piątek, 20 lipca 2018

Szpital

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W domu szpital.
Alicja po zawale jest słaba jak kot, nie chce jeść (chyba że słodkie bułki, lody albo bitą śmietanę), nie chce spacerować, męczy się bardzo szybko i robi to czego jej nie wolno, czyli siedzi w fotelu. Po którymś kolejnym niezjedzonym obiedzie zaordynowałam Nutridrinki jako uzupełnienie diety. Po nutridrinku ręce jej się robią cieplejsze.
Frania po pierwszej operacji gorszego biodra uznała, że trzy nogi jej wystarczą. Od dzieciństwa cierpiała okropny ból, główka kości udowej była obdarta z chrząstki i Frania nie zamierza nawet sprawdzić, czy teraz da się chodzić bezboleśnie. Bo że ból ustał, nie ma wątpliwości. Mogę się w końcu do psa przytulić i pogłaskać ją w zadek, a nawet bez płaczu wytrymować drugie, nieogolone udo.
Zatem biegamy na bieżnię wodną, lasery, bajery i magnetoterapie. Po operacji skrupulatnie masowałam operowaną łapę (dając przedtem w tyłek pół tramalowego czopka) więc nie ma przykurczów w operowanej łapce. Prognozy są dobre, jedynie rachunki rosną.
Muszce, która ostatnio nabawiła się zaćmy i po ciemku już z domu nie wychodzi chyba siadają przednie nogi. Drżą, są ciągle lizane i cały pies wyglada jakoś nieszczęśnie. Zawsze miała lśniące futerko, teraz wygląda jak wyleniały kołnierz z lisa.
Czuję się wykopsana z własnego życia, które przez chwilę całkiem zaczęło miło wyglądać. Zlądowałam z drutami w ręku na kanapie w salonie i chyba nieprędko odzyskam pracownię do własnej dyspozycji. Nie widzę przed sobą perspektyw.
Tyle że Pan Pikuś wozi ciężkie zakupy i odbywa się to bez większych emocji. Obiwszy mu ryjek ze wszystkich stron jakoś nabrałam respektu dla blach i lakierów.

poniedziałek, 2 lipca 2018

I po remoncie, kuchnia znów wydaje.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szelągowska robi ludziom nowe kuchnie w trzy dni. Ale ma sporą ekipę wykonawców i nie kładzie posadzek z gresu. Mój zięć wykonał samodzielnie z naszą niewielką pomocą remont kuchni od A do Z w 10 dni.
Zapowiedział, że zacznie 15. czerwca, pomógł zgromadzić sprzęty kuchenne do wymiany, gres i kleje, zostawił nam wiertarko - młot do zdjęcia podłogi i wyjaśnił w co i jak pakować resztki. Zaczęliśmy bez niego, szafek nam opróżniać nie musiał, sami sobie poradziliśmy.



Porozstawialiśmy to co zostaje w innych komnatach, a co do wywiezienia gromadziliśmy na tarasie. 



Zdjęliśmy tym młotem klepkę, Tomek rozmontował stare meble, udało się nie wybić okien. Aż dziwne, że cały ten towar, łącznie z klepką w workach, kuchenka i zmywarką wyjechał za jednym zamachem bez tworzenia wystawki pod śmietnikiem.



Po wywiezieniu tych skarbów kuchnia okazała się widnym i dużym pomieszczeniem.



 Jako pierwsza powstała podłoga. Irek nie przepada za układaniem płytek a Misia chciała się nauczyć, zatem córeczka położyła podłogę. Psy przez 24 godziny nie mogły wychodzić do ogródka przez kuchnię.




