poniedziałek, 12 września 2016

Dziadowo przyjechało czyli o wakacjach

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zmiana w naszym trybie wypoczywania wydaje się trwała. Nie pierwsza połowa sierpnia, a przełom sierpnia i września (kiedy już większość, a później wszystkie dziecinki opuszczają plażę dla szkolnych ław), nie Dębki dla gotowych spać byle gdzie golasów, a elegancka Jastarnia.
No jak tak na elegancko tam jest to postanowiłam sprawić sobie kostium plażowy. Nie ponury, jednoczęściowy, przyzwoity do bólu czarny, odpowiedni na basen, a figlarny, kolorowy, wesoły, dwuczęściowy ale jednak mnie ogarniający bez walki.
Sprzedawczyni wyczuła moje intencje już w drzwiach sklepu. Spytała tylko o rozmiar góry (cud, dziś można kupić osobno pasujące rozmiarem części bikini), zgadła że majty mają być do pasa i przyniosła mi do przymierzalni takie cuda, że odleciałam. I kupiłam dwa. No bo kto by pomyślał że istnieją staniki do bikini skrojone tak jak zwyczajne, porządne staniki z których nic nie wyskakuje , nie wyłazi bokiem, z podszewką, porządnie wykończone? I że istnieją majtki kąpielowe z potrójną nawet podszewką co pozwala im być niemal białymi i w stanie mokrym nie epatować plażowej publiki szczegółami anatomicznymi nosicielki?
Zakupiłam dwa z tych kostiumów: Fantaisie Antigua i  Fantaisie Sardinia (proszę sobie Antiguę wpisać w Google, obrazki są objęte taką ochroną, że nawet link nie daje się skopiować)
Nie lubię siedzieć na plaży z mokrym tyłkiem i czekać aż wyschnie. Zielony w palmowe liście i kwiaty hibiskusa (obie ze sprzedawczynią dobierałyśmy majtki, by czerwony hibiskus nie wyrastał wprost z pomiędzy nóg) i biały w turkusowo niebiesko różowe kwiatki. Zapłaciłam majątek. Więcej niż za palto w Peek&Cloppenburg. W domu natychmiast pochwaliłam się nimi Panu Mężowi, który o mało nie zemdlał, bo zbiera na nowy samochód i na iPada. Defilowałam przed nim zmieniając te kostiumy ale pozostawał sceptyczny.



Rano na plaży nie bardzo miałam się z kim porównać, ale około jedenastej zaczęli nadciągać parawaniarze. W południe mogłam już śmiało zadać pytanie, która z pań na plaży zdaniem mojego męża ma śliczniejszą odzież plażową niż ja. Stanął jak żuraw, rozejrzał się i wskazał mi panią we fioletowych majtkach i zielonym staniku bieliźnianym. I drugą w czarnych trójkącikach. Oniemiałam, typowałam elegantkę w kobaltowo niebieskich majtkach z kwiatową wypustką i w takimż staniku. Musiałam chwilę pomyśleć nim zauważyłam, że ta w kobalcie była w moim wieku, a bieliźniana i trójkącikowa miały maximum 25 lat.
Kilka dni później ponura sprzedawczyni biżuterii ze stali chirurgicznej po 35 zł sztuka burknęła patrząc na deptak: dziadowo przyjechało.
Dziadowo ma lepiej, bo pogoda jak drut, krzykliwej dzieciarni nie ma, restauracje puste i kramy z badziewiem się zwijają. I ulice Jastarni wyglądają tak:



Z rana szliśmy na pustą plażę, przebrana w bikini robiłam na drutach szal dla koleżanki. Psy pławiły się w spokojnej wodzie. Dziennie Kretka zaliczała trzy sesje pływania, co nie jest już takie proste jak dawniej, bo jest niemal ślepa. Trzeba jej wrzucić patyk do wody a potem pokazać, gdzie ten patyk jest. Ludzie na piachu mają ubaw, ale Kretka po rehabilitacji i schudnięciu będzie się przez pół roku ruszać jak młódka.
Kretka jest słynna z tego, że po zmoczeniu schnie z dużym trudem. Żadne wycieranie ręcznikiem nie daje rady jej futerku. Byle jak wysuszona śmierdzi jak nieszczęście i dlatego po kąpieli śpi z nami pod kołdrą. Dopiero w tym roku pokazała nam jak się suszy ostrowłosego teriera. Otóż brała kij, rzucała go w piach i zaczynała się w tym turlać. Turlać tak, aż była tym piachem szczelnie utytłana. Jak piaskowy bałwan. A potem się otrząsała. Raz i niezbyt starannie, jak to ona. I była sucha i czysta. Tylko nie wiem, po co był ten kij,ale bez kija się nie dało.
Po południu spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy knajpy i port. Szal został wykonany, książki przeczytane, my się opaliliśmy.





