czwartek, 17 stycznia 2019

Magia Świąt

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dundaga 6/1 to wełna czarodziejska. Bierze się ją w ręce i humor się natychmiast poprawia. Pierwszy niuch jej woni powoduje, że kobieta myśli: ale smród. Drugi już nie przeszkadza, trzeci jest witany z rozkoszą, coś jak arabski oud. Nie cukierkowy, nie słodki ale rozkoszny: owca, trawa, olej przędzalniczy. Coś pierwotnego, obiecującego trwały rezultat, atawistyczna woń.
Magię Świąt kupiłam we Włóczkach Warmii (dodatkowa atrakcja tej wełny polega na braku jakiejkolwiek numeracji, producent jej nie nazywa ani nie numeruje, w motku jest zawsze inna ilość metrów i gramów a kombinacje kolorystyczne bywają nieoczekiwane i niepowtarzalne. Freestyle że tak powiem, każdy sprzedawca nazywa ją jak chce). Ponieważ motki ostatnio zmalały, dawniej miały do 300 gram, teraz około 150 - 180 gram) ustrzeliłam dwa takie same. Kolor jeszcze nieuprany i nie nawinięty na zwijarce pokazywał że będzie pięknie. Pomyślałam sobie, że skoro mam ponad 300 gram tego cuda (500 metrów w 100 gramach a niektórzy twierdzą że 550) to mogę się pokusić o golf i o ryż. Ścieg ryżowy jest pożądany, bo Dundaga 6/1 jest singlem i w wyrobie dzierganym ściegiem pończoszniczym potrafi się skręcać. Kombinacja oczek lewych i prawych temu zapobiega. Ryż jest pożyteczny i ciepły w noszeniu, ale niestety włóczkożerny strasznie. I dłuuuugo się go robi. Mało przyrasta. I jeszcze jest dość nieprzewidywalny w którą stronę się wyciągnie po praniu. Robienie z niego próbek nie zawsze daje odpowiedź zwłaszcza w Dundadze 6/1, która po każdym praniu jest inna.
 Robiłam dość freestylowo przez trzy tygodnie. Obejrzałam przy tym większość serialu Grimm. Robiłam codziennie po kilka godzin. Rosło powoli, żarło wełnę. Pierwszy raz uprałam sam golf, drugi raz uprałam rzecz na drucie po rozdzieleniu rękawów, bo dzwoniło mi w głowie, że tu pora na zaszewkę, a centymetr plótł głupoty. Wyrób uprany na drucie po wyschnięciu potwierdził, była pora na zaszewkę i zaszewka jest gdzie trzeba.
Na rękawy zostało teoretycznie tyle co powinno, ale za nic nie dało by się zrobić dwóch jednakowych. Za radą mdanki zrobiłam oba rękawy na raz ze stekami do przecięcia. Mam jednakowe rękawy z jednakowymi paskami i identycznej długości. Dałam sobie spokój z obszywaniem tego ręcznie, maszyna do szycia dała radę. Dundagę można śmiało ciąć, skłonna do prucia nie jest. Po prawdzie spuszczenie oczka o dwa rzędy żeby ten ryż poprawić jak się pomyliłam wcale nie było takie łatwe. To nie jest jedwab ani wiskoza, to czepliwa owca.
No dobra to teraz obrazki:

Muszka pilnuje wyrobu. Wyrób schnie po trzykrotnym praniu. Czyli golf zaliczył już 5 prań.


Szara zaszewka na biuście siedzi gdzie powinna i dodaje ponad 8 cm długości przodowi.

 Z tyłu jeden zestaw rzędów skróconych ustawia szyję bardziej z przodu a nie jak korek na butelce, podkrój szyi ma 8 cm głębokości, ale się na szerokość rozlazł. Ryż!
Drugi zestaw rządów skróconych z tyłu kształtuje dolną linię swetra. Wszystkie podwójne oczka z tym związane schowały się w I-cordzie tworzącym dolny brzeg.