Następne dwa dni to były kafle na ścianach i podłączenia instalacji wszelkich. Codziennie bywaliśmy w Obi bądź Castoramie. Pomalowałam ściany, sufit i kaloryfer.
Dla planujących wykonanie remontu prędko mam złą wiadomość. Naprawdę zaplanować co i jak w tej kuchni stanie można dopiero na takim etapie jak na tym zdjęciu powyżej. Znaczy lepiej to z grubsza wcześniej wiedzieć (przyłącza!), ale dokładne pomiary można wykonać dopiero z leżącą podłogą i kaflami na miejscu. Naszym warunkiem ograniczającym poza obustronną cukrzycą (prędzej, prędzej!!!) była wysokość parapetu. Meble musiały być z IKEA bo tylko IKEA ma gotowce do zabrania już a nie wtedy jak je na zamówienie wykonają. Ale są nieco innych rozmiarów niż u nas to przyjęte. I wymagają absolutnego pionu i poziomu. I mają długie nogi. Gdyby je wstawić z tymi nogami i grubym blatem, to by się okno nie otwierało. Liczyliśmy, Irek kombinował i wykombinował.
20. czerwca pojechaliśmy do M1 po meble. Kolega z pojazdem wszystkomieszczącym został umówiony i kiedy zamówione paczki odbieraliśmy z magazynu zadzwoniła Alicja słabym głosem błagając o pomoc. Nie dało się z nią dogadać, jakaś sąsiadka też słabo się kontaktowała paszczą. Dowiedziałam się o potopie w kuchni, zalanych dywanach i pionie (ósme piętro i wszystko do piwnicy zalane). Tomek z jakichś powodów utknął w drodze ze Szczytna w Ciechanowie. Ogarniałam przez telefon, znalazła się u niej bardziej myśląca sąsiadka, potem pogotowie, a potem usłyszałam że "panią z zawałem wieziemy na Wołoską". Potem my z meblami do domu, Tomek kierowany przez telefon prosto do mamy na tę Wołoską, znaleźć jej na SORze nie mógł, poszukaliśmy jej przez dyspozytornię pogotowia, bo kardiologicznych wiezie się nie na SOR, a prościutko do kardiologii inwazyjnej. Faktycznie była na Wołoskiej, dwa stenty dostała a SOR dowiedział się o niej po fakcie. Sądny dzień, który rozpoczęła Frania turlając się rano na spacerze w gównie.
Następne dni to istny koszmar. W domu skręcanie mebli, kupowanie blatów, zlewów, kranów, ustawianie prostych mebli przy nierównych ścianach, a na Wołoskiej Alicja po ciężkim zawale, ledwie przytomna, z atrakcjami i nieprzewidzianymi powikłaniami.



Ale układanka zaczęła się składać. Meble powoli wskakiwały na swoje miejsce, Misia skręcała szuflady i szafki, Irek to razem spasowywał. Dałam sobie spokój z pomaganiem im, bo chyba woleli robić to we własnym towarzystwie, a powolutku zaczynam być traktowana jak upiorna staruszka co się wtrąca. Nie chcę być staruszką wtrącalską, to szal na drutach podgoniłam.









I jest! Działa! Wszystko działa, otwiera się i zamyka bez huku i trzaskania, sprytne kieszenie do szuflad łyknęły nawet wielkie półmiski. Jednokomorowy zlew z ociekaczem wystarcza, zwłaszcza wyposażony w kran z prysznicem kuchennym. W słupku siedzą piekarnik i mikrofalówka, nie trzeba się do nich nachylać, za to blacha z pieczenią do podlewania i mierzenia temperatury wyjeżdża na prowadnicach. Zdradzę tu jeszcze, że piekarnik, mikrofalówkę, zmywarkę i okap kuchenny kupiłam w outlecie AGD, co dało oszczędności ok 1/3 wartości ceny ze sklepu. Sprzęt jest pełnowartościowy i na gwarancji, tyle że nie miał pudełka, czy był gdzieś odrapany.  Spełniał wszystkie moje oczekiwania (termoobieg!) więc nie marudziłam i w gratisie miałam niewybieranie mojego egzemplarza z setek innych prawie jednakowych ale jak wiadomo prawie... Ponieważ wiem że zawsze przy montażu coś się uszkodzi, bodaj zarysuje, to mi to zupełnie nie przeszkadza.
Dzięki zamiłowaniu Irka do zagadek geometrycznych, poszanowaniu ergonomii i praktyce kuchennej mam dużo, dużo wygodniej niż dawniej.
A Alicja dziś wychodzi ze szpitala. Pokonała zawał, przeżyła zapalenie płuc i Clostridum co się w niej po antybiotyku rozszalało. Dziś się od stóp do głów wyszoruje pod prysznicem. Z tej okazji mam nie myć wanny, żeby nie była za śliska i żeby znów jakieś nieszczęście się nie stało. Zalanie pionu okazało się chyba nie takie straszne, bo lokatorzy nie szukają nas z żądaniem naprawy szkód w rękach, pęknięty hiszpański wężyk już jest wymieniony (Irek, któż by inny?).
I dobrze że ten etap zakończony, bo jutro otwieram szpital dla ozdrowieńców i futrzaków. Pora na remont Frani i diagnostykę Muszki, coś u niej z chodzeniem ostatnio mizernie. 
Bardzo cenię mojego zięcia.

