środa, 8 marca 2017

Aller Guter Dinge sind drei czyli święto kobiet u Aleksandrowiczów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Posiadanie niewielu włosów ma jedną zaletę, jak nie ma ciepłej wody, to można je umyć i dokładnie spłukać za pomocą litra gorącej wody z czajnika. Tyle, że jak wysiada wymiennik ciepła, to i ogrzewanie ginie niestety. Ponieważ dziś wielki dzień odbioru nowej Skody od dealera i ponieważ wczoraj nabyłam sobie body prasujące wszelkie fałdy na kobiecie i trzymające rajstopy tam gdzie powinny być ubrałam się w bardzo kochaną acz niestety poliestrową sukienkę. Jest tak ładna że jej jednej wybaczam to włókno. Wyprowadzając psy dowiedziałam się od okolicznych dozorczyń że to nie wymiennik ciepła a wielka awaria na pół Ursynowa. Ale w końcu doba bez ogrzewania to nic strasznego.
Pojechaliśmy po nowe autko taksówką. Poczęstowano nas kawą, ubezpieczyliśmy nową Fabię, pan dealer opowiedział Tomkowi wszystko to, co powinien wiedzieć i zachwyceni cichością i zapachem autka pojechaliśmy nim do domu. Zaprawdę pora była najwyższa na wymianę. Niebieska Octavia ma już było nie było piętnaście lat i niemal 300000 kilometrów przebiegu. Na nasze szczęście nie trzeba było kombinować co z nią zrobić, Misia zabierze ją jeszcze dzisiaj. Przygotowała wszystkie papiery dla legalności transakcji a dobry zięć obejrzawszy ją sobie dokładnie latem twierdzi, że wozik jeszcze pojeździ byle o niego zadbać, to i owo w nim zrobić, a on zrobić umie. Tomek nie umie. I nie chce. I nie lubi takich zajęć. Nieszczególnie nas obeszło że z większego samochodu zrezygnowaliśmy na rzecz mniejszego. On ma sprawnie dojeżdżać do pracy, która aktualnie jest w Szczytnie. Tam miejskie autobusy i metro nie dochodzą. 
W domu zrozumiałam, czemu dziergające koleżanki wciąż produkują chusty, szale i rozmaite otuladła. W poliestrowym ciuchu i w rajstopach jest zwyczajnie zimno. Jako posiadaczka dwóch półek wełnianych swetrów własnego wyrobu i wielu par wełnianych skarpet, bielizny termicznej i licznych kocy bez szali i chust zapewniam sobie termiczny komfort. Biegiem zmieniłam sukienkę z poliestru i z dekoltem na wełnianą dzierganą z kominem i wypuściłam psy do ogródka. Tomasz porwał instrukcje obsługi i pognał na parking w celu skonfigurowania samochodu. Bardzo się ucieszyłam, że nie można tego robić w domu. Nie lubię być obecna, kiedy Pan Mąż coś konfiguruje, to nerwowe zajęcie. Zdecydowanie wolę go chwalić jak już skonfiguruje i przychodzi po pochwały.

Zatem wypuściłam psy, zrobiłam sobie kawę i zaczynałam obmyślać co by tu na obiad z tego mięsa od szynki co w lodówce czeka na przetworzenie, gdy za płotem mignął mi rudy ogon. No żesz, powinien być przed płotem a nie za.
Kolejna sztacheta wypadła z byle jak zszywkami pospinanego parkanu. To był dość tani płotek. W kapciach biegałam po błotnistej, marcowej glinie nawołując Franię. Frania pojawiała się to tu, to tam, niby w zasięgu wzroku, ale z szelmowskim błyskiem uciekiniera w oku i pozornie nie zwracała uwagi. Modliłam się, aby tylko w kierunku parkingu nie pobiegła, bo konfigurowanie radia z i Phonem i Frania na wolności ignorująca nas bezczelnie to mogło by być za dużo dla Pana Męża. W końcu założyłam buty, złapałam woreczek z przysmakami i poszłam w wełnianej sukience z kominem po Franię frontowymi drzwiami. Udawała dalej że mnie nie widzi, nie uciekała wprawdzie, ale wrócić nie chciała. Trzymała bezpieczny dystans. Ze dwadzieścia minut tak ze mną pogrywała aż poszłam do domu zostawiając jej otwarte drzwi. I zaczęłam głaskać Muszkę. To działa zawsze i Frania została złapana. Ale w jakim stanie! Zwęszyła za płotem piękne, wonne gówno i umazała się dokumentnie, zwłaszcza w okolicach obroży. Kiedy uważając by się nie ufajdać niosłam ją do wanny wpadł Pan Mąż i oświadczył, że wraca do dealera bo nie może czegoś tam zrobić. I uciekł nie dostrzegając co dzieje się w domu. 

