poniedziałek, 24 września 2018

Nie zalogujesz się bo tak

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Od jakiegoś czasu nie mogę nikomu nic skomentować bo moje zalogowanie u siebie nic nie znaczy dla Bloggera. Czytam wszystko, ale skomentować nie mogę. Ani u Panzernej, ani u Lu, a dziś to chyba nawet u mnie samej. Minie pewnie jak zwykle, ale wkurza.

niedziela, 23 września 2018

Jesień, jesień, jesień ach to ty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lato się skończyło tak samo gwałtownie, jak się zaczęło. Wiosny nie było, jednego dnia biegałam w puchówce i zimowych butach a następnego było trzydzieści stopni w cieniu. Tym razem podobnie, przedwczoraj 27 stopni i duchota, a wczoraj aby 15. Ledwie zdążyłam wymienić odzież na wieszakach już trzeba korzystać ze swetrów i szali. Wielką torbę letnich szmatek Tomek wyniósł do piwnicy, a ja się serdecznie witam z wełnianymi sweterkami i bluzkami, bo nie ma jak dotyk wełny na skórze. No i przedstawiłam szafowej zgrai nowy udzierg na sezon jesienno - zimowy, Victorię od Woodhouse Knits. Moja Victoria zeżarła trzy motki ręcznie farbowanego merino, (Mirella od Włóczek Warmii), i bardzo mi się podoba, acz zdjęcia porządnego na osobie jeszcze nie ma. Przy robocie była jakaś niewielka, ale w blokowaniu urosła do rozmiarów akuratnych. Nawet rękawy ma porządnie długie.




Rejon dekoltu z ażurami zostawiłam taki jaki zaprojektowała Jennifer Woods, zaszewki na biust zrobiłam po mojemu, dodajac długości z przodu (brzuch!), a kształtowanie talii zrobiłam po bokach. Pionowe zaszewki pod biustem dobre są dla chudziaków, grubas nie może w takim przyodziewku ręki do góry podnieść by nie zaprezentować światu pępka albo podkoszulka. Oryginalne ażury na mankietach i na dole swetra odwijały się i nie były ładnym wykończeniem, zmieniwszy druty na 2,5 (z 3,25) zrobiłam ażurowe ściągacze i teraz jest ok. Brzeg dekoltu też zrobiłam zwięźlej niż projektantka kazała a jeszcze aż prosi się o gumeczkę wciągniętą w ten brzegowy rulonik.
Grunt, ze Mirella się sprawdziła bo mam jeszcze Mirelli na kilka swetrów. No i z Mirelli się bardzo szybko dzierga. Motki nie różnią się od siebie tak, by nie dało się z nich zrobić spójnej kolorystycznie bluzki.
Szal strzałka z poprzedniego posta poszedł do nowej właścicielki i po prawdzie to dawno nie widziałam, żeby się ktoś tak bardzo z prezentu ucieszył. Nowa włascicielka promieniała, że rozmiar słuszny, wełna, kolory takie jej, ale powiedzcie jaki sens obdarować kobietę w szal zimowy w nie jej kolorach? Teraz kolejny lunowy kłębek wyciągnięty z tapczanu przerabiany jest na strzałkę dla pewnej Basi. Basia kocha wszystkie kolory, które są w tym motku a ja mam 100 powodów, żeby Basię uszczęśliwić.
Po czytelniczej zapaści, kiedy mogłam jedynie brnąć przez historię genetyki, co było w gruncie rzeczy bardzo satysfakcjonującą, ale nielekką lekturą, zostałam obdarowana świetną książką Ein Mann namens Ove Fredrika Backmana i to mnie z zapaści wyciągnęło. Lu, bardzo, bardzo dziękuję. Dawno już nie czytałam czegoś tak dobrego i porządnie napisanego. Książka istnieje i po polsku jako Mężczyzna Imieniem Ove. Żadnych papierowych bohaterów, żadnej kopulacji na 70 stronie ani szymli. Jakbym się czystej, zimnej wody napiła. Wczoraj Pan Mąż przyniósł Homo Deus Krótka Historia Jutra autorstwa Yuvala Noaha Harari i obwąchując ją na dzień dobry wciągnęłam pierwszy rozdział nie wiadomo kiedy. Autor jest wykształconym erudytą i tłumacz też się spisał. Opowiadania Joe Hilla Dziwna Pogoda też są OK, widać w nich wpływy taty Stephena Kinga i bardzo dobrze.