sobota, 9 czerwca 2018

Remonent

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W słusznie minionych czasach nader często na zasmarowanej wapnem wystawowej szybie sklepu widniał wykonany palcem napis REMONT.  Równie często czytaliśmy nabazgrane na kartce w kratkę oświadczenie REMANENT. Dla klientów nie miało to znaczenia co się działo; po REMONCIE sklep był zazwyczaj tak samo brzydki jak przed nim, a po REMANENCIE towaru nie było więcej, był tylko spisany. Wywieszka oznaczała że jest zamknięte i nieczynne, a zasmarowane wapnem okna nie dawały podejrzeć co się w środku dzieje. Kiedyś zobaczyłam osobliwe połączenie obu wiadomości, gdzieś wykonywano REMONENT.
I takiż remonent odbędzie się niebawem u mnie w kuchni. Część remanentowa właśnie trwa: opróżniam po kolei szafki i szuflady i znaczna część dóbr ląduje w śmieciach.Nie potrzebuję ubijaczki do piany z wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, aczkolwiek z wyrzuceniem noża, który dziadek przywiózł z obozu jenieckiego mam problem. Część remontowa nastąpi za chwilę. Kuchnia wtedy nie będzie wydawała przez jakiś czas.
My jako my, Tomek i ja zawsze mieszkaliśmy bez jakoś szczególnie urzadzonej kuchni. Owszem zawsze była gazowa kuchnia z piekarnikiem, zlewozmywak i szafki, ale żeby kafelki, gresy, pasujące do siebie szafki a to wszystko pasujące do nas, to się nie złożyło. Toteż kupiwszy ursynowskie mieszkanie strasznie się ucieszyliśmy, że tu kuchnia jest wyposażona, zrobiona i cała. Nawet się z moimi kobaltowymi skorupami pogodziła. Trochę ciemna, owszem, ale godna i nadobna. Modna w czasie kiedy to my ją powinniśmy montować, ale nie mieliśmy gdzie. Ukazuje w całej pełni gust poprzedniego właściciela usiłującego w mieszkaniu spółdzielczym dostępnymi środkami osiągnąć wygląd Luwru i pałacu w Windsorze na raz.



