Czas to rzecz bardzo tajemnicza. Dawniej był nieskończony, leniwie płynął a na niektóre zdarzenia nie można się było doczekać. Było raz jasno, raz ciemno, zimę od lata oddzielała nieskończona wręcz rzeka czasu. Wakacje trwały długo, czas na wszystko był i niekiedy bywało go wręcz za dużo. Z niedowierzaniem słuchałam starszych skarżących się na jego pęd. Pewien pan ujął to lapidarnie: Kiedyś bywało ciemno, jasno, ciemno, jasno. A teraz biało, zielono, biało zielono.
I fajnie, tylko od trzynastu lat nie bywało biało. Tak naprawdę biało i zimno. Jakiś niemrawy śnieżek się przytrafiał, ale żeby aż tak jak teraz, to nie. Pławię się w tej zimie. Cieszę się nią. Napawam.
Do karmnika przybywają najmilsi goście, sypię tam porządne żarcie, nie żadną tam kaszę z kukurydzą, a słonecznik, orzechy, łój, ziarno w tłuszczu i jest na to branie.
Rudziki rozrabiają na całego. Przepędzają z karmnika sikorki i panoszą się że hej.
A to gróbodziub, przyszedł z małżonką. Ma tu typowo zimowe, jasne, ubarwienie dzioba. Zdjęcie z rozpostartymi skrzydłami pokazuje wzór na piórach i krótki ogonek. W połączeniu z grubą szyją i mocarnym dziobem daje to efekt ptaka-buldoga. Nacisk dzioba tego ptaka dochodzi do 50 kg, gdzieś te mięśnie muszą siedzieć, stąd gruba szyja. Kaszę z kukurydzą bez tłuszczu to tylko gołębie lubią. Nawet mazurki i wróble wolą słonecznik. A sójka nie przyjdzie, jeśli w karmniku nie ma orzechów. No i tak sobie regularnie do Action chodzimy po tę karmę. Przy okazji się żarówki kupiło. I czekoladę.
Lata temu, naprawdę dawno, kupiłam w lumpeksie futro. Takie do ziemi, bez ociepliny nijakiej. Tylko gruba sierść mocno siedząca w skórze i podszewka. Cena była bardziej niż przystępna. No w każdym razie za 150 zł futra nigdy nie widziałam. Tyle, że nie wiedziałam jakież to jest futro, kto dał na nie skóry. Kuśnierz mnie uświadomił, że to szopy. Odtłuszczone, przyzwoicie rozszyte szopy. Jako że wtedy byłam gruba i nieforemna, w futrze wyglądałam jak stóg słomy. Używałam go owszem, na zimowe pogrzeby. Drewniany kościół na Bródnie nie jest ogrzewany, trudno w nim 30 min w poliestrze wytrzymać. Teraz szopy wyszły na światło dzienne i wcale w nim źle nie wyglądam. I mimo -12 ciepło mi od stóp do głów.
Spotkałam jakąś panią w kurtce z lisów. Bardzo niepewną, czy ktoś jej nie ofuknie. Stanęłam przed nią i powiedziałam tonem jak z pochodu pierwszomajowego za komuny: szopy pozdrawiają lisy. Uśmiała się. Ponieważ w naprawdę duży mróz prawdziwe futro nie ma zamiennika, przyjęłam z wdzięcznością radę innej przechodzącej pani. Odchyliła połę wełnianego płaszcza, a w środku, schowana, futrem do właścicielki siedziała koza. Pani sobie peliskę zrobiła samodzielnie. Nie widać futra na wierzchu to nikt się nie czepia. Tak chyba skończą norki mojej mamy kupione we wczesnych latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, które już wtedy były z drugiej albo trzeciej ręki a teraz obciach je nosić; od pięciu lat śpią na nich w zimie psy, ale futro wciąż wygląda dobrze.
Ponieważ wojna w Ukrainie wciąż ma się dobrze ponownie przetrzepałam zapasy włóczkowe i ponad trzy kilo ciepłego surowca przekazałam do przerobienia na skarpety dla szpitala frontowego.
Sama skończyłam projekt skarpetkowy na uprzedni rok, ostatnia para poszła do szefowej sklepu z materiałami plastycznymi dla upamiętnienia dwudziestopięciolecia znajomości. Obdarowana się wzruszyła. Teraz ruszam z ambitniejszymi projektami, jak zrobię to pokażę.
I jeszcze jedno. Jedwabne apaszki z Temu w większości są jedwabne. Jedwabna włoczka z Temu jest na bank jedwabiem sztucznym z wiskozy. Jest to tanie, nosić się powinno dobrze, choć pewnie będzie się mechacić. Jedwab ma bardzo długie włókna, wiskoza bambusowa nie. Będą knoty. Za to było tanie, nawet jak na wiskozę. Tylko trzeba tę cieniznę w dwie lub nawet trzy nitki brać bo inaczej to druty 1,5. Nie grubsze.
Zima jest, cieszmy się nią.












O jejku, masz prawdziwe futro! Jestem przeciwna torturowaniu zwierząt, ale jeśli jakieś futra JUŻ ISTNIEJĄ, to dlaczego ich nie używać?
OdpowiedzUsuńSama jestem w posiadaniu fińskiej "dublonki", którą dostałam w prezencie od obcego człowieka. Otóż na naszym osiedlu mieszkał starszy pan, ukraiński Żyd, z zawodu lekarz. Za czasów komuny pracował w radzieckim instytucie , zajmującym się przedłużaniem życia towarzysza Breżniewa, oraz innych towarzyszy. Pan Borys wyemigrował do Berlina i zamieszkał w sąsiedztwie. Tak go poznałam , cudownego, mądrego i niezwykle życzliwego człowieka. Miał minus- nigdy nie nauczył się języka i bywało, że potrzebował naszej pomocy.
I takie były jego rewanże, choć nigdy nie oczekiwaliśmy , co roku na Gwiazdkę Borys darował mi francuskie perfumy, a Leszkowi burbona :).
A raz ......podarował mi nowiutkie fińskie futro, taki kożuszek sportowy. Nie mogłam nie przyjąć prezentu. No i Borys nagle zmarł .
Dublonka ratuje mi skórę tej zimy. Z puchowej kurtki wyłazi puch, wełniany płaszczyk jest super, ale dopiero dublonka to jest coś, co kocham.
Noś swoje futerko i niech zawsze będzie Ci cieplutko!