czwartek, 23 lipca 2026

I kolejna kołdra

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lata temu opisałam jeszcze na platformie blox jak kupowałam kołdrę, bo poprzednią Pan Mąż zachomikował na lato w piwnicy obok cieknącego kranu i nasza kochana wełniana cieplutka kołdra spleśniała na amen. Wtedy to kupiłam wełniaka w JYSK, wiozłam ją metrem na plecach i służyła nam wiernie przez co najmniej piętnaście lat. Owszem prałam ją. W wannie, w Perwolu, co rok lub dwa. Pranie bywało konieczne, wychowała dwa nowe pieski w tym Bajkę od szczeniaka, przeszła z nami kilka gryp, covid, wchłaniała maści na różne choroby  i coś ostatnio nie dawałam rady odplamić poszycia. Nie to żebym była jakąś wariatką sprzątającą od rana do nocy, ale jak o tekstylia domowe chodzi, to Państwo wybaczą, kołdra ma być czysta, nie zasiusiana, nie przepocona, nie śmierdząca apteką, przyobleczona w bawełnianą, wykrochmaloną poszwę i ciepła zimą a znośna latem. I nie ma to tamto. To samo dotyczy poduszek. Jak coś nie spełnia warunków to wypad z baru. I tak dumałam nad starą kołdrą i w końcu ją zmierzyłam. Ha, po latach prania zwyczajnie się skuliła! z 2 metrów długości zostało marne 170 cm, szerokość też dramatycznie zmalała. I jasne się stało, czemu Panu Mężowi nogi spod niej wyłażą, a ja mam czasem za okrycie brzeg powłoczki. Zaczęłam tropić zastępcę na ulubionym portalu sprzedażowym. Niestety, zgównowacenie świata objęło także kołdry. Owszem, są wełniane, pikowane, na zdjęciu przepiękne. Ale zwykle wełniane wnętrze przyobleczone jest w poszycie z mikrowłókna. Nie, nie i nie. Ma być bawełniane. W międzyczasie wyciągnęłam letnią kołderkę puchową, którą podarowano nam lata temu z komentarzem, że to bardzo droga rzecz. Nie znoszę jej. Może i była strasznie droga, ale szeleści, w poszwie się ślizga i pocimy się pod nią jak myszy. Wełniana, nawet gruba kołdra nie da się śpiącemu spocić. W tropikalne noce można spać na niej i przykryć się flanelowym prześcieradłem i nie czuje się człowiek jak na niestabilnym lodzie. W końcu upolowałam, trwało to naprawdę długo. Mając kołdrę mogłam spokojnie zmniejszyć do jej rozmiaru przepiękne perkalowe powłoki upolowane jakiś czas temu na Limango. Przed porównaniem rozmiarów mogło to być problematyczne. Gdzie te czasy, gdzie kupowało się pościel na wymiar i wszystko pasowało. Teraz strach kupić powleczenia, bo szansa że wcale nie będzie bawełniana jest większa niż duża. Tu uznałam że wpadka nie będzie przynajmniej kosztowna, 80 pln za komplet 200 x 220 cm wydawało się ceną bardzo umiarkowaną. Kłopot tylko w tym, że owo 200x220 okazało się być 220 x 240 i to 240cm to była długość kołdry od głowy do nóg, trzeba było skrócić, bo znowu byłabym przykryta poszewką. Puchowy szelest zapakowany do worka poszedł do piwnicy na kolejne wieloletnie nieużywanie. Jak się zestarzejemy tak, że ktoś będzie musiał z nami zamieszkać będzie akurat.

Biedna Bajka miała paskudną przygodę zdrowotną. Od jakiegoś czasu zdarzało się jej kuleć. Dostawała Cartrophen już dobre pięć razy a mimo to od czasu do czasu ból kładł ją na ziemię. I akurat w czasie takiego epizodu miała randkę z ulubionym, doświadczonym ortopedą. Ortopeda postanowił prześwietlić Bajkę, bo nie podobała mu się jej wrażliwość na dotyk. Widząc kulawiznę prześwietlił poza całym kręgosłupem i łapkę. Kręgosłup okazał się zdrowy, Bajka ma straszny odruch skórny bo ma, za to łapka okazała się nie całkiem OK. Dawno temu Bajka musiała złamać lub zwichnąć kolejny palec. Tym razem nie przyznała się od razu i wyhodowała paskudne zwyrodnienie, bardziej bolące niż złamanie. Ulubiony ortopeda orzekł, że amputacja palca bardziej pomoże niż ciągłe trucie niesteroidowymi lekami przeciwzapalnymi. W końcu otrułam nimi i Kretkę i Muszkę... Zabieg odbył się 9. czerwca i w dwa tygodnie później po nim pojechaliśmy do Hotelu Las Woda w Wildze. Musiałam tam sama zdjąć kilka szwów z tej łapiny. Nie jest to fizyka kwantowa. Bardzo przydał się nam psi wózeczek, w którym Bajka podróżowała w czasie rekonwalescencji i na spacery i do lekarza i w ośrodku