No i Magia Świąt pasuje do spodni z Tatuum. Mało co do nich pasuje, a fajne są.
Miałam tu jeszcze swój traktat o zaszewkach umieścić, skrót wykładu na ten temat jaki ad hoc wygłosiłam na ostatnich szarotkach, ale chyba poczeka ten traktat aż wrócimy z Jastarni. Tam się bowiem udajemy. Chcemy zobaczyć wybrzeże bez ludzi. Znaczy jacyś ludzie mogą być, byle nie kilka milionów rodaków na plaży. Aparat już przygotowany, skarpetki na drogę do zrobienia też. 

środa, 2 stycznia 2019

Postanowienia noworoczne

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie spełniłam nigdy żadnego postanowienia noworocznego. Dawniej miałam do siebie o to pretensję, teraz wiem, że niemal wszyscy tak mają, poza osobami z którymi chyba nikt nie lubi mieć do czynienia. Jesteśmy jacy jesteśmy; rządzą nami nasze geny, bakterie jelitowe, pogoda, stan konta, rodzinny układ, poziom neuroprzekaźników w mózgu i nad tymi czynnikami nie mamy istotnej kontroli. Co po podjętym w styczniu postanowieniu, jak w maju jest już całkiem inaczej?
Co w życiu miałam zmienić to zmieniłam, znacznie skuteczniej niż inni i z sukcesem i nie miało to z Nowym Rokiem nic wspólnego.
Teraz jednak sama się ze sobą zakładam, czy wytrwam. Postanowiłam bowiem ponownie zacząć dokumentować własne prace. Nie mogę bowiem zrobić takiego pięknego podsumowania roku 2018 jak inne kraftujące blogerki, bo niemal wszystkie moje dzieła są ulotne i większość się ulotniła bez fotki i notatki. Zatem nie zrobię kolażu ani wyliczanki.  Pamiętam że Pan Mąż dostał ode mnie 4 pary skarpet (jedna wełna z Biferno jeszcze czeka), zrobiłam 3 strzałki z Dundagi 6/1, letnią bluzkę z lnu w paski, drugą z Sugar w niebieskie ciapki, sobie niebieską Victorię i grube Dirty Martini i mnóstwo ubranek dla ratlerków, ale to i tak za mało na rok dziergania. No i co z tym kominkiem i czapką z malabrigo w których wczoraj wyszedł ode mnie miły gość?
Zatem postanawiam sobie zapisywać sobie w pięknym, grubym notesie służacym niby do zapisywania przeczytanych książek, który zaczęłam i... niewiele w nim napisałam, co, kiedy z czego i dla kogo wykonałam. I o ile śmiertelnie mnie to nie znudzi wpisać to również ze zdjęciem na Ravelry.

Dwie najużyteczniejsze rzeczy, które zrobiłam dla siebie jeszcze w 2018 też oczywiście nigdzie nie zostały pokazane ani opisane. Dirty Martini chwalony przez blogerki i koleżanki planowałam od dawna. Długo zwlekałam, bo niepokoił mnie kołnierz. Już czytając wzór widziałam, że to będzie zjeżdżało z ramion. Wełna czekała ponad rok, dokupiłam do niej kontrastujacy kolor zupełnie bez sensu i innej niż trzeba grubości, naprawiłam ten błąd i w końcu Dirty Martini powstało. Z pół kilograma Lettlopi w przepięknym jasnym granacie czy jak kto woli ciemnym niebieskim kolorze. Takie barwy to ma tylko prawdziwa islandzka lopi.







