poniedziałek, 13 listopada 2017

Osiągnięcia hodowlane

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wczoraj minął rok jak jesteśmy bez Kretusi, teraz mamy takie pieski:




Jeden i drugi egzemplarz dumnie reprezentują narodowe tradycje hodowlane. Frania jest cairn terierem. Wywodzi się ze Szkocji, z Wyspy Sky, jest najstarszym z czterech szkockich terierów. Ci co się znają na rzeczy twierdzą, że pokrój tego psa nie zmienił się od średniowiecza. Wprawdzie jako osobną rasę zarejestrowano cairna dopiero w 1910 roku, ale od setek lat te malutkie (pierwotnie ok 5 kg) psiaki samodzielnie buszowały po szkockich skalnych rumowiskach polując na lisy, kuny i innych pustoszących kurniki drapieżców. Pilnowały domów, towarzyszyły ludziom.  Prawo angielskie (i szkockie) zabraniało pospólstwu posiadania dużych psów, to mogli jedynie szlachcice. A ponieważ psy w gospodarstwach były potrzebne więc prości ludzie trzymali małe, odporne i samodzielne zwierzaczki. W takiej Szkocji prości ludzie przez stulecia utrzymali cztery wspaniałe rasy! Teriera szkockiego, westie, cairna i sky teriera.
To musieli być bardzo zdyscyplinowani włościanie, nie było im wszystko jedno co się z czym skrzyżuje, skoro potrafili wyhodować i utrzymać rasę odpornych, małych, uroczych, samodzielnych, łownych  pieseczków. Pod tym względem polscy włościanie są za Szkotami daleko w tyle. Muszka jest godną przedstawicielką typowej polskiej rasy zagrodowej. Owszem, ma swoje zalety, zjadła nawet kiedyś kreta razem z futerkiem, niewiele jej trzeba do szczęścia, ale nikt nie wybiera się wpisywać jej do Księgi Psich Ras.




Na szczęście dla cairnów nigdy nie stały się one rasą przesadnie modną. Hodowcy zajmujący się nimi (i nimi zauroczeni) robią wszystko, żeby zalety rasy utrzymać. Zatem pilnują twardego, odpornego  na pogodę i brud futra, które trzeba trymować i nie daj Boże strzyc, bo zmięknie i nie będzie psa chroniło. Pilnują dziarskiego, nieustępliwego charakteru i ślicznego kształtu oraz sprawności terenowej pieska. Wprawdzie tak jak wszystkie rasy cairn mocno przybył na wadze w ciągu ostatniego stulecia, ale to mocniejszy kościec i masa mięśniowa a nie sadło. Modne rasy nieuchronnie ewoluują w dziwną stronę dla uciechy posiadaczy. Biedne teriery szkockie mają teraz tak krótkie nogi, szeroki tułów i długą sierść, ze nie mogą zrobić kupy nie obesrawszy sobie dokumentnie zadka. O włażeniu na drzewo za kotem już pewnie nie pamiętają.  Z dzielnych pogromców szczurów i lisów zrobiły się kwadratowymi, nieruchawymi tłuściochami. Owczarki niemieckie ledwo chodzą, bo komuś spodobał się podwinięty zad. A cairny są jakie były. Moda zmienia im tylko fryzurę na mordce. Oto słynny Toto z Czarnoksiężnika w Krainie Oz:



A to modnie uformowane łebki eleganckich cairnów:



Toto nie ma głowy uformowanej w kulkę z kolistą kufą, Toto jest pięknie wiatrem czesany. I tak samo wiatrem czesana robi się Frania. Nie będę jej wyrywać palcami włosów z uszu i mordki, bo bardzo tego nie lubi, wyrywa się i popłakuje, pies trącał modę.



Ograniczam się do trymowania sztywnej sierści na tułowiu, co jest przyjmowane spokojnie i wycięcia włosów wchodzących do oczu oraz pielęgnacji łapek. Nie będę przemocą trymować ogona na marchewkę, Frania ma na ogonku zakazaną flagę i co z tego, ma to ma.
I odkąd podjęłam postanowienie o niezamęczaniu Frani w imię urody Frania jest dla mnie dużo milsza. Wczoraj przyniosła mi pierwszy raz szarpaka do zabawy.