Teraz łapka wygląda dziwnie, ale po sześciu tygodniach od zabiegu pies już niemal nie kuleje. Ponoć psu do skutecznego chodzenia potrzebne są jedynie dwa palce, a ona ma do dyspozycji trzy. Tyle tylko, że palec trzeci wygląda mi na porażony, mimo  że ponoć czucie głębokie ma. Jeszcze nie dostaliśmy wyników histo-pat, na wykonanie którego nalegał chirurg. Grunt, ze do Jastarni pojedziemy bez wózeczka. I będzie rehabilitacja w wodzie. Za to na codzienne spacery dowożę psiaki autobusem. Trochę ten wysiłek i ruch trzeba dawkować rozsądnie - jedno kulawe, drugie stare. Zresztą spacery po rozgrzanym asfalcie żadnemu psu nie służą.

Jedwabne bluzki zrobiłam i leżą. Jakoś nie mam ich z czym nosić. Kolorowa z rękawami 3/4 jest łatwiejsza do noszenia niż koszulka z krótkim rękawem. Mam problem z dzianinami w lecie. Nie rozumiem konceptu produkowania takich rzeczy z wełny czy moheru na lato. Nawet z bawełny, mechaci się to biegiem, schnie po praniu tydzień i zwykle jest grube.

W zeszłym roku zrobiłam Panu Mężowi czerwonego Arana pełnego warkoczy i planowałam że powtórzę sobie St.Brigid. Po tym czerwonym potworze miałam tak dosyć warkoczy, że minął rok, nim zabrałam się za mój sweter. Coś się chyba pani Starmore pomyliło z ilością potrzebnej włóczki. Wedle książki i na czerwony sweter i na St. Brigid potrzeba tyle samo surowca. Tyle że tamten ma 60 cm długości, a pełnowymiarowa Brygida prawie 80. To tunika. Motki Karismy zaczęły schodzić w takim tempie, że po wykonaniu kawałka kontynuuję w mniejszym rozmiarze. Minęłam połowę pleców więc teraz powinno już pójść szybciej. Zrobię ją krótszą, żeby nic nie dokupować do posiadanych pierwotnie 18 motków.

Do ubiegłego roku dziergałam wieczorami w towarzystwie telewizora i ... przestałam go już zupełnie tolerować. Nie jestem targetem TV, Netflixa, HBO Max też ma mi niewiele do zaoferowania. Czasem obejrzę sobie jakiegoś starocia na CDA, ale też nieczęsto. Niełatwo zmienić nawyki, jednak coraz częściej dziergam ze słuchawkami na uszach słuchając książek. A dzięki nowym okularom znów mogę czytać. Okuliści mnie od jakiegoś czasu spławiali twierdząc, że sobie radzę. Optometrysty z Lux Medu nie chcę więcej widzieć, mimo że jest bardzo przystojny. Osiedlowy optyk poradził sobie doskonale bez niego, do skutecznego czytania brakowało mi ponad dioptrię, nie pomagały już coraz mocniejsze żarówki. Teraz mogę hulać! Przede mną dzieło Roberta Plomina Matryca. Jak DNA programuje nasze życie. 

I jeszcze trochę kiczu: oglądając w Las Woda pewną fontannę postanowiłam kilka nokturnów pastelami popełnić. Rezultaty są obiecujące.




 Nie upieram się przy dużej wartości artystycznej tych wyrobów, ale zabawę miałam świetną. Ostatni obrazek przedstawia Księżyc nad Zatoką Pucką.

środa, 27 maja 2026

W jedwabiu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Idzie straszne lato, a na lato najlepszy jest len i jedwab. Nęcące wzory na poliestrowych sukienkach już od dawna nie robią na mnie wrażenia, lniane ciuchy wróciły na wieszaki w szafie, dwie pary męskich, lnianych  wygodnych spodni mam. No a co z jedwabiem? W Biferno zaopatrzyłam się w jedwabne przędze, wedle sprzedawczyni dwa motki jedwabiu Celesse na letnią bluzkę powinny wystarczyć. Wzięłam dwa niebieskie i dwa białawe motki. Jak zaczęłam to dłubać na drutach 2,5, to wymiękłam. Planowałam jakieś greckie biało niebieskie meandry, ale rzecz mnie przerosła. I zrobiłam melanż w stylu mojej babci na drutach 4. I dobrze wyszło, nitki sporo zostało. Planując udzierg luźno wzorowałam się na jakiejś bluzce Petite Knits, niezbyt dokładnie, bo żaden z tego oversize a wykańczanie zupełnie nieelastycznej dzianiny I cordem jakoś nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Zamiast tego z nabranych na dekolcie, rękawach i na dole oczek zrobiłam po prostu plisę z lewych oczek, które się elegancko zawinęły pod spód. Niebiesko kremowy melanż bardzo mi pasuje.