Robiąc te zdjęcia Pan Mąż nie zauważył łat ze światła.  Wcześniej swetra nie obfotografowałam bo po pierwsze nusiałam się uporać ze spadajacym kołnierzem. Nie było łatwo, bo zostało aby pół metra wełny. Znalazłam jednak gdzieś(!) próbkę, sprułam ją i odzyskaną nitką wykonałam w poprzek kołnierza- tam gdzie się powinien trzymać człowieka-  dość ciasny łańcuszek. I od tamtej pory mam go niemal ciągle na sobie. Gruba lopi zapewnia mi komfort termiczny w chłodnawym mieszkaniu i pod przejściową kurtką od Olafa. Krój swetra przysłania to i owo, kolor pasuje do mnie i innych mieszkańców mojej szafy.
Krótko przed świętami zrobiłam sobie replikę wykonanej już kiedyś dla koleżanki czapki Kittywake od Alice Starmore. Oba egzemplarze powstały z alpaki, ten dawny z Sierra Andina, obecny z Alpaki od Dropsa



Wzór jest w książce Alice Starmore  Aran Knitting. Autorka sugeruje druty 3 i nieprodukowaną już wełnę do tego projektu. Oba moje egzemplarze zostały wykonane na drutach nr 2 i nie są za małe. Robię dość ścisło i zwykle moje próbki zgadzają się z zalecanymi na zadanych drutach. Tylko pani Starmore dzierga jak moja babcia, której skarpetki stały same  będąc czystymi i niesfilcowanymi.
A teraz pa pa, bo woła mnie syrenim głosem golf z Dundagi 6/1. Ta wełna ma w sobie jakiś czar, bierze się ją w rece i humor poprawia się natychmiastowo.

niedziela, 9 grudnia 2018

Maluje się

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Początek sezonu w Domu Kultury niespecjalnie mi się zaczął. Nie mogłam odnaleźć urody w ustawianych tam kompozycjach i martwych naturach. Zrobiłam jako pilna uczestniczka kilka pasteli na których są niezłe fragmenty, ale nie tak fajne, żeby zaraz się chwalić. Jak się nie podoba temat to nie idzie i już. 
I kiedy już miałam całkiem sporo nieudanych i nieciekawych prac Basia postawiła nam na stoliku samowar. Bez przekonania się za niego wzięłam i bezprzekonanie mi szybko minęło. Samowar wisi w kuchni i chyba już jest suchy, ale damy mu jeszcze trochę czasu nim dostanie werniks i ramę. Na widok tego obrazka na Fb szwagier oznajmił szwagierce że kupiliśmy sobie samowar.
Nie kupiliśmy, to nie nasz. Ale fajny. Liście, hortensje i skrawki szmatek tez fajne.


Po samowarze padło hasło postać ludzka. Najpierw szkic rysunkowy, potem jakaś kopia. XVII albo XVIII wiek. Żadnych współczesności, bo ponoć kilka lat temu już się na współczesnych golasach koleżanki dobrze potłukły. Nim się coś uprości dobrze wiedzieć jak nieuproszczone wygląda. A z tym krucho. Dziś anatomię znają tylko lekarze. Zaczęłam przeglądać te siedemnaste i osiemnaste wieki i zimno mi się zrobiło na myśl, co z tych pięknych gołych wenusów i adonisów powstanie na naszych płócienkach. W końcu znalazłam coś, co wyglądało mniej idealnie niż Michały Anioły i Caravaggia: akwafortę Rembrandta przedstawiającą Dianę. Ale jakaż to Diana! Cycki jej wiszą, brzuch ma wielki, łapy jak z pure ziemniaczanego uklejone, ślady podwiązek i nierozgarnięte spojrzenie. Nie ukrywam, skopiowałam metodami iście siedemnastowiecznymi, na płócienko z recyklingu. Pierwotnie miał na nim powstać koszyczek z kwiatkami. Brrr. Tylko kotka brakowało bardzo słodkiego do tego koszyczka.
Zatem biały akryl, szlifierka do pięt, druga warstwa akrylu i płócienko malutkie znów było gotowe na olej. Po sześciu godzinach malowania zagościła na nim Diana.


Kolor jest cały mój, bo Rembrandt zrobił to czarno białe w akwaforcie. I z koloru ciała jestem bardzo dumna.  Przez lata mieszkania na Starym Mieście naoglądałam się golasów namalowanych sjeną aż mi to nosem wychodziło. To ciało nie ma w sobie sjeny ani ani. Żadnej sjeny. Ma dużo bieli, czerwień angielską, ultramarynę, zieleń oliwkową i trochę ochry. Cienie są chłodne, bo Diana nie siedzi przy ognisku, tylko w wodzie nogi moczy. Obrazek nie jest skończony, ale Pan Mąż już się kłóci, że to ma wisieć u niego w gabinecie.

