piątek, 18 października 2019

Rośnie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ośmiotygodniowy szczeniaczek zmienił się w dwunastotygodniowego podrostka, za miesiąc trzeba będzie wyskubać dziecięce kłaczki. Mieszkanie jest nieco przearanżowane, bo nic nie może leżeć na podłodze poza matami do siusiania. O ile nie ma żadnych innych chodników i dywanów Bajka faktycznie siusia na te maty. Co ma zostać w domu, zostało zrolowane i schowane. Wszystko to, co można było małymi ząbkami ściągnąć z mebli, powędrowało piętro wyżej. Widok koszyka na robótki na parapecie nie jest budujący, ale jak Księżniczka Leja się nauczy nie ściągać i przeżuwać wszystkiego co napotka, kosz wróci gdzie był. Cairnie dzieci są bardzo psotne, szybkie i przedsiębiorcze. Uważać trzeba na nie bez ustanku. Wpuszczone do jakiegokolwiek pomieszczenia lub przestrzeni najpierw penetrują jego granice. W pokoju przebiegną się wzdłuż ścian, w ogrodzie wzdłuż płotu. I natychmiast wynajdują słabe miejsca płotu, dziury gdzie można wleźć i wszelkie miejsca do psocenia. Bajka swoje przysmaki chowa w miejsca dla nikogo z nas niedostępne: za szafką z telewizorem, za ciężkim, dębowym kredensem i pod kanapą i fotelami. Frania nie ma szans. Frania jest ze wszystkiego okradana i musi być naprawdę czujna, by zjeść swój kawałek śmierdzącego żwacza, jelita czy kości.
Spuszczona na moment z oka Bajka na pewno zrobi coś zakazanego.
Ot przyniosła sobie zabaweczkę: 

Choć potrafi wyglądać jak istny aniołek. Teraz ja to piszę, a ona pożera mój wiklinowy kosz na śmiecie. Mam też od przedwczoraj nowe kapcie. Stare umarły na wygryzienie futrówki i gąbki.

 Cairn nie potrzebuje piernatów puchowych, żeby się wyspać. Natomiast bliskość właściciela albo choć jego zapachu jest bardzo pożądana.
Nim Bajka do nas przybyła bardzo się starałam zakończyć część dziewiarskich projektów. Było jasne, że przez jakiś czas będę mniej dziergać. Rekin/pirania tylko marzy o pobawieniu się kłębuszkami wełny.
Prawie zdążyłam zrobić sweter dla sąsiadki. Jeszcze zeszłą jesienią pochorował się jej mąż. Miał jakiś niewielki udar po którym gorzej widział i diagnozowano go co do przyczyny. Bał się jeździć samochodem i czuł się nieszczególnie. Sąsiadka dość beztrosko i bez emocji informowała mnie o jakichś badaniach, tomografii komputerowej, pulmonologu, planowanej operacji. W marcu odpytałam ją w końcu co się dzieje i powiedziałam nieświadomej kobiecie, że dobrze by było wziąć z banku to i owo bo będzie potrzebne. Historia do złudzenia przypominała ostatnią zdrowotną batalię mojej mamy. Nikt ze służby zdrowia nie napomknął jej nawet, że życie jej męża będzie mierzone nie w latach , nie w miesiącach i nawet nie w tygodniach; kilka dni po naszej rozmowie sąsiad zmarł. Sąsiadka nie wiedziała czy mnie przeklinać, czy podziękować. W końcu obdarowała mnie pięcioma parami butów. Wszystkie nowe, w pudełkach, kupione pewnie przez internet w najróżniejszych rozmiarach. Jak powiedziałam nowe, modne, płaskie i doskonałej jakości. Dwie pary zostały ze mną, trzy poszły do ludzi o stosownych stopach. Pieniędzy za nie nie chciała, to zrobiłam jej sweter według życzenia. Długi, dłuższy z tyłu z długimi rękawami.