Frania ma nowe hobby zgodne z jej możliwościami i zainteresowaniami wszystkich cairnów. Na SGGW jest masa wielkich, zaniedbanych klombów i krótko przyciętych żywopłotów, gdzie mieszkają myszy. Frania wbiega w taki klomb albo żywopłot i za tymi myszami bobruje. Nie ucieka, a metodycznie szuka myszy. Myszy są sprytne i jak nas słyszą, to przewidujaco uciekają z krzaków z ogonami tryumfalnie uniesionymi w górę. Frania się rehabilituje, krew się nie leje, praca węchowa jest wykonana a pies zmęczony i zmachany jakby 20 km przebiegł.
Jesteśmy umówione na drugi zabieg na prawej nodze, tej lepszej. Już jako tako chodzi na lewej, ale nadużywana prawa zaczyna bardzo boleć i nocne wrzaski z bólu zaczynają się znów pojawiać. Konsultowani specjaliści mają podzielone opinie. Niektórzy chcą czekać aż się jej pogorszy, jeden mnie straszy, że wcale chodzić psina nie będzie. Inni jeszcze mówią żeby operować i rehabilitować i nie hodować bolesności i nie truć jej przeciwbólowymi lekami, zakończyć definitywnie leczenie i żyć z takim pieskiem jaki będzie. Nie będzie skakać przez krzaki to nie będzie, nie będzie łazić po stole, to nie będzie. Będzie sobie cairnem emeryckim, spokojnym i mniej rozbieganym niż inne cairny.

A pan Pikuś całkiem się jako dostawczak spisuje. Pan Mąż okazał się świetnym nauczycielem i cierpliwym towarzyszem jazd. On zna układ pasów w Warszawie, a ja nie. Póki się nie nauczę muszę jeździć z przewodnikiem. Idzie to coraz sprawniej i mniej nerwowo.

wtorek, 11 września 2018

No i co z tego, że po urlopie?

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odsiedzieliśmy w Jastarni pełne dwa tygodnie. Odpoczywanie to nie jest proste zajęcie. Nie umiem odpoczywać w sensie że nic nie robić. Jakaś część ciała musi się ruszać, najlepiej ręce. Mogą poruszać drutami albo ołówkiem. Poruszały tym razem i jednym i drugim. Przez dwa tygodnie da się zrobić wielką chustę strzałkę.  Z kolejnego motka Dundagi/Luny powstała strzałka trzymetrowa.


Ścieg prościutki, dwa rzędy prawymi, dwa lewymi.


Jest to strzałka dziękczynna i chyba będzie ich więcej, bo umysłem jedynie prostych robótek pożądam. Wykwintnosci coś się mnie teraz nie trzymają.


Jastarnia jak zwykle jest piękna, a może przez kontrast z innymi miejscowościami wypoczynkowymi - jeszcze piękniejsza. Dachy i podwóreczka wychylają się zza siebie w najnieoczekiwańszych miejscach. Klomby jak chusteczki do nosa, ogródeczki, hortensje, drzewa nisko poprzycinane.



W galerii sztuki w Juracie w zeszłym roku zobaczyłam tę akwarelę. Galeria pełna była (i jest) baśniowych, kolorowych obrazów. Ale tę akwarelę było widać jak brylant między szkiełkami. Cenę ma zaporową więc wisi. I dobrze, popatrzyłam jeszcze. To praca Jerzego Dudy-Gracza.


 W Jastarni słońce nie chowa się o zachodzie w morzu, tylko w Zatoce Gdańskiej.


Piękny, typowy dla Helu las jest, nie zginął i musiałam tam pójść, choć moje futrzane towarzyszki z chodzeniem miały trudności. 

 Futrzaki wolały spędzać czas siedząc niż chodząc. To nie Kretka, co pędziła plażą przed siebie po szesnaście godzin na dobę. Siedzenie w pełnym słońcu też się im nie podobało. Delikatne są dziewczyny, jedno stare a drugie na trzech nogach.