Frania zaliczyła zimny prysznic pod ciśnieniem, bardzo jej się nie podobało. Mięso od szynki zostało biegiem na coś w rodzaju schabowych przerobione, u dealera okazało się że i Phone współpracuje z wypasionym programem Skody ale musi mieć włączoną Siri i nawet o tym w instrukcji nie pisali, bo każdy ma Siri włączoną, można sobie z nią bodaj o pogodzie porozmawiać jak samotność dokuczy, ale Pan Mąż nie jest wszyscy i swoją Siri wyłączył bo jemu samotność nie dokucza. Dla zaokrąglenia Franiowej niełaski jeszcze ją dziś wytrymowałam. W końcu ma ogon podobny do marchewki a nie do namalowanego na ścianie przez chuliganów penisa. Bo zapomniałam oczywiście dodać na początku ze Frania jest po sterylce, w piątek zdejmujemy szwy, ale na skutek wygolenia brzuszka wyglada przedziwnie. Od frontu ma tułów niemal do ziemi a od tyłu normalny, psi, podkasany brzuszek. Teraz front i tył bardziej pasują. Trochę minie nim będę ją trymować fachowo, uszków broni jak Irlandii, a wzorzec rasy każe je skubać na łyso do 1/3 wysokości i całkiem w środku. No i muszę kupić worek drewnowkretów żeby poskręcać ten nasz płot. Mam mocną wkrętarkę, Pan Mąż już zaznaczył, że wkręcać będę ja, on będzie stabilizował konstrukcję czyli trzymał dechy.
Wesołego dnia kobiet!

poniedziałek, 6 lutego 2017

Fanatyzmy są różne

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Świeży śnieg leży w parku Kozłowskiego i na Dolinie, Frania i Muszka  cieszą się tym śniegiem, węszą, turlają się. ja też się cieszę ciszą, bielą, zimnem i spacerem. Podchodzi do mnie przygodnie widywana, miła kobieta z dużą czarną suką Szyszką, pyta o Kretkę, ja opowiadam jak to z Kretką było, przedstawiam Franię i dalej ruszamy razem. Wypływa sprawa sterylki Frani, kobiecie robią się wąskie usta i oczy. Zmieniamy temat i po kolejnym kilometrze wypływa sprawa diety. Nie psiej tylko mojej. Nauczona doświadczeniem tężeję bo pani wprost pyta czy jem mięso i słysząc że jem zabiera się do wykładu. Błyskawiczne jej przerywam, nauczona doświadczeniem przez wielu Świadków Jehowy, którzy koniecznie chcieli porozmawiać ze mną o Jezusie wiem że mogę tę rozmowę uciąć w tej chwili, albo nigdy. Widzę że trafiłam na neofitkę jakiegoś specyficznego żywienia. Nie wiem czy ona jada bezglutenowo, bezmięsnie, bezmącznie, trawę, szpinak czy ser, może tylko karmę dla kotów albo wędliny z jakichś konkretnych wieprzy. Nie wiem, nie obchodzi mnie to tak samo jak jej orientacja seksualna i wyznanie. 
Nawiasem mówiąc rozmowy o dietach są dziwnie podobne do kazań wygłaszanych przez różnych nawiedzeńców pod Katedrą i przed kościołem Paulinów. Tam grożą mi piekłem i szatanem, tu rakiem, Alzheimerem albo kompletnym upadkiem moralnym i fizycznym. Nie mam do tego cierpliwosci, wkurza mnie każda bezczelna i natrętna próba indoktrynacji, z wiarą w cokolwiek mam duże problemy.
Sposoby odżywiana się są w każdej kulturze bardzo mocno przestrzegane i niesłychanie trudno je zmienić. W dotkniętych głodem częściach świata pomoc żywnościowa z obcych stron nie jest właściwie wykorzystana, bo głodujący nie uważają tych darów za jadalne. Jakieś obce, dziwne, pewnie niejadalne albo zepsute rzeczy... Was der Bauer nicht kennt, das frisst er auch nicht, a tu prawie każda napotkana kobieta, na oko całkiem ok zaczyna po 20 minutach znajomości takie gadki.
Nie pasuję, no za nic.

