wtorek, 1 sierpnia 2017

Lipcowa Noc, czyli jak zrobić szal bumerang (względnie banan)

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Oryginalny był żółty, miał koraliki i nazywa się Beausoleil. Mój jest jak widać kobaltowo purpurowy, nie ma koralików i samą łotewską wełnę w sobie bez cienia jedwabiu. Łotewskie owce tak samo ładnie pokazują wyszukany ażur jak jedwabniki i alpaki oryginału. Szal jest w prezencie, ale pokazał mi jak teorię szala Pi Elizabeth Zimmerman przełożyć na modny kształt szala bumeranga bez bawienia się w rzędy skrócone. Metoda na Pi, że tak ją nazwę, ma pewną dodatkową zaletę: szal rośnie nie tylko po brzegach, ale i w środku i to dość gwałtownie. Siedzi na ciele jak przylutowany, nie zsuwa się, nie ucieka na strony. Ma kształt ludzkiego ciała i nie lata po osobie. Anniken Allis poszalała na nim z ażurami. Dopiero robiąc te ażury rozpoznałam kształty tulipanów, do góry nogami wyglądają intrygująco niesłychanie. Jako modelkę zatrudniłam Alicję. Lipcowa Noc na Alicji jest bardzo dekoracyjna. Alicja siedzi u nas, żeby się u siebie nie upiekła. No i Franię trzeba trochę rozczmychać, jakaś psina smutna jest w upały. Do rozczmychania Frani Alicja jest pierwsza i najlepsza.



  
Tu trochę widać jak ten szal rośnie we wszystkie strony!


No to teraz z grubsza i ogólnie opiszę jak to się robi, bez wdawania się w koronkowe szczegóły. Ażurki można sobie zrobić jakie kto chce, byle się tylko na szerokość mieściły.

Zaczynamy sposobem na paseczek robiony francuzem; ten paseczek w trakcie roboty zamieni się w elegancki brzeg i dzięki niemu początek roboty nie będzie wyglądał jak wielbłądzie kopyto.

Nabieramy prowizorycznie trzy oczka i przerabiamy je przez 7 rzędów ściegiem francuskim (prawe po obu stronach) zdejmując zawsze pierwsze oczko bez przerabiania z nitką z przodu. Ten manewr (brzeg francuski, zdjęcie pierwszego oczka bez przerabiania z nitką z przodu) kontynuujemy aż do zrobienia całego szala. Dzięki temu mamy śliczny, elastyczny brzeg.
W rzędzie ósmym z paseczka robimy początek szala: 3 oczka z jednego końca paseczka, z jego długości nabieramy 3 oczka, i trzy prowizoryczne oczka początkowe przekładamy na drut, razem 9 oczek. Następny rząd przerobić cały na prawo.
Zaczynamy, mamy przed sobą prawą stronę roboty, po trzech oczkach francuzem wieszamy wyróżniający się marker, będzie nas informował, że to prawa strona i zawsze należy dodać za nim oczko (tu:narzut).  Tak samo zawsze dodajemy oczko przed ostatnimi trzema oczkami robionymi francuzem.  W każdym rzędzie po prawej stronie dodajemy oczko między brzegiem a szalem.
rząd 1: podwajamy oczka, po każdym z trzech oczek szala dodajemy narzut (albo podwajamy te oczka jakimkolwiek innym sposobem) razem z brzegowymi narzutami 13 oczek.
robimy francuzem (albo pończoszniczym, albo jak kto chce) 6 rzędów
W rzędzie 7 podwajamy liczbę oczek szala j.w. i mamy 29 oczek, robimy cielsko szla do rzędu 16.
W rzędzie 17 podwajamy liczbę oczek szala i mamy 69 oczek. Robimy dodając tylko po prawej stronie przy brzegach do rzędu 36.
W rzędzie 37 podwajamy l. oczek szala i mamy 169 oczek.
( można sobie tu zacząć jakiś ażur albo dalej robić gładko jeśli kolory włoczki pozwalają)
Robimy 66 rzędów prosto dodając tylko na bokach. Gdy na moim drucie było 239 oczek znów podwoiłam ich ilość. Na drucie było teraz 475 oczek. U mnie zaczął się drugi ażur i robiłam go przez 48 rzędów, poczym nastąpił rząd kończący bo na koraliki nie miałam już siły i wiary, że estonka się przy tym nie porwie. Geometria mówi, że więcej dodawać (poza brzegami) nie trzeba, chyba że chcemy kulę ziemską w to przyoblec.

