Bujanie w obłokach, czyli okiem i uchem Gackowej
Rozmaite Gackowej przypadki
czwartek, 22 października 2026
Brygida nr 2
czwartek, 23 lipca 2026
I kolejna kołdra
Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Lata temu opisałam jeszcze na platformie blox jak kupowałam kołdrę, bo poprzednią Pan Mąż zachomikował na lato w piwnicy obok cieknącego kranu i nasza kochana wełniana cieplutka kołdra spleśniała na amen. Wtedy to kupiłam wełniaka w JYSK, wiozłam ją metrem na plecach i służyła nam wiernie przez co najmniej piętnaście lat. Owszem prałam ją. W wannie, w Perwolu, co rok lub dwa. Pranie bywało konieczne, wychowała dwa nowe pieski w tym Bajkę od szczeniaka, przeszła z nami kilka gryp, covid, wchłaniała maści na różne choroby i coś ostatnio nie dawałam rady odplamić poszycia. Nie to żebym była jakąś wariatką sprzątającą od rana do nocy, ale jak o tekstylia domowe chodzi, to Państwo wybaczą, kołdra ma być czysta, nie zasiusiana, nie przepocona, nie śmierdząca apteką, przyobleczona w bawełnianą, wykrochmaloną poszwę i ciepła zimą a znośna latem. I nie ma to tamto. To samo dotyczy poduszek. Jak coś nie spełnia warunków to wypad z baru. I tak dumałam nad starą kołdrą i w końcu ją zmierzyłam. Ha, po latach prania zwyczajnie się skuliła! z 2 metrów długości zostało marne 170 cm, szerokość też dramatycznie zmalała. I jasne się stało, czemu Panu Mężowi nogi spod niej wyłażą, a ja mam czasem za okrycie brzeg powłoczki. Zaczęłam tropić zastępcę na ulubionym portalu sprzedażowym. Niestety, zgównowacenie świata objęło także kołdry. Owszem, są wełniane, pikowane, na zdjęciu przepiękne. Ale zwykle wełniane wnętrze przyobleczone jest w poszycie z mikrowłókna. Nie, nie i nie. Ma być bawełniane. W międzyczasie wyciągnęłam letnią kołderkę puchową, którą podarowano nam lata temu z komentarzem, że to bardzo droga rzecz. Nie znoszę jej. Może i była strasznie droga, ale szeleści, w poszwie się ślizga i pocimy się pod nią jak myszy. Wełniana, nawet gruba kołdra nie da się śpiącemu spocić. W tropikalne noce można spać na niej i przykryć się flanelowym prześcieradłem i nie czuje się człowiek jak na niestabilnym lodzie. W końcu upolowałam, trwało to naprawdę długo. Mając kołdrę mogłam spokojnie zmniejszyć do jej rozmiaru przepiękne perkalowe powłoki upolowane jakiś czas temu na Limango. Przed porównaniem rozmiarów mogło to być problematyczne. Gdzie te czasy, gdzie kupowało się pościel na wymiar i wszystko pasowało. Teraz strach kupić powleczenia, bo szansa że wcale nie będzie bawełniana jest większa niż duża. Tu uznałam że wpadka nie będzie przynajmniej kosztowna, 80 pln za komplet 200 x 220 cm wydawało się ceną bardzo umiarkowaną. Kłopot tylko w tym, że owo 200x220 okazało się być 220 x 240 i to 240cm to była długość kołdry od głowy do nóg, trzeba było skrócić, bo znowu byłabym przykryta poszewką. Puchowy szelest zapakowany do worka poszedł do piwnicy na kolejne wieloletnie nieużywanie. Jak się zestarzejemy tak, że ktoś będzie musiał z nami zamieszkać będzie akurat.
