonalnym maltretowało stary rower. Urwali mu koła i rechocząc, aż mrówki po krzyżu chodziły okładali ramę urwanymi kołami. Każdy z nich był sporo ode mnie wyższy. Nie podeszła bym do nich sama z siebie. Obserwowałam mękę roweru z daleka. 
Ale nie Kretusia. Ona jest ciekawska i lubi pomagać. Poszła zobaczyć co i jak. Próbowałam ja odwołać nęcąc piłeczką. Zadziałało. Tyle że piłeczkę odniosła rechoczącym młodzieńcom.
Chwilę się przy nich pokręciła, pozachęcała, i wkrótce padło sakramentalne:"możemy się z tym psem pobawić?" Mogli. Zaczęli jej tę piłkę rzucać. Najpierw podstępnie i złośliwie. Ale cwaniara się przechytrzyć nie dała i nawet z końca parku grzecznie przynosiła gumiaka na sznurku. Wygrzebywała go spod śniegu i zyskała szacunek nie dając sobie za nic piłki z mordy wyjąć. Jagdteriery tak mają, jak nie chcą to nie puszczą. Nie mogą puścić bo takie są. Kretka zachęcając mnie do zabawy kładzie piłkę na ziemi, odskakuje i siada obok, a i tak często nie wytrzymuje i ponownie ją chwyta i znów nie może wypuścić. Jest przy tym bardzo uważna i nie łapie zębiskami ludzi za ręce. Tak samo bawiła się z chłopcami.A po mojej uwadze, że ten rower to chyba był bardzo niegrzeczny dzieciaki się zupełnie rozkrochmaliły. Dwie bite godziny piłka fruwała po całym parku. Jeden z nich nie umiał rzucać daleko. Ale pies się nie wyśmiewa, dla psa każdy rzut jest dobry. Koledzy zaczęli go spokojnie uczyć. W pewnym momencie piłka się zawieruszyła w zaspie. Szukaliśmy, szukaliśmy i nic. Młodzieńcy chcieli mi oddawać pieniądze. Ale ten mało zdolny do rzucania był zdolny do szukania. I bawili się dalej. Przestali rechotać, dopytywali się o psa. Luzik zapanował i radość powszechna. Do domu wszyscy wracali zmęczeni i szczęśliwi.



Czy to nie była aby dogoterapia nastolatków w bardzo trudnym wieku?

Ciocia wielofunkcyjna z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ciocia wielofunkcyjna 15. 01. 2010
Bratowa poprosiła mnie o towarzyszenie jej i Kacperkowi podczas pierwszej wizyty u lekarza. Młody niebawem skończy miesiąc i pierwszy przegląd mu się należy.
Wczoraj byłyśmy u lekarza.
A przedwczoraj umarł w pralce i w suszarce mój puchowy płaszcz. Płaszcz miał już swoje lata, z pewnością był starszy od Kretki i to sporo. A ponieważ był jasno beżowy w każdym sezonie prałam go po kilka razy. Jakoś to znosił, choć robił się coraz cieńszy i mniej puchaty. Przedwczorajsze pranie sfilcowało mu zawartość do kilku twardych grudek. Tomek zastał mnie próbującą rozdłubać te grudki wewnątrz płaszcza do pierwotnej postaci i nakazał wyrzucenie odzienia do śmietnika. 
Wczoraj rano zewnętrzny termometr pokazywał -16 stopni, ubrałam się zatem w długie futro i zameldowałam się u bratowej na czas. Do przychodni miał nas zawieżć tata bratowej, mocno starszy już pan. Nagrzał auto, my zapakowałyśmy małego w śpiwory i kocyki i pojechaliśmy.
Niestety parking przed przychodnią, jak wszystkie wewnętrzne osiedlowe uliczki nie był odśnieżony. A w samochodzie nie zmieniono opon na zimowe - brat po operacji wyrostka nie może dźwigać kół, starszy pan z wieńcówką też nie może. Zatem zakopaliśmy się przy pierwszej próbie zaparkowania.
Odstawiłam Kacpra z bratową do przychodni i wróciłam do samochodu. Starszy pan dał radę wyjechać z jednego miejsca i zakopał się w innym. Zatem futro do wozu  i pcham. Kawał cioci ze mnie to i wypchnęłam Lanosa zza krawężnika. A starszy pan się musiał nitrogliceryną zasilić. Dobrze się wystraszyłam widząc jego kolor skóry. Mrozy i nerwy to nie są atrakcje dla zawałowców.
U lekarza bratowa zajmowała się dzieckiem, a ja papierami. Porywałam lekarce spod ręki kolejne skierowania do specjalistów, recepty, drążyłam temat gdzie wspomniani specjaliści przyjmują i jak się do nich dostać. W powodzi papierów jakie miała na biurku nasze papierki mogły spokojnie zniknąć na zawsze.
Kacper jest trochę za chudy, lubi jeść i nie lubi być głodny. A chyba był głodny. Zezłościł się strasznie i nie dał zbadać. Za karę pani doktor dala nam jeszcze skierowanie do neurologa.
Wszystkie wskazówki lekarki przekazałam bratu osobiście. Bratowa była tak przejęta, ze niewiele z nich zapamiętała.
Zapakowałyśmy dzieciaka w bety, odprowadziłam państwa do samochodu, pożegnałam się z każdym i już miałam pójść w swoją stronę, ale widzę, że samochód znów zakopany. Mowy nie ma o tym, żeby wyjechał z postoju. Zatem futro do auta, rękawice na dłonie i pcham. Ale tym razem nie poszło już tak łatwo. Z bratową i Kacprem w środku było za ciężko. Ogonek samochodów za nami coraz dłuższy, ja pcham w tył i w przód, ludzie zaczynają dawać dobre rady... I byśmy tak stali jak durnie do dziś, gdyby z wypasionego Chryslera nie wysiadł dżentelmen w kaszmirowym płaszczu, w jedwabnym szaliku i w lakierkach. Zaparł się obok mnie i razem wypchnęliśmy Lanosa z koleiny. Bratowa oddała mi futro i w mgnieniu oka znów stałam się damą w szopach. Pokiwałam urękawiczoną dłonią panu w Chryslerze.
A dziś zawiozłam bratowej starą cielęcinową wagę, na której 25 lat temu sama ważyłam raz w tygodniu Misię dla kontroli, czy dobrze przybiera na wadze.
No i rączka mi się trochę od tego pchania naciągnęła.

