Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Nim covid19 rozszalał się na dobre zdążyliśmy wyskoczyć na pięć dni nad morze. Do Jastarni konkretne i było pięknie. Żadnych zielonych, dmuchanych krokodyli, żadnych kur zjeżdżalni, żadnych parawanów.
Po takiej plaży to można iść i iść. Oglądać muszelki, kamyki i patyczki. A wiatr rozwiewa futerko.
Nikomu pies nie przeszkadza.
Ani dwa psy.
Kierunek Jurata. Morze ma taką magnetyczną siłę, że terierom ani przez myśl nie przyszło dać dyla do lasu, gdzie są dziki i inna zwierzyna.
Portowa 8 i kino Żeglarz.
W sezonie tego domu zupełnie nie widać. Zawsze stoi przed nim wielki biały namiot z ciuchami. Na szczęście teraz namiotu nie było.
Łóżko w hotelowym apartamencie było bardzo wygodne.
Port. Widzieliśmy go z hotelowego okna.
Odwiedziłam wszystkie ulubione miejsca, najadłam się pyszności w hotelowej restauracji i zaczęłam robić sweter dla koleżanki. Ale ponieważ piszę ten post drugi raz, bo poprzednia wersja uleciała w kosmos, to o swetrze będzie kiedy indziej.









:)
OdpowiedzUsuńZazdraszczam braku turystów :)
OdpowiedzUsuń