A Pana Męża, który jej futerka nie skubie, wita serdecznie nawet po chwilowym niewidzeniu. Jestem zazdrosna i też chcę być tak traktowana.

wtorek, 7 listopada 2017

Cztery lata planowania i... jest!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chciałam mieć i mam:
Najbardziej niebieski z niebieskich, bardziej niebieskim być nie można, sweterek z Vogue Knitting/ Fall/ 2013. Spodobał mi się od razu, ażur i półpatent dobrze wyglądają i tworzą wzór fantastycznie schodzący się na ramionach. Dzięki temu ściegowi sweter jest niesamowicie elastyczny, lepiej tego z akrylu nie próbować robić. Patent jak to patent, czy po dzisiejszemu brioszka, zjadł sporo wełny i strasznie się powoli robił. Wełny szukałam długo, w końcu znalazłam Lopi Einband w kolorze Vivid Blue. Ciekawe czy mnie zje, tak czy inaczej na całkiem gołą skórę się nie bardzo nadaje.


Pstryknęłam nim aparat pożarł kolor bo mu coś nie odpowiadało. Nie wiem dlaczego ten ażur tak nierówno siedzi w swojej grządce, po obu stronach ma po 2 lewe oczka, a nie jest po środku. Na próbce wykonanej mniejszymi drutami było ok. Sprawdzałam na Ravelry, innym paniom wychodziło to jeszcze gorzej.
Oryginalny sweterek ma mały golfik. Dla mojej szyi półgolfy się nie nadają, ja muszę mieć wycięcie V, bo inaczej szyja mi zanika. Nawet myślałam jak to wykończyć i czy w ogóle to wykańczać przy szyi, ale jakieś takie gołe było w tej postaci:


Błękitu nigdy dość, zatem koleżanka dostanie kobaltowe mitenki z szetlandzkiej wełny z japońskim wzorkiem:

Proszę tylko koleżankę, aby nie narzekała na pomyłki we wzorku. Tylko Pan Bóg jest nieomylny!
Z podarowanych pojedynczych kłębków dropsowego Fabela powstały jeszcze skarpetki, jak znam życie nosiciel się biegiem znajdzie.

A za chwilkę, za kilka dni podsumujemy rok z Franią!

Dopiero jak zajrzeć do postu z listopada zeszłego roku to widać jak się psina zmieniła, Nie lubi trymowania futerka na mordce, to nie trymujemy. Taka jest wiatrem czesana.