Drugi jedwab upolowałam w Biferno zaraz po jego przybyciu do sklepu. Aż coś we mnie zaśpiewało na jego widok: gruby singiel wyfarbowany jak klejnoty maharadży. Próbka ściegiem poń czoszniczym pokazała, że się okropnie kosi nawet robiony na płasko. Zatem kopnięty ściągacz 2x2.


Jest już prawie zrobiony, tym razem dekolt obrzuciłam tylko oczkami rakowymi, brak mu jeszcze rękawów, rękawoza to straszna choroba. I się dowiedziałam że na drutach 4,5 zużywa się znacznie mniej włoczki niż na 2,5. `zaopatrzyłam się w tego Opusa obficie, bo jasne byłó, że dokupić to może się w Indiach u producenta da. I teraz mam a mam tego surowca, będą jedwabne szaliki na zimę. 


 Po zmoczeniu ciuch się rozluźni i nie będzie ani trochę ściągaczem, raczej oversize się zrobi. Pooling na tym zrobionym częściowo rękawie nic a nic mi nie przeszkadza.

Strasznie dawno niczego nie uszyłam. Przy okazji wyprawy na bazar wlazłyśmy z koleżanką do pewnego zdecydowanie za drogiego butiku w Landzie. Ciuchy są tam włoskie, z fajnych tkanin i strasznie byle jak uszyte, no rozpacz. Sukienki jednorazowego użytku, za to mające proste, dobre kroje. Koleżance oczy rozbłysły jak dziecku w sklepie z zabawkami, mnie naturalny kolor lnu przesadnie nie pasuje, nie podoba mi się również szycie zmiękczonego lnu na overlocku ściegiem o długości 7 mm, odszycie dekoltu pliską skośną o szerokości 5 mm i kieszenie, w których mieszczą się tylko palce u dłoni. Za to uznałam, że ten krój ma potencjał. Zabrałam dawcę wykroju ze sobą. Był w niby obniżonej, mimo to absurdalnej cenie. Najdroższy wykrój w historii!

 
Wykrój dało się z tej kiecki odrysować bardzo łatwo, nawet rękawy. Pogrzebałam w skrzynce z tkaninami, znalazłam cienki jeans nabyty jeszcze w pandemii i odrobiłam rzecz po swojemu. Zamiast plisek porządne odszycia, normalne, wykończone dodatki na szwy, kolorowe stebnówki, duże kieszenie, rękaw 3/4 dający się podwinąć i podpiąć. Leży to zaskakująco dobrze, wykrój da się zastosować i do dzianinowej nocnej koszuli i do pikowanego kubraka bo nie ma zaszewek.

 

Jakim cudem udało mi się to zrobić? Ano się udało, bo dostałam leki na ADHD. I życie stało się znacznie prostsze. Znacznie. Nawet nie przypuszczałam w ilu dziedzinach i w jaki sposób ta neuroatypowość utrudnia mi życie. Od rozmów z ludźmi, niecierpliwości, przez zaniki koncentracji, ciągłą zmianę zainteresowań, coraz to nowe zabawki, napady aktywnosci i napady zmęczenia nie do przezwyciężenia. Szyjąc tę sukienkę poczułam, kiedy lek przestał działać: natychmiast stebnówki zaczęły tańczyć zamiast być do siebie równoległe. Nie mogłam utrzymać uwagi na prostym prowadzeniu tkaniny pod stopką.

 

 

wtorek, 3 marca 2026

100 lat starsza, ale w sweterku w serek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Aż bloga wstecz czytałam, żeby ustalić, kiedy zaczął się mój zjazd. Pierwsze o nim wzmianki znalazłam szóstego grudnia. Święta przyszły i minęły, minął Sylwester i Trzech Króli, a ja się z każdym dniem robiłam bardziej zmęczona, zmurszała, głupia i zapominalska. Na przełomie stycznia i lutego śmignęliśmy na tydzień do zupełnie bajkowej Lanckorony. Było przepięknie, tylko poza gapieniem się nie bardzo miałam siłę gdziekolwiek pójść. I pomimo drakońskich dawek leków przestałam do kompletu spać. Bezsenna noc to niemiłe zdarzenie. W pensjonacie, gdzie nie ma gdzie w nocy się schować przed bezsennością to koszmar. Ale i tak było przepięknie.
 