Biedna Bajka miała paskudną przygodę zdrowotną. Od jakiegoś czasu zdarzało się jej kuleć. Dostawała Cartrophen już dobre pięć razy a mimo to od czasu do czasu ból kładł ją na ziemię. I akurat w czasie takiego epizodu miała randkę z ulubionym, doświadczonym ortopedą. Ortopeda postanowił prześwietlić Bajkę, bo nie podobała mu się jej wrażliwość na dotyk. Widząc kulawiznę prześwietlił poza całym kręgosłupem i łapkę. Kręgosłup okazał się zdrowy, Bajka ma straszny odruch skórny bo ma, za to łapka okazała się nie całkiem OK. Dawno temu Bajka musiała złamać lub zwichnąć kolejny palec. Tym razem nie przyznała się od razu i wyhodowała paskudne zwyrodnienie, bardziej bolące niż złamanie. Ulubiony ortopeda orzekł, że amputacja palca bardziej pomoże niż ciągłe trucie niesteroidowymi lekami przeciwzapalnymi. W końcu otrułam nimi i Kretkę i Muszkę... Zabieg odbył się 9. czerwca i w dwa tygodnie później po nim pojechaliśmy do Hotelu Las Woda w Wildze. Musiałam tam sama zdjąć kilka szwów z tej łapiny. Nie jest to fizyka kwantowa. Bardzo przydał się nam psi wózeczek, w którym Bajka podróżowała w czasie rekonwalescencji i na spacery i do lekarza i w ośrodku
Teraz łapka wygląda dziwnie, ale po sześciu tygodniach od zabiegu pies już niemal nie kuleje. Ponoć psu do skutecznego chodzenia potrzebne są jedynie dwa palce, a ona ma do dyspozycji trzy. Tyle tylko, że palec trzeci wygląda mi na porażony, mimo że ponoć czucie głębokie ma. Jeszcze nie dostaliśmy wyników histo-pat, na wykonanie którego nalegał chirurg. Grunt, ze do Jastarni pojedziemy bez wózeczka. I będzie rehabilitacja w wodzie. Za to na codzienne spacery dowożę psiaki autobusem. Trochę ten wysiłek i ruch trzeba dawkować rozsądnie - jedno kulawe, drugie stare. Zresztą spacery po rozgrzanym asfalcie żadnemu psu nie służą.
Jedwabne bluzki zrobiłam i leżą. Jakoś nie mam ich z czym nosić. Kolorowa z rękawami 3/4 jest łatwiejsza do noszenia niż koszulka z krótkim rękawem. Mam problem z dzianinami w lecie. Nie rozumiem konceptu produkowania takich rzeczy z wełny czy moheru na lato. Nawet z bawełny, mechaci się to biegiem, schnie po praniu tydzień i zwykle jest grube.
W zeszłym roku zrobiłam Panu Mężowi czerwonego Arana pełnego warkoczy i planowałam że powtórzę sobie St.Brigid. Po tym czerwonym potworze miałam tak dosyć warkoczy, że minął rok, nim zabrałam się za mój sweter. Coś się chyba pani Starmore pomyliło z ilością potrzebnej włóczki. Wedle książki i na czerwony sweter i na St. Brigid potrzeba tyle samo surowca. Tyle że tamten ma 60 cm długości, a pełnowymiarowa Brygida prawie 80. To tunika. Motki Karismy zaczęły schodzić w takim tempie, że po wykonaniu kawałka kontynuuję w mniejszym rozmiarze. Minęłam połowę pleców więc teraz powinno już pójść szybciej. Zrobię ją krótszą, żeby nic nie dokupować do posiadanych pierwotnie 18 motków.
Do ubiegłego roku dziergałam wieczorami w towarzystwie telewizora i ... przestałam go już zupełnie tolerować. Nie jestem targetem TV, Netflixa, HBO Max też ma mi niewiele do zaoferowania. Czasem obejrzę sobie jakiegoś starocia na CDA, ale też nieczęsto. Niełatwo zmienić nawyki, jednak coraz częściej dziergam ze słuchawkami na uszach słuchając książek. A dzięki nowym okularom znów mogę czytać. Okuliści mnie od jakiegoś czasu spławiali twierdząc, że sobie radzę. Optometrysty z Lux Medu nie chcę więcej widzieć, mimo że jest bardzo przystojny. Osiedlowy optyk poradził sobie doskonale bez niego, do skutecznego czytania brakowało mi ponad dioptrię, nie pomagały już coraz mocniejsze żarówki. Teraz mogę hulać! Przede mną dzieło Roberta Plomina Matryca. Jak DNA programuje nasze życie.