Po dziesięciu latach użytkowania mam jej dosyć. Drewniana mozaika na podłodze straciła byle jaki, akrylowy, wodny lakier mimo przykrywania jej dywanikami. Drewniane kawałeczki są nierówne, gdzieniegdzie odpadają i się o nie potykam. Alicja, która coś pociąga nogami tym bardziej. Nie przyzwyczaiłam się do glazury w grzybki i cebulki z czerwoną fugą. Dwa krany przy zlewie i jeszcze dwie dodatkowe wylewki dalej mi się nie podobają. Drzwi ponad dwudziestoletniej zmywarki spadają na nogi. Kuchnia firmy Amica w pierwszym czyszczeniu szyby piekarnika straciła plastikowy dynks trzymający tę szybę na miejscu, plastikowa szuflada jest krzywa i nie da się równo zamknąć, strażaki od palników chyba się zestarzały i czasem nie dopuszczają do gotowania w ogóle. Zawiasy szafek po kolei oddają ducha Panu i nic się nie domyka. Misia ogłosiła konieczność wyremontowania tego pomieszczenia. Pisnęłam że hm, czy to konieczne. Ona na to, że leczenie połamanych nóg będzie jeszcze mniej przyjemne a problemu nie załatwi.
Od dwóch tygodni jeździmy po sklepach i outletach AGD. Mamy już piekarnik do zabudowy, mikrofalówkę słusznych rozmiarów też do zabudowy i takąż zmywarkę. Oraz płytę gazową na blat, wyciąg pod szafkę, wesołe, kolorowe kafelki w patchwork bez grzybków i cebulek, gres o podwyższonej antypoślizgowości.



 W salonie rozpiera się zmywarka i piec, 



W sypialni panoszy się reszta sprzętu, gres i kafle siedzą w schowku 
pod tarasem. Zestarzeliśmy się od ostatnich kafli kładzionych w 2001 w łazience na Starym Mieście. Nie mogliśmy we dwoje podnieść jednej paczki gresu.
No bo proszę państwa ten remont najwyraźniej nosi cechy szykowania się na starość. Likwidujemy miejsca prawdopodobnych wypadków. Szafki wybrałam z szufladami na dole (żadnego nurkowania w głąb pólek) i niższe na górę (żadnego wspinania się po krzesłach po słoik czy miseczkę). Ma to wszystko cechy Wielkich przygotowań.
A co do Pikusia to osiągnęłam bardzo niebezpieczny etap kogoś, kto ma prawo jazdy, ma prawo wyjechać na drogę publiczną, umie uruchomić i zatankować samochód i nawet jedzie prosto i mieści się w zakrętach, ale wciąż dębieje gdy trzeba zmienić pas w ruchu, puścić autobus startujący z przystanku czy zauważyć w nocy czarny samochód, którego właściciel nie włączył świateł"bo ma do jazdy dziennej", studenta na nieoświetlonej elektrycznej hulajnodze, czy zdecydować kto tu pierwszy jedzie. Hamulec z gazem mi się już rzadko myli (!) ale ostatnio pokręciły mi się dwa obrazki. Zdecydowałam, że facet co na mnie trąbi jest we wstecznym lusterku,a był przede mną. Pocałunek kosztował mnie 120 zł za migacz zintegrowany z lampą. Uffff.
Kto się uczy ten skuczy. Amerykańskie prawo nakazujące jeździć przez rok w towarzystwie rodzica i zdawanie prawka dopiero po takim stażu nie jest głupie. Ja na rzie jestem bezradnym kaczątkiem po kursie. W zięciu, Tomku, instruktorze Cezarym cała nadzieja. Ale na starość przyszykować się trzeba.

poniedziałek, 14 maja 2018

Za chwilę wystawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co roku w maju szykujemy się do rocznej wystawy prac. W Galerii U w Domu Kultury na Stokłosach prezentujemy światu roczny urobek naszej pracowni, gdzie co czwartek zamalowujemy kolejne połacie płótna i papieru. Co prawda na tę wystawę, upchniętą pomiędzy wystawę dziecięcą i wystawy Prawdziwych Artystów przychodzą chyba tylko nasi znajomi i koneserzy darmowych ciasteczek i wina bywający na wszystkich takich eventach w mieście, ale zabawę mamy zawsze świetną. Nasze obrazki wiszą na prawdziwych galeryjnych ścianach. kto z Was ciekawy, co tam starsze panie pędzelkiem i farbami tworzą niech przyjdzie i zobaczy.