piątek, 27 października 2017

Staś trzymany w domu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Coraz częściej na naszych szarotkowych, dziewiarskich spotkaniach poruszany jest temat niejakiego Stasia. (Właściwie chodzi o coś zwanego stash po angielsku a Vorrat po niemiecku, po polsku powinny być to zapasy; chodzi o zapasy włóczki zbierane przez dziewiarki). Nikogo nie dziwi, że mechanik samochodowy ma hangar młotków, spawarek, podnośników i innego szpeju. Ktoś reperujący elektronikę tonie w kablach, podzespołach i kalafonii, krawcowa zwykle ma szafę tkanin, malarz bezwstydnie posiada farby, pędzle i drabiny a szewc klej, kopyto i skórzane łatki. Może to dlatego, że oni wykonują pracę zawodową a my tylko hobby to im wolno mieć potrzebne zabawki, a nasze to coś wstydliwego? 
Nie wiem. Na pewno mam w domu więcej książek niż włóczki.W każdym pokoju są co najmniej dwa pokaźne regały do sufitu, szafy we wnękach przyokiennych są pełne papieru, wielka meblościanka w piwnicy zapchana jest tym towarem, że o mało nie pęknie a i druga piwnica powoli się zapełnia. Mimo to Pan Mąż nie twierdzi, że mamy za dużo książek i nie wywraca oczami, że jakaś przybyła. (Mnie dziś przybyły trzy, z czego jedna to bardzo gruby King, do niego listonosz rano przyniósł jedną). A włóczkowy Staś to jakiś problem? Mam równo trzy szuflady surowca do przerobienia i nie wydaje mi się, żeby to było szczególnie dużo. O co ten raban, czemu temu Stasiowi koleżanki poświęcają aż tyle myśli i czasu? Postanowiłam zgłębić temat. Przeczytałam A Stash of Ones Own Clary Parkes. I dowiedziałam się, że to co mam, to nie żaden Staś a zaledwie podręczny Stasinek. Bo niektórzy/re to mają pełną piwnicę worków z surowcem. Albo pokój gościnny zamieniony na przechowalnię, z regałami i programem magazynowym aby w tym nie zginąć. A co gorsza są Stasie przeogromne nie wiadomo czego, bo nie prowadzono księgowości, banderolki poginęły i właścicielka zupełnie się już w swoim Stasiu nie orientuje. 
Po lekturze książki wiem że należę do dziewiarek bez Stasia, jak Amy Herzog. Nie kolekcjonuję kłębków dla samego zbierania. Nie turlam się w moich zbiorach. Wiem co mam i wiem na co to jest. Kupuję wełnę (tylko wełnę, wełnę z jedwabiem, len lub alpakę, jak się da to i kaszmir z odzysku) na konkretne wyroby w konkretnej ilości. Na bluzkę ma być minimum 1200 metrów, na skarpetki 400 metrów. Na szal estoński powyżej 1200 metrów, na szal mniejszy 800 metrów wystarczy. Nie kupuję pojedynczych bardzo pięknych kłębków bo do podziwiania są obrazy i biżuteria, zwierzęta, rośliny i muzyka, a nie najpiękniej nawet ufarbowane 100 metrów wełny z której nie wiadomo co zrobić. Całe dzieciństwo musiałam nosić babcine wyroby z włoczek łączonych w niewiarygodne "tweedy" bo każdej było za mało. Babcia kupowała to co było z pieniędzy skręconych z koszyczkowego, bo własnej pensji nie miała. I robiła co musiała z tego co było. 
Nie znoszę takiej partaniny i łataniny, nie lubię mieć każdego rękawa innego koloru i w związku z tym nie nadaję się na kolekcjonerkę ręcznie farbowanych cudownych motków. Każda próba dziergania z takich motków to była wtopa. Sweter z Arco Iris Silky Merino od Malabrigo każdą część miał w innym kolorze mimo dziergania co drugi rząd z innego motka. Z fioletowego BFL wyszedł sweter we wzór mory i poszedł do ludzi. Jedynie własne farbowanie semi solid dało mi kolor jakiego oczekiwałam. Zatem jeden motek na skarpetki jest OK, farbowanki z Włóczek Warmii są OK, widziałam dosyć wyrobów z tej wełny, żeby ufać farbiarce, ale nie po to robię sobie odzież sama ze szlachetnych surowców, żeby chodzić w łaciatych, brzydkich rzeczach. A ponieważ robię sobie odzież wełnianą, to nie potrzebuję stert ocieplających chust zaprojektowanyc w paski jedynie dla uprzatnięcia domu z bezmyślnie kupionego, szalenie pięknego Stasia bo i tak mi ciepło.
Co do dziewiarek z pełnoprawnym Stasiem to nie mam zdania. Może kupują tę wełnę na pocieszenie? Może dla jej kolorów? To rozumiem, dla kolorów kupiłam naprawdę dużo kredek i suchych pasteli. I myślę, że niech każdy kupuje co chce. Jeżeli z powodu tych zapasów nikt nie głoduje, nie oszczędza się na dzieciach, lekarzu, weterynarzu i babci, nikomu zatem nie dzieje się krzywda, to o co ten hałas? Bo jak się jednak zaczyna głodować, dzieci chodzą w swetrze a bez dajmy na to okularów, a babci nie wykupujemy leków, to jednak jest przegięcie i psychiatra potrzebny na cito. Taki od uzależnień.