A w domu tez się maluje, nie tylko na Stokłosach
Pigwy z Lanckorony się namalowały na przykład.


I jeszcze trochę magnolii, bo na magnolie jest zapotrzebowanie.


I siedziałabym tak bez końca słuchając cichutko beatlesów bez słuchawek i malując te kwiatki ale się nie da. Bo psie sweterki, jakaś haftowanka wyproszona też jest w trakcie. I książki się w stosach piętrzą. I strasznie bym chciała sobie wydziergać golf i sukienkę, ale to wszystko co dla mnie spadnie chyba na po świętach.
Co do książek Bardzo polecam dziełko "Antysocial Media" o tym jak Fb oddala nas od siebie, zagraża demokracji, robi nam z mózgu wodę, jak załatwił na cacy prasę i dziennikarstwo. Jak się okazuje nie wszystko co przyjemne dla nas tu i teraz służy nam jako gatunkowi. Fb jest dla naszego życia politycznego i gospodarczego  tak samo zdrowy jak kokaina, heroina wysoko przetworzone jedzenie i smog dla naszych ciał.
Zresztą nie ma o czym mówić bo proces jest nieodwracalny a świat potrwa już niedługo czy nam się to podoba czy nie. Katastrofa ekologiczna nabiera prędkości i cieszmy się tym co jest, bo i tak nic innego nam nie pozostało. W styczniu planujemy pojechać na Hel nim się z niego archipelag zrobi.


piątek, 23 listopada 2018

W domu i w zagrodzie

Od samijutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Frania skończyła trzy lata i sądząc po ogonie jej życie wkroczyło na nową, bezbolesną ścieżkę.



Na tym niezbyt wyraźnym zdjęciu Frania zajmuje się swoim urodzinowym prezentem, pieczonym rozbefem z kością. Niestety nieupieczonego mięsa z kością jeść nie chce. Nie weźmie również do paszczy kosmatej zabawki, futrzanego lisiego ogona, piłki tenisowej ani żadnych tekstylnych przedmiotów. Nie dotknie za nic zębem dłoni. Bardzo się swoją paszczą delikatnie ze światem obchodzi, aż dziwne.
No i nareszcie jest zupełnie bezbolesna. Chodzi znów na czterech nie bolących łapach, jeszcze trochę kica jak tempo marszu jest zbyt żwawe, ale codziennie pokonuje na 4 nogach dłuższe dystanse. Nie wiem, czy będzie skakać. Teraz prosi, żeby ją włożyć na fotel czy na kanapę. Niby to kłopotliwe, ale rehabilitantka mówi, że może to i lepiej. Skacząc bez stawów biodrowych można sobie różne ścięgna i troczki ponadrywać. W ciągu dwóch lat u mnie Frania miała 4 operacje z narkozą. Myślę że to jej zupełnie wystarczy. Na forum cairnów co i raz ktoś donosi o zerwanym więzadle krzyżowym i operacji. To już niech sobie nie skacze. Za to lubi węszyć.

Zimno się zrobiło i psie stadko u Misi trochę się trzęsie. Gutek, maciupki ratlerek porośnięty króciutkim meszkiem trząsł się bardziej niż inni. I nic na niego Misia nie dała rady kupić bo jest za mały. Wszystkie psie ubranka były za duże. W skarpetce pana z wyciętymi na łapki dziurkami Gutek wyglądał nieszczęśnie. Z resztki Dundagi powstał sweterek dla Gutka.



Robiony ryżem cieplutki sweterek! Misia pochwaliła się nim na FB. Zaraz się zgłosiło kilka ratlerkowych mamuś czy ich pieskom też bym nie zrobiła. Zrobiłam tej, która przesłała wymiary.