Nie jest to przepis, tylko opis sposobu. Można zrobić cały szal francuzem, dodawać oczka dyskretniej i bez dziur i mieć solidny szal. Można robić do pożądanej długości z tyłu i dorobić plisę z wzorem, no można co kto chce i umie. Można sobie w każdej sekcji inny wzór umieścić czy to ażurowy czy inny.
Mój szal zjadł 800 metrów estonki 8/1 za pomocą drutów nr 4. 200 gr. wełny na skarpety da szal podobnych rozmiarów.



piątek, 28 lipca 2017

Bądź człowiekiem, zajrzyj w paszczę!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W psiej (a także pewnie w kociej i każdej) paszczy mogą się czaić niespodzianki bardzo uprzykrzające życie posiadaczowi tejże. Zęby to zęby i bywają kłopotliwe. W paszczy poza zębami bywają i inne bolące niespodzianki.
Moja pierwsza suka Pestka była już w mocno podeszłym wieku, gdy zaczęła niemrawo jeść. Nigdy nie była łapczywa i wielbiła suche Pedigree Pal, które wtedy było ponoć lepszej niż teraz jakości. No ale w pewnym momencie zamiast raczyć się ulubionymi chrupkami zaczęła gapić się w miskę. Zajrzałam do paszczy. Pozwoliła zajrzeć. Mimo podeszłego wieku zęby miała jak krokodyl: białe, czyste, mocne bez kamienia i bez dziur. Natomiast w głębi paszczy zauważyłam twór, którego nie powinno tam być. Z dziąsła wyrastało coś wielkości ostatniego członu małego palca i mocno wciskało się w podniebienie. Weterynarz kiwał głową, ale ucieszył się dopiero, gdy to coś okazało się uszypułowane. Taki twór zwany nadziąślakiem przytrafia się psom dość często. Jak jest uszypułowany to można go bezpiecznie uciąć elektrycznym nożem i uwolnić psią paszczę od boleści.   Gorzej z nieuszypułowanym, bo niby jak zamknąć ranę po wycięciu czegoś z podniebienia? lekarz który wykonywał zabieg, powiedział mi, że to był najmniejszy nadziąślak jaki widział. Zwykle właściciele prowadzą psa do lekarza, gdy guz jest tak wielki, ze w paszczy poza nim nic się nie mieści i zwierzę całkiem przestaje jeść. Największy taki guz usuwany przez tego veta był wielkości dużej pięści i żadne chirurgiczne narzędzie nie dało mu rady, pomógł dopiero wielki, rozgrzany nad palnikiem gwóźdź którym wypalono potwora.
Pestusia po zabiegu wytrzymała bez jedzenia jeszcze jeden dzień (lekarze nie pozwalają karmić zwierza po narkozie, bo przewód pokarmowy także się musi obudzić a to trochę trwa) i ruszyła do michy. Wdzięczność w psich oczach była czytelna dla wszystkich. Żadne twarde okruchy nie właziły pod guz i nie gniotły w podniebienie!
Kretka na skutek pracoholizmu zdarła zęby tak, że jednemu otworzyła się komora, opisywałam to na blogu. Także i w tym wypadku zwierzak naprawdę docenił interwencję dentysty.
Frania bardzo powoli jadła. Nigdy, ani razu nie chciała się bawić w szarpanie sznurka, wszystko bardzo grzecznie oddawała z mordki. Czasem w nocy budziła się z wielkim płaczem. Nie chciała obgryzać twardych ogonów i skórzanych kości. Lubi tylko miękkie chrupki. Połamany ząb z zapaleniem miazgi i biedne dziąsło przy drugim krzywulcu wyjaśniały takie zachowanie.