sobota, 14 stycznia 2017

Florystka pomoże

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wychodząc za mąż panna młoda nie wie, że prawdopodobieństwo doznania przez nią jakiejś formy przemocy znacząco wzrasta, że zostanie pobita, a nawet zabita. Od najbliższego człowieka dozna jakiejś formy przemocy: ekonomicznej, seksualnej,  słownej lub tej najłatwiej rozpoznawalnej po siniaku pod okiem. 
Tak długo jak istnieje gatunek ludzki z tradycyjnym patriarchalnym podziałem władzy, tak długo istnieje przemoc wobec kobiet. No bo skoro ta przemoc zawsze była a przyczyny jej istnienia bynajmniej nie znikły to i jest. Zastanowiłam się jak to jest w drugą stronę. Od niepamiętnych czasów kobiety jakoś z tym sobie muszą radzić. W czasach przed rozwodami, gdy kobiety nie pracowały i nie miały własnych pieniędzy najprostszym środkiem poradzenia sobie z przemocowcem było owdowienie. O ile mężczyźni z żonami rozmawiali za pomocą pięści czy noża, panie wolały metody dyskretniejsze, panie panów truły. Tym bardziej że z nikąd ochrony dostać nie mogły bo mąż był panem i władcą. Krew się przy truciu nie lała i o ile robiło się to wystarczająco dyskretnie i dysponowało wiedzą o truciznach to można było spokojnie pozbyć się małżonka, odziedziczyć spadek i mieć spokój. 

Ja naiwna myślałam że tak było kiedyś a teraz nie jest.

Z mgły niewiedzy wyprowadziła mnie moja osiedlowa florystka oznajmiając, że ta pani co przed chwilą kupiła diffenbachię, to kupuje jedną sztukę od roku co tydzień. 
Owa diffenbachia ma mieć w chwili kupna sporo liści, aby nie widać było jak po tygodniu nieco schudnie, bo liśćmi diffenbachii pani karmi męża. Mąż się po nich źle czuje i nie ma siły tłuc pani.
Wybałuszyłam oczy na moją osiedlową florystkę i się dowiedziałam, czego nawet nie śmiałam przypuszczać. Te wszystkie wilczomlecze (gwiazdy betlejemskie) i cyklameny (fiołki alpejskie) są trujące i kobieta może się nimi posłużyć jak chce. Konwalie, oleandry i bluszcze w ręku udręczonej żony są potężnym orężem do zdobycia spokoju bądź majątku a czasem i mieszkania.  Pani nie ma pojęcia - tu florystka pokazała na mnie palcem - ile latem się tych oleandrów sprzedaje! Kluczem do sukcesu jest bardzo dokładne rozdrobnienie i dłuuugie podawanie, wręcz przewlekłe. To się kumuluje! Te modne na działkach anielskie trąby to bieluń dziędzieżawa, roślina trująca i halucynogenna, można nim wysłać w zaświaty wszystkich, tak odlecą że na zawsze.
No bo jednak wciąż nie każda żona umie się sama utrzymać, mieszkanie nie koniecznie da się podzielić, strach przed rozwodem jest za duży. Policja i prawo to instytucje na których skuteczne działanie w takich sprawach liczyć nie można. I wtedy co? Oleander! Bieluń! Diffenbachia, którą Indianie strzałki zatruwali.
A ponieważ autopsji się dziś prawie nie przeprowadza, to dobrawszy roślinę do schorzeń i leków małżonka, zachowując ostrożność, nie śmiecąc i nie przechowując corpus delicti można się z całej sprawy naprawdę spokojnie wykpić.
No bo przyczyny, dla których kobiety truły rodzinę też niestety wcale nie zanikły.
Taką wiedzę wyniosłam z kwiaciarni.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Niech się kreci 2017

