poniedziałek, 14 maja 2018

Za chwilę wystawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku w maju szykujemy się do rocznej wystawy prac. W Galerii U w Domu Kultury na Stokłosach prezentujemy światu roczny urobek naszej pracowni, gdzie co czwartek zamalowujemy kolejne połacie płótna i papieru. Co prawda na tę wystawę, upchniętą pomiędzy wystawę dziecięcą i wystawy Prawdziwych Artystów przychodzą chyba tylko nasi znajomi i koneserzy darmowych ciasteczek i wina bywający na wszystkich takich eventach w mieście, ale zabawę mamy zawsze świetną. Nasze obrazki wiszą na prawdziwych galeryjnych ścianach. kto z Was ciekawy, co tam starsze panie pędzelkiem i farbami tworzą niech przyjdzie i zobaczy.




Pokażę światu kilka olejów mniej lub bardziej udanych i kilka akwarel, których jak sądzę nie mam się co wstydzić. Wczoraj w Klubie Sąsiedzkim na Młynarskiej widziałam akwarele profesjonalnej artystki chyba nie lepsze niż te moje. Ponadto stwierdziłam, że mamy z tą artystką jednakowe malarskie lektury. 
Więcej zdjęć nie pokażę, bo coś mi Canon z komputerem nie współpracuje. Nie widzą się konsekwentnie. A czytnik karty SD jest tak badziewny, że mu się wtyczka powyginała po 3 użyciach. Zdjęcia mogę załadować za każdym razem na nowym czytniku.

sobota, 5 maja 2018

Chwila oddechu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Po wariackiej zimie z chorobami, operacjami, notariuszami, skarbówką i takimi tam atrakcjami nadeszła błoga chwila wypoczynku w Lanckoronie. Dobra Pani Kasia zadzwoniła do nas w lutym aby spytać, czy rezerwować pokój na majówkę, bo się pokoje kończą. Z ochotą go zarezerwowaliśmy: ten sam co zawsze, tarasowy na pierwszym piętrze z widokiem na las. W 1968 roku Szymborska z Filipowiczem tam wypoczywali.
Pogoda dopisała, siedzieliśmy przez 5 dni na trawniku, na wygodnych leżakach, narobiłam setki zdjęć aby w zimie było co malować, Pan Mąż znalazł odpowiednie towarzystwo i z milczka zrobił się nawet gadatliwy. Ja cierpliwie przerabiałam kilometry cieniutkiego lnu na bluzkę. Co mi zostało z zeszłorocznej sukienki połączyłam z nowym wesołym nabytkiem i korpus urósł niemal po pachy.


Takie robótkowanie w gronie samych znakomitości ma tę zaletę, że się nie wtrącam przesadnie do rozmowy, słucham ciekawych opowieści i pewnie jestem łatwiejsza do zniesienia. No i długa, nudna część bluzki z lnu jest gotowa. Reszta powinna dać się zrobić dość szybko i będzie akurat na lato.
Tym razem było sporo psów w pensjonacie Tadeusz: dwa domowe, buldożek i jamnik, dwa moje, dwa przywiózł pan z Krakowa a dwa corgi przyjechały z młodą rodziną. Psy miały się świetnie, tylko Frania z Muszką okazały się bardzo terytorialne i pilnujące. Gadatliwy, głośny cairn i pracowita Muszka całymi dniami pilnowały nas na tym trawniku.