I jeszcze trochę kiczu: oglądając w Las Woda pewną fontannę postanowiłam kilka nokturnów pastelami popełnić. Rezultaty są obiecujące.
Nie upieram się przy dużej wartości artystycznej tych wyrobów, ale zabawę miałam świetną. Ostatni obrazek przedstawia Księżyc nad Zatoką Pucką.
środa, 27 maja 2026
W jedwabiu
Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Idzie straszne lato, a na lato najlepszy jest len i jedwab. Nęcące wzory na poliestrowych sukienkach już od dawna nie robią na mnie wrażenia, lniane ciuchy wróciły na wieszaki w szafie, dwie pary męskich, lnianych wygodnych spodni mam. No a co z jedwabiem? W Biferno zaopatrzyłam się w jedwabne przędze, wedle sprzedawczyni dwa motki jedwabiu Celesse na letnią bluzkę powinny wystarczyć. Wzięłam dwa niebieskie i dwa białawe motki. Jak zaczęłam to dłubać na drutach 2,5, to wymiękłam. Planowałam jakieś greckie biało niebieskie meandry, ale rzecz mnie przerosła. I zrobiłam melanż w stylu mojej babci na drutach 4. I dobrze wyszło, nitki sporo zostało. Planując udzierg luźno wzorowałam się na jakiejś bluzce Petite Knits, niezbyt dokładnie, bo żaden z tego oversize a wykańczanie zupełnie nieelastycznej dzianiny I cordem jakoś nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Zamiast tego z nabranych na dekolcie, rękawach i na dole oczek zrobiłam po prostu plisę z lewych oczek, które się elegancko zawinęły pod spód. Niebiesko kremowy melanż bardzo mi pasuje.
Drugi jedwab upolowałam w Biferno zaraz po jego przybyciu do sklepu. Aż coś we mnie zaśpiewało na jego widok: gruby singiel wyfarbowany jak klejnoty maharadży. Próbka ściegiem poń czoszniczym pokazała, że się okropnie kosi nawet robiony na płasko. Zatem kopnięty ściągacz 2x2.Jest już prawie zrobiony, tym razem dekolt obrzuciłam tylko oczkami rakowymi, brak mu jeszcze rękawów, rękawoza to straszna choroba. I się dowiedziałam że na drutach 4,5 zużywa się znacznie mniej włoczki niż na 2,5. `zaopatrzyłam się w tego Opusa obficie, bo jasne byłó, że dokupić to może się w Indiach u producenta da. I teraz mam a mam tego surowca, będą jedwabne szaliki na zimę.
Po zmoczeniu ciuch się rozluźni i nie będzie ani trochę ściągaczem, raczej oversize się zrobi. Pooling na tym zrobionym częściowo rękawie nic a nic mi nie przeszkadza.
Strasznie dawno niczego nie uszyłam. Przy okazji wyprawy na bazar wlazłyśmy z koleżanką do pewnego zdecydowanie za drogiego butiku w Landzie. Ciuchy są tam włoskie, z fajnych tkanin i strasznie byle jak uszyte, no rozpacz. Sukienki jednorazowego użytku, za to mające proste, dobre kroje. Koleżance oczy rozbłysły jak dziecku w sklepie z zabawkami, mnie naturalny kolor lnu przesadnie nie pasuje, nie podoba mi się również szycie zmiękczonego lnu na overlocku ściegiem o długości 7 mm, odszycie dekoltu pliską skośną o szerokości 5 mm i kieszenie, w których mieszczą się tylko palce u dłoni. Za to uznałam, że ten krój ma potencjał. Zabrałam dawcę wykroju ze sobą. Był w niby obniżonej, mimo to absurdalnej cenie. Najdroższy wykrój w historii!