No właśnie, po tuzinie pobytów w bieżni wodnej Frania wciąż używała na suchym ladzie tylko trzech nóg. Dostałam zalecenie powolnego chodzenia z nią zawsze na smyczy, chodzenia po kopnym piachu i w wodzie. Zachwycona tą wodą nie była, piach też pezekicała na trzech, do morza nie weszła wcale. Ale po rzech dniach, gdy zaczęłam chodzić kroczkami po pół stopki, nagle czwarta noga stanęła na ziemi i zrobiła krok. I drugi. I trzeci. I powolutku, powolutku pieska zaczęła operowanej nogi używać. Wróciliśmy do domu ze zwierzakiem normalnie chodzącym. Na smyczy. Bo jak ją puścić do hasania to różnie to bywa.

To zdjęcie z pierwszego dnia chodzenia na czterech. Cairny kochają kamieniste usypiska. Frania spenetrowała ten brzeg falochronu dokumentnie i na czterech.

Morski wiatr wywiał z głowy czarne myśli. Nie gotowałam, tylko jadłam to, co zrobił ktoś inny. Mamy oboje tak dosyć frytek i surówki z kapusty, że z rozkoszą oddaję się produkowaniu własnego fast foodu. Szaszłyki marynowane w musztardzie, wieprzowina grillowana z mango, codziennie surówka z czego innego, a nawet ta dam ta dam w końcu wiem jak zrobić cieniutkie francuskie naleśniki. Nie nasączone olejem jak gąbki. Cieniuuuusienienieńkie. Wyszły doskonale i zeżarliśmy je dziś na śniadanie.
Zatem kołowrotek zaczyna się kręcić. Alicja jest już u siebie i nawiedzamy ją zapowiedzeni i niezapowiedzeni. Trza sprawy kontrolować. Zbadałam sobie dno oka. Bz. Tyle, że pan Mąż mnie na badanie zawiózł. Jeżdżenia Pikusiem nie zapomniałam przez urlop. Z duszą na ramieniu ale pojechałam nim po zakupy, a potem juz poszło. Po powrocie do domu otworzyłam pelen wełny tapczan i gadałam z moimi motkami prawie godzinę. Nie widzieliśmy się od początku lipca.

Muszka nauczyła się nowej sztuczki. Muszka jest stara, nieprzekupna i dotąd odmawiała nauki twierdząc, że wszystko umie. Ostatnio bolą ją kości. Na te bóle dostaje pól tabletki Opokanu do mordy. Pierwsze podanie to była walka jak z dzikim kotem. Było plucie, parskanie i wywijanie się. Za trzecim razem wystarczyło dotknąć dłonią mordki i pokazać tabletkę. Paszcza rozwarła się na oścież a łypiące oko popędzało do szybszego wrzucenia tabletki w różową otchłań.

sobota, 11 sierpnia 2018

Lato z drutami

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Tak wyglądała Frania bezpośrednio po operacji. Kupka nieszczęścia i rozpacz czarna. Dobrze, że miałam sporo Tramalu w lodówce. Tramal nieco koił ból i rozpacz.


A tak wyglądał jej pośladek. Klosz z głowy został szybko zdjęty, bo Franię szwy nic a nic nie obchodziły, a z kloszem nie mogła się poruszać.


Teraz uczymy się chodzić na czterech nogach. Nauka wciąż trwa, choć w bieżni już nie ma problemu.


 A tu Frania w polu magnetycznym. Pole magnetyczne jest fajne.



Wieczorne pieszczoszki, masowanie brzuszków, czesanie futerka i buziaki.



A to Frania i jej kochana kość, skarb nadzwyczajny godzien schowania pod poduszką Pana. Fryzura Frani jest moim dziełem.



Te skarpetki już dawno poszły do ludzi, umieszczam je tu aby o nich nie zapomnieć. Z kronikarskiego obowiązku.


 Te to parka dla mnie z pięknej tęczowej wełny. Niby miała to być parka, ale coś rozmiary nie pasują. Tyle, że sprawdziłam że nie lubię entrelaca.
  

Chusta z wełny estońskiej ( Luna 430 od Liloppi) dla koleżanki na imieniny. Wełny było dużo, więc choć to zwykły ścieg francuski, chusta zabrała mi pół czerwca i pół lipca. I z całą pewnością dokumentnie owinie koleżankę. Po upraniu kolory zaspiewały i pokazały, że to nie żadne spadające gwiazdy, a piękny zachód słońca nad morzem.