Z Dundagi w jej ulubionych kolorach i stosowny dla wdowiego stanu. Nieodzowny w samodzielnie ogrzewanym domku. Znalazłam jej jeszcze nabywcę na samochód męża, którego nie umie prowadzić. I jesteśmy dalej w przyjaźni.
Dwie pary skarpet dla dobrych ludzi, żeby im nogi nie marzły:


I skarpetki dla mnie. Wełnę dostałam od kochanej Lu i tak mi się podobała, że 5 lat czekała bo nie mogłam się zdecydować co ja z niej chcę. I w końcu robię i skarpetki są jeszcze fajniejsze niż kłębek.
Trzeba je będzie nosić cichaczem do wysokich kozaków, żeby mnie łyse bydło nie utłukło.
 
I jeszcze powstał sweterek dla pinczerka.


 


piątek, 27 września 2019

Jest i bryka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czekałam od 23 lipca przepisane dwa miesiące jak na szpilkach. Jakoś to wytrzymałam. Przetrwałam bardzo w gruncie rzeczy miłe wakacje rysujac sobie to i owo i myśląc o domowej szczeniaczkowej rewolucji. Pani hodowczyni relacjonowała mi codziennie co się z dziećmi dzieje. Od porodu codziennie oglądałam jak wyglądają, co u nich słychać i przy okazji byłam odpytywana, czy się na psiego rodzica nadaję. Egzamin zdałam. Zależało mi na dziewczynce o wesołym usposobieniu, odważnej i sprawnej fizycznie. Lękliwy pies to gwarancja kłopotów. Na wystawowej urodzie zależało mi znacznie mniej. W miocie urodziły się dwie dziewczynki. Mniejsza Beza i większa, tłuściejsza Bajaderka. Początkowo Bajaderka była strasznym śpiochem, a Beza rozrabiała. Później okazało się że Beza jest pięknym szczeniaczkiem wprost na wystawowy ring, a Bajaderka mające pewne skazy jest równie szalona i wesoła. Więc trafi do mnie. Tylko poprosiłam, by z Bajaderki zrobić Bajkę. I mam Bajkę.
W niedzielę pojechaliśmy do Augustowa po Bajkę. Jak ja do tej niedzieli dotrwałam, to nie wiem.




Tu trzymam ją na rękach pierwszy raz. Jest mięciutka, śliczna i fantastycznie pachnie. A żwawa jest niebywale. Bałam się co będzie w samochodzie. Zwłaszcza że nie jechaliśmy sami. Mieliśmy dwie pasażerki jadące z drugiego końca Polski do tej samej hodowli. Pociągiem można sie dostać do Warszawy ze wsząd, z dalszą podróżą jest gorzej. No i jeszcze była z nami Frania.


W drodze dziecko spało jak suseł.
I teraz mam pełne ręce roboty. Mieszkanie do Księżniczki Lei przygotowałam wcześniej: zwinęłam dywany i chodniki, kable spryskałam gorzkim sprayem, pochowałam na wysokie półki chemię gospodarczą i usunęłam chlorek z mieszkania. Oraz trujące kwiatki.
Maleńkie szczenię bardzo łatwo przeflancować do nowej rodziny. Nie ma płaczów, miauczenia, tęsknoty. Byle tylko do spania wziąć do łóżka. Przesypia taki maluch grzecznie całą noc od razu.Szczeniak w tym wieku jest chłonny jak gąbka i trzeba mu w łebek pakować ile wlezie. Wprawdzie sam jeszcze po ulicy nie może chodzić (szczepienia) ale w torbie jeździć może. Zatem noszę jak kangurzyca futrzane dziecko, a ono słucha, patrzy i węszy. W domu przypinam do smyczy i wędrujemy po komnatach i ogródku. Siad jest niemal przyswojone po 2 lekcjach. Chodzenie po pochylni, ruchomej desce, po podłożach o różnych fakturach, polowanie na lisa, chodzenie po różnokolorowej podłodze, jazda autobusem, tramwajem i metrem, wizyty w domach innych ludzi, głaskanie przez obcych - to wszystko muszę załatwić w ciągu następnych 6 tygodni. Jeśli zostanie to zaniedbane, trudno będzie to nadrobić. zatem jeszcze kilka zdjęć i do roboty. jest tu co prawda masa psich przedszkoli dookoła, ale znam lepsze sposoby niż wydanie 600 zł za 6 godzin zajęć, które mogę zorganizować sobie sama.