Pokażę światu kilka olejów mniej lub bardziej udanych i kilka akwarel, których jak sądzę nie mam się co wstydzić. Wczoraj w Klubie Sąsiedzkim na Młynarskiej widziałam akwarele profesjonalnej artystki chyba nie lepsze niż te moje. Ponadto stwierdziłam, że mamy z tą artystką jednakowe malarskie lektury. 
Więcej zdjęć nie pokażę, bo coś mi Canon z komputerem nie współpracuje. Nie widzą się konsekwentnie. A czytnik karty SD jest tak badziewny, że mu się wtyczka powyginała po 3 użyciach. Zdjęcia mogę załadować za każdym razem na nowym czytniku.

sobota, 5 maja 2018

Chwila oddechu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Po wariackiej zimie z chorobami, operacjami, notariuszami, skarbówką i takimi tam atrakcjami nadeszła błoga chwila wypoczynku w Lanckoronie. Dobra Pani Kasia zadzwoniła do nas w lutym aby spytać, czy rezerwować pokój na majówkę, bo się pokoje kończą. Z ochotą go zarezerwowaliśmy: ten sam co zawsze, tarasowy na pierwszym piętrze z widokiem na las. W 1968 roku Szymborska z Filipowiczem tam wypoczywali.
Pogoda dopisała, siedzieliśmy przez 5 dni na trawniku, na wygodnych leżakach, narobiłam setki zdjęć aby w zimie było co malować, Pan Mąż znalazł odpowiednie towarzystwo i z milczka zrobił się nawet gadatliwy. Ja cierpliwie przerabiałam kilometry cieniutkiego lnu na bluzkę. Co mi zostało z zeszłorocznej sukienki połączyłam z nowym wesołym nabytkiem i korpus urósł niemal po pachy.


Takie robótkowanie w gronie samych znakomitości ma tę zaletę, że się nie wtrącam przesadnie do rozmowy, słucham ciekawych opowieści i pewnie jestem łatwiejsza do zniesienia. No i długa, nudna część bluzki z lnu jest gotowa. Reszta powinna dać się zrobić dość szybko i będzie akurat na lato.
Tym razem było sporo psów w pensjonacie Tadeusz: dwa domowe, buldożek i jamnik, dwa moje, dwa przywiózł pan z Krakowa a dwa corgi przyjechały z młodą rodziną. Psy miały się świetnie, tylko Frania z Muszką okazały się bardzo terytorialne i pilnujące. Gadatliwy, głośny cairn i pracowita Muszka całymi dniami pilnowały nas na tym trawniku.

Od tego pilnowania były tak zmęczone, że wieczorem im się jeść nie chciało. Myślę, że Frania troszkę schudła. I dobrze.
Zaczynam powoli znajdować klucze do jej psiego jestestwa. Nie jest to bynajmniej piesek o pospolitym charakterze. Frania niespecjalnie lubi być dotykana w dzień. Po każdych głaskach i pieszczoszkach musi się otrząsnąć, ułożyć futerko. Karesy znosi cierpliwie, ale bez zachwytu. Natomiast nocą jest cała nasza. Przytulona, często z brzuszkiem do góry, cieplutka i kontaktowa. Tak ma. Muszka odwrotnie, w dzień przytulanka w nocy łaknie osobnego miejsca do spania. Przychodzi do nas na dzień dobry. Wielkie łoże w pokoju tarasowym dało każdemu spać jak lubi.
Przed wyjazdem jeszcze przebadałam Franię na różne okoliczności. Jak na młodego teriera jest niewyobrażalnie spokojna i opanowana. No chyba że pojawi się wiewiórka albo kot. Poza tym biega sobie truchcikiem z nosem przy ziemi, jeśli się bawi to krótko, nie jest uzależniona od zabawek, niczego nie rwie i nie rozgryza, różowa świnka od cioci Lu czasami tylko wymaga wyszorowania i ciągle jest dobra. Frania porusza się inochodem, nie tak jak pies a jak wielbłąd albo niedźwiedź. Dwie nogi z lewej, potem dwie z prawej. Kłusik charakterystyczny dla cairna zdarza się jej rzadko. Niby to nic wielkiego, ale bez powodu nie dzieje się nic.
Odwiedziłyśmy kardiologa. Serce ma Frania jak dzwon. Badania tarczycy wypadły wzorowo, dopiero badanie palpacyjne od nosa do ogona pokazało tkliwość jednego stawu biodrowego. Pies nie kuleje, nie narzeka, zatem póki co nie będziemy usypiać do prześwietlenia. Trzeba trzymać wagę a ruchu zażywać z umiarem nie zmuszając psa do skakania i wysiłku jeśli tego nie chce.W końcu każdy sam wie co i kiedy mu dokucza. Na diagnostykę dokładną przyjdzie czas jak będzie się coś konkretnego działo.
Zajęło mi kilka lat nim skojarzyłam, że sklep Biferno (tak, te cudne kaszmiry, jedwabie i Lana Gatto) mieści się w Kalwarii Zebrzydowskiej, 7 km od Lanckorony. Mimo że sklep zmieniał siedzibę jego właścicielka znalazła chwilę, by dać koleżankom i mnie pobuszować w tych wspaniałościach. Skorzystałam z radością z rabatu bo poszalałam.