Sweterek poleciał na sam koniec kraju i już doleciał. Jestem ciekawa jak będzie z ratlerkiem w środku wyglądał.
Druty są w ciągłym ruchu, ale z opisywaniem wyrobów jakoś mi nie idzie. I kolejne skarpetki Tomkowi zrobiłam i kardigan Dirty Martini z lopi alafoss w przepięknym ciemnym błękicie. Tapczan pełen wełny woła mnie wciąż syrenim głosem, aż mi się ręce do tego trzęsą. Nogi marzną, glowa marznie, przeciąg po domu hula. Jakiś obłęd dziewiarski złapał mnie w pazury i trzyma. Im więcej przysyłają mi na maila reklam odzieży z poliakrylu i poliestru tym większy mam apetyt na wełnę, która dawniej rosła na jakimś baranie. Koleżanka blogowa Lucy obdarowała mnie ostatnio takimi cudnymi wełnami na skarpetki, że nie wiadomo, od której zacząć. Brakuje mi kilku par rąk aby to wszystko chociaż pomacać i pomiziać nie wspominając o przerobieniu na odzież!
Zostawmy tego Stasia. Żadne wyrzuty sumienia ani kompulsywne dzierganie go nie zmniejszą. Ma widać być duży.
Pan Mąż był na konferencji w sprawie antyterroryzmu. Jak zwykle zgarnął wszystkie gadgety. On kocha takie rzeczy i znosi do domu tuzinami. Tym razem przywiózł coś bardzo dziwnego, ani on, ani ja, ani Irek, ani Misia ani mądra Danka nie wiemy co to jest. Jedynie Frania wiedziała jak to wykorzystać, bo nie jest włochate ani surowe. Bawiła się tym ślicznie. Wie ktoś co to naprawdę jest?


wtorek, 23 października 2018

Okulary do czytania

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

No i się dorobiłam. Trzy lata noszę moje ostatnie progresy i na codzień jestem nimi zachwycona. Człowiek w stanie pionowym w szkłach progresywnych widzi dobrze na każdą odległość. Są cienkie, lekkie, mają wszystkie wypasione powłoki i są pierwszą rzeczą, którą nakładam na siebie rano i ostatnią, którą zdejmuję wieczorem. Tyle, że po trzech latach znów ręce powinny urosnąć, czytanie w łóżku zrobiło się niedostępne (tylko jednym okiem i boczkiem). Stare książki drukowane drobną czcionką na szarym albo pożółkłym papierze nie dawały się czytać.
Poszłam do okulisty. Naradziła się pani doktor z komputerem, z tablicą z literkami i ze mną. No nie ma sensu zmieniać progresów na kolejne progresy, bo te są dobre. I wszystkie zakresy z życia codziennego łącznie z samochodem i czytaniem krótkich tekstów w dobrym świetle mam. Kosztują takie szkła cholernie dużo jak mają wszystkie potrzebne powłoki, antyrefleksy, utwardzenie, pocienienie i same biegiem ciemnieją na słońcu. Do samego czytania, haftowania czy malowania te wszystkie bajery nie są potrzebne. No może filtr blue control jak ktoś czya dużo na ekranie tabletu.
Zatem dostałam receptę na pierwsze w życiu osobne, babciowe okulary do czytania. 
Tym razem nie poszłam do okularowego marketu ani do wypasionego salonu. Poszłam do polecanego przez wszystkich doświadczonych ludzi z sąsiedztwa osiedlowego optyka. Soczewki miał do dyspozycji takie jak wszystkie salony, bo to zawsze jest rzecz zamawiana na obstalunek. Za to oprawki miał takie, jakich w Vision Express nigdy nie znajdziecie.
I mam takie okrąglaki w jakich od zawsze wyglądam najlepiej. Nie grozi mi sytuacja, że pewnego dnia rozejrzawszy się w autobusie zobaczę że mam na nosie to co wszystkie inne stare baby dookoła. Coś co w momencie kupna jest szczytem mody, a po roku szczytem obciachu. Tak to sobie można kupować oprawki dla przebierańców a nie ważny element codziennej stylizacji, którego nie sposób tanio zmienić. Bo jak o oprawki chodzi to trzeba je dobierać do twarzy a nie do mody. Jeszcze bardziej niż butów nie da się tego kupić w internecie. Nie ma się co łaszczyć na oprawkowe wyprzedaże, wszystko trzeba przymierzyć przed lustrem. Nieznaczne różnice kształtu, barwy czy rozmiaru mogą dać dramatyczne i nieciekawe rezultaty.
I nareszczie mogę czytać w łóżku.