 Przeszliśmy się do Juraty i wróciliśmy do Jastarni ta kolejką.



A w domu dorobiłam szalowi koronki brzegowe i osiągnęłam pewien sukces. Jedna z taśm pierwszy raz w życiu pasowała idealnie. Nie wiem czemu druga, robiona identycznie, była jak zwykle bardzo, bardzo za długa i trzeba było z wszywaniem oszukiwać. Jest to jakaś diabelska tajemnica tych taśm. Po wykonaniu ośmiu szali pierwsza dobra taśma mi się trafiła. Liczę te oczka starannie, markerami setki oddzielam i co? I pstro. Potem muszę kłamać.
Wykonany z kremowej Midary szal wygląda tak:



i więcej jego zdjęć nie ma, bo już poleciał do nowej właścicielki, która jak zechce to go pokaże, a jak nie to nie!
Wciąż jest dla mnie tajemnicze i cudowne, jak taki zezwłok dziewiarski rozpięty na kocu do pełnego rozmiaru zmienia wygląd. Chyba dlatego tak lubię robić te szale. Midara Haapsalu jest włóczką naprawdę bardzo cieniutką. Mój szal z Drops Lace w porównaniu z tym jest gruby i ordynarny. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

Świat oglądany nosem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jedni słuchają świata, inni go ogadają, a ja wącham. Zwykle nos mówi mi to co powinnam wiedzieć o ludziach, zwierzętach, jedzeniu, pogodzie, higienie itd.
Strasznie cierpiałam gdy przybyła do nas Muszka i śmierdziała jak jej zasikany i zasrany betonowy bunkier w schronie. Na ten smród niewiele pomogło kąpanie, Muszka wydawała okropny zapach przez mniej więcej miesiąc, aż ostatnia molekuła schronowego jedzenia nie opuściła jej ciałka. Poza że tak powiem całokształtem Muszce śmierdziało też z pyska. Zdjęłam z jej ząbeczków tyle twardego kamienia, że most można by wybudować, ale wiele to nie dało. Miała oddech rekina, od jej tchnienia muchy w locie mdlały. Jakoś nauczyliśmy się nie gadać z nią twarzą w twarz, zwłaszcza że nie nalegała. Nieśmiały pies nie lubi patrzenia w oczy, wydaje mu się że chcemy go zjeść i na niego polujemy. Poza tym twarz Muszki jest na wysokości moich łydek, a w łóżku pies lubi być  w nogach. Niemniej jednak z pyska śmierdziało. Przy okazji kretkowych przygód dentystycznych spytałam  czy jest na taki smród jakiś sposób. Pani doktor uprzejmie spytała, czy to zapach fekalny. No medycy to mają uprzejme, łacińskie określenia. Domowy pan profesor mówi, że jej śmierdzi z paszczy jak z dupy.
Pani doktor zaleciła nam to:
Jest to żel w anielsko błękitnym kolorze i do tego żelu wsypuje się białe kryształki z dołączonej tubki. Dwa razy dziennie bierze się kropelkę tego żelu na palec i smaruje psie dziąsła, aby wytłuc tym pokolenia beztlenowców kryjących się między zębiskami i w kieszonkach. Psy się przed tym szczególnie nie bronią, tylko zdegustowane mlaskają. Po kilku dniach psi oddech robi się bezwonny. Żel z wiekiem zmienia kolor, póki jest błękitny i zielony można go używać, gdy zbrązowieje trzeba go wyrzucić. Nadaje się dla psów i kotów, ale oczywiście wypróbowałam go na sobie. Ma prosty skład ale moje zęby rano nie były omszałe. Nie dałam rady zużyć na dwa psy jednej większej butelki. i 3/4 opakowania wyrzuciłam bo zbrązowiało. Polecam zatem mniejsze (tańsze!) opakowanie. 
Było to już dwa miesiące temu, a muszy oddech wciąż jest bezwonny i teraz buziak w nos nie jest traumą. Jeżeli psia paszcza jest w kiepskim stanie i planuje się jakieś zabiegi stomatologiczne, to dobrze jest tym przygotować zwierza do zabiegu, zmniejsza się niebezpieczeństwo zakażenia i nie trzeba antybiotyków stosować. Po zabiegach też wskazany. I jak widać działa dłużej a nie tylko przy ciągłym stosowaniu.
A jak chodzi o własne zapachy to zaczynam z wielką radością odkrywać pachnidła Arabii dostępne na iperfumach w nader miłych cenach. Spenetrowałam nosem i Sephory i Douglasy i wszelkie wyprzedaże w PolPharma i Rossmanie. Nudne jest jak wszyscy pachną tym samym. W związku z tym penetruję nowe możliwości. Bardzo przyjazne ceny są wielką zaletą tych preparatów. Jeżeli na polskiej stronie nie ma opisanego zapachu to na stronie producenta da się te braki w wiedzy uzupełnić. 
Prawda, że opis zapachu słowem jest zawsze niedoskonały. Ale ci, co świat odbierają nosem wiedzą czego nie tolerują, a co lubią. Poza tym są dostępne małe próbki wielu zapachów. jak na razie wszystkie cztery strzały okazały się bardzo trafione. I mam modny i jeszcze nie nadużywany w Europie oudh  w kilku wydaniach za bardziej niż rozsądne pieniądze. A jaki śliczne są flakony!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Piórkowy 2