Od tego pilnowania były tak zmęczone, że wieczorem im się jeść nie chciało. Myślę, że Frania troszkę schudła. I dobrze.
Zaczynam powoli znajdować klucze do jej psiego jestestwa. Nie jest to bynajmniej piesek o pospolitym charakterze. Frania niespecjalnie lubi być dotykana w dzień. Po każdych głaskach i pieszczoszkach musi się otrząsnąć, ułożyć futerko. Karesy znosi cierpliwie, ale bez zachwytu. Natomiast nocą jest cała nasza. Przytulona, często z brzuszkiem do góry, cieplutka i kontaktowa. Tak ma. Muszka odwrotnie, w dzień przytulanka w nocy łaknie osobnego miejsca do spania. Przychodzi do nas na dzień dobry. Wielkie łoże w pokoju tarasowym dało każdemu spać jak lubi.
Przed wyjazdem jeszcze przebadałam Franię na różne okoliczności. Jak na młodego teriera jest niewyobrażalnie spokojna i opanowana. No chyba że pojawi się wiewiórka albo kot. Poza tym biega sobie truchcikiem z nosem przy ziemi, jeśli się bawi to krótko, nie jest uzależniona od zabawek, niczego nie rwie i nie rozgryza, różowa świnka od cioci Lu czasami tylko wymaga wyszorowania i ciągle jest dobra. Frania porusza się inochodem, nie tak jak pies a jak wielbłąd albo niedźwiedź. Dwie nogi z lewej, potem dwie z prawej. Kłusik charakterystyczny dla cairna zdarza się jej rzadko. Niby to nic wielkiego, ale bez powodu nie dzieje się nic.
Odwiedziłyśmy kardiologa. Serce ma Frania jak dzwon. Badania tarczycy wypadły wzorowo, dopiero badanie palpacyjne od nosa do ogona pokazało tkliwość jednego stawu biodrowego. Pies nie kuleje, nie narzeka, zatem póki co nie będziemy usypiać do prześwietlenia. Trzeba trzymać wagę a ruchu zażywać z umiarem nie zmuszając psa do skakania i wysiłku jeśli tego nie chce.W końcu każdy sam wie co i kiedy mu dokucza. Na diagnostykę dokładną przyjdzie czas jak będzie się coś konkretnego działo.
Zajęło mi kilka lat nim skojarzyłam, że sklep Biferno (tak, te cudne kaszmiry, jedwabie i Lana Gatto) mieści się w Kalwarii Zebrzydowskiej, 7 km od Lanckorony. Mimo że sklep zmieniał siedzibę jego właścicielka znalazła chwilę, by dać koleżankom i mnie pobuszować w tych wspaniałościach. Skorzystałam z radością z rabatu bo poszalałam.

