Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Lata temu opisałam jeszcze na platformie blox jak kupowałam kołdrę, bo poprzednią Pan Mąż zachomikował na lato w piwnicy obok cieknącego kranu i nasza kochana wełniana cieplutka kołdra spleśniała na amen. Wtedy to kupiłam wełniaka w JYSK, wiozłam ją metrem na plecach i służyła nam wiernie przez co najmniej piętnaście lat. Owszem prałam ją. W wannie, w Perwolu, co rok lub dwa. Pranie bywało konieczne, wychowała dwa nowe pieski w tym Bajkę od szczeniaka, przeszła z nami kilka gryp, covid, wchłaniała maści na różne choroby i coś ostatnio nie dawałam rady odplamić poszycia. Nie to żebym była jakąś wariatką sprzątającą od rana do nocy, ale jak o tekstylia domowe chodzi, to Państwo wybaczą, kołdra ma być czysta, nie zasiusiana, nie przepocona, nie śmierdząca apteką, przyobleczona w bawełnianą, wykrochmaloną poszwę i ciepła zimą a znośna latem. I nie ma to tamto. To samo dotyczy poduszek. Jak coś nie spełnia warunków to wypad z baru. I tak dumałam nad starą kołdrą i w końcu ją zmierzyłam. Ha, po latach prania zwyczajnie się skuliła! z 2 metrów długości zostało marne 170 cm, szerokość też dramatycznie zmalała. I jasne się stało, czemu Panu Mężowi nogi spod niej wyłażą, a ja mam czasem za okrycie brzeg powłoczki. Zaczęłam tropić zastępcę na ulubionym portalu sprzedażowym. Niestety, zgównowacenie świata objęło także kołdry. Owszem, są wełniane, pikowane, na zdjęciu przepiękne. Ale zwykle wełniane wnętrze przyobleczone jest w poszycie z mikrowłókna. Nie, nie i nie. Ma być bawełniane. W międzyczasie wyciągnęłam letnią kołderkę puchową, którą podarowano nam lata temu z komentarzem, że to bardzo droga rzecz. Nie znoszę jej. Może i była strasznie droga, ale szeleści, w poszwie się ślizga i pocimy się pod nią jak myszy. Wełniana, nawet gruba kołdra nie da się śpiącemu spocić. W tropikalne noce można spać na niej i przykryć się flanelowym prześcieradłem i nie czuje się człowiek jak na niestabilnym lodzie. W końcu upolowałam, trwało to naprawdę długo. Mając kołdrę mogłam spokojnie zmniejszyć do jej rozmiaru przepiękne perkalowe powłoki upolowane jakiś czas temu na Limango. Przed porównaniem rozmiarów mogło to być problematyczne. Gdzie te czasy, gdzie kupowało się pościel na wymiar i wszystko pasowało. Teraz strach kupić powleczenia, bo szansa że wcale nie będzie bawełniana jest większa niż duża. Tu uznałam że wpadka nie będzie przynajmniej kosztowna, 80 pln za komplet 200 x 220 cm wydawało się ceną bardzo umiarkowaną. Kłopot tylko w tym, że owo 200x220 okazało się być 220 x 240 i to 240cm to była długość kołdry od głowy do nóg, trzeba było skrócić, bo znowu byłabym przykryta poszewką. Puchowy szelest zapakowany do worka poszedł do piwnicy na kolejne wieloletnie nieużywanie. Jak się zestarzejemy tak, że ktoś będzie musiał z nami zamieszkać będzie akurat.
