sobota, 16 stycznia 2021

Wykopana opiekunka

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Alicja wciąż u nas jest i nie wiadomo, jak długo zostanie. Być może bardzo długo. Jestem wykopana z własnego wygodnego dotąd życia. Jestem dietetyczką i kucharką, pielęgniarką na trzy zmiany, salową, kąpielową i odnoszę w tym wszystkim pewne sukcesy. Mój śliczny buduar zamienił się w salę geriatryczną pełną pudełek z lekami, worków ze sprzętem stomijnym, udekorowaną szlafrokiem, ręcznikami, majtkami na kaloryferze itd. Zabrałam w końcu swój stół do salonu, żebym mogła chwilkę posiedzieć nad mahjongiem bez komentarza zza pleców: dwa kółka są, dwa kółka!
Postępy są niewątpliwe: nawodnienie rozjaśniło w głowie. Cukier sporo spadł, trzeba było nastraszyć lekarza pierwszego kontaktu realnymi wartościami glikemii, to w końcu przepisał metforminę.
Powoli teściowa zaczyna się przy chodziku poruszać z większymi sukcesami, już po trzech metrach nie traci oddechu. Możliwe, że ma to coś wspólnego z właściwie dawkowanymi lekami kardiologicznymi. Potłuczone biodro boli, ale jakby ciut mniej.
Niestety są przesłanki do podejrzeń, że Alicja u nas zostanie, ma bowiem ulubione lekarstwo, które chora służba zdrowia przepisuje jej w ilościach hurtowych a Alicja używa go w celach jak to się mówi rekreacyjnych. Nie przejmując się protestami zarekwirowałam w końcu zapasy, wydaję taką ilość, by zespół odstawienia nie zamienił się w szał z białymi myszkami i po tych kilku tygodniach jakby mniej jest splątana, pamięć mniej nawala i jakby jest ogarnięte. Ale co się stanie, gdy teściowa wraz z ulubioną substancją wróci do domu - nie wiadomo. Zamiast brać jak należy przed snem znów zacznie się zastupaczać wczesnym popołudniem i pewno za chwilę będzie z powrotem na moim tapczanie.
Sytuacji nie poprawia ani trochę fakt, że siedzimy zamknięci w izolacji od marca i mamy tego po kokardkę, że nawet do knajpy wyjść nie można, że nie ma malowania (w tych warunkach w domu nie ma jak uprawiać sztuki poza kulinarną dla bezzębnych cukrzyków), nie jesteśmy z Panem Mężem cierpliwi i łagodni. Nie jesteśmy. I wcale się z tym nie kryjemy.
Gdyby nie spacery z psami i niewielkie kółko znajomych psiarzy oszalałabym zupełnie. Psy jednak dają odpocząć od takiej mozolnej orki.
Jestem wykopana również z poprzedniego komputera. Duży, 10 letni I Mac umierał już przy każdej aktualizacji systemu. Dumałam co z tym zrobić, dumałam. Facet z I Doctora postawił Maca na nogi dwa razy, w końcu i Pan Mąż się tego nauczył. Bo mam w nim programy do pobierania zdjęć z aparatów, Photoshopa i najważniejsze Lightrooma. Niestety, dziś tych programów nie można już kupić. Są dostępne jedynie w chmurze na wariacko drogą subskrypcję (ponad 500 euro rocznie w promocji) której nie mam zamiaru płacić, aby trzy czy cztery razy do roku skorzystać.
 I samo się zrobiło w końcu. 6. listopada Panu Mężowi zaniemógł jego McBook Pro. Miał prawo zaniemóc, był tak samo stary jak mój I Mac. Tyle że Pan Mąż nie mógł dumać, co z tym zrobić, nie mógł czekać, bo przecież cały czas zdalnie naucza. A tu klawiatura się wykrzaczyła. Udawała że jest kimś innym i z reszta laptopa pracować nie chciała. Poszliśmy do I Spota i w trybie pilnym został nabyty trzynastocalowy Mc Book Pro. Znacznie mniejszy niż poprzednik, za to mocniejszy i mądrzejszy. I fajnie by było, ale Pan Mąż pisze na klawiaturze dużo i bezwzrokowo. A ta klawiatura, choć nowa i sprawna, jest jednak dużo mniejsza niż poprzednia. I paluchami we właściwe litery Pan Mąż nie trafiał.
Już po nowym roku, gdy I Spoty znów zaczęły się napełniać sprzętem zaczęły się pytania, czy zamiast większego laptopa Air nie wystarczyłby mi ten nowy Pro co już jest. Przysiadłam się do niego, sprawdziłam, że mnie mniejsza klawiatura nie przeszkadza i zaczęłam się przyzwyczajać, że mały Pro będzie mój. Przemyślałam sprawę zgromadzonych fotografii. Lightroom, póki go lightroomowa skleroza nie dorwała, informował o 13 tysiącach zdjęć. W praktyce, przy przenoszeniu zawartości z Maca na Pro okazało się, że jest ich 54 tysiące.
No to teraz mam co wyrzucać. Miniatury pozwalają doskonale ocenić kompozycję zdjęcia. Przestawiłam głowę na tryb Przecież To Wszystko I Tak Jest Na Starym Macu A Tu Ci To Nie Potrzebne. Bo stary Mac zostanie gdzieś w szafie, w plastikowym worku, jako sprawny foto lab.  I lecę z czyszczeniem, wszystko co nie jest kochanym pieskiem albo dobrym zdjęciem wylatuje. Posiedzę nad tym do lata. Wyrzucanie i katalogowanie to wciągające zajęcia.
No i jeszcze nagrywarkę sobie muszę sprawić, co z tym Pro zechce gadać. W bibliotece nie wiedzą, że płyty CD to obciach i przeżytek i wszystkie multimedia mają na płytach. Stare zbiory filmów na CD też chyba należy pożegnać. 
Robię się stara, postęp technologiczny mnie wnerwia.
W takich warunkach jakie teraz mam robótkować da się w sposób bardzo okrojony. Wyciągnęłam żakard Alice Starmore i robię codziennie dwa rządki. Może go kiedyś skończę, tułowiowi brak 20 rządków.
Szycie jest szybsze i szycie da się zrobić w krótkim, pozostałym międzyczasie skoro i tak jestem uwiązana jak pies do budy. Tkaniny do paczkomatu dolatują skutecznie i mam już nowe spodnie do piżamy z dżerseju i skrojony wściekle niebieski płaszczyk z parzonej wełny, a w szafce czekają na swoją kolejkę cudne bawełny indyjskie i inne szmatki. Ottobre jest dużo fajniejsze od Burdy, ma wykroje na małych i duzych i nieco bardziej noszalna jest ta moda, dostosowana że tak powiem do warunków.
I tak sobie trwam w pandemiczno - geriatrycznym Dniu Świstaka. Jak nie oszaleję to będzie cud.