Ewa dopilnowała, żeby ten wyrafinowany Feeling był w akceptowalnym dla świata kolorze. Ja byłam bliska nabyć pół kilo wściekłego chaberka. Jestem zatowarowana na zimę że hej. Pan Mąż dowiózł mnie do Biferno i zażyczył sobie surowca na jego skarpetki, niepomny że tego towaru mam a mam. Jak chodzi o skarpetki to on nie ma umiaru. Kazałam mu samemu ruszyć między półki i sobie znaleźć właściwe motki. Nie wahał się długo. Będzie miał skarpety pasujące do profesorskich kreacji. Druty mi na pewno nie zardzewieją.
A Pan Pikuś wciąż w naprawie. Skrzynia się robi i być może pan od skrzyni też sobie zrobił majówkę, bo zamilkł. Irek doprowadził do porządku układ kierowniczy i łożyska. I dobrze, tym się jeździ. Muszę się uzbroić w cierpliwość, no bo bez skrzyni i tak nigdzie nie pojadę. W międzyczasie wszystkie rodzinne auta się pochorowały. Szwagier Misi w BMW musiał wymienić cieknącą miskę olejową  a w Peugeocie rozrząd. Jak by tego było mało w Smarcie  Misi padła klima, a sam Irek rozciął oponę o krawężnik. Armageddon automobilowy. No to uzbrojona w cierpliwość zabieram się za skarpetkowy przerywnik do tego lnu. Jednak wełna w rękach jest najbardziej dziewiarska i rozkoszna.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Kto się uczy, ten skuczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Tak mówi stare przysłowie. Inne mówi, że czego się Jaś nie nauczył, tego Jan nie umie.  Uczę się, bo nie umiem i żeby umieć to trzeba się nauczyć. Nie tak byle jak nauczyć, na odwal się, byle zakuć, zdać i zapomnieć. Uczę się żeby umieć prowadzić mój samochód. Zrobione ponad trzydzieści lat temu prawo jazdy to była kpina. Godzina niby dla mnie w samochodzie była dzielona na trzy między inną kursantkę i pewnego Wietnamczyka. Po egzaminie nie miałam żadnej praktyki. No bo nikt mi przecie samochodu nie dał do dyspozycji, skoro nie umiałam prowadzić.
Tak zamyka się częste błędne koło nieumiejętności jazdy kobiet z mojego pokolenia. Nie jeździły u tatusia na kolanach nim dosięgły pedałów nogami, bo takie zabawy były dla chłopców. I potem nie umiały jeździć. Kurs prawa jazdy uczył zdać egzamin a nie jeździć samochodem po mieście.
Teraz zatem się uczę. Najęłam instruktora, mój zięć ze mną sporo jeździ moim samochodem. Zaczynam od początku, od nauki skręcania w prawo i w lewo, bo i tego nie umiem. Ale się kiedyś nauczę i będę samodzielna w moim niebieskim Pikusiu z lusterkami bocznymi wielkimi jak zeszyty szkolne, z doskonałą klimatyzacją i z całymi 65 kucykami pod maską. 
Zakręty i skrzyżowania  równorzędne przestają być niewyobrażalnie trudne. Gorzej z dociśnięciem gazu, bo każda szybkość większa niż 40 na godzinę wydaje się zawrotna. A zmiana pasów w korku jest jeszcze niewykonalna. Ale kiedyś będzie. Wszystkie paskudne skrzyżowania z pułapkami na głuptaków można sobie obejrzeć w dużym powiększeniu w mapach Google. W sieci są filmiki, przepisy i co kto chce, można się uczyć. Tylko samochód trzeba mieć własny. Jak się mu zrobi krzywdę, to wiadomo kto winien i kto płaci za naprawę. Mnie się już udało spruć nowiutką oponę o krawężnik. Dobrze że w sklepie mieli jeszcze jedną taką samą, były założone dosłownie kilka dni wcześniej. 
Zatrważające jest, że każdy mający dokument może sobie kupić auto, nawet mocne i szybkie i wyjechać na drogę. 
Pikuś dostał zielony listek na tylną szybę. Rozważam zakup naklejki "Nie denerwuj się, robię co mogę", ale to chyba nic nie pomoże.
Nauka praktyczna jest cholernie męcząca i przenosi się na noce; nocami śni mi się, że jadę hen po szosie. A dziś obudziłam się mokra ze strachu, czy ja aby ubezpieczenie zapłaciłam, bo nie pamiętałam momentu płacenia. Owszem zapłaciłam. Ufff