Biedna Bajka miała paskudną przygodę zdrowotną. Od jakiegoś czasu zdarzało się jej kuleć. Dostawała Cartrophen już dobre pięć razy a mimo to od czasu do czasu ból kładł ją na ziemię. I akurat w czasie takiego epizodu miała randkę z ulubionym, doświadczonym ortopedą. Ortopeda postanowił prześwietlić Bajkę, bo nie podobała mu się jej wrażliwość na dotyk. Widząc kulawiznę prześwietlił poza całym kręgosłupem i łapkę. Kręgosłup okazał się zdrowy, Bajka ma straszny odruch skórny bo ma, za to łapka okazała się nie całkiem OK. Dawno temu Bajka musiała złamać lub zwichnąć kolejny palec. Tym razem nie przyznała się od razu i wyhodowała paskudne zwyrodnienie, bardziej bolące niż złamanie. Ulubiony ortopeda orzekł, że amputacja palca bardziej pomoże niż ciągłe trucie niesteroidowymi lekami przeciwzapalnymi. W końcu otrułam nimi i Kretkę i Muszkę... Zabieg odbył się 9. czerwca i w dwa tygodnie później po nim pojechaliśmy do Hotelu Las Woda w Wildze. Musiałam tam sama zdjąć kilka szwów z tej łapiny. Nie jest to fizyka kwantowa. Bardzo przydał się nam psi wózeczek, w którym Bajka podróżowała w czasie rekonwalescencji i na spacery i do lekarza i w ośrodku
Teraz łapka wygląda dziwnie, ale po sześciu tygodniach od zabiegu pies już niemal nie kuleje. Ponoć psu do skutecznego chodzenia potrzebne są jedynie dwa palce, a ona ma do dyspozycji trzy. Tyle tylko, że palec trzeci wygląda mi na porażony, mimo że ponoć czucie głębokie ma. Jeszcze nie dostaliśmy wyników histo-pat, na wykonanie którego nalegał chirurg. Grunt, ze do Jastarni pojedziemy bez wózeczka. I będzie rehabilitacja w wodzie. Za to na codzienne spacery dowożę psiaki autobusem. Trochę ten wysiłek i ruch trzeba dawkować rozsądnie - jedno kulawe, drugie stare. Zresztą spacery po rozgrzanym asfalcie żadnemu psu nie służą.
Jedwabne bluzki zrobiłam i leżą. Jakoś nie mam ich z czym nosić. Kolorowa z rękawami 3/4 jest łatwiejsza do noszenia niż koszulka z krótkim rękawem. Mam problem z dzianinami w lecie. Nie rozumiem konceptu produkowania takich rzeczy z wełny czy moheru na lato. Nawet z bawełny, mechaci się to biegiem, schnie po praniu tydzień i zwykle jest grube.
W zeszłym roku zrobiłam Panu Mężowi czerwonego Arana pełnego warkoczy i planowałam że powtórzę sobie St.Brigid. Po tym czerwonym potworze miałam tak dosyć warkoczy, że minął rok, nim zabrałam się za mój sweter. Coś się chyba pani Starmore pomyliło z ilością potrzebnej włóczki. Wedle książki i na czerwony sweter i na St. Brigid potrzeba tyle samo surowca. Tyle że tamten ma 60 cm długości, a pełnowymiarowa Brygida prawie 80. To tunika. Motki Karismy zaczęły schodzić w takim tempie, że po wykonaniu kawałka kontynuuję w mniejszym rozmiarze. Minęłam połowę pleców więc teraz powinno już pójść szybciej. Zrobię ją krótszą, żeby nic nie dokupować do posiadanych pierwotnie 18 motków.
Do ubiegłego roku dziergałam wieczorami w towarzystwie telewizora i ... przestałam go już zupełnie tolerować. Nie jestem targetem TV, Netflixa, HBO Max też ma mi niewiele do zaoferowania. Czasem obejrzę sobie jakiegoś starocia na CDA, ale też nieczęsto. Niełatwo zmienić nawyki, jednak coraz częściej dziergam ze słuchawkami na uszach słuchając książek. A dzięki nowym okularom znów mogę czytać. Okuliści mnie od jakiegoś czasu spławiali twierdząc, że sobie radzę. Optometrysty z Lux Medu nie chcę więcej widzieć, mimo że jest bardzo przystojny. Osiedlowy optyk poradził sobie doskonale bez niego, do skutecznego czytania brakowało mi ponad dioptrię, nie pomagały już coraz mocniejsze żarówki. Teraz mogę hulać! Przede mną dzieło Roberta Plomina Matryca. Jak DNA programuje nasze życie.
I jeszcze trochę kiczu: oglądając w Las Woda pewną fontannę postanowiłam kilka nokturnów pastelami popełnić. Rezultaty są obiecujące.
Nie upieram się przy dużej wartości artystycznej tych wyrobów, ale zabawę miałam świetną. Ostatni obrazek przedstawia Księżyc nad Zatoką Pucką.
























































