sobota, 13 lipca 2019

Nasza Muszka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

To pierwsze zdjęcie które jej zrobiłam w schronisku Azorek w Sochaczewie 6. listopada 2010; jeszcze się wtedy nie nazywała, miała tylko numer 1183, od dziewięciu miesięcy siedziała w widocznym na zdjęciu kojcu, zwykle sama, bo inne psy ją maltretowały. Miała połamaną miednicę o czym dowiedziałam się dopiero w domu uważnie studiując papiery, które dano mi w schronisku. Została u nas Muszką. Muszysławą, Muszycielem, Muszu Muszu, Muszu z Pluszu albo Muszu w Kapeluszu. Ten jej numer sprawdziłam dopiero teraz.

Posty o Muszce znikły wraz z Bloxem, ale pamiętam dobrze jak to było. Jedna z Psich Mam, Psich Anielic, wolontariuszka wszelkich fundacji niosących pomoc udręczonym zwierzętom widząc jak dogaduję się z Kretką, jakie mam warunki życia(ogródek! mieszkanie przyjazne zwierzętom! czas!) popracowała nade mną, bym wzięła dręczoną w schronisku bidę. Przekonałam niechętnego męża (co my na wakacjach z dwoma psami zrobimy!), wzięłam czyste, krochmalone prześcieradło i pojechałam po 1183.
Bez prześcieradła nie dało by się jej przywieźć do domu. Śmierdziała tak strasznie, że tylko z psem szczelnie zawiniętym w płótno i z opuszczonymi wszystkimi szybami jakoś zniosłyśmy tę podróż.
W domu natychmiast trafiła do wanny, gdzie zostawiła część tego schroniskowego smrodu, wypuściła jedyną posiadaną pchłę na Zazulkę i usiadła w przedpokoju. Nie ruszyła się 6 godzin. Poszła do budy pod stolikiem. Tomek wrócił do domu i się zakochał w najmiększym pieseczku na świecie. Kretka zaprosiła do wspólnego spanka. Zaczęło się nowe życie.



Kretka, mądra psina w początkowym okresie była nieocenioną pomocnicą. Mówiła mi kiedy Muszce sie chce siusiu, uczyła Muszkę że pięć minut pod osiedlowym sklepem czy piekarnią to nie wieczność i nikt nas tu nie zostawi, nie ma co wyć i płakać, udostępniła legowiska, kanapy, kocyki i zabawki. Do zabawy miała Muszka stosunek niechętny. Raz czy dwa zaaportowała piłeczkę i to wszystko. Nie lubiła aparatu fotograficznego. Doczekała się własnego wierszyka:

W kącie łóżka
Na poduszkach
Boczkiem brzuszka
Leży Muszka.
Mówię Muszko!
Stają uszka
Pełznie Muszka
Po poduszkach.



 Unikała psiego towarzystwa, ze spaceru potrafiła się urwać do domu, bo spotkałyśmy zbyt dużego psa. Do Tekli, przyjaciółki Kretki przyzwyczajała się chyba cały rok. Urwawszy się do domu siadała "po trasie" przy koszu od śmieci, żebym ją mogła znaleźć. Nie chciała nosić szelek. Obroża była jej zdaniem właściwą oznaką Psa Kochanego I posiadającego Panią/Pana. Odnalazła zagubiony dom i bardzo to sobie ceniła. Kilka miesięcy po adopcji, w styczniu, gdy na minusie było 30 stopni, trącił ją i śmiertelnie wystraszył samochód. Popędziła przed siebie i znikła na pięć dni. Postawiłam na nogi policję, Straż Miejską, okleiłam Ursynów ogłoszeniami i nic. Po pięciu dniach Kretka zwlekła Tomka z łóżka o szóstej rano i kazała otworzyć ogródek. Muszka znalazła drogę do domu, pokonała płot i wróciła. Po tym gigancie nigdy już nie straciła mnie z oczu. 