 Cairn. Włazi gdzie się da. I to bardzo szybko.


 Frania jest mniej szczęśliwa niż ja


 Pan służy do spania każdemu psu w domu.

 Dziecko się nie zraża.

 I jest śliczne.
 I ma zdrowe biodra.

 I śpi na moich butach.



I rośnie strasznie szybko. Prawie widać jak szybko. Dziś jest zdecydowanie większa niż w niedzielę.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Lipiec śmignął nie wiadomo kiedy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Krótkie te miesiące ostatnio się zrobiły. W lipcu zrobiłam sobie pierwszy sweter typu Boxy. Dłubałam go i dłubałam i dłubałam, dużo było tego dłubania, na drutach 3,5 przerobiłam trzy motki Mirelli z Włóczek Warmii w szaleńczej tęczy. Mirellę posztukowałam Silcpaca od Malabrigo, bo mi kolory zagrały. Silcpaca Fuchsia była z odzysku, zrobiłam sobie z niej kiedyś bolerko nie wiadomo po co. Nie nosiłam go. Sprułam i była włóczka pod ręką. Zatem mam pierwszego tuszującego wszystko Boxy: szerokiego od łokcia do łokcia z wąziutkimi rękawkami.






 Swetry typu boxy nie są długie natomiast nosi się je na jakiś dłuższy ciuch, sobota ma wychodzić spod niedzieli. Taka kombinacja kryje wszystko, co ma być ukryte. Ponieważ to nie jest ostatni boxy jaki zrobiłam, Misia też taki chce, a i mnie się przyda, muszę zaopatrzyć się w takie koszule do efektownego wyłażenia spod swetra, bo nie mam.
Do kolekcji Box Of Socks dołożyłam skarpetki dawno planowane, efektowne i ażurowe. Wełna skarpetkowa standartowa od Fiberro, piękny semisolid, druty nr 2. Ażury trzeba robić drobno.


Frania bez Muszki odżyła. Jeśli pogoda sprzyja i nie jest zbyt goraco Frania oddaje się swemu hobby, liczy myszy w krzakach, rozszerza tereny na których te myszy liczy i kopie dziury jak to krótkonogie teriery mają w zwyczaju.
 Po wykopaniu dziury mozna odetchnąć, buzia i jęzor są dowodami przestępstwa przeciw mysim domostwom.

Frania coraz śmielej sadowi się na kanapie. Nikt tam na nią nie warczy i srogo nie łypie, teraz Frania może sama łypać ile chce. Takie spojrzenie nazywa się wśród anglojęzycznych wielbicieli cairnów stink eye, czyli śmierdzące oko. Bóg jeden wie czemu.

Poza tymi miłymi zajęciami, spacerami, lekturami dłubankami Czerwony Kapturek na potęgę gotuje i wozi. Babcia wprawdzie latem może wyjść z domu, ale zepsuły się jej ręce i nie bardzo może cokolwiek pokroić. Zatem przynoszę hurtowe ilości i przerabiam na karmę w wielkich garnkach i brytfankach. Oto garnek w aktualnie najpotrzebniejszym rozmiarze, 4,5 litra pojemości:


A to pomieści poszatkowany kapuściany łeb z dodatkami, innym razem cukiniowo cebulowo paprykowo pomidorowe ratatuj, dziś pilnie pracował nad wieprzowym gulaszem. Można w nim obgotować przed upieczeniem 2 paski żeberek. Trzeba było tego żarcia narobić na zapas do zamrażarki bo za chwilę znikamy w Jastarni na 2 tygodnie i lepiej, żeby Alicja nie umarła z głodu i nie żywiła się wyłącznie krakersami podczas naszej nieobecności.
A ja się ostatnio miałam okazję przekonać jak powiązane są ze sobą sprawy tarczycowo cukrzycowe. Wolałabym tej wiedzy nie posiąść. Dróżka którą kroczę robi się coraz węższa i coraz mniej pola do manewru mi zostaje. Cukry latają jak głupie z góry w dół i nazad po każdym jedzeniu. Diabetolog zakazał Tomkowi jedzenia owoców. Znaczy mnie też zakaże. Jak żyć!