Jakim cudem udało mi się to zrobić? Ano się udało, bo dostałam leki na ADHD. I życie stało się znacznie prostsze. Znacznie. Nawet nie przypuszczałam w ilu dziedzinach i w jaki sposób ta neuroatypowość utrudnia mi życie. Od rozmów z ludźmi, niecierpliwości, przez zaniki koncentracji, ciągłą zmianę zainteresowań, coraz to nowe zabawki, napady aktywnosci i napady zmęczenia nie do przezwyciężenia. Szyjąc tę sukienkę poczułam, kiedy lek przestał działać: natychmiast stebnówki zaczęły tańczyć zamiast być do siebie równoległe. Nie mogłam utrzymać uwagi na prostym prowadzeniu tkaniny pod stopką.
wtorek, 3 marca 2026
100 lat starsza, ale w sweterku w serek
To na drzewach to szadź i lód. Jadąc z Warszawy widzieliśmy, gdzie pasma mgły zamarzły na drzewach. Las w Lanckoronie był koronkowo - lodowo biały. A obok tej bieli zdarzało się kilka zielonych świerków. Nie miałam siły i odwagi obejrzeć tych cudów w lesie. Po pierwsze czułam się jak studwudziestolatka, a po drugie ten lód z drzew spadał na ziemię. W ostrym mrozie drzewa obciążone tonami zamarzniętej wody łamały się, strach wchodzić w taki las. Dałam radę jedynie dotrzeć do Arki i to w raczkach na butach. Zeszłoroczne złamanie nogi nauczyło mnie moresu. pan Mąż też dostał raczki, choć początkowo nie chciał. Dostawszy używał.
Siedząc przy piecu w salonie dłubałam sobie kolejny sweterek w serek z kupionej przed wiekami Mirelli od Włóczek Warmii w kolorze kobalt. Wełna jest tak śliczna, że powoli stawała się zapasem trumiennym i pora ją była przerobić. Zwłaszcza że coś świergocą wróble, że ten kolor wraca do łask.
I skończyłam tego w serek na podstawie wzoru Idril, ale nie do końca. Darowałam sobie warkocze w talii dookoła człowieka. Wyszedł tak:
Kilka uwag do stylizacji: szerokie, miękkie, sztruksowe spodnie Pan Mąż kupił na Allegro sobie. To on kocha oranże, ja nie przepadam. On nosi spodnie w rozmiarze 32/34. Ja używam 34/32. I mu się pomyliło. Zyskałam niechciane porcięta, ale przynajmniej mam je z czym nosić. Ten kobalt w towarzystwie niebieskich dżinsów traci nieco dzikość, z oranżem daje czadu. Co do mojej figury, w firmie five sisters można sobie sprawić gorset w którym można oddychać i jeść i nie epatować brzuszyskiem. Na ostatnim zaś zdjęciu modelka Bajka prezentuje jedwabny szal, który to wszystko, łącznie z moimi paznokciami zbiera do kupy. Szal zachwycał mnie kiedyś jedynie surowcem, ale używany jest często bo umie godzić takie różne szalone kolory.
wtorek, 27 stycznia 2026
Szukając świętego Graala
Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
O jakiego Graala chodzi? O zupełnie zwykły sweterek w serek. O sweterek, w którym okrągłe panie z krótką szyją wyglądają najkorzystniej. Nic nadzwyczajnego a nawet wręcz przeciwnie. Bez ozdóbek, bez koralików, bez ażurków, bez warkoczy, bez dziwacznych pomysłów konstrukcyjnych no i najważniejsze bez akrylu, bez poliestru, bez wiskozy, bawełny, modalu i innych takich zamienników porządnego sweterkowego surowca. Na zimowy sweterek nadaje się bowiem albo merino, albo wełna jagnięca albo kaszmir. I jeszcze żeby ten sweterek był granatowy. Może niekoniecznie w kolorze majtek gimnastycznych z mojego dzieciństwa ani gatek atramentek, jakie były na wyposażeniu Wojska Polskiego za PRL, ale piękny, ciemny granat... ach.