Wiele miała lęków: ścierka do naczyń, kołdra strzepywana, wycieczka do lasu, któreś z nas szukające jej gdy się zapodziała. Ciągle oczekiwała bury i lania. Nie doczekała się nigdy. Wszystkie strachy w końcu minęły, a w lesie nam pokazała, że jedynie ona z całej rodziny umie zbierać jagody. Niewykluczone, że się nimi jakiś czas żywiła. Polować na krety i padalce też umiała. Suche żarcie jej nie leżało, jadalne były tylko mięsa i sery. Opowiedziała nam, że wie co to jest koń i traktor i wózek z małym dzieckiem. Dzieci malutkie, uczące się chodzić budziły w niej grozę. Kretka to wiedziała i zawsze separowała swoim muskularnym ciałem dzieciaka od Muszki.
Nienawidziła motocykli, kosiarek do trawy i wszelkich ustrojstw na motorek. Raz ugryzła dozorcę bo kosił trawnik. Zrobiłam mu za to skarpetki; dobry pan Krzysztof, psiarz skądinąd,  wybaczył Muszce ten wybryk.
Kretka bez piłeczki nie mogła żyć. Kiedy w końcu oślepła, Muszka biegła za piłką, mówiła Kretce gdzie piłeczka jest i ślepa koleżanka miała swoją radochę ze spaceru.
Muszka się tarzała. Niewykluczone, że masowała sobie tak poobijany, bolący kręgosłup. Oto tarzanie ostatniej zimy na plaży:


Nie wiadomo ile Muszka miała lat. Co najmniej dwanaście, a może i więcej. Początkowo dotrzymywała kroku ruchliwej i wytrzymałej jagdterierce, ale po jej śmierci z ulgą powitała niezbyt ruchliwą Franię. Ustawiła młodziaka na wstępie i było OK. 




Frania się leczyła, rehabilitowała a Muszka podupadała coraz bardziej. Oczy się jej zamgliły, futerko posiwiało i pocieniało, łapki zaczęły drżeć. Jeszcze zeszłego lata radośnie buszowała z Franią po mysich krzakach na SGGW licząc i przeganiając myszy z miejsca na miejsce, aż nagle dała sobie z tym spokój. Szła z obowiązku na spacer ale jeszcze chętniej wracała na kochaną kanapę. Coraz częściej zastygała w bezruchu gapiąc się w ziemię, ogłuchła, oczy jej zmętniały. Kości bolały coraz bardziej. Wypróbowaliśmy wszystkie psie antybóle bez spektakularnego rezultatu. Po skutecznym Opokanie wysiadła jej wątroba. Lezała i cierpiała liżąc łapy na kanapie z oczami jak spodki, ściągniętymi w cierpieniu uszami i wybałuszonymi w męce oczyma.
W końcu przewlekłe zapalenie wątroby dało jej tak w kość, że przestała jeść i pić. Lekarze chyba dali by sobie z tym radę, po czterech dniach antybiotyków i kroplówek było może troszkę lepiej, ale o jej zasadniczym problemie, czyli bólu i demencji nikt się nawet nie zająknął. Psi anestezjolog poinformował mnie, że może Tramal, dawka 50 mg co 2 godziny na takiego pieska... ale recepty nie dał. Międzynarodowe psie forum w demencji zaleca olej z konopi, z marihuany. Fajne rady.
Zatem płacząc i szlochajac wydusiłam w klinicę eutanazję. Oni by ją jeszcze długo mogli "leczyć". Po co jej ta męka?
Żegnaj Muszko. Poczekaj na mnie. 
 A kiedy się już rozstać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza.
Przecież przy tobie jest psie niebo.
Z tobą zostaje jego dusza.


poniedziałek, 1 lipca 2019

Jak zrobić dwa jednakowe rękawy z Luny/ Ingi/ Dundagi?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Moja kochana wełna jest bardzo kochana, ale też pełna niespodzianek i suchej trawy. Trawa to nie kłopot, ale niepowtarzalne zestawy kolorów, różne w każdym motku, rozmaita waga precli, i niemożliwość oceny barw przed trzykrotnym upraniem gotowego wyrobu to niezłe czynniki ryzyka. Mimo to kocham Dundagę bardzo. Tyle że już się nauczyłam, że kupować na wyrób trzeba nieco z górką, aby sobie można tymi cud kolorami pozarządzać. Moje trzy ostatnio przerobione motki wzbudziły chyba tylko mój entuzjazm, nikt się na nie nie rzucał. Do tego stopnia się nie rzucał, że mogłam spokojnie dokupić jak uznałam że potrzebuję. Zazwyczaj dokupić można tylko precle zielone i brązowe, inne schodzą w locie w miarę przyjmowania do sklepu.
Nastała moda na okrągłe karczki. Raglany robione od góry jakoś minęły, a okrągłych karczków wszędzie masę widać (nie w sklepach rzecz jasna). Mam z taką konstrukcją związane złe wspomnienia. Otóż była bardzo modna w latach siedemdziesiątych. Noszono wtedy swetry obcisłe, wszystko robiono od dołu, a karczek zmniejszano już od miejsca dołączenia rękawów. Nigdy w takim swetrze nie mieściły się moje ramiona pływaczki. Babcia zrezygnowała z tych modeli bo nikt tego nie chciał nosić.
A teraz duch wrócił. Tyle że teraz duch naczytał się Elizabeth Zimmerman i wie, że po dołączeniu rękawów robi się dalej prosto do góry jeszcze 10 cm. I dopiero w ostatnich 10 cm na wysokość dość dramatycznie zbiera się oczka. Duch czasu poza tym spostrzegł, że dziś wolimy robić od góry w dół i przemyślnie odwrócił całą konstrukcję do góry nogami. Zatem można dziergać. Mój Symetryczny oparty jest dość luźno na wzorze Arwen . Jest dłuższy, niekonkretnego rozmiaru, rękawy ma znacznie węższe niż nakazuje wzór.