 To na drzewach to szadź i lód. Jadąc z Warszawy widzieliśmy, gdzie pasma mgły zamarzły na drzewach. Las w Lanckoronie był koronkowo - lodowo biały. A obok tej bieli zdarzało się kilka zielonych świerków. Nie miałam siły i odwagi obejrzeć tych cudów w lesie. Po pierwsze czułam się jak studwudziestolatka, a po drugie ten lód z drzew spadał na ziemię. W ostrym mrozie drzewa obciążone tonami zamarzniętej wody łamały się, strach wchodzić w taki las. Dałam radę jedynie dotrzeć do Arki i to w raczkach na butach. Zeszłoroczne złamanie nogi nauczyło mnie moresu. pan Mąż też dostał raczki, choć początkowo nie chciał. Dostawszy używał.
 
Oto oblodzony iglak. Z drugiej strony był całkiem zielony!
 
Arka cudna jak zwykle

 Siedząc przy piecu w salonie dłubałam sobie kolejny sweterek w serek z kupionej przed wiekami Mirelli od Włóczek Warmii w kolorze kobalt. Wełna jest tak śliczna, że powoli stawała się zapasem trumiennym i pora ją była przerobić. Zwłaszcza że coś świergocą wróble, że ten kolor wraca do łask.
 

 Tu akurat czytam, ale w innych chwilach dziergałam. 
Wracaliśmy do domu we mgle i bardzo powoli. około 1/10 pojazdów widzianych z tyłu nie miało tylnych świateł. 1/10 innych kierowców, widzianych z przodu miała tylko jeden sprawny reflektor. dwuślady udają jednoślady. We mgle to naprawdę niebezpieczne.
A w domu jeszcze na cito wykonałam dla przyjaciółki rękawiczki z podwójnej Luny sfilcowane na kość, żeby naprawdę chroniły przed zimnem. Proponowałam to opornej babie nie wiem ile razy, ale "ona nie lubi rękawiczek". Dopiero jak fest przymroziło, to polubiła.
 

  I skończyłam tego w serek na podstawie wzoru Idril, ale nie do końca. Darowałam sobie warkocze w talii dookoła człowieka. Wyszedł tak:
 




 Kilka uwag do stylizacji: szerokie, miękkie, sztruksowe spodnie Pan Mąż kupił na Allegro sobie. To on kocha oranże, ja nie przepadam. On nosi spodnie w rozmiarze 32/34. Ja używam 34/32. I mu się pomyliło. Zyskałam niechciane porcięta, ale przynajmniej mam je z czym nosić. Ten kobalt w towarzystwie niebieskich dżinsów traci nieco dzikość, z oranżem daje czadu. Co do mojej figury, w firmie five sisters można sobie sprawić gorset w którym można oddychać i jeść i nie epatować brzuszyskiem. Na ostatnim zaś zdjęciu modelka Bajka prezentuje jedwabny szal, który to wszystko, łącznie z moimi paznokciami zbiera do kupy. Szal zachwycał mnie kiedyś jedynie surowcem, ale używany jest często bo umie godzić takie różne szalone kolory.
Co do starości to  cofnęła się bardzo prędko po sprawdzeniu TSH i skorygowaniu dawki hormonu tarczycy. Już po pierwszej tabletce zasnęłam jak kamień na pełne 8 godzin.  

wtorek, 27 stycznia 2026

Szukając świętego Graala

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O jakiego Graala chodzi? O zupełnie zwykły sweterek w serek. O sweterek, w którym okrągłe panie z krótką szyją wyglądają najkorzystniej. Nic nadzwyczajnego a nawet wręcz przeciwnie. Bez ozdóbek, bez koralików, bez ażurków, bez warkoczy, bez dziwacznych pomysłów konstrukcyjnych no i najważniejsze bez akrylu, bez poliestru, bez wiskozy, bawełny, modalu i innych takich zamienników porządnego sweterkowego surowca. Na zimowy sweterek nadaje się bowiem albo merino, albo wełna jagnięca albo kaszmir. I jeszcze żeby ten sweterek był granatowy. Może niekoniecznie w kolorze majtek gimnastycznych z mojego dzieciństwa ani gatek atramentek, jakie były na wyposażeniu Wojska Polskiego za PRL, ale piękny, ciemny granat... ach.