czwartek, 1 sierpnia 2019

Czekamy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ostatni raz naprawdę malutkiego szczeniaczka wychowywałam w 1991 roku. Kupiliśmy wtedy - tak jak się tego robić absolutnie nie powinno - szczeniaczka na targowisku, z pudła niewiadomego pochodzenia od jegomościa w gumofilcach i waciaku. Ze szczeniaczka wyrosła lekko skundlona prawie welshterierka Pestka.  Może była skundlona, może nie powinno się tak kupować zwierząt, ale Pestka to było to: świetnie się zsocjalizowała, umiała się bawić do późnej starości, bo się tego na czas i porę nauczyła, umiała się zachować w każdych okolicznościach i obowiązki psa pełniła solennie. Była zdrowa, silna, wytrzymała i kochana.
Kretka przybyła do nas mając już niemal 5 miesięcy, nie chcieli jej myśliwi, bo się bała huku i strzałów. Mój kochany pieseczek był wesoły i uroczy ale był jednocześnie workiem z chorobami. Wspomogłam wraz z Kretką biznes niejednego weterynarza. Część tych jej chorób była skutkiem urazu fizycznego, którego musiała doznać w dzieciństwie. 
Muszka to inna historia: dorosły, zaniedbany pies siedzący od roku w pierdlu za niewinność. Z połamaną miednicą, ponurym charakterem, niewyuczalny bo nie akceptujący żadnych nagród, nie bawiący się nigdy i niczym. 
No i Frania. Wzięta w wieku 12 miesięcy. Rok ukończyła dzień po przyjeździe do nas. Twardziel nie zdradzający za dnia jak strasznie cierpi. Jeśli się bawiła to chwileczkę. Nim ból bioder sprowadził ją znów do parteru. Grzeczna, miła, już bezbolesna, ale wciąż ostrożna. No bo jak znów zacznie tak strasznie, tak okropnie boleć to co ?
Nie ma już z nami ponurej Muszki mięciuszki, Frania jakby ożyła. Spacery są znów długie, porcje w misce pojedyncze i Frania pięknie chudnie. Humor się jej poprawił, ma piłeczkę, ma hobby ale cairny są jak chipsy ziemniaczane. Jeden to za mało. No a poza tym jestem panią z dwoma pieskami. Każdy na osiedlu to wie. A tu nagle tylko jeden piesek. Jak to tak.
Dałam na FB w grupie cairnów halo, że mam wakat na psim stanowisku. I że miłe, zdrowe dziecko chętnie do rodziny przygarnę. I się okazało żw w Augustowie jest akurat taki pełen dzieci brzuszek:

I że za kilka dni te dzieci będą na świecie. Policzyłam na palcach te tygodnie i się okazało, że pod koniec września by było dziecko do wzięcia. Mama blondynka, tata jeszcze jaśniejszy, pszeniczny Cairn rodem z Finlandii. Akurat jeszcze Jastarnię odwiedzimy bez sikającego na lewo i prawo lejka.
Bo branie na urlop psiego niemowlaka tam, gdzie podłogi i pościel nie własne, gdzie nie ma weterynarza, za to psów jest masa to bardzo głupie posunięcie.
Faktycznie, za kilka dni się pojawiły na świecie takie okruszki:


 Bardziej przypominają krety i ropuchy niż psy.


Zaznaczyłam, że chcę dziewczynkę. Rosną dwie pszeniczne kluski, jedna grubsza, druga chudsza.
Na tych zdjęciach mają 9 dni. Niebawem otworzą oczy i uszy.
 