Kupionego w Biferno Sugara przerobiłam na bluzkę Summer. Robione to jest od góry w kółko z masą rzędów skróconych. Krój dość niecodzienny, ale do zaakceptowania. I włóczka na upały doskonała.  




Skarpetki dla Tomka. Pan Mąż lubi wzór Argyle, więc natknąwszy się na tę kratkę w słowniku ściegów szybko ją wykorzystałam.  Dodatkowo mnie cieszy, że nie będę się już natykała na ten kłębek w mojej szufladzie z wełenkami na skarpetki. Ten kolor cenię jedynie w homeopatycznych ilościach w akwareli. W mojej odzieży nie występuje.




Z 2 nitek malabrigo lace w kolorze Bobble Blue powstał komin. Wzór to darmowy Wolkig. Mam świadomość, że malabrigo się nieco sfilcuje, ale i wtedy będzie mięciusieńkie jak angorka.



Robótka aktualna to Victoria od Woodhouse Knits. W końcu opracowałam sobie system podążania za ażurem. Po zrobieniu elementu przy własciwym numerze rządka powstaje kropka. Dwie kropki to dwa rękawy ozdobione danym rządkiem. Sprawdza się. Kółeczka oznaczają rzędy z dodawaniem oczek. Bo to rzecz jasna raglan od góry robiony. Wełna to Mirella z Włóczek Warmii. Robi się z niej świetnie, kolory nie tworzą jeziorek i plam.



A to ostatnie, ostatniusie skarpetki dla Tomka. Jemu nigdy dość. Doskonale pamięta, że w Biferno kupił sobie pięć motków wełny na skarpetki, zrobiłam z tego dwie pary dopiero, więc będzie mnie dusił, aż wszystkie pięć par zachomikuje w swojej komodzie. Ta włóczka żadnego wzorka nie wymagała.


I tak mi mija lato: zakupy, gotowanie, namawianie niejadków do jedzenia, czasem krótki wyjazd biednym, poobijanym Pikusiem i miliony oczek na ogół prawych. O bardziej wyrafinowanych zajęciach póki co nie ma mowy. Owszem, coś tam czytam w przelocie, ale wielki stos książek do przeczytania ruszę chyba jak się szpital w domu zamknie. 

piątek, 20 lipca 2018

Szpital

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W domu szpital.
Alicja po zawale jest słaba jak kot, nie chce jeść (chyba że słodkie bułki, lody albo bitą śmietanę), nie chce spacerować, męczy się bardzo szybko i robi to czego jej nie wolno, czyli siedzi w fotelu. Po którymś kolejnym niezjedzonym obiedzie zaordynowałam Nutridrinki jako uzupełnienie diety. Po nutridrinku ręce jej się robią cieplejsze.
Frania po pierwszej operacji gorszego biodra uznała, że trzy nogi jej wystarczą. Od dzieciństwa cierpiała okropny ból, główka kości udowej była obdarta z chrząstki i Frania nie zamierza nawet sprawdzić, czy teraz da się chodzić bezboleśnie. Bo że ból ustał, nie ma wątpliwości. Mogę się w końcu do psa przytulić i pogłaskać ją w zadek, a nawet bez płaczu wytrymować drugie, nieogolone udo.
Zatem biegamy na bieżnię wodną, lasery, bajery i magnetoterapie. Po operacji skrupulatnie masowałam operowaną łapę (dając przedtem w tyłek pół tramalowego czopka) więc nie ma przykurczów w operowanej łapce. Prognozy są dobre, jedynie rachunki rosną.
Muszce, która ostatnio nabawiła się zaćmy i po ciemku już z domu nie wychodzi chyba siadają przednie nogi. Drżą, są ciągle lizane i cały pies wyglada jakoś nieszczęśnie. Zawsze miała lśniące futerko, teraz wygląda jak wyleniały kołnierz z lisa.
Czuję się wykopsana z własnego życia, które przez chwilę całkiem zaczęło miło wyglądać. Zlądowałam z drutami w ręku na kanapie w salonie i chyba nieprędko odzyskam pracownię do własnej dyspozycji. Nie widzę przed sobą perspektyw.
Tyle że Pan Pikuś wozi ciężkie zakupy i odbywa się to bez większych emocji. Obiwszy mu ryjek ze wszystkich stron jakoś nabrałam respektu dla blach i lakierów.