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Bodaj wczoraj, w samiutki Nowy Rok Pan Mąż z rechotem pokazał mi zdjęcie cara Mikołaja, który z nadzieją i uśmiechem składał poddanym życzenia noworoczne na rok 1917. Oby tylko ten 2017 nie był dla nas taki wesoły jak 1917 dla cara i jego rodziny.
W końcu w tv i do gazet można nie zaglądać, można się spokojnie cofać w rozwoju robiąc kolejne skarpetki. Póki euro nie będzie kosztowało 20 albo i 100 zł to może być nawet przyjemnie. Ale czasy z dolarem za stówkę tez jakoś przetrwaliśmy.
Nawet jak nic nie robię to robię skarpetki. Rozhulaliśmy się oboje tak, że właściwie przez całą dobę mamy na stopach moje wyroby. Próbowałam na chwilę w jakieś barwne Happy Socks się ubrać ale wytrzymałam w nich bardzo krótko. Pan Mąż zupełnie zmienił przekonania w tej dziedzinie i domaga się kolejnej pary. Mieliśmy nawet jakieś spotkanie towarzyskie, gdzie wszyscy obecni mieli na stopach to, co wydziergałam. Plącze mi się co już pokazałam a czego jeszcze nie.
Nie pamiętam do kogo trafiły poszczególne pary.

 Męskie, rozmiar 45 do oglądania tv






Zrobione przez święta na grubych drutach 3,5 z lumpkowego norweskiego superwasha. Granatowe to też superwash ale bez nylonu. Doprawiona nylonem biel dłużej posłuży na stopach. Starsza pani z rodziny potrzebowała ogrzewaczy na cito. Następne pary będą moje, ale najpierw muszę skończyć to co leży w koszyku, czyli dorobić zieloną jedwabną do różowej częściowo dzierganej przez Franię. Idzie to jak krew z nosa bo zachciało mi się piętę z klinem robioną od  dołu wykonać. Robi się to długo, skarpetka wyglada niezgrabnie (ale na nodze leży bez zarzutu); skończyć komin do tęczowej sukienki z Kauni Rainbow, komin jest nieco związany ideologicznie ze słynnym wzorem Inspira, ale nie do końca, bo jakoś mi tak wyszło; i jeszcze zaczęłam trochę z ciekawości kubrak robiony rzędami skróconymi w płomieniste wzory. Dzięki kolorowej włóczce widać te płomienie. Nad czymś takim myślałam skrycie od roku, odkąd dostałam od Lucy eM Ko pewną broszurkę o skarpetkach robionych poprzecznie rzędami skróconymi. Niestety, nie zrozumiałam kwiecistej instrukcji i takie skarpetki mnie nie ruszają. Skarpety powinny powstawać prędko. Bawić można się kubraczkami. Trochę się jeszcze pobawię zastanawiając się czy te nierówności aby dadzą się schować w dzianinie przy blokowaniu:

Jeszcze przez kilka miesięcy będę prowadzać psy na spacer po ciemku. One mają kamizelki odblaskowe a ja granatowe kurtki niewidoczne dla kierowców, zatem powstała czapka z odblaskiem. Resztki islandzkiej lopi z pasiastego kardigana i motek odblaskowej nitki dały ponurą ale ciepłą czapkę widoczną dla kierowców:


No i czasem coś namaluję. Ostatni olejny  z zajęć w DK Stokłosy spodobał się Misi. Spytała mnie na jego widok, czy wiem, że ona ma sypialnię w takich kolorach. Obrazek dostał zatem satynowy werniks i trafił pod choinkę:
Bawmy się dobrze w Nowym Roku i starajmy się nie patrzeć na smutne paskudztwa.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Skarpetki bez uprzedzeń