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Piórkowy Mysi jest świetny do noszenia ale nadzwyczaj zachowawczy w barwie. Zatem biegiem zrobiłam sobie piórkowego 2. z niejakiego Fantastico od Mondial, którą to włóczkę można kupić jedynie w e-dziewiarce i poza tym nigdzie indziej. Nie jest już produkowana i chyba e-dziewiarka ma jej światowe zapasy i resztki. Na drutach 4,5 poszło to dzierganie naprawdę szybko. A na zdjęciach widać, że opisany w poprzednich postach sposób kształtowania dekoltu w raglanie od góry działa i dekolt jest z przodu a nie dookoła człowieka i jednakowy ze wszystkich stron.
Zdecydowanie robienie rękawów magic-loopem z cieniuśkiej włóczki na grubych drutach to dramat. Zatem zrobiłam jak skarpetki na pięciu drutach ( za rozsądną radą userki Lucy eM Ko).
Jak wiadomo od świętej Hanki chłodne wieczory i ranki i akurat na takie chłodki oba piórkowe nadają się wyśmienicie. 


Na tym zdjęciu pokazuję palcem kwitnącą w końcu sucholubną Asarinę. To te małe, fioletowe kwiatuszki, których powinno być wkrótce multum. Kobea tez się bierze za kwitnienie i błękitna passiflora. Pod koniec sierpnia powinno być na moim tarasie fioletowo, purpurowo. O siło ptasiego guana! 


 Te wiszące liście to codzienny efekt afrykanskich temperatur. Po trzeciej wlewam w te rośliny 20 litrów wody z nawozem i wszystko powstaje z martwych i omdlałych. Dziwaczki szaleją!
Skończywszy piórkowego przed szczytem NATO i Dniami Młodzieży musiałam w celach ochronnych dla własnego rozumu narzucić coś na druty. Coś dużego, ażurowego i absorbującego, aby doniesienia medialne dobrze się przez to filtrowały nim dotrą do kory nowej. Ponieważ dopadłam prawdziwą wełnę Haapsalu na szale to zaczęłam szal. Obliczenia mówiły, że to co na zdjęciu to 1/4 szala. Ale nigdy nie miałam do czynienia z tak mikrą ćwiartką. Wełna właściwa, druty najwłaściwsze a wyrób zapowiadał się jak dla lalki. Mdanka poleciła zblokować na drucie. Zblokowałam. Z mizernych 30 centymetrów zrobiło się trwałe 50. To już jest potężna ćwiara prorokująca sensowny szal.