poniedziałek, 2 lipca 2018

I po remoncie, kuchnia znów wydaje.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Szelągowska robi ludziom nowe kuchnie w trzy dni. Ale ma sporą ekipę wykonawców i nie kładzie posadzek z gresu. Mój zięć wykonał samodzielnie z naszą niewielką pomocą remont kuchni od A do Z w 10 dni.
Zapowiedział, że zacznie 15. czerwca, pomógł zgromadzić sprzęty kuchenne do wymiany, gres i kleje, zostawił nam wiertarko - młot do zdjęcia podłogi i wyjaśnił w co i jak pakować resztki. Zaczęliśmy bez niego, szafek nam opróżniać nie musiał, sami sobie poradziliśmy.



Porozstawialiśmy to co zostaje w innych komnatach, a co do wywiezienia gromadziliśmy na tarasie. 



Zdjęliśmy tym młotem klepkę, Tomek rozmontował stare meble, udało się nie wybić okien. Aż dziwne, że cały ten towar, łącznie z klepką w workach, kuchenka i zmywarką wyjechał za jednym zamachem bez tworzenia wystawki pod śmietnikiem.



Po wywiezieniu tych skarbów kuchnia okazała się widnym i dużym pomieszczeniem.



 Jako pierwsza powstała podłoga. Irek nie przepada za układaniem płytek a Misia chciała się nauczyć, zatem córeczka położyła podłogę. Psy przez 24 godziny nie mogły wychodzić do ogródka przez kuchnię.




Następne dwa dni to były kafle na ścianach i podłączenia instalacji wszelkich. Codziennie bywaliśmy w Obi bądź Castoramie. Pomalowałam ściany, sufit i kaloryfer.
Dla planujących wykonanie remontu prędko mam złą wiadomość. Naprawdę zaplanować co i jak w tej kuchni stanie można dopiero na takim etapie jak na tym zdjęciu powyżej. Znaczy lepiej to z grubsza wcześniej wiedzieć (przyłącza!), ale dokładne pomiary można wykonać dopiero z leżącą podłogą i kaflami na miejscu. Naszym warunkiem ograniczającym poza obustronną cukrzycą (prędzej, prędzej!!!) była wysokość parapetu. Meble musiały być z IKEA bo tylko IKEA ma gotowce do zabrania już a nie wtedy jak je na zamówienie wykonają. Ale są nieco innych rozmiarów niż u nas to przyjęte. I wymagają absolutnego pionu i poziomu. I mają długie nogi. Gdyby je wstawić z tymi nogami i grubym blatem, to by się okno nie otwierało. Liczyliśmy, Irek kombinował i wykombinował.
20. czerwca pojechaliśmy do M1 po meble. Kolega z pojazdem wszystkomieszczącym został umówiony i kiedy zamówione paczki odbieraliśmy z magazynu zadzwoniła Alicja słabym głosem błagając o pomoc. Nie dało się z nią dogadać, jakaś sąsiadka też słabo się kontaktowała paszczą. Dowiedziałam się o potopie w kuchni, zalanych dywanach i pionie (ósme piętro i wszystko do piwnicy zalane). Tomek z jakichś powodów utknął w drodze ze Szczytna w Ciechanowie. Ogarniałam przez telefon, znalazła się u niej bardziej myśląca sąsiadka, potem pogotowie, a potem usłyszałam że "panią z zawałem wieziemy na Wołoską". Potem my z meblami do domu, Tomek kierowany przez telefon prosto do mamy na tę Wołoską, znaleźć jej na SORze nie mógł, poszukaliśmy jej przez dyspozytornię pogotowia, bo kardiologicznych wiezie się nie na SOR, a prościutko do kardiologii inwazyjnej. Faktycznie była na Wołoskiej, dwa stenty dostała a SOR dowiedział się o niej po fakcie. Sądny dzień, który rozpoczęła Frania turlając się rano na spacerze w gównie.
Następne dni to istny koszmar. W domu skręcanie mebli, kupowanie blatów, zlewów, kranów, ustawianie prostych mebli przy nierównych ścianach, a na Wołoskiej Alicja po ciężkim zawale, ledwie przytomna, z atrakcjami i nieprzewidzianymi powikłaniami.