piątek, 13 października 2017

Zobaczymy jak to będzie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niebawem po ślubie Mąż nr 1. zakomunikował mi że u niego na wydziale będzie kurs na prawo jazdy i że powinnam go zrobić. Ten kurs znaczy powinnam zrobić i prawko. Zapłaciłam, jeździłam na kurs teoretyczny i praktyczny i jak sądzę nie miałam do tego wielkiego talentu. A może fakt, że w ciągu godziny instruktor obrabiał nas dwoje kursantów miał tu coś do rzeczy. O ile ja sobie wydawałam się mało zdolna, o tyle mój współkursant, Wietnamczyk , sprawiał wrażenie, że ... on to dopiero jest niezdolny.
Zaliczyłam placyk, zaliczyłam jazdy, zdałam teoretyczny (wszyscy zdali) a po egzaminie kursanci, instruktorzy i komisja bawili się razem wesoło do ostatniej flaszki. Szczęście, że Mąż nr 1 znał te zwyczaje i po mnie przyjechał bo bym na czworakach trawnikiem między jezdniami do domu wracała. 
Wydali mi dokument ale nie mieliśmy pojazdu. Duży Fiat, własność teścia był już wtedy pełnoletni i pozwalano nam z niego korzystać od wielkiego dzwonu. I mowy nie było, żeby ten szacowny pojazd prowadziła baba. Owszem pokręciłam się nim po lokalnych parkingach, nawet na szosie do Siedlec przejechałam kilka kilometrów nie przekraczając 40 km na godzinę i to wszystko, to całe doświadczenie jeździeckie jakie mam. Potem zajęłam się maniem dziecka, pracą i gospodarstwem domowym, prawo jazdy dane na 5 lat z powody krótkowzroczności straciło ważność, a samochodu dalej nie mieliśmy. Nie miałam także nigdy wolnych dwóch stówek na badania lekarskie dla odnowienia dokumentu. Ani nijakiej ku temu motywacji. Mieszkając w samym centrum miasta obok dworca ma się niewielką motywację, bo i tak wszędzie można dojechać.
W małżeństwie numer 2 samochód wprost z salonu pojawił się dość szybko. Ale wystarczyło tylko popatrzeć na Pana Męża żeby się dowiedzieć, że mnie za kółko nie puści za nic. Jedyna próba jazdy na kaczej fermie w Klebarku spowodowała dożywotnie wygięcie maski Fiacika. Zahamowałam na słupku. Pan Mąż był nawet gotów wieźć mnie na zakupy, ale trzeba się było na to tydzień wcześniej umówić no i zakupy w towarzystwie męża były bardzo stresujące: przez dział spożywczy przebiegał galopem i interesowały go skarpetki, buty i stroje. Po Fiaciku nastała piętnastoletnia era Octavii. Była wielka, i absolutnie należała do Tomka. Tu mi już żaden głupi pomysł do głowy nie przyszedł. 
Mamy teraz trzeci samochód z salonu, znaczy Pan Mąż go ma, nie ma dyskusji, Fabia musi być ciągle na chodzie i w kondycji tip top. Pan Mąż jeździ nią do pracy, a do Szczytna metro nie chodzi.
Co do mojego prawa jazdy, to ograniczyłam się do niezgubienia go. Ostatnio ortopeda bąknął, że może wszystko to co noszę na plecach dało by się przewieźć jakimś autem. Wyciągnęłam zatem papierową, spłowiałą książeczkę z 1984 roku, pomyślałam i poszłam do urzędu zapytać co z tym zrobić. Miła pani w okienku wszystko mi wyłożyła, dała formularze i wysłała do lekarza orzecznika i do fotografa. Składając kilka dni później papiery w tym samym okienku byłam jedyną przygotowaną i nigdzie nieodsyłaną osobą. Papiery przyjęto i dziś odebrałam prawko ważne znów 5 lat. Przy okazji dostałam namiary na orzecznika który nie robi problemów i daje na zawsze. Za 5 lat go pewnie odwiedzę. Misia załatwiła mi pakiet Dobry Kierowca ze szkółki prawa jazdy. Skończę z tym pakietem to sobie jazdy wykupię u sensownego instruktora.
A w przyszłym roku kupię sobie własną furę, starą i poobijaną, taką w sam raz do nabierania wprawy. Jeszcze nie wiem co to ma być. Rozmiarem i użytecznością wystarczył by mi Smart, ale stara Toyota też się nada. Do sklepu, do weterynarza, na cmentarz, do lasu nic więcej mi nie potrzeba. Sama nie wiem, czy bardziej się boję, czy cieszę.