Korpus zjadł dwa motki. Uznałam, że symetryczne rozmieszczenie pasków jest ok.


Różnica kolorów między górą a dołem wynika z uprania góry. Dokupiłam motek na rękawy. Ta jak i oba zużyte motki zawierał jedną sekwencję kolorów. Naturalnie podobały mi się te słodkie kolorki  co je widać na górze i na dole swetra. Bury środek mało mnie wzruszył. Zaczęło się przewijanie motka  bo zielone było na początku, a rękawy chciałam zacząć bez widocznej różnicy kolorów. Nie miałam planu co zrobię, jak tego kawałka motka nie starczy. Niby zielone się powtarza, więc zielonym można sztukować.
Na okrągły drut nabrałam od środka pachy rękaw A, zamiast go robić w kółko po dotarciu do pachy z drugiej strony narzuciłam na drut 8 oczek na stek do przecięcia, później od pachy rękaw B, osiem oczek na stek i dopiero teraz zamknęłam robotę w kółko. Na długim drucie z długimi końcówkami robi się to niewygodnie. Zmieniłam drut na 40 cm z krótkimi końcówkami. I poleciało.




W trakcie pracy wygląda to komicznie, sweter jest złożoną na pół bułą, rękawy to trąba. Ale robi się szybko i wygodnie. Trzeba pamiętać o jakimś odznaczeniu brzegów rękawa. U mnie są to oczka przekręcone. Markery wyznaczają steki. Jeżeli się robi wzorami fair isle, to takie wykonanie pozwala uniknąć chowania tysięcy końcówek nici. Wystarczy wprowadzać nowy kolor w środku steku.
Magię Świąt wykańczałam z pospiechu na maszynie. Nigdy więcej! Dziewiarstwo ręczne to nie jest dyscyplina na czas. Tym razem jak Alice Starmore nakazuje obkrzyżykowałam brzegowe półtora oczka steku najpierw w jedną stronę:


A później w drugą, i tak wszystkie cztery brzegi cięcia. Pół oczka od brzegu rękawa zostawiłam nieobszyte, jakaś wygoda zeszywania musi być.



Przecięłam na środku wielkimi nożycami 

 
a po zeszyciu ręcznie ściegiem niewidzialnym dziewiarskim odcięłam dodatki szwu. Obszycie mocno go trzyma.
Szew wygląda tak:


A cały sweter tak, nie pokażę na osobie bo jest za ciepło.


Jest jaki miał być, wielki, nad kolano, z wąskimi rękawami.

A w szafce swetrowej kipisz. Zlikwidowałam już czterech mieszkańców. Idril i Średniowieczny poszły do sąsiadek z obfitymi biustami za to bez brzuchów, one mogą nosić takie rzeczy. Bolerko nigdy nie noszone i błękitny z lopi sprute. Będzie z nich coś bardziej dla człowieka odpowiedniego niż drogi sweter do wynoszenia śmieci.