 Zmiany w zębach wyglądają na małe, ale ból jest wielki.


Zęby zostały usunięte. Było dłutowanie i z tego powodu ran nie zaszyto. Trochę trzeba poczekać aż  brzegi zębodołów dziąsłem obrosną, ale budzenie się z krzykiem chyba należy do przeszłości. Póki co pani ma blender i psina dostaje zupki zmiksowane jak niemowlak. jest trochę cierpiąca, ale otrząsnąwszy się z głupiego jasia już w poniedziałek pokazała nam, jak się cieszy, że rozstała się z tymi krzywymi zębami.
Zadanie dla czytelników w tym tygodniu: Zajrzeć do paszcz, paszczęk i mordek własnej trzody domowej. Czekam na sprawozdania.

wtorek, 18 lipca 2017

O pewnych oczach i o merynosie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odkąd znam Alicję czyta bez opamiętania i wiecznie narzeka na okulary. Przez pierwsze pięć lat naszej znajomości świat oglądała przez eleganckie fotochromy a do czytania używała drugich, grubych i znacznie mniej efektownych. 
Kiedyś nagle bardzo zaczęła się skarżyć na oczy. Że bolą, że pieką, że coś nie tak. Wzięliśmy za chabety i zawlekliśmy do prywatnego lekarza. Prywatna aparatura ujawniła tajemniczą dla NFZu prawdę o odklejających się siatkówkach i okulary do czytania od Ruskich poszły do śmieci. Po serii jakichś zabiegów, worku zjedzonej luteiny oczy Alicji doszły do siebie. Do sprzątania wynajęta jest sprzątaczka bo schylać się już nigdy nie będzie wolno i nosić w ręku więcej niż 2 kilo. Ot zwykła sprawa dla kogoś, kto całe życie był krótkowidzem. No i tylko przeżywała Alicja bardzo kolejne dobieranie okularów do czytania. Bo bez czytania życia nie ma. Akurat tu się z nią zgadzam. Lat minęło sporo, chyba z 15 i przyszła kryska na Matyska z tym czytaniem. Ostatnim razem, ponad rok temu lekarz zamiast dać receptę na mocniejsze okulary dał skierowanie na operację zaćmy. Alicja zapisała się w klinice do kolejki i czekała. Miała czekać do jesieni, a tu nagle klinika wezwała ją na badania przedoperacyjne w sobotę. Misia, która ma nosa do chorób, badań i przede wszystkim do swoich babć, zawiozła Alicję na ul. Kaczą i towarzyszyła jej w trakcie całej wizyty. I dobrze zrobiła.
Klinika na Kaczej żyje z operowania zaćmy starym ludziom i ma doświadczenie. Lekarze życzą sobie, aby pacjentom towarzyszyli ludzie młodsi i przytomniejsi. Bo jak nie towarzyszą, to bywa i tak, że po klinice błąka się jakaś stara, niedowidząca postać łapiąc każdego w białym fartuchu za frak i błagając, żeby jej powiedzieli co ma robić, bo ona tu wczoraj była, ale wszystko zapomniała.
Lekarka dokładnie zbadała oczy Alicji i się okazało, że gdyby to była tylko zaćma to by było świetnie. Niestety w gorszym oku to jest już zwyrodnienie plamki żółtej, a w obu oczach jest nadciśnienie że hej. Zonk. Jaskra znaczy. Zrobione w poniedziałek USG oczu i badanie nabłonka musiała sobie Alicja opłacić sama. Zabieg irydotomii ratujący wzrok przed jaskrą oczywiście można wykonać bezpłatnie. Za dwa lata.
 Za 400 zł będzie wykonany w sierpniu. No i poniedziałkowe badania pokazały, że zaćmę da się zoperować. Dla kogoś kto ma 84 lata i kocha czytać, i w głowie ma coś więcej niż gumkę trzymającą uszy we właściwej pozycji czekanie 2 lata na laserowe udrożnienie kąta przesączania w gałkach ocznych to męka. A skazywanie go na czekanie to sadyzm.
Ogarniemy, będzie Alicja czytać póki będzie chciała.
A merynoska farbowanego we Włoczkach Warmii bardzo chciałam. Tylko mogłam sobie na niego u koleżanek popatrzeć. Bo jakoś nigdy nie zdarzyło się na pięknie farbowane motki u źródła utrafić.
No i w końcu dopadłam i mam: 