Dyzio z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Dyzio
Z głową pełną ponurych myśli wczłapałam dziś do sklepu z włóczkami na Świętokrzyskiej. Chciałam sobie popatrzeć w realu na towar znany jedynie z monitora. Włóczek tam jak zwykle całe ściany. Nic nie kupiłam, podpisałam konsumencki protest przeciwko przebranżowieniu placówki - bo czynsz wzrasta o 400% - i będąc w trakcie pogawędki z właścicielką sklepu tyłem głowy rejestruję jakiś znajomy głos. Facet pyta o mulinę. Zaczęłam się gapić na niego jak sroka w kość. Facet się speszył. Oho, rzuciłam właścicielce, chyba spotkałam dawno nie widzianego kuzyna. Czy pan nazywa się Dyzio? 
Facet oniemiał. Coś mu zaświtało. Długo myślał nim wystękał moje imię. Mógł mnie nie poznać, ostatni raz widzieliśmy się 30 kilo i 10 lat temu, na pogrzebie mojego ojca. Dyzio jest bowiem synem mojego stryja. Jemu od tamtej pory ubyło ze 20 kilo i aktualnie jest ostrzyżony na łysą pałę, co bardzo zmienia kogoś, kto zawsze miał anielskie, złote kędziorki.
Zaproponowałam kawę, bo nie wyglądało, żeby gdzieś się spieszył.
Dyzio oświadczył z taką samą beztroską, z jaką w dzieciństwie oznajmiał, że właśnie wrzucił do toalety mydło i spuścił wodę, że nie ma pieniędzy i że napił by się piwa. Na piwo z kolei ja nie miałam ochoty. Następnie z tekturowej, szafirowej teczki wyjął metalowe pudełko po niciach, które wiele już przeżyło i wyciągnął z niego zdjęcie paszportowe młodej dziewczyny. Tak przedstawił mi swoje dziecko, które powinno do mnie mówić ciociu, ale nigdy nie miało okazji. Wyrabiam jej paszport - oznajmił z dumą.
Dyzio zwiedzał miasto w poszukiwaniu muliny DMC nr 3371 na zamówienie mego haftującego maniacko stryja. W Soho jej nie mieli, spróbował na Świętokrzyskiej,nie było żadnej, tylko same włóczki. Najbliżej mieliśmy pasmanterię na Widok. Udaliśmy się tam piechotą. Dyzio opowiadał mi o swoich planach zawodowych. Aktualnie w gabinecie fryzjerskim swojej kobiety myje ludziom głowy a nawet farbę kładzie. A teraz zatrudni się u kuzynki Wandy w przedszkolu i będzie konserwatorem powierzchni poziomych. I nareszcie będzie miał porządny ZUS, roboty mało i można przy komputerze posiedzieć. Dyzio opowiadał mi to wszystko szurając pepegami z cieniutką podeszwą i gumką przy języku, a jego wyjściowe spodnie nosiły ślady zbyt intensywnego prasowania. Gdzie się podziało to psotne dziecko, z którym bawiłam się podczas wizyt u babci? Spytał, czemu ani ja, ani brat nie kontaktujemy się z resztą rodziny. Odpowiedziałam, że dzieci Zdzisława Mieczysława , te które przeżyły, mają życia rodzinnego po kokardkę i nie zamierzają się integrować w duchu ojca. Nie będą go również głośno i dobrze wspominać. Dyzio popatrzył przed siebie, zamyślił się i rzucił: mój jest taki sam, tylko nie pije.
Miał ochotę ściągnąć mnie do salonu fryzjerskiego, który w trakcie tej rozmowy stał się jego własnym salonem, do swojego mieszkania, pokazać mnie swojej kobiecie, która ponoć kocha psy, miał nawet ochotę zaprosić się do mnie i tkwić tu póki się da. Ale, jak powiedziałam, dzieci Zdzisia się nie integrują. 
Jestem odmieńcem.
Dyzio odprowadził mnie do metra. Licząc, że może się złamię wyjął ze swego pudełeczka na nici - taki portfel - powiedział radośnie - bilet i podjechał ze mną do Politechniki.