środa, 26 czerwca 2019

No i jestem teściową!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy



Do ostatniej soboty szykowaliśmy się bardzo długo. Misia i Irek dojrzeli do decyzji i  o czternastej, w najładniejszym warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego (no może poza Pałacem Ślubów) zawarli związek małżeński. Zamiast wielkiego wesela był obiad dla rodzin i najbliższych przyjaciół państwa młodych.
Bez napinki podeszłam do tematu. Miałam zafundować tort, dołożyć się do obiadu, a ciuchy? No przecież wiszą w szafie.
Ale im bliżej było uroczystości, tym jednak większy czułam niepokój. W końcu poszłam z koleżanką do sklepu w Landzie, gdzie przyszłe teściowe i świekry tradycyjnie nabywają kreacje. 
Trzy godziny mierzyłam cuda na kiju z gremplin i poliestrów we wszystkich kolorach tęczy. Ciekawa sprawa, na ulicy widzę masę kobiet grubszych ode mnie, nierzadko znacznie. A w sklepie dla teściowych ledwo co obejmowało mnie w brzuchu. Te grube baby też wydają dzieci za mąż i za żonę. W co się ubierają? 
Wyszłam z poliestrowej grempliniarni i poszłam do pobliskiego butiku. Przerażająca sprzedawczyni obrzuciła mnie fachowym spojrzeniem, przyniosła pięć wieszaków na których wisiały lny i jedwabie, dorzuciła naszyjnik i kazała mierzyć. Z tych pięciu kreacji nabyłam dwie. Posłużą mi długo, długo skoro lata mają być już zawsze takie gorące. Baba dała mi rabat w stosunku do cen z metek i nie wydała paragonu. Po lewej stronie prawa ten butik się znajduje, ale ubrać się można bez komentarzy.
W piwnicy miałam jeszcze jeden dość spłowiały, granatowy kapelusz. Potraktowałam go barwiącym, niebieskim sprayem do butów, a w kwiaciarni na gorący klej przyklejono do niego dwie sztuczne piwonie. Buty miałam. Szal estoński miałam. Torebkę też. Pazury zrobiłam, włosy obcięłam.

Obyło się bez garsonki teściowej.
Misia miała wszystko co trzeba: suknię, buty, fryzurę, szarfę, paznokcie, ślubną biżuterię i moje pożyczone perełki. Szarfę przerabiałam dwa dni przed ślubem. Udało się. Irek też wyglądał przepięknie.



Świadkiem ślubu była serdeczna przyjaciółka Misi, Zuzanna. Urodziły się w odstępie dwóch tygodni, Zuzia mieszkała dwa piętra niżej. Znają się dziewczyny od dziecka. Zuzia miała termin porodu na poniedziałek. Jakoś przetrwała ślub i obiad nikogo nie rodząc. Zresztą szpital położniczy był 200 metrów od restauracji.



Alicja bardzo się uroczystością denerwowała, ale wystąpiła jako szlachetna i dostojna matrona rodu.





Misia z tatą; podobni są jak dwie krople wody. Tyle, że Misia nie ma brody.




Mój wuj bardzo mnie zaskoczył wyglądem. Dopadły go dolegliwości rozmaite.



Tort okazał się niezwykle piękny i był bardzo smaczny. Jakie to szczęście, ze teraz torty nadziewa się kremem z serka mascarpone i bitej śmietany. Kremy z margaryny rozmnażanej budyniem na szczęście pożeglowały w niebyt. Róże na torcie były świeże, było tam też ciut brokatu. Różany, świeży zapach był stosowny do okoliczności.



No i Misia poszła za ten mąż!

piątek, 14 czerwca 2019

Czerwony Kapturek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czerwony Kapturek szedł do babci przez las, a w koszyczku miał strawę, butelkę wina i ciasto. Niósł to babci, bo babcia była chora. I stara. A może i jedno i drugie.
Nie chodzę przez las, a brnę Pikusiem przez korek na Dolinie Służewieckiej. W koszyczku wiozę ser, upieczone i pokrojone mięso, owoce, masło. Czasem ugotowaną kapustę, czasem worek pomidorów, wątróbkę, wędlinę. Bo babcia w upały nie powinna wychodzić w skwar. Padła by.
Przy okazji rzucę okiem na żarówki, śmiecie, żelazko, coś wyniosę na śmietnik. 
Do tej pory w upały braliśmy Alicję do nas, teraz juz to nie bardzo da się zastosować. Alicja najlepiej czuje się u siebie. Nigdy nie była mistrzynią pakowania się, ale teraz nie jest już zupełnie w stanie pozbierać własnych, potrzebnych na kilka dni rzeczy.
Ileż lat jestem Czerwonym Kapturkiem...
Mniej więcej kiedy zostałam Mamą Misi moja babcia, właścicielka naszego mieszkania  podówczas około siedemdziesiątki zaczęła wymagać dyskretnej opieki i nadzoru. Nic niby wielkiego, ale oczy trzeba było mieć naokoło głowy, bo babcia była pełna niespodzianek, fałszywych przekonań, uprzedzeń i niewypowiedzianych nigdy pragnień. Była bystra i skłonna do awantur, ale pogarszający się słuch i wzrok dawały się i jej i nam we znaki.
Trzeba było kilka razy dziennie kontrolować łazienkę, czy aby jakieś upokarzające resztki nie zostały w wannie czy w sedesie, pilnować gazu wiecznie zalewanego mlekiem. Dziesięć lat walczyłam o kuchenkę z systemem antywybuchowym i elektryczny czajnik, którego nie da się spalić na gazie. Ani mamie, ani babci ani lekarzowi rodzinnemu nie wpadło do głowy zorganizowanie pomocy dla niedomagającego słuchu, moja dentystka zrobiła babci zęby. Nasza pierwsza suka, Pestka okazała się fantastyczną niańką i umożliwiła nam chodzenie do pracy, słuchała za babcię świata. Wlekła ją za spódnicę w miejsca wymagające ludzkiej interwencji: do kuchni gdy kipiało mleko, do telefonu gdy dzwonił, do drzwi bo ktoś przyszedł. Im babcia była starsza, tym trzeba było być czujniejszym: smarować guzy na głowie nabite szafkami kuchennymi Arcalenem, odnaleźć przyczynę dziwnych plam na wszystkich krzesłach (od wiecznego siedzenia na chudym tyłku zrobiły się odleżyny. Dyskretna babcia smarowała je Fitolizyną, bo taką "maść" znalazła w apteczce!), w upały pilnować aby piła ile trzeba - to było strasznie trudne, codziennie spacerować z nią po parku i być, cały czas być obok. Ponad dwadzieścia lat! To jest strasznie wyczerpujące mentalnie. Strasznie.
Opieka nad mamą trwała raptem miesiąc z hakiem, ale była koszmarem. 