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dostałam w prezencie przepiękną książkę, z której nacieszyć się nie mogę. Wszystko w niej mi się podoba: i treść i obrazki i hojność wzorów (ponad sześćdziesiąt!) i papier i zapach. No cud miód. Ofiarodawczyni jestem wdzięczna niesłychanie, bo oprócz rzetelnie opisanych skarpet do zrobienia jest tu masa technicznych rad i sposobów, których się byle gdzie nie znajdzie. Ot choćby jak nabrać oczka na drut tworząc jednocześnie estoński warkoczyk w dwóch kolorach. Nigdzie tego nie widziałam.
Jeszcze w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, czyli nie tak znów dawno większość skarpetek powstawała na pięciu lub czterech drutach skarpetkowych, od góry do dołu jak tradycja kazała, od ściągacza do palców. A dziś wygląda to zupełnie inaczej. Czy metodą Magic Loop, czy na dwóch drutach z żyłką, czy tradycyjnie na pięciu drutach do skarpet, czy od góry czy od dołu, czy też zaczęte gdzieś pośrodku, czy z elementów, czy enterlackiem, skarpetki da się robić na bardzo wiele różnych sposobów. Twórcze kobiety mając do dyspozycji coraz ciekawsze i piękniejsze wełny z prozy życia wyczarowują poezję uroczą z nietuzinkowymi sposobami wykonania.



Noszę to dzieło za sobę po mieszkaniu bardzo zadowolona i wciąż je kartkuję, już pierwszy projekt okazał się inspirujący. Bo kto powiedział że skarpetki w jednej parze mają być jednakowe? Muszą mieć ze sobą coś wspólnego, choćby jakość włóczki ale żeby kolor i wzór też? Niekoniecznie. Te przykładowe są jedna różowa, druga zielona. Z dość grubej ręcznie farbowanej wełny. Moje będą jedna różowa, druga zielona z ręcznie farbowanej alpaki z jedwabiem z lumpeksu!
Ofiarodawczyni bardzo, bardzo dziękuję i cieszę się bardzo bardzo bardzo. I z reszty przesyłki też się cieszymy,bronimy czekoladek i ciasteczek przed zakusami rodzinnego łakomczucha, ale ta książka to posłuży bardzo długo.

środa, 30 listopada 2016

Dwa tygodnie z Franią

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Frania jest już z nami dwa tygodnie. Wie już gdzie mieszka, co dla psa jest wiedzą podstawową. Poznaje najbliższe otoczenie, ma już chipa i jest zarejestrowana w międzynarodowej bazie danych, jechała raz autobusem. Miastem była trochę zaskoczona ale przyjęła je dość spokojnie. Jedynie wyjąca karetka pogotowia poważnie ją zbiła z pantałyku. Ale też pod lasem, gdzie Frania się wychowała takie karetki nie jeździły, a tu pogotowie jest za rogiem.
Frania jest pieskiem nieustraszonym: bez problemu sama z własnej woli wchodzi do łazienki i asystuje mi w ablucjach. Wszystkie inne psy okolice Strasznej I Upokarzającej Wanny wolały omijać.

Wzięcie z dobrej hodowli roczniaka, który miał być przeznaczony do rozrodu ale z jakichś ta powodów odpadł ma dobre strony, piesek umie chodzić na smyczy! Po jedenastu latach z niewyuczalną Kretką jest to ulga niesłychana. Przez kilka pierwszych dni siusiała w domu, ale gdy tylko zaczęła swobodniej węszyć na spacerach - znak że trochę już jest wyluzowana - przestała brudzić na dywanie. I bardzo dobrze. Udowodniła ze zawory ma mocne, ja jej też udowodniłam, że ogródek dostępny jest zawsze. Tyle że w śnieg lub deszcz idzie tam sama, beze mnie. Tylko z Muszką.


Frania nie ufa obcym psom i obcym ludziom, nie daje się tak od razu pogłaskać. Zaskoczyło mnie to bardzo, bo w hodowli powitała mnie bardzo serdecznie, dała buziaka w nos i w okulary i jak najbardziej dała się pogłaskać bez protestu. 


 Muszka miała z tym wszystkim problem. Najpierw zniknęliśmy Kretkę, jej mentorkę i szefową stadka. Muszka wie, że ludzie są nieobliczalni, ale żeby tak zrobić? Wynieść i nie przynieść? Muszka na szefa się nie nadaje, obraziła się, zasiadła na kanapie i nie chciała z niej zejść. Po trzech dniach państwo przywieźli Muszcze ku jej rozpaczy rudawe stworzenie, grzeczne wprawdzie ale strasznie szybkie i sprawnie włażące na kanapę, na którą Kretka wejść nie mogła. Wszelkie umizgi młodziaka Muszka kwitowała wyszczerzonymi zębami i głuchym gurgotem. Jasno dała do zrozumienia, że bawić się z dzieckiem nie będzie. Chciała zastrajkować spacerowo, to raz nie poszła. I się okazało że strajk nie popłaca. Teraz dziewczyny idą na spacer w komitywie. A maluch biega od Muszki do mnie i ode mnie do Muszki.