wtorek, 10 października 2017

Co psu do szczęścia potrzebne?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Mam koleżankę fachowca od psów. Dużo o nich wie i jak może stara się dowiedzieć jeszcze więcej. Ostatnio ukończyła nawet podyplomowe studia z psiego behawioru i jest teraz oficjalnie i na papierze  ekspertem w tej dziedzinie.  Niby behawioryści mają za zadanie pomagać właścicielom, gdy zachowanie psa jest niewłaściwe lub wręcz karygodne, ale oprócz tego behawioryści wiedzą wiele, wiele więcej. 
Bo weźmy takie spanie. No co w tym niezwykłego, śpi czworonóg 18 godzin na dobę. Niby śpi na pół gwizdka bo i tak zawsze wie kto idzie i kiedy podnieść raban, niby nie ma się nad czym zastanawiać. Ale kto psa obserwuje, ten wie, że psu się czasem coś śni. Łapami przebiera, poszczekuje przez sen, przy dokładniejszej obserwacji widać że oczy pod zamkniętymi powiekami szybko się ruszają. Typowa faza snu REM, taka jak u ludzi. Z badań pokoleń neurobiologów wiadomo, że człowiekowi brak fazy snu REM bardzo szkodzi na głowę. tak szkodzi, że psychozą się to kończy. Tak samo jest z psami. Im także marzenia senne są niezbędne dla zdrowia psychicznego. Tylko musi być do tego spełniony jeden warunek. Aby pies wszedł w sen REM musi być rozwleczony na całą długość. Rozciągnięty swobodnie i rozluźniony. A to się może stać tylko, gdy jest mu ciepło. Pies może żyć na dworze jak wszystkie dzikie psy i z zimna nie zdechnie ale śpi wtedy skulony chroniąc przed przemarznięciem brzuszek. I z snów nici. A skutkiem tego mogą być napady bardzo złego nastroju i merdanie kłami. Prawda że pies śniący jest nieco mniej czujny. Ale za to zdrowy na głowę. Dlatego psia buda musi być tak duża, by się Burek mógł w niej rozciągnąć. I tak ciepła, by dał radę to zrobić. A co do tych osiemnastu godzin snu to pamiętajcie o tym nawet na wakacjach, niech się zwierzak wyśpi. Bo musi.
Inna sprawa to żarcie. Pies w stanie dzikim za żarciem musiał się nachodzić. Znaleźć, wywęszyć, pomyśleć, jakoś rozkawałkować większą całość i w końcu napełnić brzuch czymś, co nie było bynajmniej łatwą do przełknięcia karmą. To zabierało czas i utrzymywało szare komórki w jakiejś aktywności. A teraz micha pojawia się sama i wystarcza szybko łykać.
Wcale tak szybko łykać nie powinien. Mądrzy ludzie głowią się jak to zrobić by psi łeb nawet w warunkach domowych coś przy jedzeniu z siebie dał. I żeby to żarcie wolniej przebiegało ( a potem się nie cofało na dywan). Są miski opóźniające pożeranie. Mają na dnie plastikowe igły z których bobki należy językiem wydobyć. Z plastikowej wycieraczki i pasków polaru można zrobić matę węchową w którą wsypuje się suchą karmę a zwierzak z tej sztucznej trawy musi bobki wydobyć.
Żarcia powinno być tyle, żeby zjedzenie go bez pośpiechu zajęło kwadrans. I żeby pies jeszcze na coś miał ochotę. Na przykład na suszony ogon cielęcy albo patyczek ze skóry. Bo sprawy żarcia szczęśliwemu psu powinny dziennie zajmować trzy godziny a nie dziesięć minut z oczekiwaniem na michę włącznie.
Życzę wszystkim psom dobrostanu i pogody ducha! Niech te studia nad czworonogami się czworonogom przydadzą.

sobota, 7 października 2017

Pracowity wrzesień

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Przez większość wrześniowych wieczorów powstawał szal - banan zrobiony według instrukcji, którą zamieściłam przy takimż szalu granatowym, przy Lipcowej Nocy. Ten także jest szalem dziękczynnym i ma kolory których używa osoba do obdarowania. Co ważne mój przepis się sprawdził. Robiłam go póki oczka się na drucie 80 cm mieściły, gdy było ciasno po prostu zakończyłam, trochę wełny jeszcze zostało ale nie będę jej już na nic przerabiać, pójdzie wraz z szalem na ew. łatanie dziur. Wełna to estonka artystyczna 8/1 kupiona trochę pomyłkowo, bo szukałam takiej samej ale 8/2. Zatem zużyłam i liczę że się nie pomyliłam w ocenie kolorystyki. Druty 4.