Teraz znów wkroczyłam na drogę Czerwonego Kapturka Opiekuna. 

I gdzie nie spojrzę, wszędzie Czerwone Kapturki uganiają się jak w ukropie. Sąsiadka opiekuje się mężem, bratowa ojcem po wylewie i dzieckiem. Sama w tym gdzieś znika. Lu ma mamę z demencją, moja bogata koleżanka ciężko pracująca jako agent nieruchomości ma mamę z tym samym schorzeniem. Teść, sam dziewięćdziesięciodwuletni, ma na głowie znacznie młodszą żonę z Alzheimerem, już zupełnie nieprzytomną, kilkoro sąsiadów opiekuje się na raz rodzicami i własnymi niepełnosprawnymi dziećmi. Misia dziś zrobiła zakupy dziadkowi, bo mąż nr 1 jest oczywiście w górach niezainteresowany tym co je i pije jego tata. Iksińska obrabia babcię i każdego potrzebującego w jej wsi. Na każdym zdrowym, sprawnym i odpowiedzialnym dorosłym ktoś wisi. 

Nawet nie będę tu napomykać o Złym Wilku czatującym na Babcię i Czerwonego Kapturka. To by było zbyt dużo na jeden post. 

Niewykluczone, że jeszcze obejmę na jakiś czas etat Mary Poppins. Tej z książki a nie z disneyowskiego filmu.

 

środa, 5 czerwca 2019

Dzierganie, Pikuś i kapusta

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W czasie ostatnich deszczów odpaliłam Pikusia i pojechaliśmy do ogrodnika po rośliny na taras. Pikuś mnie zaskoczył, bo jakoś ryczeć zaczął. Radio zwykle nastawione bardzo cichutko zostało zagłuszone przez podejrzane popierdywanie. Pomyślałam o wydechu. Inni kierowcy napomykali o gaźnikach i innych bardzo skomplikowanych urządzeniach. Poprosiłam o pomoc Irka; przyjechał nawet z komputerem, jak się okazało całkiem niepotrzebnym. Pikuś zgubił obejmę na wydechu. Koleżanka dała mi namiar na warsztacik nieopodal, trasę znalazłam na mapach Google i dziś rano punktualnie o 8.30 wjechałam samodzielnie na kanał. Naprawa trwała 10 minut i kosztowała 30 złotych, tak jak Irek przepowiedział. Za diagnozę odwdzięczyłam się zięciowi smażona indyczą wątróbką i michą zielonej sałaty. To jest dopiero deal! Pikuś znów jest cichutki i nie ryczy.
Chyba nie umieściłam tu w celach sprawozdawczych kwietniowych i majowych udziergów, zatem jedziemy:
1.
Strzałka dla mnie. Duża i kolorowa.
2.
Mitenki zostawione w Lanckoronie. Słodkie bardzo.
3.
Skarpetki z Opala 6-fach. Wzbudziły taki zachwyt, ze je wyłudzono, mimo ze nosiciel ma nóżkę o dwa rozmiary mniejszą niż ja. Ponieważ kolor i mnie się podoba, nie zrobiłam podkolanówek, a krótkie skarpetki. Resztkę przerobiłam na coś, co dz się nosić na głowie pokazując te kolory światu.