Jeden, nawet z prawdziwego, mięsistego kaszmiru zrobiłam sobie sama. Tyle, że nie umiałam w nim zrobić klasycznych ściągaczy. Ma tunele z gumkami i szczyt elegancji to nie jest. Zatem szukałam tego Graala dalej. Internet rozwiązania nie przyniósł. W sieciówkach sweterki są bawełniane albo jeszcze gorzej. A jak surowiec jest OK, to cena kosmiczna. Benetton coś takiego ma w ofercie ale tylko w odległych krainach. Na wyprzedaży nawet cena OK, tyle, że czeka się nie wiadomo ile na wyrób, bo zainteresowanie ofertą duże. W Wólczance sweterki w serek są. Dużo nawet, tyle że zielone, czerwone i brązowe. Dla ciepłolubnych w kolorystyce. W Outlecie w Piasecznie żadnych serków w moim rozmiarze nie było. Jedynie crew neck bardzo teraz modne, w których pulchna kobieta z krótką szyją wygląda najgorzej jak się da. No i w końcu trafiłam tego Graala w Uniqlo. I w wersji merynosowej i kaszmirowej. I w cenie do przełknięcia za taki surowiec. No ale tam projektuje te sweterki Ines de la Fressange, a ona się na dobrym wyglądaniu zna. Niemal się ze szczęścia po ulicy turlać chciałam. (I okazało się, że chwilowo w Zarze też się ten Graal pojawił, wełniany, szorstki i droższy niż w Uniqlo). Teraz, mając w szafie zapas bazowy, mogę sobie sweterki w serek robić sama: z kobaltowej Mirelli z Włóczek Warmi na bazie wzoru Idril. Warkocze w talii sobie daruję. Z Holsta Supersoft połączonego z prutym szetlandem, bo sam Holst jest bardzo nietrwały, temu to nawet może cekiny dołożę. Z wełny islandzkiej, no i z pozostałych granatowych na ogół zbiorów. To się doskonale nosi. W tym mi dobrze, co tu kombinować.

I tak się dzieje z każdym dosłownie podstawowym elementem garderoby. Wełnianej spódnicy ołówkowej próżno szukać (jak się chce i podszewki i kieszeni). Jedynie lnianych koszul jest pod dostatkiem.

Z frontu malarskiego: w Akademii Golor ćwiczę różne umiejętności: zakomponowanie martwej natury, żeby się zmieściła na kartonie, owale, odbicia, cienie rdzeniowe i rzucane, światło odbite i jego kolor, jak malować szkło i takie tam. Może na ścianę się to nie nadaje, ale o ileż jestem po takim paskudnym obrazie mądrzejsza!


Po drugiej i po czwartej sesji. But był najłatwiejszy. Za każdym razem zmieniało się troszkę ustawienie i światło.

Oprócz malowania mamy też coś, co się nazywa zajęcia konceptualne. Znaczy samemu trzeba z podanych materiałów coś wymyślać. Nie wiem o co tu konkretnie chodziło, był i rysunek martwej, i wykonanie elementów do kolażu i sklejenie tego w całość. Wyszło takie:

Paskudztwo znalazło natychmiast chętną, która to przygarnęła. Nie wiem po co jej to, może zeszyt tym obłoży. Dla własnej radochy już w domu namalowałam sobie nasz park w śniegu. Miałam tu parę technik do przećwiczenia.


 Specjalnie dla Iksińskiej od mojej groomerki:

Pies, który zawsze był na dworze wypuszcza podszerstek, żeby w zimie nie zamarznąć. Jeśli go teraz, w mrozy zabrać do domu, to się zacznie rozbierać z podszerstka. Gwałtowne linienie trwa ok dwóch tygodni i jest oczywiste. Proces nieco przyspieszy wyczesywanie. Furminator pracę ułatwi. Gromer w pracy robi to tak: zaczyna od czesania, czesze, czesze ile się da. Potem pies idzie do kąpieli w ciepłej wodzie. Masuje się go z szamponem, płucze, nakłada odżywkę o pH 7, (ludzkie 5,5 się nie nadaje), cały czas się masuje skórę w cieple. Pory się rozszerzają, włos się rozluźnia. Przy płukaniu wyłazi masa włosa. Zaczyna się suszenie i czesanie w podmuchach suszarki i teraz wyłazi znów masa podszerstka. Taka procedura nieco ograniczy linienie w domu, ale go nie zatrzyma. Pies musi zrzucić co wyhodował, bo się w domu w tym upiecze. Teraz trzeba się zdecydować, czy trzymamy psa w mieszkaniu aż do temperatury +5 oC, czy jednak on mieszka na dworze i futro ma cały czas grube, aż do wiosny. Inaczej być nie chce. Zwierzęta mieszkające w nieogrzewanych pomieszczeniach muszą mieć futro. I konie i krowy obrastają na zimę, bo muszą.

czwartek, 22 stycznia 2026

Krwiożercza Kopa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

 