PS. Duże fotochromowe szkła albo i niefotochromowe ale troszkę przyciemnione fantastycznie chowają to, co z wiekiem chciałybyśmy schować. Popatrzcie na Yoko Ono, od lat osiemdziesiatych, czyli jak była około pięćdziesiątki nie pokazała się światu bez takich okularów.

wtorek, 9 października 2018

Jak z dzieckiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Minęło wiele, wiele lat, odkąd chodziłam po parku ze spacerówką, w której rezydowała Misia. Jeździłyśmy do parku na Skarpie, obok Sejmu, dzieciak uczył się chodzić po parkowych alejkach, a jak się zmęczył, to potrafił i na czworaka pomykać asfaltowymi alejkami. Drąc cenne ogrodniczki na kolanach. Spacerówka była moją wierną przyjaciółką. 
Kiedy Kretka miała problemy z chodzeniem zorganizowałam sobie wózeczek spod śmietnika, mocno przechodzony i wypłowiały, ale z nienagannie pracującymi mechanizmami hamulców i składania. Długo Kretka go nie używała, bo ją na łapy postawiliśmy i sama mogła chodzić. Wózeczek stał w komórce i pajaki przyoblekały go w gustowne koronki. Ostatnio w czerwcu woził worki kleju do remontu. Dziś wyciągnęłam go z komórki, otrzepałam z grubsza z pajęczyn i cementu, zapakowałam do niego Franię, Muszkę na smycz i poszłyśmy w ulubione krzaki.


 Krzaki są dość daleko jak na kogoś , kto tydzień temu przeszedł ciężką, kostną operację, a noga sprawna też jest sprawna inaczej. Owszem chodzi się na niej, ale tam też nie ma stawu biodrowego. Ten mięśniozrost musi się porzadnie zrosnąć. No i wczoraj skończyły się zastrzyki przeciwbólowe z Metacamu. Zatem wózeczek.

A starszak biegnie przodem , jak dzieci...


Dotarłyśmy na miejsce. Wózeczek parkuje przy ławce a dzieciaki się rozbiegły.


 To są ulubione krzaki Frani. Tu mieszkają szare myszy, które jak nas słyszą to pryskają gdzie pieprz rośnie. A Frania się usprawnia.


Starszak poszedł w swoją stronę. NIe trzeba starszaka pilnować, zna trasy i będzie siedzieć przy ścieżce czekając na mnie. A zawołany przyjdzie w podskokach. Franię trzeba z krzaków wyjąć ręcznie, taka właściwość Cairnów i nie ma się co złościć.
Po 40 minutach buszowania psina siadła na ogonie, znaczy ma dość. To wracamy.


A jak zdejmiemy szwy to zaczniemy znów rehab. I miejmy nadzieję pożegnamy się z wózeczkiem. Ale póki co cieszę się że go mam.