4. Opaska z resztki poskarpetkowej



Takąż opaskę, tylko z dzianiny szytej na maszynie znalazłam w Lanckoronie na ławce przed domem. Przyjrzawszy się jej bliżej stwierdziłam, że bardzo łatwo ją zrobić i niczego tu się nie zaplata, nie przewleka przez dziurę i to żadna robota.
Robi się pasek szerokości 10-15 cm długi na obwód głowy (dość ciasno, bo będzie spadać). Dobrze rozpocząć prowizorycznie i dopilnować, aby na obu końcach była ta sama, parzysta liczba oczek. Następnie oczka na brzegach rozłożyć na cztery druty skarpetkowe: dwa z jednej strony, dwa z drugiej. Na każdym drucie ma być tyle samo oczek.
Składa się następnie opaskę wzdłuż na pół a brzegi z drutami układa się na przemian między sobą. I teraz trzeba zamknąć te oczka. Można je ze sobą zeszyć, można zamknąć na zasadzie zamykania z trzech drutów, tyle że tu jest tych drutów 5: na czterech siedzą oczka, czwartym zamykamy. Świetny projekt na resztki skarpetkówki w pięknych kolorach.

5.
Skarpetki U Turn z Knittera. Są na Ravelry.


Na zdjęciu bez nogi w środku wyglądają przedziwnie. Nadają się doskonale dla tych, co mają wysokie podbicie. I do wełny z bardzo częstą zmianą kolorów, widać jak się paski układają. Nie ma w nich ani jednego rzędu skróconego. Tylko opis jest zagmatwany, ale jak widać skarpetki wychodzą.
6.
Ostatnie, piąte skarpetki dla Tomka z wełny kupionej w zeszłym roku w Biferno. We wzorki z prawych i lewych oczek.
A teraz na drutach mam sweter z okrągłym karczkiem. Będzie miał bardzo szeroki korpus i wąziutkie rękawy. Zobaczymy co wyjdzie.

Ogródek mam chwilowo wyłączony z eksploatacji, bo ocieplane są ściany budynku. Ukraińscy robotnicy codziennie rozbierają płotek i ocieplają. Nie wiem, czy bluszcz przetrwa. Wolę tam nie zaglądać, bo żałość. Radować będę się zimą.

Misia przez całe dzieciństwo marzyła o posiadaniu nietoperza. Nie jest to marzenie łatwe do spełnienia, kiedy się mieszka w kamienicy. I dzikich zwierząt nie wolno więzić. I nietoperze bywają wściekłe. Totez kiedy spotkała na ulicy dwie panie deliberujace nad nietoperzem zapakowanym w pudełko po butach przejęła zwierzaka, wraz z pudłem i bezdotykowo zabrała do domu. Straż Miejska miała go zabrać, ale przy bliższym odpytaniu strażnicy mieli go wypuscić gdzieś koło lasu. Aby zrobić to samo Misia musiała tylko wyjść przed drzwi. O 20.30 nietoperz poleciał na wolność. Za dnia nie chciał nigdzie lecieć. 


Nastał sezon na peonie, toteż trzeba robić szkice i zdjęcia.



Już to opublikowałam i się zorientowałam, że o tytułowej kapuście nie ma ani słowa. No więc kapustę gotuję ostatnio bo są amatorzy. Po pierwsze chyba się w końcu nauczyłam robić kapustę zasmażaną a do młodych ziemniaków chyba nic pyszniejszego nie ma, po drugie mam głodomora do wyżywienia na wynos. Kapusta się do przechowywania lepiej nadaje niż dajmy na to sałata. Kawałek słoniny na skwarki i smalec do zasmażki musi być solidny : na kapusciany łeb przynajmniej wielkości dwóch dłoni. Ocet ryżowy jest lepszy niz ten zwykły. Kopru pęczek.
O. I cukrowa cebulka.
I nie przypalić.