Ewa dopilnowała, żeby ten wyrafinowany Feeling był w akceptowalnym dla świata kolorze. Ja byłam bliska nabyć pół kilo wściekłego chaberka. Jestem zatowarowana na zimę że hej. Pan Mąż dowiózł mnie do Biferno i zażyczył sobie surowca na jego skarpetki, niepomny że tego towaru mam a mam. Jak chodzi o skarpetki to on nie ma umiaru. Kazałam mu samemu ruszyć między półki i sobie znaleźć właściwe motki. Nie wahał się długo. Będzie miał skarpety pasujące do profesorskich kreacji. Druty mi na pewno nie zardzewieją.
A Pan Pikuś wciąż w naprawie. Skrzynia się robi i być może pan od skrzyni też sobie zrobił majówkę, bo zamilkł. Irek doprowadził do porządku układ kierowniczy i łożyska. I dobrze, tym się jeździ. Muszę się uzbroić w cierpliwość, no bo bez skrzyni i tak nigdzie nie pojadę. W międzyczasie wszystkie rodzinne auta się pochorowały. Szwagier Misi w BMW musiał wymienić cieknącą miskę olejową  a w Peugeocie rozrząd. Jak by tego było mało w Smarcie  Misi padła klima, a sam Irek rozciął oponę o krawężnik. Armageddon automobilowy. No to uzbrojona w cierpliwość zabieram się za skarpetkowy przerywnik do tego lnu. Jednak wełna w rękach jest najbardziej dziewiarska i rozkoszna.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Kto się uczy, ten skuczy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Tak mówi stare przysłowie. Inne mówi, że czego się Jaś nie nauczył, tego Jan nie umie.  Uczę się, bo nie umiem i żeby umieć to trzeba się nauczyć. Nie tak byle jak nauczyć, na odwal się, byle zakuć, zdać i zapomnieć. Uczę się żeby umieć prowadzić mój samochód. Zrobione ponad trzydzieści lat temu prawo jazdy to była kpina. Godzina niby dla mnie w samochodzie była dzielona na trzy między inną kursantkę i pewnego Wietnamczyka. Po egzaminie nie miałam żadnej praktyki. No bo nikt mi przecie samochodu nie dał do dyspozycji, skoro nie umiałam prowadzić.
Tak zamyka się częste błędne koło nieumiejętności jazdy kobiet z mojego pokolenia. Nie jeździły u tatusia na kolanach nim dosięgły pedałów nogami, bo takie zabawy były dla chłopców. I potem nie umiały jeździć. Kurs prawa jazdy uczył zdać egzamin a nie jeździć samochodem po mieście.
Teraz zatem się uczę. Najęłam instruktora, mój zięć ze mną sporo jeździ moim samochodem. Zaczynam od początku, od nauki skręcania w prawo i w lewo, bo i tego nie umiem. Ale się kiedyś nauczę i będę samodzielna w moim niebieskim Pikusiu z lusterkami bocznymi wielkimi jak zeszyty szkolne, z doskonałą klimatyzacją i z całymi 65 kucykami pod maską. 
Zakręty i skrzyżowania  równorzędne przestają być niewyobrażalnie trudne. Gorzej z dociśnięciem gazu, bo każda szybkość większa niż 40 na godzinę wydaje się zawrotna. A zmiana pasów w korku jest jeszcze niewykonalna. Ale kiedyś będzie. Wszystkie paskudne skrzyżowania z pułapkami na głuptaków można sobie obejrzeć w dużym powiększeniu w mapach Google. W sieci są filmiki, przepisy i co kto chce, można się uczyć. Tylko samochód trzeba mieć własny. Jak się mu zrobi krzywdę, to wiadomo kto winien i kto płaci za naprawę. Mnie się już udało spruć nowiutką oponę o krawężnik. Dobrze że w sklepie mieli jeszcze jedną taką samą, były założone dosłownie kilka dni wcześniej. 
Zatrważające jest, że każdy mający dokument może sobie kupić auto, nawet mocne i szybkie i wyjechać na drogę. 
Pikuś dostał zielony listek na tylną szybę. Rozważam zakup naklejki "Nie denerwuj się, robię co mogę", ale to chyba nic nie pomoże.
Nauka praktyczna jest cholernie męcząca i przenosi się na noce; nocami śni mi się, że jadę hen po szosie. A dziś obudziłam się mokra ze strachu, czy ja aby ubezpieczenie zapłaciłam, bo nie pamiętałam momentu płacenia. Owszem zapłaciłam. Ufff