Jedno niebieskie będzie bluzką z ażurem, drugie tęczowe będzie bluzką bez ażuru. Z doświadczenia wiem, że 1200 metrów włóczki starcza na mnie o ile nie zrobię wielkiego golfa i rękawów do kolan.
Mówiąc najzupełniej poważnie wydaje mi się że politycznie skręcamy w kierunku Korei Pólnocnej bądź reżimu Kadafiego. A jeśli zamkną się otwarte granice, to z czego ja będę dziergała? Miłe i miękkie merynoski nie biegają po naszych łąkach niestety. Pora zbierać tzw stash.

sobota, 8 lipca 2017

Lniana sukienka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chodziła za mną lniana sukienka zrobiona na drutach. Oczarował mnie len do robótek na stronie Włóczek Warmii. Te kolory! Ten metraż! Ta cena! Och i ach. No i bardzo lubię len na letnie ubrania. Gniecie się, owszem, ale nawet pognieciony jest lnem a nie jakimś śmieciowym poliestrem.
Dzianin z bawełny nie lubię. Są ciężkie, mechacą się po pierwszym praniu i nigdy nie zachowują wyglądu nitki z nowego motka. Rozwlekają się w godzinę po nałożeniu, nie lubię i już. Len jest wytrzymały, nie mechaci się, w praniach kolejnych zyskuje na miękkości, ale nigdy nie wyglada jak zmechrana szmata.
Jestem duża, to kupiłam dużo w dwóch odcieniach czegoś, co dziś nazywa się kolor miętowy. Dawniej nazywało się to eau de Nil i moim zdaniem brzmiało to lepiej. Mam miętę w ogródku i ona jest zupełnie innego koloru. Moje motki miały kolor wody z Balatonu na reklamowych zdjęciach. I dlatego moja sukienka nazywa się Balaton. Jest poza tym wielka jak Balaton.

Nitka jest, teraz model. W Tatuum zobaczyłam sukienkę, o jaką mi chodziło. Mały dekolt, dopasowana góra, małe rękawki, mocno rozszerzana od pach, z szeroką nie rozszerzającą się plisą na dole. Z grubsza ją zmierzyłam w sklepie pod okiem ucieszonych sprzedawczyń, które tylko poprosiły, by pokazać im udzierganą sukienkę.

No to projektujemy! Próbkę zrobiłam, policzyłam na sucho i po upraniu. Wyciągnęłam zakitrany w szufladzie podkoszulek wzorcowy. Dawne książki dziewiarskie i Ewcia (moja guru dziewiarska), nakazują robić dzianinę na wzór jakiegoś dobrze leżącego wyrobu. Ten podkoszulek rodem z Jackpot ma absolutnie wszystkie zalety dobrze leżącej bluzki dla mnie. Jego dekolt nie wyje. Rękawy tuszują bardzo szerokie ramiona, ramiona leżą nienagannie. Czyli najbardziej strategiczne miejsca dzianiny mają gotowy wzór. Z wiekiem granatowy podkoszulek spłowiał do obrzydliwego fioletowo-burego koloru i do noszenia się nie nadaje, ale nie ma dziur mimo wieku podeszłego. No i zachowuje kształt. Zatem wzorując się na nim jak chodzi o kształtowanie tułowia od pach w górę, dekoltu i rękawów wyprodukowałam sukienkę. O ile z górą pilnowałam się co do centymetra, to od pach w dół robiłam jak mi w duszy grało. Oto rezultat:

Zużyłam aby połowę zakupionego lnu. Z resztą coś trzeba będzie począć.
Naturalnie natychmiast wskoczyłam w tę kieckę chcąc sprawdzić słuszność wybranej metody projektowania. Zdjęcia robił Pan Mąż, nie był tym w danej chwili zainteresowany, więc są jakie są, ale widać że udzierg pasuje.