Ale układanka zaczęła się składać. Meble powoli wskakiwały na swoje miejsce, Misia skręcała szuflady i szafki, Irek to razem spasowywał. Dałam sobie spokój z pomaganiem im, bo chyba woleli robić to we własnym towarzystwie, a powolutku zaczynam być traktowana jak upiorna staruszka co się wtrąca. Nie chcę być staruszką wtrącalską, to szal na drutach podgoniłam.









I jest! Działa! Wszystko działa, otwiera się i zamyka bez huku i trzaskania, sprytne kieszenie do szuflad łyknęły nawet wielkie półmiski. Jednokomorowy zlew z ociekaczem wystarcza, zwłaszcza wyposażony w kran z prysznicem kuchennym. W słupku siedzą piekarnik i mikrofalówka, nie trzeba się do nich nachylać, za to blacha z pieczenią do podlewania i mierzenia temperatury wyjeżdża na prowadnicach. Zdradzę tu jeszcze, że piekarnik, mikrofalówkę, zmywarkę i okap kuchenny kupiłam w outlecie AGD, co dało oszczędności ok 1/3 wartości ceny ze sklepu. Sprzęt jest pełnowartościowy i na gwarancji, tyle że nie miał pudełka, czy był gdzieś odrapany.  Spełniał wszystkie moje oczekiwania (termoobieg!) więc nie marudziłam i w gratisie miałam niewybieranie mojego egzemplarza z setek innych prawie jednakowych ale jak wiadomo prawie... Ponieważ wiem że zawsze przy montażu coś się uszkodzi, bodaj zarysuje, to mi to zupełnie nie przeszkadza.
Dzięki zamiłowaniu Irka do zagadek geometrycznych, poszanowaniu ergonomii i praktyce kuchennej mam dużo, dużo wygodniej niż dawniej.
A Alicja dziś wychodzi ze szpitala. Pokonała zawał, przeżyła zapalenie płuc i Clostridum co się w niej po antybiotyku rozszalało. Dziś się od stóp do głów wyszoruje pod prysznicem. Z tej okazji mam nie myć wanny, żeby nie była za śliska i żeby znów jakieś nieszczęście się nie stało. Zalanie pionu okazało się chyba nie takie straszne, bo lokatorzy nie szukają nas z żądaniem naprawy szkód w rękach, pęknięty hiszpański wężyk już jest wymieniony (Irek, któż by inny?).
I dobrze że ten etap zakończony, bo jutro otwieram szpital dla ozdrowieńców i futrzaków. Pora na remont Frani i diagnostykę Muszki, coś u niej z chodzeniem ostatnio mizernie. 
Bardzo cenię mojego zięcia.

sobota, 9 czerwca 2018

Remonent

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W słusznie minionych czasach nader często na zasmarowanej wapnem wystawowej szybie sklepu widniał wykonany palcem napis REMONT.  Równie często czytaliśmy nabazgrane na kartce w kratkę oświadczenie REMANENT. Dla klientów nie miało to znaczenia co się działo; po REMONCIE sklep był zazwyczaj tak samo brzydki jak przed nim, a po REMANENCIE towaru nie było więcej, był tylko spisany. Wywieszka oznaczała że jest zamknięte i nieczynne, a zasmarowane wapnem okna nie dawały podejrzeć co się w środku dzieje. Kiedyś zobaczyłam osobliwe połączenie obu wiadomości, gdzieś wykonywano REMONENT.
I takiż remonent odbędzie się niebawem u mnie w kuchni. Część remanentowa właśnie trwa: opróżniam po kolei szafki i szuflady i znaczna część dóbr ląduje w śmieciach.Nie potrzebuję ubijaczki do piany z wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, aczkolwiek z wyrzuceniem noża, który dziadek przywiózł z obozu jenieckiego mam problem. Część remontowa nastąpi za chwilę. Kuchnia wtedy nie będzie wydawała przez jakiś czas.
My jako my, Tomek i ja zawsze mieszkaliśmy bez jakoś szczególnie urzadzonej kuchni. Owszem zawsze była gazowa kuchnia z piekarnikiem, zlewozmywak i szafki, ale żeby kafelki, gresy, pasujące do siebie szafki a to wszystko pasujące do nas, to się nie złożyło. Toteż kupiwszy ursynowskie mieszkanie strasznie się ucieszyliśmy, że tu kuchnia jest wyposażona, zrobiona i cała. Nawet się z moimi kobaltowymi skorupami pogodziła. Trochę ciemna, owszem, ale godna i nadobna. Modna w czasie kiedy to my ją powinniśmy montować, ale nie mieliśmy gdzie. Ukazuje w całej pełni gust poprzedniego właściciela usiłującego w mieszkaniu spółdzielczym dostępnymi środkami osiągnąć wygląd Luwru i pałacu w Windsorze na raz.