sobota, 24 marca 2018

Pan Pikuś

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiedy powiedziałam Panu Mężowi że chcę sobie kupić samochód odparł zdecydowanie NIE!.
Spojrzałam mu w oczy i spokojnie odparłam: Zabroń mi. Musiałam wyłuszczyć mu detalicznie powody takiej chętki: że Fabia jest jego i tylko jego, że musi być zawsze sprawna, bo jest samochodem do pracy, że na zakupy z nim muszę się zapisywać do jego kalendarza, czasami nieźle zapchanego, że dotychczasowe podwózki przez koleżankę się skończyły, bo koleżanka, dobra dusza, która woziła mnie gdzie musiałam dotrzeć z większym bagażem się wyprowadziła na Bemowo i sama jeździ do pracy metrem, że robię się coraz starsza, że każdy przedmiot w lodówce, w łazience i w całym mieszkaniu poza meblami został do domu przyniesiony przeze mnie na plecach, że do najbliższego sklepu jest pół kilometra. Że bolą mnie plecy, że donieść chorego psa do veta na plecach jest bardzo trudno. Pan Mąż jest analitykiem. Posłuchał i odpowiedział, że mam argumenty, nie da się ukryć. Ale że przecież nigdy nie zgłaszałam chęci samodzielnego prowadzenia samochodu.
Wychodzę z założenia że co o tym jak nic po tym. 
To samo było z komputerem: póki w domu był jeden bez drukarki , bez internetu, za to z matką i mężem nr 1. stojącymi zawsze w kolejce do niego to czasu było mi szkoda na wkuwanie na pamięć komend w Dosie. I co ja miałam z nim robić, w karty grać? Nie korzystałam, bo po co i z czego. Jak się w domu nr 2 pojawił sprzęt z internetem, to sprawa była inna, siadłam przy nim i bez żadnych przerw siadam codziennie do dziś. Teraz mam swój osobisty, z oprogramowaniem jakie chciałam mieć i bardzo go lubię.
Owszem, zrobiłam prawo jazdy jeszcze w 1984 roku. Dali mi je na 5 lat bo okulary nosiłam. Samochód w rodzinie był jeden: pełnoletni duży fiat z kierownicą bez wspomagania, ciągle chory, bez prawego lusterka. Był największym skarbem teścia i w moje niedoświadczone ręce trafiał tylko na pewnym placu manewrowym gdzie miałam ćwiczyć parkowanie i zakręty. I powiedziałam sobie do diabła z tym, nikt mnie nie będzie dręczył i tresował, dość mam na głowie.
Pan Mąż swój samochód też traktuje bardzo poważnie. Raz do niego wsiadłam w bardzo niesprzyjających okolicznościach, zrobiłam mu kuku i odpinkowałam się od pomysłu pożyczania samochodu od kogokolwiek.
Teraz co innego. Nie będę nic pożyczać. Mogę sobie kupić. Aby sprawa była jeszcze bardziej jasna (mój a nie wspólny) zapragnęłam auta w automacie, żadnego kicania po skrzyżowaniach. Jestem starsza pani i nawet nauka powinna przebiegać z godnością. No i mam zięcia geniusza samochodowego, ze złotymi rękami, wielką wiedzą i własnym podwórkiem gdzie ma mały warsztat.
Wymieniłam dokumenty, dali mi znów na 5 lat bo cukrzyca, znalazłam nauczyciela z automatem na jazdy doszkalające, nauczyciel mi odpowiada. Pokazał jak się parkuje za pomocą lusterek. Nie krzyczy na mnie, już przejechałam te wszystkie straszne uliczki na Starym Mokotowie.
Zaczęłam sobie szukać pojazdu. Okazało się że to wcale nie takie proste. Mały, z małą pojemnością silnika (ubezpieczenie!) i w automacie to rzecz nie częsta. I jeszcze żeby to rzęch ostatni nie był... Oczywiście bardzo mi się Mini podoba ale... usiadłam w Mini. To nie jest auto dla początkujących. No i jakoś za dużo tych przechodzonych Mini było do sprzedaży. Jak samochód jest fajny to właściciel nim jeździ a nie sprzedaje. Poczytałam statystyki Bilda i zdecydowałam się daleki wschód, koreańskie auta mają bardzo dobre notowania, Koreańczykom na europejskim rynku zależy, starają się. Po kilku tygodniach znaleźliśmy wraz z zięciem samochodzik stojący w autokomisie pod Starachowicami. Wszystko w nim mi się podobało, cena też. Oczywiście musiałam wysłuchać ostrzeżeń bliźnich i znajomych o tym, że nie kupuj w komisie, nie od Niemca, nie to nie tamto. Dobrych rad udzielali ci, co mają dwudziestoletnie Daewoo albo inne takie. Najlepiej pojechać do salonu i kupić nową Toyotę w oszczędnej hybrydzie. Na 5 lat???? Za ile???
KIa Picanto w automacie występowała w ofercie na Polskę w pięciu egzemplarzach: jeden w zachodniopomorskiem, dwa absolutne trupy i dwa w świętokrzyskiem. Ten w świętokrzyskiem mieścił się w budżecie i fajnie wyglądał na zdjęciach.  Pojechaliśmy w świętokrzyskie. Malutki samochodzik bez śladu rdzy na karoserii bez kaszlania odpalił i wyjechał z zaspy. Na bieluśkim śniegu nie zostawił żadnych oleistych śladów. Na karoserii żadnych śladów spawania,wlew paliwa nie prostowany. Tyle tylko że dla celów sprzedaży nasmarowali mu deskę rozdzielczą na tłusto, fe, błe, trzeba to odczyścić.
Zięć zajrzał gdzie się dało, przejechał się autkiem i ocenił je na OK. Nie mogliśmy z nią wrócić bo jeszcze dowód rejestracyjny miała miękki. Pan mi ją wczoraj wieczorem na lawecie przywiózł. Pierwszy raz w życiu zatankowałam mój własny samochód. Teraz dostał się w ręce zięcia, oleje, rozrządy, głębszy wgląd. Lampkę do bagażnika mu kupiłam. Boszszsz jaka jestem podniecona.
Na kolejną lekcję z panem Czarkiem z Imoli czekam podśpiewując. 


