Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
W ubiegłą sobotę było spotkanie szarotkowe w Miejscu Aktywności Lokalnej na Żoliborzu. Stęskniona za życiem dziergalnym i zachęcona prostym dojazdem pojechałam. No bo tylko metro i dwa przystanki tramwajem to pikuś. MAL okazał się nadzwyczaj aktywny, nadaktywny wręcz. Oprócz nas, przynajmniej 10 dziewiarek, był tam jednocześnie koncert akordeonowy, pewna Oksana wolontariuszka lepiła i gotowała pierogi, w kącie siedział duży pies, było kilkoro dzieci z matkami. Dawno nie byłam w takim tłoku. Ulokowałam się w najdalszym od akordeonu kącie i z nikim poza koleżanką Danką, z którą od początku pandemii dziergamy co tydzień nie rozmawiając dwie godziny pilnie pracowałam nad swetrem dla bratanka. Opiekunka MAL trochę nas zaskoczyła gdy po dwóch godzinach zaordynowała przemeblowanie bo zaraz będzie kolejny koncert. Ukłonił nam się niedomyty blondyn przebrany od góry za kowboja a od dołu za motocyklistę. Co za dużo to niezdrowo, zabrałyśmy klamoty i do domu. To było w sobotę. We wtorek poczułam moje lewe biodro. W środę biodro bolało jakby ktoś mi kość ze stawu wyrywał i kompletnie straciłam chęć do robienia czegokolwiek. W życiu nie byłam niczym tak zmęczona. W czwartek na spacer poszłam w masce FFP3, coby nikomu nie podarować kukułczego jajka i nabyłam sobie test w aptece. Test pokazał, że to nie grypa, tylko covid. Poszłam spać i przestałam się martwić o cokolwiek. Przespałam czwartek, piątek i sobotę, interesowało mnie tylko to, żebym była okręcona kołdrą i dwoma kocami, bo telepało mną mocno. Psy przez cały czas spały na mnie. W sobotę dziecko przywiozło mi pulsoksymetr, który pokazał że tlenu we mnie jest ciut za mało. Cóż, dziecko ostrzegało, że niedotlenienia się nie czuje. Czy od paniki, czy od wziewnego sterydu oksydacja się poprawiła. Dziś obudziłam się już tylko wściekła i od świtu ruszyłam do zadań kuchennych. Wściekłość chyba była z głodu, bo pan Mąż karmił mnie wyrobami z chińskiej budki. Wykonałam twarożek z rzodkiewkami, porządny rosół na kuraku i wołowej kości, udusiłam na maśle prawdziwe pomidory i zamieniłam rosół w pomidorową z mlecznym ryżem (gotowanym rzecz jasna osobno). Z rostbefu powstały cud bitki duszone w winie. No gdzież tam bidnym sajgonkom do takich dań. I byłam już w stanie wyjść z psami na spacer, bo Pan Mąż tymczasem zrobił się ciepły, za to po męsku odmawia wykonania testu .
Tak czy inaczej warto mieć dużą, porządnie zaopatrzoną zamrażarkę. Gdzie i kurak i rostbef i pomidory i masło zawsze gotowe czekają na swoją okazję. A jak chodzi o włoszczyznę, to preferuję suszoną. Obierać nie trzeba.
Po covidzie z gorączką 40 stopni nie byłam w stanie przyjąc postawy pionowej przez tydzień. Na szczęście w pobliżu jest do kupienia zupa ramen bardzo dobra i po trzeciej porcji zaczęłam żyć, Niestety dużo zniszczeń w organiźmie , między innymi nerki i jest dna moczanowa a ona wyklucza wywary miesne. Trzymaj się mocno i dużo, dużo zdrówka życzę.
OdpowiedzUsuńZamrażarka pełna między innymi własnoręcznie zrobionych dań to u nas podstawa już od lat.
OdpowiedzUsuńGdy człowiek nie ma ochoty na gotowanie, a zdarza się to jednak, wyciąga z zamrażarki pudełko z kotletami mielonymi w sosie pomidorowym, do tego czerwoną kapustę duszoną z innego pudełka, ziemniaki niestety trzeba obrać i ugotować, i posiłek z głowy. Mrożone rosołki też wdrożyliśmy. Oraz inne zupy.
Najgorzej, jak człowiek jest tak chory, że nawet wyciągnięcie żarcia z zamrażarki, czy też zrobienie sobie herbaty przekracza jego siły... Na szczęście rzadko dwie osoby mają taki sam przebieg choroby, więc zawsze się jedna z nich do zamrażarki dowlecze...
Życzę zdrowia! I wiosny.
No i się narobiło. Ale czort jest wiewiórką, jak mówimy tutaj. Ot pech cię dopadł. Dobrze, że już lepiej. Ściskam!
OdpowiedzUsuńAle Ci się porobiło!... Zachciało mi się rosołu, muszę iść po składniki, z tym, że mój będzie na razie wegański. Ale na pomidorową też go przerobię po dwóch dnia (jak coś zostanie! *^v^*).
OdpowiedzUsuńZdrówka życzę!!!
Też miałam taką sporą zamrażarkę i miałam fajne zapasy i co się okazało,że za prąd przyszło mi sporo płacić,coraz więcej,aż wkońcu podali do wiadomości,że jak się przekroczy 2000 kilowatów w roku,to dopiero będzie domiar jeszcze większy.Więc mój mąż zaczął obserwować i zapisywać ile tych kilowatów zużywamy i doszedł do tego,że dużo pochłania ta zamrażarka i wymieniliśmy lodówkę,która też była energochłonna na taką z szufladami do mrożenia.Ale tak nie cierpię tej lodówki i nazywam ją "szafą".I komu to przeszkadzało,że pozbyłam się dobrej jeszcze lodówki i super zamrazarki,bo "energo chłonne".Zobaczymy jak to się będzie miało na koniec roku (jeżeli się dożyje) z tych wiecznych zmarwień i przeliczeń,a jeszcze dochodzą do tego promocje (których nie cierpię,tak jak reklam).
OdpowiedzUsuńCiekawe jak pani Gackowo wyjdzie z tym prądem?.Pozdrawiam M
Ojej, dopadło i Ciebie i mnie w tym samym czasie. Lekarz nakazał mi dużo spacerować (po covidzie) przy każdej pogodzie, żeby odbudować system odpornościowy. Zawsze powtarzam, że dobry rosół leczy prawie każdą przypadłość. A zamrażarka pełna dobrych rzeczy to mus w każdym domu:). Zdrowiej, nabieraj sił i pokaż co tworzysz, na pewno coś pięknego! Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń