czwartek, 28 maja 2020

Babciowy żakiet

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zrobiłam go z dwóch motków dundagi 6/1, których nikt nie chciał. Nie budziły zachwytu. Niebieski motek był wprawdzie niebieski (niebieskie znikają ze sklepów pierwsze), ale jakiś taki smutny, a drugi zdaniem mojego dziecka wyglądał jak zużyta kula plasteliny, gdy kolory wymieszają się do barwy błota. Kto się kiedyś bawił plasteliną, ten wie o czym mowa. 
Sam wzór, pochodzący z książki Alison Ellen Knitting Colour, Structure and Design też nie wzbudzał entuzjazmu na pierwszy rzut oka. Ale zobaczyłam w nim potencjał. Classic square jacket, bo tak się mój babciny żakiet nazywa jest bardzo prosty w wykonaniu, robi się go przeważnie prawymi oczkami i ma coś do czego mnie zabłysło oko: wąsko wykonaną dziurę na szyję. Mam serdecznie dosyć szerokaśnych dekoltów, które powodują, że odzież zjeżdża z człowieka na jedno lub drugie ramię, kardiganów nie dających się przyzwoicie zapiać i obwisających luźno na osobie. Teraz wiem, że otwór na szyję na mnie na tyle swetra na drutach 3,5 ma mieć przy grubości włoczki DK 36- 38 oczek i nie więcej.
Patchworkowa konstrukcja z kwadratów pozwoliła na kombinowanie z tymi dwoma motkami dundagi od Liloppi, jako kontrast posłużył trzeci, ciemny motek od Włóczek Warmii. Kupiłam go do takich właśnie celów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostałam od dziecka chińskie, drewniane guziki z Aliexpressu. Każdy inny! Sweter dziergał się sam, niemęcząco i zachwycająco.
Po upraniu, gdy brud i olej przędzalniany już go opuściły zabłysł kolorami.


I odkąd wysechł, właściwie z niego nie wychodzę. Dziś na psim pólku, czyli na Placu Wielkiej Przygody (!) poprosiłam właścicielkę innego psa o modelowanie. Pan Mąż zrobił mi w tym jakieś zdjęcia, ale nic na nich nie widać, bo zrobił w ciemnym pokoju na tle jasnych okien pod światło.






Długość jest genialna. Zakrywa co trzeba, ale ujawnia, że nosiciel ma nogi. Kolory pasują niemal do wszystkiego, ten bury motek ujawnił potencjał. No i nie wszystkie sztuki odzieży trzeba mieć papuzio, cyrkowo barwne, coś spokojniejszego czasem dobrze stylizacji robi. Rękawy, których długość niejasno opisano we wzorze po praniu urosły, ale można je zawijać. Na taki chłodny maj sweter jest idealny. Oczywiście nie skończę na jednym projekcie Alison Ellen. Pani ta ukończyła jakąś królewską szkołę projektowania dzianin i widać po tym swetrze, że się dobrze uczyła.
Jeśli chodzi o modę w dzianinie to ja, proszę czytelników, już chyba z tej zabawy wyrosłam (i wytyłam) Nie interesują mnie dziewiarskie gwiazdy jednego sezonu z jakiegokolwiek powodu niewygodne. Ma być wygodne, ma być sensowne. Nie spadać, nie rozjeżdżać się na biuście i brzuchu, sięgać niżej niż do pępka. Skoro mam zainwestować czas i dobrą wełnę to nie w dolmanowe rękawy ( nie wejdą do płaszcza), nie w dzianinę robioną w poprzek - skróci się i poszerzy w noszeniu - ani w spadające z ramion cokolwiek.

Taka jestem hop do przodu, bo właśnie skończyłam ślubny szal dla pewnej panny młodej w Dolnej Saksonii, jutro dorobię mu 4 rzędy brzegu z koralikami, zamknę oczka i pójdzie do prania. I okaże się, czy jest dość okazały. A ja się zajmę kolejnymi dundagami od liloppi z mojej szuflady i zacznę na serio Pannę Wodną z rybich łusek, albo jak kto woli z muszelek.
Popatrzcie jeszcze raz na zdjęcia i zastanówcie się, co miał na myśli urbanista nazywając ten wygon Placem Wielkiej Przygody.

wtorek, 12 maja 2020

Pandemicznie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dwa miesiące zamknięcia w domu dają się ludziom w kość. Mężczyźni wyglądają lepiej. Co niektórzy utyli, inni zapuścili włosy, przybyło ogolonych na zero kupioną z potrzeby chwili maszynką. Przez chwilę łysy był również mój zięć, ale po 2 dniach już łysy nie był bo odrosło.
Kobiety mają się znacznie gorzej. Regularnie widuję na Dolinie panią z różowym kokiem na ciemno brązowym odroście. Nawet o tym pogadałyśmy. No nie ma siły, żeby zrobić sobie w domy słodko różowe włosy mając naturalne takie jak ja. Nie da się. Pani woli mieć odrost niż zlikwidować domowym farbowaniem dwa lata pracy fryzjera. Bo ten słodki róż to się osiąga powoli i w mękach. Siwa, dziarska emetytka przywiązana do wygolonych skroni i wściekle niebieskiego irokeza od dawna robi to sama farbą z Rossmana i maszynką do golenia; po niej pandemii nie widać. Ale ogólnie jest słabo.  
Obecnie najwierniejszą przyjaciółką kobiet jest gumka do włosów, jak ktoś ma tak długie, że gumka ogarnia. Nowa moda zaleca robienie kucyka na czubku głowy, kucyki wyglądają jak szczypiorek u cebuli. Taki kucyk, złamany na pól i złapany tą samą gumką wygląda cudnie na bardzo bujnych włosach u młodych dziewcząt. Na włosach mniej bujnych i u mniej młodych pań to sama żałość. Nie poszłam tą drogą. Od jakiegoś czasu oglądam sobie tutki z turbanami, chustami i takimi tam ratunkowymi sposobami dla mahometan, łysych i dla żon chasydów. No nie jest to bardzo trudne, ale wymaga czasem wprawy a zwykle uroku. Z urokiem nie pogadam, wprawy można nabrać. 
Chust chustek i szalików mam a mam. Okazało się w praktyce, że najlepiej głowy trzyma się bawełniany kreszowy szalik. Nie trzeba żadnych spinek ani gumek. Byle go nie wiązać po skosie. Zawiązany dookoła głowy po jakimś czasie lekko zsuwa się na miejsce w którym i jemu i mnie jest wygodnie i trwa tam do wieczora, byle tylko nie zdejmować przez głowę ciasnych koszulek i golfów.
I grzywka sięgająca brody nie fruwa mi w końcu po twarzy. Wcale nie wiem, czy nie zostanę z tym szalikiem na dłuzej. Nie okiełznałam jeszcze uzycia w tym celu jedwabiu. On żyje swoim życiem.

Jako postać zupełnie niepodobna do siebie mogę teraz rabować banki!
A co poza tym? A na szczęście moje koleżanki mają w nosie wirusy i regularnie wyprowadzają mnie na spacer.


W domu oddaję się produkcji coraz bardziej wyszukanych dań i dzierganiu. Otworzyli w końcu bibliotekę- dowiedziałam się o tym bo system biblioteczny przysłał mi histerycznego maila w tonie "oddawaj nasze płyty bo ci pokażemy gdzie raki zimują" więc im oddałam i nabrałam innych i jest czym paść głowę.
Dzierganie modularnego, z wełny której nikt nie chciał przebiega sprawnie; na fotce Frania dokonuje odbioru:



A tu bardzo zaspana Bajka. POdsiadła mnie na moim miejscu i udaje nieprzytomną i niekumatą. Bywam okrutna i siadam na niej. Ale jest wtedy oburzona!

 



wtorek, 14 kwietnia 2020

Projekty Allison Ellen

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Pierwszą książkę podpowiedziało mi Bookdepository. Opis był obiecujący, a cena nie zabijała. Nawet dość szybko przyszła.
W środku znalazłam wiadomości niby znane, bo co nieznanego jest w ściegu pończoszniczym, francuskim, w ściągaczu czy paskach prawych i lewych oczek. No nic niby. Ale jak się do tego dorzuci wiedzę o projektowaniu, kształtowaniu dzianiny doborem ściegów a nie zmianą liczby oczek,  doborze kolorów, farbowaniu, różnych włóknach a wszystkie zawarte projekty wykonane są drutami 3,5 z jednakowej wełny odpowiadającej z grubsza Dundadze 6/1 to sprawa robi się ciekawa.
Projekty Allison Ellen są charakterystyczne, absolutnie nie podążają za modą, bliżej im do Elizabeth Zimmermann niż do Stephena Westa, i po drugim przyjrzeniu się są czarujące. Już jeden z tych swetrów mam na drutach a na pewno nie ostatni.

Właśnie powstaje z dwóch Dundag, których nikt nie chciał. mdanka dołożyła mi jeszcze trzecią z własnych zapasów gdyby moich zabrakło.



Ten w muszelki będzie następny, nazwę go Panna Wodna, będzie szafirowo zielono, turkusowo żółty.

Oprócz projektów z modułów znalazłam fajny projekt na entrelac i zaczęłam drążyć kto to jest ta pani Ellen. Owszem, autorka jest na ravelry, ale tam jej projektów nie widać. No jakieś trzy czy cztery. Za to na Amazonie znalazłam jej drugą książkę w papierze poza moim zasięgiem, bo za 50 dolarów, natomiast na Kindla za dolarów 15. Książka miała takie recenzje, że się nie wahałam. 

Amerykanki były sceptyczne, europejki zachwycone. Kupiłam i jestem oczarowana. Ponieważ jak wspomniałam na ravelry ani nigdzie indziej tych obrazków nie ma, są tylko na stronie autorki, to zamieszczam tu małe zrzuty z ekranu z aplikacji Kindle
szaliki, torby i imitacje roślin pomijam, tylko swetry, samo mięsko:












No taki entrelac to może być!
A to? Przedziwna konstrukcja a jaki efekt!

Projekty są doskonale opisane prawdziwym brytyjskim angielskim. Trzeba się nastawić. Każdy ubiór z modułów ma schemat łączenia ich w całość, rękawów też. Opis jest naprawdę staranny . Wszystkie te cudowne kolory są uzyskane w samodzielnym farbowaniu i podane jest stężenie barwnika kwasowego. Wszystkie barwy uzyskano bodaj z sześciu kolorów farbek.
Takie rustykalne, niekoniecznie bardzo modne ubiory bardzo mi odpowiadają. Może znajdą się tu jeszcze inne wielbicielki takiego stylu.


piątek, 10 kwietnia 2020

Wielki Piątek ad 2020

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pierwszy raz kroją się nam takie Święta,o jakich sobie zawsze tylko pomarzyć było można. Sami. Bez gości, bez świątecznego gotowania i z ulubionymi zabawkami jedynie. Z rodziną można pogadać przez telefon i nic więcej.
Trochę kłopotliwie wyprowadza się psy przy zakazie korzystania z parków i bulwarów, ale jak się wcześniej wyjdzie, to strażnicy miejscy i żandarmi chyba jeszcze śpią, albo robią co innego. W parkach pojawiają się około jedenastej, pilnując jednocześnie segregacji wiekowej w sklepach. 
Aż dziwne, jak łatwo się teraz robi zakupy, jakby nagle wszyscy przestali jeść. Możliwe, że trzy tygodnie gotowania w domu pokazało ludziom ich realne możliwości jako zjadaczy dóbr wszelakich. Ogonków wielkich nie widziałam nigdzie.
Odzyskałam nieco spokoju ducha przez lekturę nieoczekiwaną. Wzięłam mianowicie w ręce najgrubszą książkę w domu, Tragedie I Kroniki Szekspira w tłumaczeniu Barańczaka i nacieszyć sie nie mogę. Tłumaczenie jest zrozumiałe! Frywolności czytelne! Każdy wers nadaje się na cytat z jakiejś okazji. I fakt, że zna się zakończenie intrygi wiele nie zmienia w tej frajdzie.
Porobię sobie na drutach, poczytam tego Szekspira i nie obeżrę się bez opamiętania. Wydusiłam tylko z brata przepis na jajka faszerowane, bo robi je braciszek pyszne. Ma być dużo natki pietruszki i masła w farszu. No to będzie.
To teraz spam fotograficzny dla celów dokumentacyjnych. Chusta Calla, w dwóch wykonaniach z Dundagi 6/1:



Słodkie pastele dla pani doktór, która przeszła na emeryturę. W podzięce za 20 lat ratowania z opresji.


bardziej zdecydowane barwy dla dobrej sąsiadki.

Stadko skarpetek przeciwko zimnym stopom. Już dawno poszły do ludzi:


 W produkcji tych powyżej bardzo pomagała Bajka. Najpierw rozciągnęła motek włóczki na pól mieszkania, a później poprawiła po mnie gotową skarpetkę. Jakoś udało się wybrnąć z obu opresji. Skarpetki były bardzo ważne, bo do szpitala dla kochanego bardzo szwagra. Szwagier zrobił w listopadzie tomografię płuc i z miejsca dostał najstraszliwszą diagnozę. Zaczęłam dłubać te skarpetki czarując ile się dało. Po zrobieniu PET po pierwszej skarpetce z dwóch guzów zrobił się jeden. Po drugiej skarpetce nastąpiła operacja i się okazało, że to gruźlicza pamiątka z dzieciństwa a nie żaden rak. W dzierganiu skarpet nadzieja!

Wspomniany poprzednio sweter dla Misi, boxy jaki sobie wymarzyła. Musi jej się naprawdę podobać, bo chodzi w nim cały czas. Z ręcznie farbowanego merynoska (Mirella z Włóczek Warmii).



A na ścinie w salonie rozgościł się chyba na zawsze widoczek z ulicy Lubelskiej w Kazimierzu nad Wisłą malowany  za Ślewińskim:


Zajmuje kawał ściany, ale nie przeszkadza, w oczy nie kole, to niech wisi. W tym roku pewnie wystawy nie będzie, to widoczek dostanie ramę i zostanie gdzie jest.

A obok mnie zawsze i wszędzie kręcą się dwa puchate stworzonka. Moje kochane towarzyszki, coraz milsze i mądrzejsze z każdym dniem.



Puściutki, wirusowy kampus SGGW. Już nas stamtąd wypędzili.

 Rośnie futerko na buzi.
 A Frani już dawno urosło!


Śpi się w łóżku, dziewczynki wiedzą gdzie się idzie wieczorem.
 

I tak się na mnie gapi przy kolacji.
 

Typowa pozycja cairna.
 
 Futro głośno woła: gromera!

 Przed piekarnią.
 Frania
 Bajka
I znów Frania
Wesołych Świąt wszystkim!