sobota, 24 marca 2018

Pan Pikuś

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiedy powiedziałam Panu Mężowi że chcę sobie kupić samochód odparł zdecydowanie NIE!.
Spojrzałam mu w oczy i spokojnie odparłam: Zabroń mi. Musiałam wyłuszczyć mu detalicznie powody takiej chętki: że Fabia jest jego i tylko jego, że musi być zawsze sprawna, bo jest samochodem do pracy, że na zakupy z nim muszę się zapisywać do jego kalendarza, czasami nieźle zapchanego, że dotychczasowe podwózki przez koleżankę się skończyły, bo koleżanka, dobra dusza, która woziła mnie gdzie musiałam dotrzeć z większym bagażem się wyprowadziła na Bemowo i sama jeździ do pracy metrem, że robię się coraz starsza, że każdy przedmiot w lodówce, w łazience i w całym mieszkaniu poza meblami został do domu przyniesiony przeze mnie na plecach, że do najbliższego sklepu jest pół kilometra. Że bolą mnie plecy, że donieść chorego psa do veta na plecach jest bardzo trudno. Pan Mąż jest analitykiem. Posłuchał i odpowiedział, że mam argumenty, nie da się ukryć. Ale że przecież nigdy nie zgłaszałam chęci samodzielnego prowadzenia samochodu.
Wychodzę z założenia że co o tym jak nic po tym. 
To samo było z komputerem: póki w domu był jeden bez drukarki , bez internetu, za to z matką i mężem nr 1. stojącymi zawsze w kolejce do niego to czasu było mi szkoda na wkuwanie na pamięć komend w Dosie. I co ja miałam z nim robić, w karty grać? Nie korzystałam, bo po co i z czego. Jak się w domu nr 2 pojawił sprzęt z internetem, to sprawa była inna, siadłam przy nim i bez żadnych przerw siadam codziennie do dziś. Teraz mam swój osobisty, z oprogramowaniem jakie chciałam mieć i bardzo go lubię.
Owszem, zrobiłam prawo jazdy jeszcze w 1984 roku. Dali mi je na 5 lat bo okulary nosiłam. Samochód w rodzinie był jeden: pełnoletni duży fiat z kierownicą bez wspomagania, ciągle chory, bez prawego lusterka. Był największym skarbem teścia i w moje niedoświadczone ręce trafiał tylko na pewnym placu manewrowym gdzie miałam ćwiczyć parkowanie i zakręty. I powiedziałam sobie do diabła z tym, nikt mnie nie będzie dręczył i tresował, dość mam na głowie.
Pan Mąż swój samochód też traktuje bardzo poważnie. Raz do niego wsiadłam w bardzo niesprzyjających okolicznościach, zrobiłam mu kuku i odpinkowałam się od pomysłu pożyczania samochodu od kogokolwiek.
Teraz co innego. Nie będę nic pożyczać. Mogę sobie kupić. Aby sprawa była jeszcze bardziej jasna (mój a nie wspólny) zapragnęłam auta w automacie, żadnego kicania po skrzyżowaniach. Jestem starsza pani i nawet nauka powinna przebiegać z godnością. No i mam zięcia geniusza samochodowego, ze złotymi rękami, wielką wiedzą i własnym podwórkiem gdzie ma mały warsztat.