Zrobiłam sobie drugi raz czapkę z Mille Colori Sock & Lace, bo poprzedni egzemplarz komuś w maju oddałam. Wrzesień chłodny był i z reszteczki trzeba było ją bez czekania zrobić. Zrobiłam i mam. Jest w niej trochę mniej błękitu niż w poprzedniej, ale spokojnie, błękitna też mi chodzi po głowie. Bzowo - różowa zrobiona jest z najprawdziwszego kaszmiru z odzysku. Sweterek w lumpeksie był bardzo sfilcowany i nikt go nie chciał. Po rozkawałkowaniu okazało się że nie jest cięty i spruł się bardzo sprawnie. (Słyszycie? Sfilcowany kaszmir pruje się bardzo ładnie). Trzy nitki kaszmiru i jedna Kidsilk Haze od Rowana dały dzianinę tak rozkoszną w dotyku, że resztę chyba na szyjorzeja przerobię. Z granatową kurtką będzie akurat. Ceramiczne guziki z warsztatu w Lanckoronie jakimś cudem mają idealny odcień. Kolory lubią figle, czapkę odbieram jako różową bardziej, a guziki jako fioletowe. A to niemal identyczny kolor. Czapki są luźne aby nie osiągnąć specyficznego zimowego efektu czapkozy. Póki miałam masę włosów nie kleiły się tak łatwo do czaszki. Teraz doceniam luźniejsze nakrycia głowy.


A to początek swetra długo planowanego. Jego wzór ukazał się w Vogue Knitting, w jesiennym wydaniu z 2013 roku. Od tamtego czasu mam go w planie. Szukałam najbardziej niebieskiej wełny jaką zna świat i chyba znalazłam, na drutach 4 przerabiam cieniutką Lopi Einband. Szorstkie to jest, ale nie gryzie. Coś mi się nie do końca podoba połączenie ażuru z rybackim ściągaczem, próbki wychodziły lepiej, ale też podziwiałam je po upraniu. Ta wełna po upraniu pokazuje swoje drugie, puchate i miększe oblicze. Może będzie dobrze. Rybacki ściągacz powoduje, że to się strasznie wolno robi.


Nie tylko na drutach się robiło we wrześniu. Okna jesiennie umyte, pokolenia letnich much, które zdechły na oknach pod wpływem cudownych nalepek od kochanej koleżanki-blogerki usunięte, obiady się nie powtarzały, kilka książek przeczytanych i wysłuchanych, badania na prawo jazdy zrobione, dermatolog odwiedzony z powodu nagłych czarnych łat na prastarym znamieniu zaliczony - wycinanek na nodze nie będzie, jedynie steryd z kwasem salicylowym wdrożony. Zajęcia z malowania rozpoczęte, telefon wymieniony z nagła na nowy. Przy tej okazji Pan Mąż, który kocha się bawić nowymi telefonami i zawsze mi je konfiguruje wysłał w kosmos wszystkie zdjęcia. A wśród nich to jedno naprawdę istotne, z którego miał powstać spory olejny obraz. Nie zapisałam go na komputerze. Ale za to umieściłam na FB, gdzie się ładnie i bezpiecznie przechowało. Nawet rozmiaru mu FB nie zmienił. Obraz powstanie!



Strasznie zazdrościłam Lucy eMKo, że udało się jej zrobić zdjęcie Mirci z jęzorem wyciągniętym na całą długość. Jej zdjęcie robi piorunujące wrażenie. Moje jest tylko śmieszne i właściwie nie widać psa, ale ozór jest. Wymagało to wielu prób.

sobota, 16 września 2017

Jastarnia i Olaf

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


 Od lat podoba mi się najbardziej ze wszystkich lasów bór sosnowy na Półwyspie Helskim. A w tym roku z tablic oświatowych na wydmach w helu dowiedziałam się, że jest to jedyny na świecie las tego typu, występuje tylko tu i nigdzie indziej. I dobrze, bo uwielbiam te drzewa, te poduchy mchu, malutkie paprotki i światło przefiltrowane przez gałęzie. Nie uwielbiam tylko papierzaków, łajna przykrytego papierową chusteczką, a tego tam sporo. I biedna Frania urlop spędziła na smyczy.