niedziela, 26 maja 2019

Lepiej!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Po blogu widać, że ze mną nietęgo. Ostatnimi czasy dni zrobiły się za krótkie, książki za długie i nudne, spacery męczące, wizyty w mieście niemożliwe i energii starczało mi tylko na absolutnie niezbędne czynności. Omotana warstwami wełny a mimo to zmarznięta przysypiałam po odbębnieniu każdego punktu porządku dnia. Tylko energetycznie oszczędne robienie na drutach jakoś szło, ale już na zrobienie udziergom zdjęć i opisanie ich pokrótce było za trudne i za męczące. Poskarżyłam się lekarce na ból szyi. Niespecjalnie mocny, ale dziwny, tępy i zupełnie nowy. Nigdy dotąd nie odczuwany. Posłała mnie na USG. Pani doktor od USG zadała pytanie o przebyte niedawno wirusówki (było coś, cała rodzina nie jadła przez dwa tygodnie a Alicja aż zapalenia oskrzeli dostała) i rzuciła jakąś nazwą nieco podobną do brzydkiego słowa. Endokrynolog sprawdziwszy trzykrotnie poziom THS zalecił suplementację tyroksyny. I po tygodniu się obudziłam. Dni są dłuższe, książki ciekawe, śpię w nocy a nie po całych dniach. I jest mi cieplej.
Podostre zapalenie tarczycy typu de Quervain powinno samo po kilku miesiącach ustąpić. Póki co pobolewa i wymaga kolejnej tabletki codziennie, ale dobrze że istnieją tabletki budzące Śpiące, ogłupiałe Królewny.
Spółdzielnia wpadła na skądinąd niezły pomysł ocieplenia budynku. Nie wiem, czemu ocieplają tylko szczyty domów, ale właśnie szczyt jest w moim ogródeczku. Starannie pielęgnowany bluszcz jest łysy i podeptany, hosty i kokorycz zdeptane i stratowane, połamanej tiu mi nie żal, ale styropianowe, szare kulki w oczku wodnym, w całym ogródku, na tarasie i w kuchni trochę mi przeszkadzają. No i nie wiem, czy płoteczek wytrzyma codzienne rozbieranie i powtórne zbijanie. Bez płoteczka ogródek psogródek nie ma sensu.
Ponoć docenię to ocieplenie zimą i płacąc rachunek za ogrzewanie. Chwilowo jakoś mnie te roboty nie cieszą.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ostra forma startitis

Od samijutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zepsułam się. Dawniej dziergałam jak trzeba jedną rzecz na raz. W rozsądnym czasie wyrób był skończony. Teraz coś się zepsuło na amen. W styczniu w Jastarni wydziergałam prezentowaną tu już Magię świąt, jakieś skarpetki i mitenki i nastały czasy rozgrzebania. Nawet nie wspominam o zahibernowanym kardiganie fair isle z wzorem Alice Starmore. Leży i czeka aż mi się pomysły do zrobienia na już skończą.





Trafiłam w jakimś Knitterze na takie skarpetki. Kratka z podnoszonych oczek. Przestały mi się podobać i czekają na nie wiadomo co. Chyba spruję, bo te wełny to przypadkowo wybrane dość, jedna skarpetkowa, druga nie, będą z wyrobem problemy. I ta tęcza coraz mniej mi się podoba. A tak naprawdę to przestała mi się podobać od razu jak ją dawno temu z paczki od e-dziewiarki wyjęłam. Kolory bezsensownie zestawione, ordynarne, wrzaskliwe i wstrętne.


Koleżanka prosiła o skarpetki. Zrobiłam tyle. Jestem za drugą piętą. Dwa odcinki Zabójczych Umysłów i by były, ale leżą. Koleżanki mi nie żal bo ma ze cztery inne pary i chyba chce oznaki wierności i uznania. Skończę to oczywiście, ale nie dziś. Szara materia to nie moja specjalność.

Z wełny sprezentowanej lata temu, do której się śliniłam i modliłam w końcu zrobiłam sobie heksagonki. Kolory fajne, bardzo fajne, ale ułożone w bezpomysłowe paski. Hexagons to idealny projekt na wełnę w za małe albo jednakowej grubości paski, nie wyglądają nudno. To akurat skończyłam i czeka jako składnik mojego tegorocznego Box Of Socks.


A do tych skarpetek wprost jak śmietanka do truskawek pasuje Childhood od Aenkestrick. Powstał z 4 motków Mirelli w kolorze Zielona Herbata. Wzór wpadł mi w ręce dość przypadkowo, ale zrobił się biegiem, sweter jest bardzo współczesny w formie, nie trąci myszami, łatwo go nosić z rzeczami z szafy i jest rozkoszny w dotyku. Pierwszy mój sweter z naprawdę długimi rękawami.  