Po dziesięciu latach użytkowania mam jej dosyć. Drewniana mozaika na podłodze straciła byle jaki, akrylowy, wodny lakier mimo przykrywania jej dywanikami. Drewniane kawałeczki są nierówne, gdzieniegdzie odpadają i się o nie potykam. Alicja, która coś pociąga nogami tym bardziej. Nie przyzwyczaiłam się do glazury w grzybki i cebulki z czerwoną fugą. Dwa krany przy zlewie i jeszcze dwie dodatkowe wylewki dalej mi się nie podobają. Drzwi ponad dwudziestoletniej zmywarki spadają na nogi. Kuchnia firmy Amica w pierwszym czyszczeniu szyby piekarnika straciła plastikowy dynks trzymający tę szybę na miejscu, plastikowa szuflada jest krzywa i nie da się równo zamknąć, strażaki od palników chyba się zestarzały i czasem nie dopuszczają do gotowania w ogóle. Zawiasy szafek po kolei oddają ducha Panu i nic się nie domyka. Misia ogłosiła konieczność wyremontowania tego pomieszczenia. Pisnęłam że hm, czy to konieczne. Ona na to, że leczenie połamanych nóg będzie jeszcze mniej przyjemne a problemu nie załatwi.
Od dwóch tygodni jeździmy po sklepach i outletach AGD. Mamy już piekarnik do zabudowy, mikrofalówkę słusznych rozmiarów też do zabudowy i takąż zmywarkę. Oraz płytę gazową na blat, wyciąg pod szafkę, wesołe, kolorowe kafelki w patchwork bez grzybków i cebulek, gres o podwyższonej antypoślizgowości.



 W salonie rozpiera się zmywarka i piec, 



W sypialni panoszy się reszta sprzętu, gres i kafle siedzą w schowku 
pod tarasem. Zestarzeliśmy się od ostatnich kafli kładzionych w 2001 w łazience na Starym Mieście. Nie mogliśmy we dwoje podnieść jednej paczki gresu.
No bo proszę państwa ten remont najwyraźniej nosi cechy szykowania się na starość. Likwidujemy miejsca prawdopodobnych wypadków. Szafki wybrałam z szufladami na dole (żadnego nurkowania w głąb pólek) i niższe na górę (żadnego wspinania się po krzesłach po słoik czy miseczkę). Ma to wszystko cechy Wielkich przygotowań.
A co do Pikusia to osiągnęłam bardzo niebezpieczny etap kogoś, kto ma prawo jazdy, ma prawo wyjechać na drogę publiczną, umie uruchomić i zatankować samochód i nawet jedzie prosto i mieści się w zakrętach, ale wciąż dębieje gdy trzeba zmienić pas w ruchu, puścić autobus startujący z przystanku czy zauważyć w nocy czarny samochód, którego właściciel nie włączył świateł"bo ma do jazdy dziennej", studenta na nieoświetlonej elektrycznej hulajnodze, czy zdecydować kto tu pierwszy jedzie. Hamulec z gazem mi się już rzadko myli (!) ale ostatnio pokręciły mi się dwa obrazki. Zdecydowałam, że facet co na mnie trąbi jest we wstecznym lusterku,a był przede mną. Pocałunek kosztował mnie 120 zł za migacz zintegrowany z lampą. Uffff.
Kto się uczy ten skuczy. Amerykańskie prawo nakazujące jeździć przez rok w towarzystwie rodzica i zdawanie prawka dopiero po takim stażu nie jest głupie. Ja na rzie jestem bezradnym kaczątkiem po kursie. W zięciu, Tomku, instruktorze Cezarym cała nadzieja. Ale na starość przyszykować się trzeba.