Jeden, nawet z prawdziwego, mięsistego kaszmiru zrobiłam sobie sama. Tyle, że nie umiałam w nim zrobić klasycznych ściągaczy. Ma tunele z gumkami i szczyt elegancji to nie jest. Zatem szukałam tego Graala dalej. Internet rozwiązania nie przyniósł. W sieciówkach sweterki są bawełniane albo jeszcze gorzej. A jak surowiec jest OK, to cena kosmiczna. Benetton coś takiego ma w ofercie ale tylko w odległych krainach. Na wyprzedaży nawet cena OK, tyle, że czeka się nie wiadomo ile na wyrób, bo zainteresowanie ofertą duże. W Wólczance sweterki w serek są. Dużo nawet, tyle że zielone, czerwone i brązowe. Dla ciepłolubnych w kolorystyce. W Outlecie w Piasecznie żadnych serków w moim rozmiarze nie było. Jedynie crew neck bardzo teraz modne, w których pulchna kobieta z krótką szyją wygląda najgorzej jak się da. No i w końcu trafiłam tego Graala w Uniqlo. I w wersji merynosowej i kaszmirowej. I w cenie do przełknięcia za taki surowiec. No ale tam projektuje te sweterki Ines de la Fressange, a ona się na dobrym wyglądaniu zna. Niemal się ze szczęścia po ulicy turlać chciałam. (I okazało się, że chwilowo w Zarze też się ten Graal pojawił, wełniany, szorstki i droższy niż w Uniqlo). Teraz, mając w szafie zapas bazowy, mogę sobie sweterki w serek robić sama: z kobaltowej Mirelli z Włóczek Warmi na bazie wzoru Idril. Warkocze w talii sobie daruję. Z Holsta Supersoft połączonego z prutym szetlandem, bo sam Holst jest bardzo nietrwały, temu to nawet może cekiny dołożę. Z wełny islandzkiej, no i z pozostałych granatowych na ogół zbiorów. To się doskonale nosi. W tym mi dobrze, co tu kombinować.
I tak się dzieje z każdym dosłownie podstawowym elementem garderoby. Wełnianej spódnicy ołówkowej próżno szukać (jak się chce i podszewki i kieszeni). Jedynie lnianych koszul jest pod dostatkiem.
Z frontu malarskiego: w Akademii Golor ćwiczę różne umiejętności: zakomponowanie martwej natury, żeby się zmieściła na kartonie, owale, odbicia, cienie rdzeniowe i rzucane, światło odbite i jego kolor, jak malować szkło i takie tam. Może na ścianę się to nie nadaje, ale o ileż jestem po takim paskudnym obrazie mądrzejsza!
Po drugiej i po czwartej sesji. But był najłatwiejszy. Za każdym razem zmieniało się troszkę ustawienie i światło.
Oprócz malowania mamy też coś, co się nazywa zajęcia konceptualne. Znaczy samemu trzeba z podanych materiałów coś wymyślać. Nie wiem o co tu konkretnie chodziło, był i rysunek martwej, i wykonanie elementów do kolażu i sklejenie tego w całość. Wyszło takie:
Paskudztwo znalazło natychmiast chętną, która to przygarnęła. Nie wiem po co jej to, może zeszyt tym obłoży. Dla własnej radochy już w domu namalowałam sobie nasz park w śniegu. Miałam tu parę technik do przećwiczenia.