 Robiąc ten wyrób rozważałam uwagi koleżanek z Szarotkowa o cenie rękodzieła. Nic nie robię na sprzedaż tylko kogo lubię temu podaruję, ale koleżanki dały mi silny argument do ręki jak skutecznie i raz na zawsze ucinać wszelkie żebracze gadki pt:"Pani mi zrobi taką czapkę, ja pani zapłacę." Pytam mianowicie teraz słodko "A ile mi pani za godzinę zapłaci?" i dyskusja się kończy po uświadomieniu natarczywca ile to trwa.


P.S. Nie należy oglądać filmów o porywającej akcji w obcej wersji językowej w trakcie dziergania nawet tak nieskomplikowanych ażurów. Kończy się ratunkowym pruciem oczko po oczku. Zwłaszcza rozkosznie pruje się te supełki. :-(

poniedziałek, 25 lipca 2016

Przechowywanie drutów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W młodości uczyłam się robić na drutach na sprzęcie babci. Babcia przechowywała je w glinianym, bułgarskim dzbanku na parapecie. Była tych drutów obfitość, ale babcia wszystko właściwie robiła na prastarych, aluminiowych Inoxach, prostych rzecz jasna, nr 2,5, z maleńkimi łebkami dla bezpieczeństwa oczek okręconymi grubo czerwoną przędzą a czasem nadzianych na zwykły korek. Jako druty do skarpetek służył nam obu jeden komplet drutów 2; stalowych, powyginanych i jeden był nieostry i nieudolnie wygładzony. I wszyscy byli ubrani!
Moje pierwsze druty samodzielnie wybrane to były Areo kupione w Pewexie. Proste były w porządku, ale te z żyłką były straszne, zahaczały o każdą nitkę i robota na nich była męką. Trzymałam je w... dzbanku na parapecie, ale w ich oryginalnych, czerwonych , plastikowych futerałach. Nie lubiłam ich. Alicja podarowała mi spory snopek swoich drutów z żyłką. Trzymałam je w wielkiej, plastikowej torbie z której wymykały się na wolność. Nie nauczyłam się ich kochać, żyłki były twarde, zahaczały nitki, wyrobione końcówki nie pasowały do moich rąk. Znalazłam im kochający dom i się rozstaliśmy. I kiedyś pojawiły się w Polsce Addi. Blogerki piały nad systemem Klick, ale przyjrzawszy się im z bliska uznałam, że to nie ma prawa długo przetrwać. Niemieckie wykonanie niemieckim wykonaniem, ale zatrzask na kuleczkę ze sprężynką to tylko zatrzask na kuleczkę. Na dodatek cholernie drogi. Za to zwykłe Addi Turbo okazały się świetne. Miękka żyłka, ciche końcówki nie kłujące w palce i żadnego zahaczania. 
Od Pana Męża dostałam pudełka po cygarach.


Chodząc cierpliwie do stosownej pasmanterii w podwórku przy Wałbrzyskiej skompletowałam sobie użyteczny sprzęt we wszystkich potrzebnych rozmiarach. Nie wyrzuciłam koszulek, bo są świetne i każda ma w środku miarkę! W Lidlu nabyłam taniutkie ale bardzo dobre druty skarpetkowe i to wszystko sobie mieszkało w pudełku po cygarach w towarzystwie miarki, markerów i zapasowych drutów:

I mieszka tam dalej. W szufladzie biurka poświęconej pracom dziewiarsko - hafciarskim. Oczywiście nie może być tak, że gadżeciarka nie obrośnie w kolejne zabawki.
Na rynku pojawiły się Knit-Pro. Pomysł, ze druty mogą być jak klocki Lego bardzo mi się podobał, a skoro są bez kuleczki ze sprężynką tylko skręcane, skoro koleżanki zapewniają że to dobry patent i nie zahacza nitki, skoro żyłki są miękkie a Pan Mąż twierdzi, że jestem bogatą panią, to kupiłam metalowe, nie nadające się do przeżucia przez psy i dzieci, niełamliwe, wszystkomające w zestawie Knitki. Dokupiłam tylko łącznik do żyłek i duże rozmiary, aby być już dożywotnio niezależna od kaprysów handlu. Nie wymieniłam im futerału. Mam w nim wszystko co potrzebne łącznie z kilkoma szydełkami, nożyczkami, centymetrami a nawet perłówką do tymczasowego nabierania oczek w skarpetkach. Druty skarpetkowe z bambusa też tu teraz mieszkają. I markery w pudełku po cukierkach. I te Karbonze od Knit-Pro do skarpetek w najsłuszniejszym rozmiarze też!