Wymieniłam dokumenty, dali mi znów na 5 lat bo cukrzyca, znalazłam nauczyciela z automatem na jazdy doszkalające, nauczyciel mi odpowiada. Pokazał jak się parkuje za pomocą lusterek. Nie krzyczy na mnie, już przejechałam te wszystkie straszne uliczki na Starym Mokotowie.
Zaczęłam sobie szukać pojazdu. Okazało się że to wcale nie takie proste. Mały, z małą pojemnością silnika (ubezpieczenie!) i w automacie to rzecz nie częsta. I jeszcze żeby to rzęch ostatni nie był... Oczywiście bardzo mi się Mini podoba ale... usiadłam w Mini. To nie jest auto dla początkujących. No i jakoś za dużo tych przechodzonych Mini było do sprzedaży. Jak samochód jest fajny to właściciel nim jeździ a nie sprzedaje. Poczytałam statystyki Bilda i zdecydowałam się daleki wschód, koreańskie auta mają bardzo dobre notowania, Koreańczykom na europejskim rynku zależy, starają się. Po kilku tygodniach znaleźliśmy wraz z zięciem samochodzik stojący w autokomisie pod Starachowicami. Wszystko w nim mi się podobało, cena też. Oczywiście musiałam wysłuchać ostrzeżeń bliźnich i znajomych o tym, że nie kupuj w komisie, nie od Niemca, nie to nie tamto. Dobrych rad udzielali ci, co mają dwudziestoletnie Daewoo albo inne takie. Najlepiej pojechać do salonu i kupić nową Toyotę w oszczędnej hybrydzie. Na 5 lat???? Za ile???
KIa Picanto w automacie występowała w ofercie na Polskę w pięciu egzemplarzach: jeden w zachodniopomorskiem, dwa absolutne trupy i dwa w świętokrzyskiem. Ten w świętokrzyskiem mieścił się w budżecie i fajnie wyglądał na zdjęciach.  Pojechaliśmy w świętokrzyskie. Malutki samochodzik bez śladu rdzy na karoserii bez kaszlania odpalił i wyjechał z zaspy. Na bieluśkim śniegu nie zostawił żadnych oleistych śladów. Na karoserii żadnych śladów spawania,wlew paliwa nie prostowany. Tyle tylko że dla celów sprzedaży nasmarowali mu deskę rozdzielczą na tłusto, fe, błe, trzeba to odczyścić.
Zięć zajrzał gdzie się dało, przejechał się autkiem i ocenił je na OK. Nie mogliśmy z nią wrócić bo jeszcze dowód rejestracyjny miała miękki. Pan mi ją wczoraj wieczorem na lawecie przywiózł. Pierwszy raz w życiu zatankowałam mój własny samochód. Teraz dostał się w ręce zięcia, oleje, rozrządy, głębszy wgląd. Lampkę do bagażnika mu kupiłam. Boszszsz jaka jestem podniecona.
Na kolejną lekcję z panem Czarkiem z Imoli czekam podśpiewując. 


Oto Pan Pikuś wzglednie Błękitna Pchełka. Czytelnicy proszeni są o głosowanie w sprawie imienia.