A ja zaczynam czekać. Wypatrzyłam w Rossmanie podkłady dla małego lejka. Rozglądam się za zabawkami. Wszelkie wymemłane misie i inne pluszaki spotka pewnie koniec w malutkich ząbkach. Miseczki, kocyki i smycz są, ale maciupką obrożę lub szeleczki trzeba uszyć, uszyć trzeba też torbę kangura na małą blondynkę. Maluchy cairnów są bardzo piękne ale i bardzo psotne. Nie pójdę z domu precz na dwie godziny z Franią i nie zostawię niemowlaka samego bo jesień średniowiecza w domu zrobi. Pieszo nie pójdzie póki szczepień nie odbębni i odporności nie nabierze. No i siły dość na takie przebieżki. Akurat nabieranie odporności odbywa się w czasie, kiedy szczenię powinno się socjalizować i zapoznawać z rozmaitymi ludźmi i zwierzakami. No i uczyć otoczenia. 
Trzeba także blondynce wybrać imię. Odpowiednie dla szorstkiej, wesołej psiej osoby. Tesciowa obstawia Rózię. Do mnie przemawia  Fąsio, cudne imię cairna z grupy na FB, niestety męskie. Wiórek Fafiórek też jest fajne. Znów będzie psia mość o tysiącu imion.
Pan Mąż początkowo nieufny zaczyna się o dzieciaka dopytywać codziennie. 
Ja aż podskakuję w środku z emocji.
A Frania o niczym jeszcze nie wie.
Serdecznie uprasza się o nie robienie tu szumu pt jest tyle psów w schroniskach a ty bierzesz z hodowli. Tak. Biorę z hodowli. Bo jak zaznaczyłam chcę w rodzinie kolejnego cairna chowanego od dziecka. Takich rzeczy w schronisku nie ma.

czwartek, 25 lipca 2019

Otwarty plener w otwartych ogrodach Zamku Królewskiego

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lubię spokojne, rutynowe życie i niespecjalnie jestem wyjazdowa, ale takiej okazji nie przepuściłam. Koleżanka zamierzała mnie namawiać, ale wystarczyło że napomknęła, że coś takiego się odbywa i trzeba się jedynie zgłosić i zapisać na listę. Zgłosiłyśmy i zapisałyśmy się obie.  No bo fundowany przez Unię otwarty plener malarski w ogrodach Zamku Królewskiego to nie byle co. Po pierwsze wszyscy wiedzą, że żeby Unia sfinansowała, to trzeba się narobić i za byle co z byle jakimi prowadzącymi Unia nie płaci. Nabywałam się już na bardzo różnych szkoleniach i warsztatach i nie często bywają one sensowne. Ten plener był. Dotyczył krajobrazu (a widok z Zamku na Wisłę jest świetny). Prowadzący znali się na rzeczy - dwie historyczki sztuki i jeden malarz robiący akurat doktorat, wszyscy z doświadczeniem w nauczaniu. Przez pełne pięć dni słuchałam rzeczowych wykładów bez bełkotu i pośpiesznie malowałam co widziałam. W takiej scenerii że tylko pozazdrościć samej sobie. Wykłady odbywały się w Skarbcu, malować można było kto gdzie chciał. Pierwszego dnia rysowałam z tej galerii z doniczkami czarno biały rysunek perspektywiczny


Dwa kolejne dni zajął mi duży widok na Wisłę, kościół św. Floriana i Most Śląsko -Dąbrowski i ogrody zamkowe. Stanęłam pod dachem bo popadywało


Nieudana akwarelka powstała na tych schodach. Akwarelka nieudana, ale ile radochy z miejsca pracy. Wodę miałam pod ręką, w ogrodach są fontanny!

W sobotę zorganizowano nam wernisaż w Skarbcu. Własnych obrazków w Zamku to się nie spodziewałam. Rozdano nam dyplomy uczestnictwa i bawiłyśmy się świetnie. Pan Mąż wyraził chęć uczestnictwa.





 To nasi prowadzący
 A to pamiątkowa fotografia. Chyba nie umiem już wdzięcznie kucnąć - ja to ta w zielonym z przodu w dziwacznym przechyle.
Wracałam z tych warsztatów zmęczona strasznie. Malowanie na czas jest piekielnie wyczerpujące. Mieszkanie i lodówka natychmiast pokazały mi język. Ich zdaniem powinnam bywać stale w domu i dbać. A tam, to one są dla mnie a nie ja dla nich.