niedziela, 1 listopada 2020

Sweter z innej epoki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jakiś czas temu dopadłam w ulubionym sklepie kilogram cienkiej, zielonej wełny. Niektóre prastare motki miały nawet banderole o skąpej treści: Semi-penteado cor solida shetland pura la virgem. I cała kolumna znaczkiem woolmarka. Stemplowane numery koloru i seria barwienia już spłowiały. Znaczy wełna 100% z nieznanej, południowoeuropejskiej owcy. Możliwe, że portugalska. Vintage.

Tyle, że zielona. A mnie z zielonym solo nie całkiem po drodze. Wełna leżała i czekała na ochotnika nosiciela. I się doczekała. Koleżanka sąsiadka z domku w sąsiedztwie narzeka na chłodne wieczory, ceny gazu opałowego i kocha zielony. Zatem przedstawiłam jej dwie próbki, jedną robioną wełną pojedynczą, a drugą podwójnie. Ta podwójna się spodobała. Sweter na chłodne wieczory miał być długi za d..., prosty, bez żadnych ozdóbek i z rękawami możliwie kryjącymi dłonie. Zrobiłam wyliczanki na raglan robiony od góry ale z dobrym podkrojem szyi i wyszło z tych obliczeń, ze to będzie szybka robota. No bo co to jest przód na sto oczek samymi prawymi? pestka i pikuś, tydzień roboty, niewiele więcej niż skarpetki. Trochę się przeliczyłam. Trzeba było ostro tych podwójnych nitek pilnować, aby się nie rozdwajały i nie umykały z drutów.

Zabrał mi 10 dni i wygląda jak z poprzedniej epoki. Z tej konkretnie, kiedy na drewnianych nartach w skórzanych butach i wełnianym swetrze bez żadnych funkcyjnych kurtek śmigało się po zaśnieżonych stokach. Prawie sam stoi. Jest gęsty, zwięzły, waży 800 gram i nie ma nic wspólnego z dzisiejszymi miluskimi, mięciuśkimi, dziurawymi i spadającymi z ramion wyrobami swetropodobnymi.

 

Tu kolor pokazany jest najdokładniej. Na innych zdjęciach aparat się chyba pogubił. Tu widać również jego rozmiar. W trakcie roboty byłam nieco zagubiona, bo sweter nie chciał mieć nic wspólnego z wyliczeniami z próbki. Dopiero po solidnej kąpieli w Perwoolu i pobycie w wirówce okazał się zgodny z założeniami.

Długaśne mankiety można zawinąć

Albo odwinąć, jak wola.

Podkrój jest bardzo porządny, mimo że dziura na głowę niespecjalnie szeroka. Widocznym gumkom od stanika i ramiączkom koszulek mówimy stanowczo NIE.



Jedyną ozdobą jest ten zielony znaczek ze wzniosłym oświadczeniem. Jak się nie będzie podobać, to sobie go właścicielka odpruje. I chwilowo mam dosyć swetrów z lat pięćdziesiątych. Takie dzierganie to ciężka fizyczna praca. Zwłaszcza wywijanie niemal kilogramową płachtą przy robieniu rękawów metodą magic loop. Ale kolana mi nie marzły, trzeba przyznać że grzeje że uch. 

No to teraz pora na sweter dla Pana Męża. Czerwony jak strażacki samochód. Wełna nabyta w e-supełku już latem czeka w tapczanie, a Pan Mąż drobi nogami, mimo, że niby wcale nie muszę się z tym spieszyć.

4 komentarze:

  1. Solidna robota.
    Lubię taki podkrój szyji.
    No bo co z tego że sweter ciepły jak szyja goła.Podziwiam wszystkie pani wyroby.POZDRAWIAM

    OdpowiedzUsuń
  2. Super. Bardzo mi się podoba. Sweter, wełna i wykonanie. Pozdrawiam,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Prosty, bez bajerów, ale na pewno spełnia swoją funkcję grzewczą. Nowa właścicielka na pewno jest zadowolona.

    OdpowiedzUsuń
  4. uwielbiam takie swetry , proste a ładne

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.