Szybka jest wściekle, sprawna jak kot i bezszelestna. Trochę mnie to zaskakuje. Siedzę na przykład przy stole i czytam. Podnoszę wzrok i na przeciwległym krześle cichutko siedzi Frania. I się na mnie patrzy.  Zaskoczyło mnie również że nowe imię pojęła po jednym dniu.
  






Ładna jest, nie można zaprzeczyć. Ale jak się nie nauczę trymowania to straci tę urodę i zrobi się jak snopek albo podłużny pomponik. Tak zaniedbanego cairn teriera z tej samej hodowli spotkałyśmy u veta. Jego właścicielka nie wpadła na pomysł nauczenia psa czegokolwiek ani pielęgnowania sierści. Miała tylko pretensję do hodowcy, że pies nie zachowuje się jak w opisie rasy. 
Myślała, że to się samo robi. Jak oprogramowanie u Furby'ego.



Pędzę do Ciebie na każde gwizdnięcie!

sobota, 19 listopada 2016

Nowe oblicze dwupsa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Muszka jest świetnym składnikiem dwupsa, ale jako mój jedyny pies się nie sprawdza. Jest ponura, niekontaktowa, nie umie się bawić ani śmiać. Równie dobrze mogła bym mieć wypchanego pieska na kółeczkach. Kretka złamała nam serce umierając. Oboje mamy różne psychofizyczne dolegliwości i mądrze było zadbać, aby te dolegliwości zanadto się nie rozhulały. Zadzwoniłam zatem do hodowli terierów i w środę przywieźliśmy z krainy pszenicy i buraków cukrowych Franię Misiołek. Misiołkiem nazwał ją pewien profesor widząc to pierwsze zdjęcie. Grzech nie skorzystać z takiego imienia. Krystyna Sienkiewicz mogła mieć Janulkę Fizdejko, ja będę miała Franię Misiołek.




W rodzinnym domy Frani trwa cekolowy remont, więc po przyjeździe do nas Frania trafiła do wanny, nasiusiała na dywan, znalazła gumową świnię i przebiegła się po meblach. Spała już z nami. Pan Mąż jest zachwycony Franią, choć wolał mieć górnolotną Freję, ale to jednak mój pies, ze mną będzie cały czas i już wie, że jest Franią.
W dzianinach też się dzieje, powstały trzy pary mitenek:




Oraz sukienka z tęczowej artystycznej Aade Long 8/2. Na całą kieckę zrobioną wzorem Still Light Tunic w rozmiarze XS wyszły dwa motki pięknej tęczy i kawalątek trzeciego, ale tylko dlatego że uparłam się przy konsekwentnej sekwencji kolorów na rękawach, bez tego zostało by jeszcze z drugiego motka całkiem sporo. Jeden taki kłąb starcza zupełnie na korpus zwykłego swetra bez rękawów. Kieszenie są może zbyt nisko, ale długość mi odpowiada bo w tyłek ciepło i do rajstop też się to da nosić. Wełna 8/2 jest znacznie grubsza niż skarpecianka i dropsowa alpaka dla której wzór napisano, stąd ten śmieszny jak dla mnie rozmiar i odstępstwa od oryginalnej długości. 



 Zrobiona przed laty chusta z tej samej wełny w pojedynczej grubości nadaje się jak najbardziej jako uzupełnienie.



Frania pozuje ze mną.  Na zdjęciach widać mój zabity i pogryziony kapeć. Idziemy zaraz po skórzaną kość do żucia.
Możemy mieć niezłą niespodziankę jak znajdziemy miejsce gdzie Frania sika i robi kupę, trzy razy zrobiła na dywan i ją zbeształam to teraz się chowa. Pewnie robi gdzieś w kącie, bo na dworze jej na tym nie przyłapałam.