Oto Pan Pikuś wzglednie Błękitna Pchełka. Czytelnicy proszeni są o głosowanie w sprawie imienia.

wtorek, 27 lutego 2018

Mróz

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niemrawa dotąd była ta zima i w końcu jednak przymroziło. W poniedziałek byliśmy na Bródnie na pogrzebie. Msza miała miejsce w starym, drewnianym kościele, najpiękniejszym ale też najzimniejszym, bez ogrzewania. Woda w kropielnicy zamarznięta była całkiem. Uznałam, ze jestem za stara na znoszenie -17 stopni w eleganckiej odzieży tylko dla szpanu. Skórzane wysokie oficerki, bardzo wyrafinowane i wygodne zostały w szafie a ja ogaciłam się na fest: narciarska bielizna na dole i na górze, 2 pary skarpet, buty Emu (błogosławione w taka pogodę), futro lekkie i do ziemi, rękawice na futrze i słuszna czapka. Strój okazał się trafiony, może nie jest ekologiczny zgodnie z dzisiejszym pojęciem tego słowa, ale zadziałał i kościelny i cmentarny ziąb mnie nie dotyczył.

Się tak stało, ze na pogrzebie wystąpiliśmy całą nowoczesną rodziną jak nas nowe czasy stworzyły: Misia, dwóch tatów Misi i jedna mama. Inni uczestnicy ceremonii przyglądali się nam uważnie i nie mogli wyjść z podziwu, że rozmawiamy, mamy sobie dużo do powiedzenia w atmosferze bardzo przyjaznej i rodzinnej. 20 lat dystansu robi swoje. Omówiliśmy z mężem nr 1 nasze aktualne pasje i zainteresowania, obejrzeliśmy dokumentację tychże wzajemnie na naszych smartfonach. Fajne takie podręczne archiwum.

Sobotnia mroźna i śnieżna lekcja jazdy przebiegła pod znakiem parkowania. Sama o to poprosiłam. Pamiętam jak mnie tym katowano i jak nieudolnie mi to wychodziło w 1984 roku, bez prawego lusterka i z odwracaniem się połową ciała do tyłu. Mój mistrz przeprowadził mnie bezboleśnie przez wszystkie trzy parkingowe koszmary: równoległe tyłem między pojazdami, prostopadłe tyłem i przodem. Są na to teraz lepsze sposoby niż skręt ciała i ręka za fotelem. Z radością znalazłam filmiki na You Tube dotyczące zmagań z parkingami.

Frania znów się ucywilizowała. Już wie, że piłeczka służy do gonienia jej. Początkowo, póki nie wyrwaliśmy jej bolących zębów, nie chciała nic wziąć do mordki. Później nosiła się z tą piłką jak ze skarbem i za nic jej nie chciała oddać. I teraz w końcu aportuje ku swojej wielkiej radości.


Dziwiłam się czemu jest taka spokojna, zrównoważona, zupełnie nieagresywna w porównaniu z innymi Cairnami (dużo się dowiedziałam z międzynarodowego forum wielbicieli rasy). Okazuje się że dobrze wybrałam hodowlę, z której piesek pochodzi. W Seglavi bardzo się zwraca uwagę na cechy charakteru a nie tylko na urodę, kolor i futerko. Mam pieska do towarzystwa a nie niesfornego uparciucha startującego do każdego żywego stworzenia z zębami. Taki fart spotyka mnie już drugi raz i jestem za to losowi bardzo wdzięczna. Można Frani wybaczy upodobanie do perfumowania się, w końcu w domu woda i psi szampon są,


A to Muszeczka. Dzielnie towarzyszy nam na spacerach, w domu zostać nie chce, ale też z nikim się zaprzyjaźniać nie będzie. Ona poczeka w odpowiednim oddaleniu aż się figle, psoty i wspólne zabawy skończą. Troszkę z boczku, nigdy za daleko. Czeka.

