czwartek, 22 stycznia 2026

Krwiożercza Kopa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

 


Oto Kopa Cwila, najwyższy punkt Warszawy. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku budowano Ursynów, ziemię (a w przypadku Mazowsza ziemia to  piach wymieszany z gliną) z wykopów pod bloki zwieziono w jedno miejsce i usypano sporą górkę. Poza skarpami wiślanymi na lewym brzegu rzeki nie ma w Warszawie wielu miejsc, gdzie można by w zimie jeździć na sankach, toteż górka od początku stanowiła na Ursynowie centrum zimowych sportów. Planowano nawet na niej wyciąg narciarski wybudować, ale się jakoś nie złożyło. Górka ma dwa szczyty przedzielone przełęczą, a stok północny jest długi i łagodny, prowadzi wprost do parku powstałego po likwidacji działek, parku pełnego starych, grubych drzew owocowych i masy krzewów. Stok południowy jest bardziej stromy i nawet ktoś wykonał na nim dwa progi, na których można się wybić w powietrze.
Ostatnie lata w śnieg nie obfitowały, coś tam prószyło, nawet kilka centymetrów śniegu powodowało zawsze najazd saneczkarzy na Kopę. Z psami wtedy lepiej było się tam nie pojawiać. Ten śnieg ostatnio po kilku dniach topniał i tyle było zabawy. Mimo tego zawsze przed prognozowanymi opadami służby miejskie ustawiały przed ławkami, latarniami i grubszymi drzewami zapory ochronne ze słomy. Aby chronić saneczkarzy przed rozbiciem się na ławce, koszu na śmiecie czy latarni. No i żeby drzew tak zanadto nie poobijać.
 



 Śnieg spadł dobrze przed feriami i natychmiast górka została wzięta w posiadanie przez saneczkarzy. Wyjeździli ją na gładko. Potem przyszło krótkie ocieplenie i ponownie mróz. Nasza dość niewinna górka stała się lodowym krwiożerczym sankojadem. 
 

Po weekendowych szaleństwach wokół górkowych śmietników pozostawały połamane sanki i inny sprzęt do rozpędzania się na lodzie w ilościach hurtowych. Wprost oczom nie wierzyłam, na czym można zjeżdżać z lodowych tras. Do niedawna królowały plastikowe jabłuszka, zwane przez niektórych dupcokami. Takie jabłuszko zupełnie nie chroni dzieciaka, nie można nim sterować i nie chcę wiedzieć jak się czuje dziecko jadące na tym na lodowej wyrzutni albo na muldach. Jabłuszka są tanie i kolorowe stąd wzięcie. Producent na pewno na tym nie jeździ.

 Płaskie plastikowe sanki z maleńkimi plastikowymi grabkami po bokach w roli hamulców (ha ha!!) to dziś najczęstszy śmieć. Korytkom pęka dno, czasem odpada, czasem kruszy się  na ostre kawałki. Można w tym ciągnąć dzieciaka po śniegu, ale zjeżdżać po lodowym, nierównym torze?

 Rodzice pamiętają chyba na czym się powinno jechać, bo dla siebie wybierają sprzęt porządniejszy, dzieciom zostawiając materac na sznurku. Albo dmuchane, ceratowe koło do pływania. 

 Widziałam dzieciaki zjeżdżające na foliowym worku na śmiecie pełnym słomy wyjętej z ochraniaczy śmietników i ławek.  Plastikowa torba z Biedronki też się nadała. Sanki drewniane też jakieś nietrwałe są, widziałam wiele rozbitych sztuk. Co ciekawe obecne sanki metalowe są jeszcze marniejsze, rozłażą się bardzo łatwo, bo to wprawdzie metal, ale cieniusieńki, taki jak chińskiej produkcji kije do szczotki, słaba kobieta łamie to w dłoniach bez trudu.
Gdyby ta Kopa pożerała tylko sanki... Niestety jest krwiożercza. Karetka pogotowia przyjeżdża tu kilka razy dziennie, wypadkom ulegają i dorośli i dzieci. Pan z Zieleni Miejskiej, codziennie dokładający słomę wokół ławek i latarni nie może się nadziwić gdzie ci rodzice mają rozum. Jak można puścić pięciolatka w plastikowym, kruchym korytku po lodowym torze kończącym się w krzakach a samemu stać na górce i palić? I ryczeć na innych bo przeszkadzają? Ponoć dzisiejsi rodzice tacy opiekuńczy są, ale czy ja wiem? Czy naprawdę nie można dzieciakowi kupić porządnych sanek?
 

6 komentarzy:

  1. o ja cie! Fajnie to opisałaś!
    śnieg rzadkie zjawisko, naród wyszedł z wprawy.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja sobie myślę, że to jest kwestia podaży. Przejrzałam ofertę Martesa, Decathlona i Allegro i wcale nie jest tak łatwo kupić dobre sanki, szczególnie, że śnieg sprawa ulotna więc domyślam się, że sprzęt trzeba kupić na cito, czyli to co akurat jest na stanie, ewentualnie z dostawą na drugi dzień. A ten foliowy worek. Przypomniało mi się, jak w UK zabrakło chwilo benzyny i ludzie nalewali na stacjach do czego się dało, w tym do worka na śmieci (!). Fajny wpis. W Świnoujściu istnieje góra sankowa. :) (Pimposhka)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pimposhko, to jedynie kwestia ceny. Plastik jest tani, przyzwoite, bukowe sanki kosztują dużo, dużo drożej. Na Allegro bez trudu można je kupić. Sanki powinny służyć wiele lat wszystkim dzieciom w rodzinie. Nikt się nie zastanawia, że kilkanaście marnych plastikowych korytek zastąpi jedna para porządnych sanek.

      Usuń
    2. Foliowe worki z sianem lub słomą były dość popularne w latach 80-tych na naszym Pogórzu Izerskim. I na"jabłuszkach" da się trochę sterować, podobnie jak na tornistrach ;)
      A metalowe sanki już wtedy były kiepskie. Co prawda szkoła miała ich trochę, ale kto mógł, to zimą na W-F targał swoje ;)
      Fanturia

      Usuń
  3. Aż mnie dreszcze przeszły. Co prawda rzadko obserwuję podobny widok, bo w Berlinie śniegu bywa tyle samo co w Warszawie, ale i tu jest usypana po wojnie górka, nawet blisko , w " mojej" dzielnicy Tempelhof.
    Na spacerach ja tam nawet nie podchodzę, bo zwyczajnie obawiam się kolizji z jakimś rozpędzonym dzieckiem.
    No ale ja z urodzenia jestem cykor i zawsze wszystkiego się bałam. Co mi pewnie zaoszczędziło ciekawych przygód, ale i urazów lub złamań.
    Kochana Gackowo, nie wierzę, że nic nie dziergasz. Uciesz nasze oczy i serca.
    Niby Internet pełen inspiracji, a mi czegoś jakby brakuje. Już wiem- GURU mi brakuje :)
    Całusy i pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też Cię Elu pozdrawiam i całuję. Na druty wskoczyła Mirella od Włóczek Warmii, zapas trumienny w pięknym kobaltowym melanżu. Będzie z tego sweterek w serek, święty Graal starszych pań z krótką szyją.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.