 Najpierw było ślicznie jak z włoskiej pocztówki, potem wraz z odjazdem szkolnej dziatwy zrobiło się tak. I tak jak na zdjęciu jest także pięknie. Nad morzem zawsze jest dobrze. Pan Mąż planuje w tym roku krótki nadmorski pobyt w zimie. Nawet dowiedział się o czynne zimą pensjonaty. Ale ponieważ obiecuje to od lat i nic z tego nie wychodzi, to nie przywiązuję się do koncepcji.



A w chwilach przerwy od odpoczywania zrobiłam bukiet skarpetek dla kogoś miłego . Miejmy nadzieję, że się ucieszy i nie będzie ich oszczędzać.

Wróciliśmy w pewną bardzo mokrą i chłodną środę. Temat ciepłej odzieży po prostu sam się pchał do głowy, tym bardziej że pakując wiosną zimowe ciuchy do piwnicy widziałam gołym okiem ze jesienno zimowe kurtki nadają się już do zarchiwizowania w koszu na śmiecie.  Moze nie wszystkie akurat tam, ale jasne było ze zostałam właściwie bezkurtkowa. Stara puchówka po Tomku miała ęty raz w sezonie wyrwany suwak, kurtka z Tchibo także poległa na chory suwak i nagłą przewiewność. Na metce pisali że żaden wicher nie da jej rady, ale po praniu ta właściwość znikła. jeszcze wiosną na Szarotkach zadałam koleżankom pytanie gdzie kupić porządną zimową kurtkę w rozmiarze słusznym. Dwie osoby którym ufam unisono odparły że tylko u Olafa. Olaf to dwa sklepy ze skandynawskimi kurtkami, jeden jest w  CH Land, drugi w Galerii KEN. U Olafa miało być drogo i porządnie.
Moje wymagania co do zimowej odzieży może nie są jakieś wydumane, ale doświadczenie pokazuje że o coś takiego niesłychanie trudno: Rzecz ma być ciepła, lekka i za tyłek ( nie do pasa!) ma mieć pojemne, zapinane kieszenie i kieszeń wewnętrzną. Ma mieć kaptur i solidny zamek zapinany w obie strony, żeby przy kucaniu zamka nie wyrwać. Ma być wodo- i wiatroodporna, bo spaceruję w każdą pogodę, nie mogę sobie wybrać tejże. No i ma to mnie ogarnąć. Wąskie mankiety nie wpuszczające wiatru także są mile widziane.
Poszłam do Olafa jak na zimową odzież chyba za wcześnie. Ale okazało się akurat, bo już stojąc w drzwiach zobaczyłam to:

Ma wszystkie założone właściwości a ubrana w to wydaję się mniejsza niż bez tego. Bonusem jest wesoła podszewka w paski. Kurtka daje się prać w domu, jeśli nie dawać płynu zmiękczającego do prania to zachowa właściwości wodo- i wiatroodporne na wiele lat. Ponieważ do niczego nie dodaję płynu zmiękczającego, nie używam go wcale, to będę się tymi właściwościami długo cieszyć. Ma dwa lata gwarancji, jest hi-tech i bardzo się cieszę na kilkuletnie używanie bez konieczności zmiany co roku. Cena okazała się owszem wyższa niż w Tchibo ale do przyjęcia biorąc pod uwagę wielokrotnie dłuższy czas użytkowania. Zdaniem sprzedawczyni to kurtka przejsciowa, ale na mrozy mam puchowy płaszcz i futro z szopów do pięt, zatem jestem na każdą zimę gotowa!

Acha, problem rozmiaru u Olafa nie występuje. Olaf ubierze wszystkich ludzi od niemowląt do rozmiaru 60. Moje mizerne 46 mieści się absolutnie w środku stawki i nikt na nie nie wybrzydza.