Dawno nie było tak, żebym miała na drutach tylko jedną pracę. Mój fair isle jest wymagający: jestem przykuta do dużej płachty dzianiny i dwóch kłębków za pomocą dziewiarskiego naparstka z drucianymi oczkami. Nie łatwo jest się z tego wyplątać jak bodaj zadzwoni telefon. Niby można zrobić to szybko, da się słucha.ć audiobooka, ale ileż godzin dziennie można przy czymś takim spędzić nie tracąc zmysłów. Idzie ta robota szybciej niż haft, ale wolniej niż zwykłe dzierganie nawet wzorem.


Póki w dzianinie nie pokazała się czerwień było to dość ponure, choć eleganckie.
Dla zdrowia głowy chyba narzucę na druty jakieś kompletnie prościutkie coś. Może skarpetki? Skarpetek nigdy dość. A może jakaś bardzo prosta chusta? Mam jeszcze dwa motki niebieskiego Malabrigo Lace...

wtorek, 13 lutego 2018

W kołowrotku

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ostatnie kilka miesięcy mieliśmy takie, jakby wór z jakimiś sprawami odciągającymi nas od naszego zwykłego, spokojnego życia się rozwiązał. Boże Narodzenie przemknęło niemal niezauważone między chorobami, operacjami, urzędowymi wizytami i absolutnie koniecznymi wyjazdami dajmy na to po buty. Marzę o spokoju, o takim spokoju, aby nie tylko dwie czy trzy spokojne godziny nastąpiły, ale kilka kolejnych dni, aby spokój w duszy zapanował. A tu wciąż nic z tego. Myślałam że już wszystko załatwiłam, a tu właśnie przed chwilą Pan Mąż położył przede mną formularz wymiany dowodu osobistego. Ponieważ jest rok wymiany dokumentów u sporego procenta populacji w urzędach dzieją się dantejskie sceny. Aby ich uniknąć trzeba tam dotrzeć o ósmej rano. Nie lubię nigdzie o tej porze docierać, ale jeszcze bardziej nie lubię czekać w ogonku na 70 osób.
Mimo tego młyna coś udało się w styczniu wykonać. Nie są to jakieś wielkie osiągnięcia, ale zawsze coś. 
#1

Skarpetki dla Misi z japońskim wzorkiem. Dwa motki norweskiej wełny z wiadomo kąd przerobiłam w serduszkowe warkoczyki. Skarpetki spotkały się z entuzjazmem obdarowanej.

#2

Chyba z piętnaście lat temu wyszykowałam mamie na gwiazdkę taki fotel. Fotel się tak podobał. że taśmy parciane pod siedzeniem porwały się w strzępy. Wymiana taśm zajęła godzinę, wymagała jedynie taśm i takera. Teraz mam fotel do dziergania z Netflixem. Może uszyję mu nowe pokrycie? Pierwotnie myślałam, żeby oskrobać go do gołego drewna i wymalować w kwiatuszki, ale teraz myślę, że złoty stencil mu wystarczy. Trochę się o niego z Franią kłócimy.


#3
Holst na bluzki leży w szufladzie i czeka aż go mole zeżrą. Cztery motki Supersoft w kolorze bakłażanowym przerobiłam na średnio udaną bluzkę. Bardzo mi się podobają projekty Jennifer Wood. Projektantka wszystko robi od góry stosując bardzo różne sposoby na wyrobienie karku, dekoltu i rękawów, używa cienkich włóczek i cienkich drutów, ma gust podobny do mojego jak chodzi o ilość zdobień ażurami czy warkoczami. Postanowiłam wypróbować kilka jej myków i zrobiłam tę bluzkę dokładnie stosując się do opisu Idrila. Zmieniłam warkocz na kratkę z japońskiego  słownika ściegów, od pach robiłam zupełnie prosto w dół, za to dodałam zaszewkę na biust. Wszystkie grzechy, o które podejrzewałam projekt okazały się być prawdziwe. Brzeg dekoltu na karku jest za szeroki. Mimo ze mam ramiona jak Otylia Jędrzejczak coś w ramionach jest tej bluzki za dużo. Pacha jest za głęboka, rękawy za szerokie. A próbka wyszła idealnie. Tak to jest robić coś co zaprojektował chudzielec bez biustu, który większe rozmiary zna z teorii. Albo samemu się sobie projektuje, abo kicha wychodzi.