Niestety, kolejny sweter robi się i robi. Luna od Liloppi czeka już 2 lata . Wiedziałam co z niej będzie od pierwszego rzutu oka na motek. Ponieważ właścicielka sklepu miała wtedy jakąś obsuwę z wysyłkami na przeprosiny dołożyła mi gratis w postaci motka idealnie skoordynowanej Teksreny. I dobrze, bo motek Luny był  dość mały, 244 gramy to dla mnie nie ilość na sweter. Poczekałam na kolejną dostawę takiej Teksreny, dokupiłam i w końcu zabrałam się do roboty. Brak mu jednego rękawa. Korpus z Luny robił się rozkosznie, ale Teksrena taka słodka w dotyku nie jest. Może zmięknie po praniu. Tak długich rękawów jak Zielona herbata nie ma, ale i tak dłuższe nież zwykle robię. Na sweter czekają jeszcze ceramiczne guziki z Lanckorony. Mam nadzieję go kiedyś skończyć bo fajny. Szkoda żeby taki sweter skonał na rękawozę.


Nie mogę tego rękawa dorobić, bo zawołała mnie z szuflady wariacka Luna i zechciała zostać strzałką dla mnie. Chyba nikt inny nie nosił by takich kolorów. Strzałka rośnie, rękawy i skarpetki czekają. Teraz nastąpią oliwki, złota i zielenie.

No i nastąpił wiosenny wysyp malowideł. Niektóre pokazałam na FB, ale tam wszystko znika z walla iginie w odmętach przeszłości. Zatem jeszcze raz zamieszczę je tu. Jeśli coś się powtarza to trudno, skleroza pogarsza się z wiekiem.



Na gwiazdkę od dziecka dostałam takie tycie blejtramki. Zrobiłam na nich trzy olejne kopie akwareli Joyce Hicks. Dały mi bardzo duzo jeśli chodzi o konstrukcję krajobrazu, warto było kupić jej książkę. Wyjaśniła mi więcej niż inne grube tomy. Potwierdza się moja stara zasada, kupuj książki, które rozumiesz. Jedynie Joyce Hicks pokazała mi łopatologicznie jak przekształcić krajobraz, aby zaśpiewał kolorami i trzymał się w ramie. Taka seria na jakimś murku w przedpokoju powinna fajnie wyglądać.

Nasza Basia kochana, czyli Barbara Bielecka Woźniczko, która uczy nas z przekonaniem jak malować, wciąż nie traci nadziei, że wydusi z nas jakąś abstrakcję. Ustawiła martwą z kolorowych papierów, pomalowanych na biało butelek i czegoś w paski. Jak ja się nad tym biedziłam. W końcu przypomniałam sobie radę koleżanki, żeby nadać tytuł. Z tytułem można już historyjkę wymyślić i potraktować ją dowolnie abstrakcyjnie. Nawet do Narodowego (Muzeum) poszłam pogapić się na abstrakcje rozmaite, faktycznie tytuły były nie z tej ziemi.  Zatem przedstawiam czytelnikom Ducha Wakacyjnej Przygody Przechodzącego przez Tory Pociągu Relacji Gdynia Główna Osobowa - Hel. Duch wakacyjnej przygody jest w paski (jak większość ubrań wczasowiczów), ma różową kokardkę jak większość małych dziewczynek. Jest słupek alarmowo rozmówny (wygląda jak hydrant) i złote słonko po właściwej stronie nieba (odrysowane od złotówki wprost z portfela). Widać i tory, i przechodzenie przez nie i dal i przestrzeń. Uff.

Właśnie robiłam zdjęcia do rocznego katalogu na naszą wystawę. Zatem Diana wg Rembrandta już z werniksem:

Trochę boję się ją dać na tę wystawę, bo Tomek się już przywiązał, ona jest malutka i łatwo ją ukraść. Kilka lat temu jakiś bydlak ukradł mi z wystawy obrazek z rudzikiem.
No i jeszcze wielka martwa z samowarem. Też z werniksem.


I już wiem, czemu tu tak cicho. Uruchomienie aparatu ( akumulator!!!) sfotografowanie tego wszystkiego, załadowanie do Lightrooma, eksport na biurko, napisanie posta zabrało mi pół dnia. A startitis, czyli konieczność zaczęcia kolejnej robótki wcale nie cichnie. Sukienka, którą pragnę zrobić od jesieni ma coraz konkretniejszy, wyraźniejszy kształt w mojej głowie. Już wiem jak połączyć dwie różne Luny, żeby stworzyły spójny ciuch, ścieg wybrany i tylko startować. Ale na papier pchają się rysunki, na płócienko kolejne malutkie kopie Joyce Hicks, ech.