Sukienka została uprana (straszny ze mnie dziewiarski brudas) zmiękła, wyschła nie wymagając właściwie prasowania ale ją uprasowałam i wyłapałam dzięki temu puszczone oczko. Jutro zadebiutuje na Szarotkach.
Przy okazji opracowałam sposób na osiągnięcie odpowiedniej szerokości rękawów przy rękawach wrabianych rzędami skróconymi. Gdybym ich w trakcie dziergania sukcesywnie nie zwężała to mogła bym w nie spokojnie obfite uda zmieścić. Udało się. Rękawy są akceptowalne.





wtorek, 4 lipca 2017

Dzień weterynaryjny

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam dookoła mnóstwo klinik weterynaryjnych. W najbliższej jest pani doktor co operuje doskonale i żadne pooperacyjne komplikacje się jej pacjentom nie przytrafiają, ale jak chodzi o diagnozowanie i prowadzenie przewlekłych chorób i skuteczne dogadywanie się z właścicielem pacjenta to jest słabo. 
Jest Klinika SGGW z całą diagnostyką i wszystkimi specjalistami, tyle że ostatnio się tam nieziemsko drogo zrobiło jak się pójdzie po cokolwiek innego niż spotkanie z mądrą dr. Biel. Dr Biel jest tak samo mądra jak zawsze, ale nieco się postarzała i miewa trudności np. z pobraniem krwi. Jest również lokalny na całą Warszawę Psi Doktor, Paweł Rabiega. Jest doskonałym diagnostą, świetnie prowadzi przewlekłe choroby, operuje i dogaduje się z opiekunami zwierzęcia. U niego ZAWSZE jest w gabinecie kolejka i czeka się tam godzinami. Doktor Rabiega nie sprzedaje karmy ani szamponu, tylko diagnozuje i leczy zwierzęta. Wiele razy musiałam sobie pójść do domu po kilku godzinach czekania, bo mi w czekaniu cukier spadł do kostek i telepki dostałam. Teraz doktor wprowadził zapisy przez internet przez aplikację Booksy. Nie sądzę, żeby było się łatwiej do niego dostać, złapałam termin, bo ta aplikacja dopiero zaczęła działać i byłam pierwszą rezerwującą termin.   W trudnym nagłym wypadku nie wiem do kogo pójdę. Ale dziś byłyśmy zapisane i dziś się wybrałyśmy. Frania niedawno miała wzdęcie godne psiego ranigastu, doktor na USG obejrzał wzdęty żołądek, wzdęty od zjedzenia gumki albo sznurka albo czegoś innego, uratował psa i dziś poszłam przebadać Muszkę, bo stara się nagle zrobiła, a Franię zapisać na wyrwanie dwóch bardzo krzywych, zrotowanych zębów uniemożliwiających skuteczne jedzenie. Przy jednym jest już zapalenie dziąsła, drugi się paskudne ukruszył i ma otwartą komorę (auć!). 
Muszce utoczono krew do probówki i doktor zaczął szukać przyczyny bólu, który moim zdaniem Muszkę gnębi. Stąd lizanie łap, ponury charakter, izolowanie się od innych psów, niechęć do chodzenia, ziajanie w chłodne dni i nieustanne okupowanie kanapy. Ból znalazł się w połamanej niegdyś miednicy. I to taki ból, że nawet psa się prześwietlić nie da. I znów mam zbolałą staruchę na Cartpophenie. Cztery zastrzyki, co 10 dni jeden, w seriach co cztery miesiące i do tego Movalis w razie czego.
ledwie wróciłyśmy do domu, Frania pokazała że coś jest nie halo. Jedzenie niedobre. I to dobre jedzenie też było niedobre. Oho, coś się dzieje. Do popołudnia futerko się zmierzwiło, obiad był niesmaczny a Frania zrobiła się ciepła. Nawet bardzo ciepła, 39,7. Niby od kleszczy zabezpieczona, ale jeśli to babeszja, to możemy się pieskiem cieszyć bardzo krótko. Zatem poszukaliśmy kliniki z całodobowym laboratorium analitycznym i przejechaliśmy się z Franią do kolejnego lekarza. Krew pobrana, pies zbadany, okazało się że ma spuchnięte gardło i migdałki. Dostała Frania psią aspirynę i antybiotyk w zastrzyku, my mamy czekać do północy na maila z wynikami badań i jak babeszja będzie to na sygnale jechać po lek, a jak nie będzie babeszji to jutro powtórzyć tylko leki na gardło. Chyba babeszji nie ma, bo pies był zabezpieczony, śledziona nie spuchnięta a nakłucie po pobraniu krwi nie krwawiło. No i po lekach kolacja się okazała smaczna.
Lżejsza o kilka stówek idę kończyć lnianą sukienkę.