Nie wiem czy ta poświata jest od smogu?

 Zbliżenie na smockowany ścieg i ściągacz. Zastosowałam się do rady Elizabeth Zimmerman, aby przed ściągaczem zredukować oczka o 10% i nie żałuję.



Się blokuje. Trzeba Holstowi przyznać, że po praniu układa się bajecznie, mięknie, a oczka robią się równiutkie. Mimo że z ilością surowca było dość krucho, zachowałam kłębuszek na naprawy. Ta wełna słynna jest z mechanicznej słabości. Czymś to cerować będzie trzeba, zwłaszcza że mimo braków bluzka jest bardzo miła w noszeniu.

#4
Trudno próbkę zaliczyć do wyrobów, ale taką próbkę można. Wykonaną tak jak Alice Starmore kazała: fair isle ma być wypróbowany w okrążeniach a nie na płasko.
Modliłam się latami do swetrów Alice Starmore i przyszła na jeden pora. Ale nie z kilkunastu różnych wełen tylko z dwóch! Luna od Liloppi zapewnia odpowiednią różnorodność barw. Nie będzie kanonicznie po szkocku, będzie po mojemu, ale będzie ładnie:




Jest próbka, są dwa kłęby kolorowej wełny, jest pomysł na kardigan, będzie robiony w kółko i przecinany z przodu, przy rękawach i na dekolcie. Pora nabrać na druty 3,5 równo 371 oczek i jechać dookolusieńka. Udajemy że nie wiemy, że ta wełna się kosi. 
#5
Nie byłabym sobą gdyby jakaś skarpetka po drugim planie się nie pętała. Tym razem pretekstem do skończenia pierwszej z parki dla Tomka był dar od koleżanki: dostałam mianowicie paczkę skarpetkowych Ergonomicsów od Prym. W słusznym rozmiarze 2,5; z kulkowymi końcówkami i trójkątnym cielskiem, białych i plastikowych.



Wydawało mi się że już w dziedzinie drutów 2,5 mam wszystko, ale nie doceniałam tego wynalazku. Druty trzymam lekko więc ich nie wyginam. Są idealne do robienia metodą bezwzrokową, z kulkowego końca nitka nie spada. Drut nawet jak upadnie to nie ucieka daleko. Fajne są bardzo. Koleżance bardzo, bardzo dziękuję!

Skutek tego młyna ostatniego jest taki, ze Frania się zbiesiła. JUż doszłam z pieskiem do porozumienia, a tu zwierzak doszedł do wniosku że go porzucam i ufać mi nie można. I znów rzuca mi kose spojrzenia, nie przychodzi wołana i trzeba ją przywabiać podłymi metodami, ech, stubborn cairn.