7 komentarzy:

  1. Współczuję, najgorszy w tym wszystkim chyba brak własnej przestrzeni na to, co normalnie przywraca równowagę wewnętrzną. Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie się czyta ale na pewno nie jest Wam do śmiechu.
    Proszę się trzymać tak wesoło jak to możliwe, mimo wszystko.
    Pozdrawiam, Maria

    OdpowiedzUsuń
  3. Do kitu jest, jak w sumie odebrana jest czlowiekowi i przestrzen i pewna suwerennosc, ale nie da sie w takiej sytuacji inaczej. Dacie rade i trzymam kciuki za caloksztalt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mahjong, w końcu sobie kupię. Póki co zadowalam się Zamkiem Smoków. Byle do wiosny, cieplej się zrobi, słońca więcej będzie, spacery się wydłużą, inaczej wszyscy zwariujemy. I może lepiej, że w tej pandemii wciąż masz tyle zajęć, gorzej by było utknąć samemu ze sobą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Współczuję. Trzymaj się, a jak już nie możesz, to puść wiąchę - to trochę pomaga.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja mam taki sam problem z Photoshopem. Kiedyś miałam, straciłam i teraz płacę za chmurę a korzystam sporadycznie. Co prawda ja płacę jakieś 25 funtów miesięcznie bo mam zniżkę uniwersytecką ale to i tak drogo jak odpalam kilka razy do roku. Ostatnio się tym zainteresowałam i odkryłam Affinity, kosztuje obecnie 25 funtów (poza promocją 50) jest na zawsze a na moje oko wygląda jak Photoshop. Także jakby coś, to jest inna opcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam PS na Maca na płytach i staruch bez połączenia z siecią sobie sprawnie radzi. Na pro natywny program o zdjęć mi wystarczy, obrabia RAWy. Zdjęć używam jako notatnika malarskiego, nigdzie nie publikuję więc nie ma problemu. Afonowe aparaty są coraz bardziej użyteczne.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.