Oto Kopa Cwila, najwyższy punkt Warszawy. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku budowano Ursynów, ziemię (a w przypadku Mazowsza ziemia to  piach wymieszany z gliną) z wykopów pod bloki zwieziono w jedno miejsce i usypano sporą górkę. Poza skarpami wiślanymi na lewym brzegu rzeki nie ma w Warszawie wielu miejsc, gdzie można by w zimie jeździć na sankach, toteż górka od początku stanowiła na Ursynowie centrum zimowych sportów. Planowano nawet na niej wyciąg narciarski wybudować, ale się jakoś nie złożyło. Górka ma dwa szczyty przedzielone przełęczą, a stok północny jest długi i łagodny, prowadzi wprost do parku powstałego po likwidacji działek, parku pełnego starych, grubych drzew owocowych i masy krzewów. Stok południowy jest bardziej stromy i nawet ktoś wykonał na nim dwa progi, na których można się wybić w powietrze.
Ostatnie lata w śnieg nie obfitowały, coś tam prószyło, nawet kilka centymetrów śniegu powodowało zawsze najazd saneczkarzy na Kopę. Z psami wtedy lepiej było się tam nie pojawiać. Ten śnieg ostatnio po kilku dniach topniał i tyle było zabawy. Mimo tego zawsze przed prognozowanymi opadami służby miejskie ustawiały przed ławkami, latarniami i grubszymi drzewami zapory ochronne ze słomy. Aby chronić saneczkarzy przed rozbiciem się na ławce, koszu na śmiecie czy latarni. No i żeby drzew tak zanadto nie poobijać.
 



 Śnieg spadł dobrze przed feriami i natychmiast górka została wzięta w posiadanie przez saneczkarzy. Wyjeździli ją na gładko. Potem przyszło krótkie ocieplenie i ponownie mróz. Nasza dość niewinna górka stała się lodowym krwiożerczym sankojadem. 
 

Po weekendowych szaleństwach wokół górkowych śmietników pozostawały połamane sanki i inny sprzęt do rozpędzania się na lodzie w ilościach hurtowych. Wprost oczom nie wierzyłam, na czym można zjeżdżać z lodowych tras. Do niedawna królowały plastikowe jabłuszka, zwane przez niektórych dupcokami. Takie jabłuszko zupełnie nie chroni dzieciaka, nie można nim sterować i nie chcę wiedzieć jak się czuje dziecko jadące na tym na lodowej wyrzutni albo na muldach. Jabłuszka są tanie i kolorowe stąd wzięcie. Producent na pewno na tym nie jeździ.

 Płaskie plastikowe sanki z maleńkimi plastikowymi grabkami po bokach w roli hamulców (ha ha!!) to dziś najczęstszy śmieć. Korytkom pęka dno, czasem odpada, czasem kruszy się  na ostre kawałki. Można w tym ciągnąć dzieciaka po śniegu, ale zjeżdżać po lodowym, nierównym torze?

 Rodzice pamiętają chyba na czym się powinno jechać, bo dla siebie wybierają sprzęt porządniejszy, dzieciom zostawiając materac na sznurku. Albo dmuchane, ceratowe koło do pływania. 

 Widziałam dzieciaki zjeżdżające na foliowym worku na śmiecie pełnym słomy wyjętej z ochraniaczy śmietników i ławek.  Plastikowa torba z Biedronki też się nadała. Sanki drewniane też jakieś nietrwałe są, widziałam wiele rozbitych sztuk. Co ciekawe obecne sanki metalowe są jeszcze marniejsze, rozłażą się bardzo łatwo, bo to wprawdzie metal, ale cieniusieńki, taki jak chińskiej produkcji kije do szczotki, słaba kobieta łamie to w dłoniach bez trudu.
Gdyby ta Kopa pożerała tylko sanki... Niestety jest krwiożercza. Karetka pogotowia przyjeżdża tu kilka razy dziennie, wypadkom ulegają i dorośli i dzieci. Pan z Zieleni Miejskiej, codziennie dokładający słomę wokół ławek i latarni nie może się nadziwić gdzie ci rodzice mają rozum. Jak można puścić pięciolatka w plastikowym, kruchym korytku po lodowym torze kończącym się w krzakach a samemu stać na górce i palić? I ryczeć na innych bo przeszkadzają? Ponoć dzisiejsi rodzice tacy opiekuńczy są, ale czy ja wiem? Czy naprawdę nie można dzieciakowi kupić porządnych sanek?
 

niedziela, 18 stycznia 2026

Czas to tajemnicza sprawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czas to rzecz bardzo tajemnicza. Dawniej był nieskończony, leniwie płynął a na niektóre zdarzenia nie można się było doczekać. Było raz jasno, raz ciemno, zimę od lata oddzielała nieskończona wręcz rzeka czasu. Wakacje trwały długo, czas na wszystko był i niekiedy bywało go wręcz za dużo. Z niedowierzaniem słuchałam starszych skarżących się na jego pęd. Pewien pan ujął to lapidarnie: Kiedyś bywało ciemno, jasno, ciemno, jasno. A teraz biało, zielono, biało zielono.
I fajnie, tylko od trzynastu lat nie bywało biało. Tak naprawdę biało i zimno. Jakiś niemrawy śnieżek się przytrafiał, ale żeby aż tak jak teraz, to nie. Pławię się w tej zimie. Cieszę się nią. Napawam.
Do karmnika przybywają najmilsi goście, sypię tam porządne żarcie, nie żadną tam kaszę z kukurydzą, a słonecznik, orzechy, łój, ziarno w tłuszczu i jest na to branie.
Jery nie pojawiały się, gdy nie było solidnego mrozu. teraz są codziennie.