niedziela, 7 stycznia 2018

Zamykam rozdział

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Koniec wynajmowania, martwienia się o lokatorki i lokal. Moje rodzinne mieszkanie idzie pod młotek. Z jego pierwotnych lokatorów prawie wszyscy umarli i nie mają w sprawie nic do powiedzenia. Po śmierci mamy utrzymałam je przez ustawowe 5 a nawet siedem lat i uciekłam przed 23% podatkiem. Zatem sprzedaż.
Z bardzo grubsza oczyściłam je z rupieci siedem lat temu, teraz trzeba było proces czyszczenia doprowadzić do końca.
Moja rodzina nie była zbieraczami (to po nas będzie miała Misia dopiero zabawę) ale niczego nie wyrzucali do śmieci. Największe emocję przy sprzątaniu powodują takie codzienne przedmioty schowane w jakichś skrzynkach z narzędziami czy w kątach spiżarni. Ot nikt z obecnej w mieszkaniu młodzieży nie rozpoznał klucza do przykręcania łyżew do butów. Prawda że takie łyżwy już za mojego dzieciństwa były anachronizmem, ale były jeszcze czasem widywane.
Znalazłam pewien scyzoryk, który w wakacje 1972  roku nie dawał mi spać. Uparłam się żeby mi go kupiono, wszyscy mieli scyzoryki i grało się nimi w pikuty. Mama powiedziała, że jak go zgubię to mi już nic nigdy nie kupi. Byłam jeszcze w wieku, gdy wierzy się rodzicom, a mama była wyjątkowo prawdomówna. A scyzoryk się gdzieś zapodział. Znalazł się w końcu w kieszeni płaszcza kąpielowego, było wtedy paskudne, zimne, mokre lato, wakacje spędzałam na działce kuzyna ozdobionej cementowymi grzybkami odlanymi w miednicy. Ośrodek mieścił się w Janowie nad Brdą, a mój obecnie łysy i podobny do Marksa brat cioteczny miał rok i straszne zapalenie jamy ustnej. Modne były kędzierzawe peruki i istnieje zdjęcie Arkadiuszka w takiej peruce i w okolicy cementowego grzybka. Krasnoludka na zdjęciu nie ma. Babcia zebrała z działki wszystkie krasnale, nawet tego z wędką co łowił ryby w miednicy, bo miednica do mycia była potrzebna... Arkadiuszek był ponadto dla krasnali zbyt wielkim zagrożeniem. No i babcie trzęsło na widok tych cudnych ozdób.
W dwa dni dzięki krewnym i znajomym wyczyściłam cztery pokoje do czysta. Meble rozebrano do cna: oryginały Kowalskich z lat sześćdziesiątych biorą nabywcy mieszkania, mój panieński tapczan wraca do mnie, IKEA rozeszła się po ludziach, szkłem i porcelaną zajęła się rodzinne historyk sztuki (tak! były tak stare, że wzbudziły jej zainteresowanie), to i owo zabrałam do siebie, krzepcy mężczyźni ze środkami transportu rozwieźli dobro po mieście. Mama by umarła drugi raz, gdyby się dowiedziała, że jej cenne butle gazowe, kuchenki działkowe i cała zawartość szafki z narzędziami, gwoździami i rurkami wyląduje w złomie. Bogu dzięki za istnienie takich skupów.
Czysto, pusto, przestronnie. Stan niemal jak w 1960 gdy budynek powstawał. Nabywców bardzo to cieszy, zwłaszcza dębowe doskonale położone parkiety, ceglane ściany i szafy wnękowe nie przerobione na Komandora.
Jeżeli jutrzejsza kwalifikacja Alicji do operacji drugiego oka da mi kilka dni przerwy w nieustającym maratonie wyczerpujących przeżyć to chwilę odpocznę.
Chętnie bym poodpoczywała z powodu właśnie mojego tapczanu.
Po notce o włóczkowym Stasiu Mdanka zwierzyła mi się, że ma tapczan włóczki. Żaden powód do wstydu: Alicja też miała pełen tapczan wełny, moja babcia miała tylko wąski pojemnik kanapy do przechowywania dóbr. A ja mam dwie szuflady w komodzie i trzy szuflady w łóżku Hemnes
Drogi i pozornie fajny ten Hemnes. Niby się na dwuosobowe spanie rozkłada. Na takie kombinację to u mnie miejsca nie było. Po dziewięciu latach stania w buduarze Hemnes pożółkł, poobijał się i porozklejał gdzieniegdzie. Szuflady trudno wyciągać w ciasnocie, choć na Hemnesie spały głównie dwa psy (20 kg do spółki) i czasem Alicja to strasznie się zużyło od samego stania. No i wasserwaga mówiła wyraźnie że jest krzywe. Skulgnąć się z niego można było na podłogę. Jak na pełnym morzu było na tym ślicznym Hemnesie. A w rodzinnym mieszkanku stał mój tapczan kupiony w zimę stulecia gdy rotunda w powietrze wyleciała. Tapczan składa się ze skrzyni na pościel i pokrywy, na której można było położyć materac. Aktualnie tapczan ma trzeci materac. Tapczanowi nic nie dolega i jest poziomy. Pan mąż wybebeszył Hemnesa i został po nim aby ten śliczny płotek dookoła. Krzepcy mężczyźni w ten płotek wstawili mój stary, pojemny, poziomy tapczan. Wygląda to tak jak przedtem. Jeszcze nie próbowałam utknąć tam całego stasia, ale zawartość hemnesowych szuflad tapczan łyknął i nie zauważył. Chyba tapczan ma potencjał!