niedziela, 31 maja 2015

Sezon tarasowy rozpoczęty!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Miniaturowe słoneczniki są już porozsadzane do osobnych doniczek, fuksja i pelargonie posadzone, surfinia zaczyna zwisać z donicy a koleusy, ledwie poczuły więcej ziemi pod korzeniami niż w sklepowej, maciupciej doniczce starają się jak mogą. Nie pada, psi kożuch rzucony na taras dla wygody starych kości pozieleniał od słońca, a dziewczyny codziennie się opalają w towarzystwie ogrodowego dzika, z którego przez zimę odpadło trochę farby. Panienki są po przeglądzie zdrowotnym, który im obiecałam i już wiadomo że obie wątroby, wszystkie cztery nerki i obie trzustki są zdrowe. Nie ma cukrzycy, niedokrwistości ani innych chorób, przy których psu przysługuje jakaś nadzwyczajna dieta. Zatem z karmy odchudzającej po roku dziewczyny przeszły na karmę geriatryczną, która jest ich zdaniem o niebo smaczniejsza. Wagi trzeba dalej pilnować, bo każde pół kilo na plusie dla Kretki to droga w kierunku cmentarza. Kretka tego nie rozumie w dalszym ciągu i usiłuje przytyć nielegalnymi sposobami.



To na następnym zdjęciu to dzwonek karpacki, którego na próżno próbowała hodować moja mama. Pamiętam wiecznie jakieś zdychające egzemplarze i w lecie i w zimie  reanimowane przez babcię. Zawsze był cherlawy, obojętnie od kogo mama dostała kolejną sadzonkę. Ten egzemplarz pochodzi z kwiaciarni i ma trzy lata. Po prostu nie wyciągałam go z tej donicy na zimę i nie zjadły go ślimaki. Wiosną sypnęłam mu garść dolomitu do donicy i oto rezultat. Nigdy i nic tak u mnie nie kwitło jak z reklamy sklepu nasiennego.


Mała Sophie Fiona od Kaethe Kruse ma w końcu własną sukienkę a pasującemu swetrowi brakuje tylko jednego rękawa. No i buty jeszcze trzeba wykonać, ale przy takiej stopie to nie jest jakieś bardzo trudne. Sophie Fiona w poprzednim życiu była Helenką, i nie wiem czy to imię zachowa. Wiem natomiast, ze dużo, dużo trudniej jest przerabiać niemowlęce ciuszki niż szyć z nowych tkanin. Niemniej się udało i sukienka nr. 1 jest. Dla dziwiących się, że to tak długo trwa wyjaśniam: nie znoszę szyć, ale lubię mieć ubrane lalki. Najwięcej frajdy sprawia mi planowanie w co je ubiorę a z wykonaniem jest różnie. Ale ponieważ mam szafę szmatek bardzo dla lalek odpowiednich, więc będę je ubierać, bo lalki trzeba przebierać i już.



Ta lalka ma korpus z tkaniny czymś bardzo starannie wypchanej. A mimo to potrafi usiąść trzymając nogi razem. To jest urocze i tak dalekie od zachowania moich lalek z dzieciństwa. Mała szmacianka jest najprawdziwszą Przyjaciółką Holly Hobbie, lalką do której wizerunku w Burdzie modliłam się na początku lat osiemdziesiątych. Obrazek w burdzie był tylko miniaturką w spisie treści, bo artykuł o Holly Hobbie jakoś się nie wydrukował w środku pisma. Później laleczki tego typu występowały jako bohaterki haftowanek, ale co innego haftowanka a co innego lalka. Z lumpeksu za 3 zł. Bardzo się z niej cieszę.



Strasznie mi te lalki Kaethe Kruse w głowie zamieszały. Zastanawiam się nad jeszcze jedną (jest wyprzedaż za pół ceny - a tanie nie są) i dały mi jakiś spokój w środku i masę zadowolenia. A może to taki czas? Na zdjęciu bliźniaki o moldzie Elea patrzą na rosnące anemony.



Czytamy oboje z panem Mężem na wyprzódki, on tkwi w pazurach fantazy, którego ja nie tykam albo sprawdza setki prac semestralnych z obłędem w oczach.  Ostatnio obłęd jakby zmalał, bo wyjaśniły się wszystkie sprawy związane z jego zatrudnieniem w przyszłym roku akademickim. Jakby przyszło nam żyć choćby jeden semestr z jednej pensji doktora hab, to było by niemiło. Ale się wszystko wyklarowało. I już wiadomo, że ta habilitacja poparta olbrzymim dorobkiem naukowym ( z którego 3/4 powstało już przy mnie) to niezły pomysł był na życie. Ja natomiast ostatnio poprostu pożarłam łapczywie książkę "Mniej" Marty Sapały. Dziennikarka opisuje prywatny eksperyment prowadzony przez kilka rodzin włącznie z nią samą, polegający na odmowie szaleńczej konsumpcji. Rzecz tyczy nie tylko zwykłego oszczędzania, skąpstwa, niewydawania pieniędzy, dziennikarka opisuje bardzo różne sfery życia i jak ta dzika, rozpustna i szaleńcza konsumpcja na nie wpływa. Jest i o ogrzewaniu mieszkań i o robieniu przetworów na zimę, o jedzeniu rzeczy, które rosną za darmo w przestrzeni publicznej i można je wykorzystać za darmo, o reklamie w przedszkolu, o wychowywaniu dziecka tak, by nie wymuszało zakupów, o tym czemu jest tak strasznie dużo ubrań w sprzedaży za to bardzo niskiej jakości itd. Polecam do poczytania. Rozsądek się budzi od tych kartek. A poza tym mam fazę na biografie: Zdradziecka Osiecka, Alan Touring Enigma, Cacko krystyny Sienkiewicz. Chyba muszę się nałykać słowa pisanego nim znów będę skłonna do wynurzeń.

4 komentarze:

  1. Ten lalczyny rózowy sweterek jest swietny :D
    U nas sezon ogrodowy jakos otworzyc sie nie chce, jest za zimno na lato.
    Ciekawie czyta sie twoja recenzja ksiazki o minimalnosci. Ja mam podobna o jedzeniu, napisana przez tutejsza zielonopartyjna pania Künast; tez te ksiazke chetnie polecam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powędrowałam dzisiaj na Twój stary blog, zaczytałam się, doskonale piszesz. Wydaj to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lilko, już wydałam, jest w necie cały czas dostępne.

      Usuń
  3. Sophia urocza wdziękiem dawnych modelek z lat 20-30tych ♥
    a tramki panienek KK - niezłe do tarasowych sesyjek...

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.