Specjalnie dla Iksińskiej od mojej groomerki:
Pies, który zawsze był na dworze wypuszcza podszerstek, żeby w zimie nie zamarznąć. Jeśli go teraz, w mrozy zabrać do domu, to się zacznie rozbierać z podszerstka. Gwałtowne linienie trwa ok dwóch tygodni i jest oczywiste. Proces nieco przyspieszy wyczesywanie. Furminator pracę ułatwi. Gromer w pracy robi to tak: zaczyna od czesania, czesze, czesze ile się da. Potem pies idzie do kąpieli w ciepłej wodzie. Masuje się go z szamponem, płucze, nakłada odżywkę o pH 7, (ludzkie 5,5 się nie nadaje), cały czas się masuje skórę w cieple. Pory się rozszerzają, włos się rozluźnia. Przy płukaniu wyłazi masa włosa. Zaczyna się suszenie i czesanie w podmuchach suszarki i teraz wyłazi znów masa podszerstka. Taka procedura nieco ograniczy linienie w domu, ale go nie zatrzyma. Pies musi zrzucić co wyhodował, bo się w domu w tym upiecze. Teraz trzeba się zdecydować, czy trzymamy psa w mieszkaniu aż do temperatury +5 oC, czy jednak on mieszka na dworze i futro ma cały czas grube, aż do wiosny. Inaczej być nie chce. Zwierzęta mieszkające w nieogrzewanych pomieszczeniach muszą mieć futro. I konie i krowy obrastają na zimę, bo muszą.
czwartek, 22 stycznia 2026
Krwiożercza Kopa
Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Śnieg spadł dobrze przed feriami i natychmiast górka została wzięta w posiadanie przez saneczkarzy. Wyjeździli ją na gładko. Potem przyszło krótkie ocieplenie i ponownie mróz. Nasza dość niewinna górka stała się lodowym krwiożerczym sankojadem.
Płaskie plastikowe sanki z maleńkimi plastikowymi grabkami po bokach w roli hamulców (ha ha!!) to dziś najczęstszy śmieć. Korytkom pęka dno, czasem odpada, czasem kruszy się na ostre kawałki. Można w tym ciągnąć dzieciaka po śniegu, ale zjeżdżać po lodowym, nierównym torze?
Rodzice pamiętają chyba na czym się powinno jechać, bo dla siebie wybierają sprzęt porządniejszy, dzieciom zostawiając materac na sznurku. Albo dmuchane, ceratowe koło do pływania.
Widziałam dzieciaki zjeżdżające na foliowym worku na śmiecie pełnym słomy wyjętej z ochraniaczy śmietników i ławek. Plastikowa torba z Biedronki też się nadała. Sanki drewniane też jakieś nietrwałe są, widziałam wiele rozbitych sztuk. Co ciekawe obecne sanki metalowe są jeszcze marniejsze, rozłażą się bardzo łatwo, bo to wprawdzie metal, ale cieniusieńki, taki jak chińskiej produkcji kije do szczotki, słaba kobieta łamie to w dłoniach bez trudu.
niedziela, 18 stycznia 2026
Czas to tajemnicza sprawa
Rudziki rozrabiają na całego. Przepędzają z karmnika sikorki i panoszą się że hej.
Spotkałam jakąś panią w kurtce z lisów. Bardzo niepewną, czy ktoś jej nie ofuknie. Stanęłam przed nią i powiedziałam tonem jak z pochodu pierwszomajowego za komuny: szopy pozdrawiają lisy. Uśmiała się. Ponieważ w naprawdę duży mróz prawdziwe futro nie ma zamiennika, przyjęłam z wdzięcznością radę innej przechodzącej pani. Odchyliła połę wełnianego płaszcza, a w środku, schowana, futrem do właścicielki siedziała koza. Pani sobie peliskę zrobiła samodzielnie. Nie widać futra na wierzchu to nikt się nie czepia. Tak chyba skończą norki mojej mamy kupione we wczesnych latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, które już wtedy były z drugiej albo trzeciej ręki a teraz obciach je nosić; od pięciu lat śpią na nich w zimie psy, ale futro wciąż wygląda dobrze.



















