Zestaw małych rozmiarów Hiya Hiya to już rozpusta, ale jakże pożyteczna rozpusta. I też ma własny pokrowiec.

Szydełka brały się nie wiadomo skąd. A to kiedyś mi się ubrdało że dorobię ręcznikom koronkę, aby wyglądały jak w tym sklepie z wściekle drogą bielizną. Okazało się że nie bardzo lubię szydełkować i to jest strasznie nudne. Później na ogól znajdowałam różne egzemplarze w kłębkach z lumpeksu. Mieszkają w lumpeksowym pokrowcu na pędzle kosmetyczne i dobrze im tam.

Poza pudłem na cygara, które mieszka jak powiedziałam w biurku, wszystkie elementy warsztatu dziewiarskiego zawsze siedzą w wiklinowym koszyku podręcznym. Ten kosz pomieści i włóczkę na kolejny projekt, i centymetry luzem, i wzór w książce lub zafoliowany. Jest to zorganizowany warsztat!
A dla projektów szczególnych, wymagających czystości, różnych rodzajów drutów i własnych markerów jest cud - torba od Kankanki, nic z niej nie wyleci:



A w tej torbie nowy projekt na drutach Addi Lace przywiezionych jako pamiątka z Berlina po śmierci mamy. W 2010 jeszcze nie były u nas popularne. Kupiłam sobie rozmiary 3, 4 i 5, akurat na estońskie szale.
Kosz z przydasiami, wełną i wzorami wędruje za mną po domu, gdzie ja tam i on. I Muszka...

Gdyby Pimposhka nie opisała swojego gadgetu do przechowywania, gdyby LucyEmKo nie opisała swojego patentu, to bym nawet pyska na ten temat nie otworzyła ale skoro one mogły to ja też.

sobota, 16 lipca 2016

Jeszcze raz kształtowanie dekoltu: rysunek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dla tych co wolą zobaczyć schemat niż doszukiwać się treści w pokrętnym opisie:


Każdy rząd skrócony tam i z powrotem narysowałam dla jasności innym kolorem. Dodawanie oczek robi się tylko po prawej stronie. Po zamknięciu roboty w kółko dodaje się te oczka jak zwykle w co drugim rzędzie.

Jeżeli chcemy mieć kardigan a nie pulower to nie zamykamy początkowych oczek w kółko tylko zostawiamy rozcięcie na przedzie. Resztę robimy identycznie.

Rysunek wyjaśnia  sposób roboty a nie jest schematem do konkretnego udziergu. Liczbę nabranych oczek, podział na tył, przód i rękawy, ilośc oczek w liniach raglanu, liczbę potrzebnych rzędów skróconych i ich rozmieszczenie trzeba sobie wyliczyć i ustalić samemu.

Amatorka i zawodowiec

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jestem fotograficzną amatorką. To prawda że od dawna, ale amatorką, samoukiem i nikim więcej. Robię Panu Mężowi zdjęcia. O takie:






Ponieważ Pan Mąż robi jakąś legitymację musiał mieć oficjalne, legitymacyjne zdjęcie cyfrowe. Poszedł do zawodowca. Pani Renata Krakowska, fotograf z zakładu zrobiła mu takie coś:

Jak nie musicie to do niej nie chodźcie.

czwartek, 14 lipca 2016

Raglan od góry; kształtowanie dekoltu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Robienie swetra od góry w kółko to sama frajda. Żadnego zeszywania, można przymierzyć w trakcie roboty czy wszystko z nim gra, a po odcięciu ostatniej nitki natychmiast można go założyć. Robienie w ten sposób raglanu jest szczególnie wygodne. Jedyna jak dla mnie niedogodność to kształt dekoltu jaki się osiąga robiąc rzecz bez żadnego kształtowania szyi.
Tradycyjny raglan robiony od dołu ma oprócz skosów na rękawach, na przodzie i tyle również kształtowany starannie dekolt. To kształtowanie przez zamykanie oczek odbywa się na przodach oraz na rękawach. Tak zrobiony sweter jest wygodny w noszeniu, nie napiera na krtań i ładnie wygląda.
Formy mogą wyglądać na przykład tak:



Widać, że szyja z tyłu nie jest kształtowana, natomiast rękaw przy dekolcie i owszem, ma wyrobiony kształt dający zaokrąglenie przy szyi. Akurat ten sweter ma dekolt w serek.