Następnym razem  zobaczę 
go pewnie na jakimś pogrzebie.

imiona kuzynów zostały zmienione

Biżuteria z bloxa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Oglądam sobie maminą biżuterię. Wolę ją oglądać niż nosić. Pewnie z powodu rozmiaru. Mamusine pierścionki wchodzą mi swobodnie jedynie na małe palce. Poza tym to co przystoi filigranowej kobiecie na wielkiej babie wygląda... hm... niekoniecznie.
Jednak jeden z nich noszę niemal stale. To pierścionek z historią.
W początku lat siedemdziesiątych mama odwiedziła kuzyna w Paryżu. Jak na tamte czasy była to podróż niebywała, paszport, 5 dolarów, samolot - te rzeczy. Bawiła tam 2 tygodnie i wróciła również samolotem. Po powrocie miała dziwną minę. Dopiero w domu powiedziała nam dlaczego.
Otóż jeszcze przed kontrolą paszportową i odprawą celną poszła zrobić siusiu. Lotniskowe toalety były niesłychanie czyste, ale rodzimy obyczaj kazał jej zawisnąć nad sedesem w pozycji narciarza bez dotykania tyłkiem deski. I w tym momencie jej wzrok dostrzegł na podłodze duże, złote kółko. Przez chwilę myślała, komu oddać znalezisko, ale uznała, że komu by nie oddała, to ten ktoś sobie je weźmie. Wrzuciła zatem owo najwyraźniej dowcipnie przemycane kółko do kieszeni i starając się o nim nie myśleć przeszła lotniskowe formalności.
Kółko okazało się olbrzymią obrączką, wlazła mi na 4 palce. Przed mamą odprawiano wycieczkę z Syrii i pewnie jakaś dama z tej wycieczki zgubiła przemycany drobiazg w kibelku.
Ciocia Ziuta, która pracowała w Locie jako goniec, zauważyła, że kibelki na lotnisku były tak niesłychanie czyste właśnie z powodu często gubionych tam takich kółeczek.
Kuzyn mamy, technik dentystyczny umiał robić w złocie i miał artystyczne ciągoty. Zrobił szczęki  i pojedyncze kły wszystkim potrzebującym w rodzinie  i do niego właśnie mama zwróciła się o pomoc w wycenie i przerobie znaleziska. Obrączka ważyła 11 gramów i była naprawdę złota. Kuzyn zabrał się za to złoto metodami tradycyjnymi, właściwymi raczej do wyrobu złotych zębów, na tzw tracony wosk i powstało to:




oraz to:






Zawieszka jest w kształcie jedynki prawej górnej, żeby pamiętać, kto ją wykonał.
Z reszty olbrzymiej obrączki powstała jeszcze moja własna obrączka, która służy mi już od 1983 roku.
Wielkie pierścionki przestały być modne, kuzyn zrobił mamie jeszcze inny, ukochany z zielonym kamieniem, a ten z ametystami leżał nie noszony.
Zaniosłam go do jubilera. Ten popatrzył, pomyślał i zastrzegając, że rzecz może się nie udać powiększył pierścionek, żeby wlazł na mój wielki paluch. Udało się, a kuzyn mamy, świętej pamięci wykonawca biżuterii został pochwalony za wykonanie pierścionka umożliwiające przeróbkę.
I ten pierścionek teraz noszę. Znów wróciły duże biżuteryjne formy, rzecz jest absolutnie jednorazowa, bo woskowa forma zginęła bezpowrotnie w procesie odlewania i poza tym pierścionek jest piękny.
Dał mi również wielką swobodę poruszania się po sklepach z biżuterią. Już nie boję się tam wejść. Już chłodne sprzedawczynie mogą mnie do upojenia pytać, czy czegoś nie szukam.
Odpowiadam, że owszem, szukam. Kolczyków mianowicie, które przy tym pierścionku nie będą wyglądały jak prezent na komunię ani jak wyrób z walcowni.
Panie patrzą, oczy im się robią okrągłe i mówią, że niestety, było coś takiego, ale nie, teraz nie ma..
Bo z biżuterii to ja lubię najbardziej aparaty fotograficzne.
I to te lepsze.