Rudziki rozrabiają na całego. Przepędzają z karmnika sikorki i panoszą się że hej. 


A to gróbodziub, przyszedł z małżonką. Ma tu typowo zimowe, jasne, ubarwienie dzioba. Zdjęcie z rozpostartymi skrzydłami pokazuje wzór na piórach i krótki ogonek. W połączeniu z grubą szyją  i mocarnym dziobem daje to efekt ptaka-buldoga. Nacisk dzioba tego ptaka dochodzi do 50 kg, gdzieś te mięśnie muszą siedzieć, stąd gruba szyja. Kaszę z kukurydzą bez tłuszczu to tylko gołębie lubią. Nawet mazurki i wróble wolą słonecznik. A sójka nie przyjdzie, jeśli w karmniku nie ma orzechów. No i tak sobie regularnie do Action chodzimy po tę karmę. Przy okazji się żarówki kupiło. I czekoladę.
Lata temu, naprawdę dawno, kupiłam w lumpeksie futro. Takie do ziemi, bez ociepliny nijakiej. Tylko gruba sierść mocno siedząca w skórze i podszewka. Cena była bardziej niż przystępna. No w każdym razie za 150 zł futra nigdy nie widziałam. Tyle, że nie wiedziałam jakież to jest futro, kto dał na nie skóry. Kuśnierz mnie uświadomił, że to szopy. Odtłuszczone, przyzwoicie rozszyte szopy. Jako że wtedy byłam gruba i nieforemna, w futrze wyglądałam jak stóg słomy. Używałam go owszem, na zimowe pogrzeby. Drewniany kościół na Bródnie nie jest ogrzewany, trudno w nim 30 min w poliestrze wytrzymać. Teraz szopy wyszły na światło dzienne i wcale w nim źle nie wyglądam. I mimo -12 ciepło mi od stóp do głów.

 Spotkałam jakąś panią w kurtce z lisów. Bardzo niepewną, czy ktoś jej nie ofuknie. Stanęłam przed nią i powiedziałam tonem jak z pochodu pierwszomajowego za komuny: szopy pozdrawiają lisy. Uśmiała się. Ponieważ w naprawdę duży mróz prawdziwe futro nie ma zamiennika, przyjęłam z wdzięcznością radę innej przechodzącej pani. Odchyliła połę wełnianego płaszcza, a w środku, schowana, futrem do właścicielki siedziała koza. Pani sobie peliskę zrobiła samodzielnie. Nie widać futra na wierzchu to nikt się nie czepia. Tak chyba skończą norki mojej mamy kupione we wczesnych latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, które już wtedy były z drugiej albo trzeciej ręki a teraz obciach je nosić; od pięciu lat śpią na nich w zimie psy, ale futro wciąż wygląda dobrze.
Ponieważ wojna w Ukrainie wciąż ma się dobrze ponownie przetrzepałam zapasy włóczkowe i ponad trzy kilo ciepłego surowca przekazałam  do przerobienia na skarpety dla szpitala frontowego.

 
Sama skończyłam projekt skarpetkowy na uprzedni rok, ostatnia para poszła do szefowej sklepu z materiałami plastycznymi dla upamiętnienia dwudziestopięciolecia znajomości. Obdarowana się wzruszyła. Teraz ruszam z ambitniejszymi projektami, jak zrobię to pokażę. 
I jeszcze jedno. Jedwabne apaszki z Temu w większości są jedwabne. Jedwabna włoczka z Temu jest na bank jedwabiem sztucznym z wiskozy. Jest to tanie, nosić się powinno dobrze, choć pewnie będzie się mechacić. Jedwab ma bardzo długie włókna, wiskoza bambusowa nie. Będą knoty. Za to było tanie, nawet jak na wiskozę. Tylko trzeba tę cieniznę w dwie lub nawet trzy nitki brać bo inaczej to druty 1,5. Nie grubsze.
Zima jest, cieszmy się nią.



Nasza mizerna górka, Kopa Cwila, potrafi przy odpowiedniej pogodzie Himalaje udawać!
 