Nie zaszkodzi pamiętać że zwierzęta mają takie same ograny jak my. I każdy z tych organów może, tak jak i u nas, chorować, boleć i dokuczać. Nawet u młodego psa.

Właśnie przyszły wyniki. Jest leukocytoza podwyższona, mocznik i jakaś próba wątrobowa ponad normą, ale babeszji nie ma!

sobota, 1 lipca 2017

Bob Dylan dostał Nobla...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

a Filip Łobodziński, człowiek wielu talentów, Nobla z literatury nie dostanie. 
Jak czytam na skrzydełku okładki jego tłumaczeń tekstów Boba  Dylana pt. Duszny Kraj, Filip Łobodziński to iberysta, dziennikarz, muzyk i tłumacz z angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, katalońskiego, portugalskiego oraz latino. Ponoć dostał nagrodę instytutu Cervantesa za najlepsze tłumaczenie czegoś tam. Wymieniono starannie wszystkie redakcje radiowe i telewizyjne, w których Filip Łobodziński pracował. Dobrze że na tym skrzydełku nie napisali, że w dzieciństwie grał w licznych filmach dla młodzieży.
Być może Filip Łobodziński świetnie zna języki z Półwyspu Iberyjskiego, ale angielski zna niestety jak Wielki Oxford, a nie jak poeta nagrodzony noblem. Nawet na tym skrzydełku z laurką dla Filipa Łobodzińskiego nic o jego poetyckim talencie nie napomknęli.
Więc jeśli chcecie wiedzieć o czym śpiewa Wielki Bob zatrudnijcie tłumacza Google i dajcie sobie spokój z tą książką. Bo jakby po niej sądzić to w Komitecie Noblowskim siedzą jakieś bezmyślne narkomany co głosują na swojaka.
Podczas koncertu Kuby Sienkiewicza w Domu Kultury Stokłosy miałam okazję wysłuchać Blowin' In The Wind w przekładzie Stanisława Barańczaka. Być może Łobodziński jest od Barańczaka ładniejszy, ale jak o tłumaczenia poezji chodzi to jest dużo gorszy.