sobota, 6 października 2018

Wyprostować krzywulca

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zachwycona projektami Alice Starmore sprawiłam sobie kiedyś najstarszą wersję książki Tudor Roses ze swetrami fair isle w konwencji dynastii Tudorów. Książka miała wznowienia, ale nie było w nich już ani modelu Jane Seymour, ani Henry VIII, zatem zostanę przy moim egzemplarzu z oślimi uszami i nowego nie kupię. Swetry są zachwycajace, choć niby dla mnie za małe. Ale w książce Fair Isle Knitting Alice Starmore detalicznie objaśniła jak się te swetry robi, jak się wylicza wzory aby zgadzały się w pionie, poziomie i na ramionach i jeszcze na człowieka rozmiarów dowolnych wlazły. Wygladało to na niezwykle skomplikowane, poza tym krótkie obliczenie ceny surowca na coś takiego studzi nieco zapędy wykonawcze. Tweedy od Jamiesona czy oryginalne włoczki od Virtual Yarns to obłęd jak o cenę chodzi. Nie dla mnie. Zwłaszcza w połączeniu z mozolnością roboty. I niejasnoscią, czy to się w ogóle zrobi.
Ale odkąd w sklepie Liloppi  jest w sprzedaży Luna, a we Włoczkach Warmii Inga, czyli w obu przypadkach Dundaga Lace 6/1 w bajecznych wprost kolorach we łbie zaczął mi kiełkować pomysł fałszywego swetra fair isle. Może nie takiego prawdziwego, z kolorami zmienianymi w każdym rzadku, ale jakby tak zdać się na wełnę w sprawie przechodzenia barw a zastosować wyrabiany wzór z innego motka? Ravelry pokazało wiele tak wykonanych swetrów z łotewskich wełen i efekt jest zawsze wspaniały.
Zatem upolowałam dwie różniące się tonalnie wełny (no bo wzór ma być widoczny niezależnie od tego jak te kolory się same ułożą), zrobiłam próbkę, policzyłam wszystko jak trzeba i zaczęłam dłubać.


Na oryginalnym swetrze Jane Seymour wzór który wybrałam na mój wyrób stanowi tylko dyskretny, ledwie widoczny element fragmentów. Ja mam zamiar go zrobić na całości wyraźnie, renesansowo i spójnie. Na razie wygląda to tak:


Efekt jest wspaniały, ale nastąpił pewien zonk. O tym, że Dundaga w robocie ściegiem pończoszniczym daje dzianinę skręconą, wiedziałam. Na pojedyńczeej dzianinie bez zapięcia rzecz można zlekceważyć. Ale mieć w kardiganie zapięcie od lewego obojczyka do prawego biodra???
Zapytałam ekspertów. Najpierw w dziele dziewiarskim typu Wstęp Do Nauki O Słoniu (1000 stron o dzierganiu, bardzo teoretycznych). Autorka kazała rozkrecać wełnę w trakcie robienia, aby ją zrelaksować. Rozkręcałam, zaczęła się rwać. Tyle, że nie dodaję już przekręconej przędzy dodatkowego skrętu rozwijając ją byle jak z motka, a odkręcam te ciasteczka na śliskim stole.
Danka i ekspertka od łotewskich wełen Łada kazały dorzucić tu i tam po kilka lewych oczek, byle nie robić ściągacza. Ściągacz będzie się kosił. No i tak w trzecim powtórzeniu wzoru tło zaczyna być robione jakby ryżem. Nie konsekwentnym ryżem, bo na styku kolorów w poziomie lewe nad prawym  będzie strasznie wyglądało i wzór zginie.
Chyba pomogło, ale kilka pierwszych rzędów szło jak krew z nosa. Strasznie trudno zrobić lewe oczko z tym ustrojstwem do nitki na palcu i z obiema nitkami do niego przymocowanymi. Robiłam to pomagajac sobie i językiem i stukając nogą. 




Diabli wzięli klasycznego fair isle, ale prosto jest. Mam nadzieję że ryżowa krupa nieco w praniu się schowa.
Ten sweter zapowiada się na robotę wieloletnią. Chwilowo są warunki. Z okulawioną Franią na jednej niekoniecznej a drugiej nieczynnej nodze nie da się chodzić, Pan Mąż w wirze roku akademickiego, reformy Gowina i różnych ogólności interesuje się mną dość przelotnie, więc mogę siedzieć i dłubać. Ale to jest bardziej jak haft niż dzierganie. Szybko nie skończę a są inne priorytety. Kardigan choćby, Mirelle wołające z tapczanu i moc prześlicznych skarpetkówek.
Jak polegnę na rękawach to będzie kamizelka. Tylko po co mi kamizelka???