 


sobota, 3 stycznia 2026

Let it snow

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Moja osierocona koleżanka szlochała gorzko tydzień, ale gdy i dziecko i były mąż, lekarz zresztą, kazali jej natychmiast brać kolejnego psa, nieco oprzytomniała i zaczęła się rozglądać. O mało nie pognała mojego Pana Męża hen za Wrocław, bo tam na OLX ktoś trzyletniego Westa oddawał za darmo. Na szczęście ten ktoś się rozmyślił i koleżanka nieco przytomniej spojrzała na mapę i na siebie. Schronisko na Paluchu odpadało, nie dają tam psów pod opiekę starym ludziom. Kilka fundacji też moją koleżankę pognało po pytaniu o wiek. Pozostało kombinować i nie wybrzydzać. I rozszerzyć promień poszukiwań poza Warszawę. W rodzinnym mieście koleżanki też jest schronisko, sądząc po stronie i opisie psów jest to dobre schronisko. Miasto jest niewielkie i ludzie się znają. Koleżanka dostała rekomendacje od znajomych dla kierowniczki azylu. Zadzwoniła, powiedziała co i jak i rozsądnie zapytała, jakiego towarzysza życia jej zaproponują. I przystała na propozycję. W najbliższy weekend pojechały z córką po Zulę. Po burą sukę nie mającą nic wspólnego z rasowymi psami, jakie mojej koleżance towarzyszyły przez całe życie. Nigdy nie miała suki. I nigdy nie miała burka, genetycznie przystosowanego, żeby sobie radzić w każdej sytuacji na własną łapę. Ot choćby sprawnie chodząc po pionowym ogrodzeniu z siatki. 15 grudnia Zula zadebiutowała na wspólnym spacerze na Górce.


Co chwila spoglądała na moją koleżankę i na nikogo innego. To w końcu ta kobieta zabrała ją z psiego pierdla i gadała do niej słodko całą drogę. I najwyraźniej dała dom. W łóżku wolno i na kanapie wolno, ale wciąż pewności nie ma...


Z szelek wystraszona Zula wyłazi w sekundę, z obroży też, nie zna otoczenia. Musi być na smyczy przez jakiś czas. Ale od tych nóg nigdzie nie ucieka.


Ogon na smutno, uszy na niepewnie. Co mnie tu czeka? Dotknąć się nikomu nie dawała, przysmaków nie chciała, siusiu robi raz a dobrze na każdym spacerze. Koleżanka jeszcze płacze po Baronie, ale ręce psie futro tulą i doceniają.
Przez ostatnie dwa tygodnie wiele się w świecie Zuli zmieniło. Umeblowała sobie dom. Zagospodarowała wszystkie zabawki po Baronie. Ma schowek na smaczki. Bierze smakołyki z ręki i czasem da się posmyrać pod brodą. Z psami mówią sobie przy spotkaniu dzień dobry. Tylko mówimy do niej Zulus a nie Zula, bo jakoś to lepiej pasuje. 

Powoli ogon zaczął się podnosić do góry, zaczęła swobodnie węszyć i rozglądać się po okolicy. I zaczęła znaczyć teren. Co oznacza, że jest już u siebie!


Spadł śnieg i wszystkie psy i dzieciaki mają masę radości.


A dziś Zula hasała już bez smyczy. W cichym i odległym od ludzi i ruchu miejscu. Gdy się zagęściło bez mruknięcia poszła na smycz. Wygląda na to, że będzie pieskiem grzecznie chodzącym luzem, ale najpierw musi przejść szkolenie miejskie, dowiedzieć się co nieco o ruchu ulicznym, szklanych drzwiach i o metrze. Trzymajmy palce za burą Zulus.
A ja się ze szczęścia nie posiadam bo pada śnieg. Nie jakaś mokra ciapa, ale porządny, biały, czysty śnieg. I leży. Trzynaście lat tego nie było. Na cierpienia kierowców jestem niewrażliwa. Niejaka pani Natalia, która się Tvn24 skarżyła, że siedzi w korku czwartą godzinę jadąc z Gdańska do Warszawy z dziećmi i nie ma nic do jedzenia i picia i boi się, że paliwa też nie starczy powinna moim zdaniem dostać kolegium za zaniedbanie wobec dzieci, a nie wsparcie. Alert RCB rozsyłają na wszystkie komórki.  Trzeba wcale nie mieć szarych komórek, żeby się w taką pogodę bez zapasów z dziećmi wybierać i to S7. Kary finansowe powodują cudowne odrastanie rozumu. 

Robię orły na śniegu, chodzę w nocy na Dolinę, jest jasno, cicho i pięknie. Pan Mąż nie cierpi zimna i wolałby nigdzie nie wychodzić, ale mam to w nosie. Tak rzadko jest śnieg, mogę się nim nacieszyć.





Cztery pary skarpet skończyłam, pora na jakiś płodozmian.