To jest forma na sweter z okrągłym podkrojem przy szyi. Znów widać, ze kształtowany jest również rękaw.

Jeżeli na raglan robiony od góry nawet najstaranniej obliczymy oczka a później będziemy robić w kółko dodając tylko oczka na skosach rękawów to niestety otrzymamy zawsze dość niewygodny dekolt, którego głębokość reguluje wyłącznie szerokość części na rękaw przy samej szyi.Wygodniej będzie nosić dekolt w serek, gdzie początkowo nabieramy oczka tylko na tył i rękawy a brakujące oczka przodu robimy przez dodawanie w co drugim rzędzie. Pewnej kanciastości na styku rękawów z przodami jednak nie unikniemy. No i nie da się tak zrobić swetra od plisy dekoltu do samego dołu w jednym kawałku.

Mój eksperyment polegał na zastosowaniu rzędów skróconych od samego początku robienia dekoltu.
Zmierzyłam się starannie, policzyłam ile oczek ma mieć dekolt z tyłu. Policzyłam ile oczek ma mieć tył pod pachami. Wyszło ile trzeba dodać na skosach. 
Policzyłam ile szerokości ma mieć rękaw w chwili podziału, odjęłam oczka dodana na skosach i wyszło ile ma mieć rękaw przy szyi. Ponieważ przez te rzędy skrócone na rękawach
przez cztery pierwsze rzędy przedni brzeg rękawa ani przód nic nie zyskają, przód ma o cztery oczka więcej niż tył od samego początku. 

Wszystkie obliczone oczka nabrałam na okrągły drut, zamknęłam i zrobiłam plisę 2p. x 2l. na wysokość 5 cm (bo takie miałam widzimisię).

Markerami podzieliłam ten golfik na część tylną, rękawy, przód i wszystkie grządki pomiędzy dodawaniami. Lubię mieć tam 2 oczka. Dodawanie oczek z nitki poprzecznej daje się zrobić łatwo i bez dziur. Marker początku pleców dałam rozmyślnie w innym kolorze, żeby się w tym nie pogubić.

Z próbki wynikło, że dla swobody mojej szyi z przodu tył musi być wyższy od przodu o min. 12 rzędów. Te rzędy to właśnie będą rzędy skrócone. Założyłam ze dla lepszej orientacji i żeby się w tym nie pogubić dodawanie oczek zachodzi tylko po prawej stronie roboty nim nie zacznę robić swetra w kółko.

Pierwszy rząd skrócony był tylko na tyle od kolorowego markera do drugiego oczka od markera rękawa. Zaczepiłam nitkę na pierwszym oczku przed markerem (na mamę z dzieckiem), odwróciłam robotę i wykonałam po lewej stronie drugi rząd skrócony do drugiego oczka przed markerem rękawa, zaczepiłam nitkę na mamę z dzieckiem po lewej stronie o pierwsze oczko przed markerem i odwróciłam robotę.
Trzeci rząd skrócony przebiegał przez całe plecy, dodawanki oczek na pierwszym skosie i kilka oczek rękawa, został zaczepiony j.w., czwarty rząd skrócony na lewej stronie biegł z powrotem przez plecy bez dodawania na linii raglanu i zaczepiony na drugim raglanie symetrycznie jak na pierwszym.
Piąty rząd skrócony biegł od jednego rękawa do drugiego z dodawaniem oczek na obu liniach raglanu i został zaczepiony trzy oczka dalej na rękawie od rzędu trzeciego, szósty po lewej stronie bez dodawania oczek biegł do przeciwległego rękawa symetrycznie do piątego rzędu itd.

Jeden podwójny rząd skrócony zrobiłam na tyle, dwa na rękawach i trzy na przodach, każdy o kilka oczek dłuższy niż poprzedni. Dało to oczekiwane 12 rzędów dodatkowych tyłowi.




Po tych 12 rzędach robiłam sweter zwyczajnie w kółko po prawej stronie dodając oczka na skosy raglanów co drugi rząd i wszystko się zgadza.
Widać, że ciemnofioletowy pasek jest z tyłu szerszy niż z przodu. O to właśnie chodziło.