BOB DYLAN
Duszny kraj
przełożył
FILIP ŁOBODZIŃSKI

Moje zabawy z czcionką odwzorowują to, co jest na okładce.

czwartek, 15 czerwca 2017

Patent na rybacką brioszkę.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Brioszki to takie bułki, dziś nie wiedzieć czemu nazywa się tak znany od stu lat albo i dłużej (na pewno dłużej) ścieg patentowy zwany też angielskim ściągaczem. Moim zdaniem to raczej rozciągacz niż ściągacz, ale mniejsza z tym.
Prawdziwy patent nigdy nie był u nas specjalnie popularny bo po pierwsze jest potwornie włóczkożerny a po drugie robi się go bardzo długo. W kraju wiecznego niedoboru to nie był ścieg pełen zalet. I naprawdę, naprawdę trudno jest w nim poprawić błędy o ile nie zrobi się tego natychmiast. W tym ściegu każdy rząd przerabia się dwa razy i  otrzymuje się dzianinę podwójnej grubości i oczywiście podwójnej ciepłoty. Jest świetna na szaliki bo dwustronna i puchata. Patent zrobiony drutami jakimi byśmy zwykle przerabiały jakąś włóczkę wychodzi za luźno. Na szalik jeszcze ujdzie, ale na czapkę już nie, zrobi się workowata siatka bez właściwości użytkowych jakie można uzyskać mniejszymi drutami. Czapka na moich zdjęciach wykonana jest na drutach 2,5 z Kauni od Aade Long w kolorze tęcza. Zostały mi resztki po sukience i kominie, trzeba było je wykorzystać. Czapki z patentu dostępne w sieciówkach zrobione luźno z akrylu nie mają nic wspólnego z wełnianym, porządnie zrobionym patentem.
Opisy wykonywania brioszki, które znajdziecie na You Tube są nie do ogarnięcia. Zajęło mi trochę czasu nim skumałam, że znam ten ścieg od zawsze. Amerykanki narzcające nitkę na drut i gadające coś bez opamiętania robią więcej zamętu niż wyjaśniają. No i przez to odwrotne trzymanie nitki nic nie widać co one na tych drutach wyprawiają.

Instrukcja mojej babci była prosta: zrób jeden rząd ściągaczem. W następnym rzędzie przerabiaj tylko prawe oczka, a lewe zdejmuj z narzutem. W następnym przerabiaj oczko z narzutem na prawo, lewe zdejmij z narzutem. Powtarzaj ten rząd aż ci się nitka skończy, albo zrobisz to co masz zrobić. No i nitka skończyła się bardzo prędko. Zrobienie tak dwumetrowego szalika było nie do wykonania z moimi zasobami. I nie cierpię tych gubiących się narzutów.

Całkiem niedawno trafiłam na opis wykonania tzw fishermen ribbing (ściągacza rybackiego). Ścieg wyglada identycznie, tyle że zamiast robić te narzuty i przekładać oczka bez przerabiania, wkłuwamy się o rząd niżej wykonując oczko. Pierwszy rząd to zwykły ściągacz, w drugim rzędzie oczka prawe przerabiamy wkłuwając się o rząd niżej a lewe normalnie. Jeżeli robimy rzecz na płasko to tak robimy wszystkie rzędy, jezeli zaś w okrążeniach, to kolejny rzad jest taki: prawe oczka przerabiamy zwyczajnie, a lewe wkłuwając się o rząd niżej. 

Najłatwiej robić w okrążeniach dwoma kolorami.Rząd z prawymi oczkami przerabianymi niżej jednym kolorem, rząd z lewymi przerabianymi o rząd niżej drugim. Tak właśnie robiłam moją czapkę. Przy zmianie kolorów nitek nie należy zaplatać, brać jak leci. Ta czapka miała mi przypomnieć jak się robi patent. Pokombinowałam również jak zbierać oczka pochylając je na prawo i lewo. Widać że każda nie patentowa procedura jest o wiele ściślejsza niż sama brioszka





 Czapka przed upraniem i zblokowaniem.



Strona A 



Strona B, widać pomyłkę, nawet nie próbowałam tego rządka spruć i poprawiać, choć w dwóch kolorach to jest łatwiejsze.
Mówiąc między nami nie widzę sensu w dzierganiu brioszki we wzory. To zabawa dla bardzo znudzonych. Swetry tak zrobione mogą się świetnie sprawdzić na stoku narciarskim, w Himalajach i na morzu przy pracy rybaka. Do normalnego chodzenia są za ciepłe.