czwartek, 10 września 2015

Wszystko gra

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wakacje mieliśmy przepiękne. 
Pogoda była cały czas śliczna, z dnia na dzień w Jastarni było coraz mniej ludzi aż w końcu zwinęły się wszystkie namioty z badziewiem i przepiękną miejscowość można było w całej krasie na własne oczy zobaczyć. A jest tam co oglądać: maleńkie rybackie chaty z masą budek, przybudówek stłoczone ze względu na szczupłość miejsca na malutkich posesjach, tonące w kwiatach robią wrażenie wobec powszechnego u nas architektonicznego bałaganu. Pojechaliśmy pociągiem do Helu. Tam jechaliśmy staruchem-piętruchem, trochę śmierdzącym i na pewno pamiętającym PRL.  Wracaliśmy szynobusem, który bardziej przypomina autobus miejski w godzinach szczytu niż pociąg, ale co tam, grunt że przemieszczałam się ulubioną maszyną, pożeraczem czasoprzestrzeni. I widzieliśmy to co na zdjęciu, czyli zgodnie z napisem na umieszczonym tam pomniku koniec Polski. Ale to tylko koniec Półwyspu Helskiego.


 Po latach poszukiwań znaleźliśmy pensjonat idealny: z wygodnymi, równymi łóżkami i krzesłami na których można siedzieć, z przyzwoitą lodówką, w której kurze skrzydła dla psów nie śmierdzą, z pokojem większym niż pokój w domku dla lalek i z łazienką, w której nie obija się łokci o ściany. Blisko plaży, na której po sezonie mogą już biegać psy.
Zreumatyzowana Kretka zażywała codziennie kąpieli i pływała ile chciała w morskich falach, Muszka brodziła po kolana w rozlewiskach wody na  plaży, a my spacerowaliśmy, gapiliśmy się na piękne morze i było nam jak w niebie. Niedaleko pensjonatu wystawiono dorodną Biedronkę, która ustabilizowała ceny żywności w kurorcie. I jest świetnie we wszystko zaopatrzona.
Jak zwykle niepotrzebnie wzięłam ekwipunek artystyczny. Pan Mąż ma inne zalety, ale mimo że deklaruje, że będę mogła malować ile zechcę jakoś się nie składa. Nie bardzo wie, co to znaczy zająć wzruszaczki tak, żeby dały mi spokój. No to robiłam skarpetki i czapkę z poprzedniego posta.


Teraz dopiero widzę, że na tym zdjęciu brak jedynie Beatlesów wędrujących przez ulicę. I żółtego Volkswagena zaparkowanego z lewej strony!

Napatrzyłam się jak co roku na cuda i dziwy. Co prawda zielonego nadmuchiwanego krokodyla trzeba było dobrze poszukać, ale owszem, znalazł się w budzie przy Ogrodowej. Była również gigantyczna, gumowa zjeżdżalnia w formie wielkiej kury. Ponieważ pierwsza taka widziana przez nas jeszcze w Dębkach nazywała się Kukuruku na zawsze będzie w naszych głowach nosić to piękne imię. Ta w Jastarni miała napis Kikiriki i smętnie zwisała jej głowa. W namiocie z książkami z ostatnią wyprzedażą przed przemiałem znaleźliśmy całego Wańkowicza. Natomiast w namiocie z napisem Empik Multikino do czytania za paskarskie ceny były książki o wampirach, kucharskie i inne dla nieumiejących czytać. Zaskoczyła mnie nowa oferta handlowa: outlety z ciuchami markowymi. Tyle, że tego mam w Warszawie więcej i lepsze. I kto przy zdrowych zmysłach kupuje takie rzeczy na wakacjach? Choć pewnie we wczasowej gorączce znajdują się nabywcy.
Naoglądałam się żylaków jak Nil na mapie za wszystkie czasy. Naoglądałam się męskich cycków do woli. Po prawdzie trudno dziś zobaczyć męski egzemplarz pozbawiony tej ozdoby. Czasem cycochy znacznie większe niż moje DD ordynarnie deńdały widoczne dla wszystkich przez olbrzymie wycięcia podkoszulków na ramiączkach. Fuj! błeee Nike i Adidas powinny podawać do sądu niektórych użytkowników ich wyrobów za antyreklamę.
Widziałam też masę uroczych, starszych kobiet ubranych przepięknie i z niebywałą fantazją.
Wróciliśmy gdy pogoda się zepsuła. Pan Mąż dziarsko ruszył do fabryki, ja ogarnęłam dom w trymiga i czuję, że wszystko jest jak trzeba. Dawno mi tak dobrze na świecie nie było. Wiem co mam robić, czym się zajmować, dziś zaczyna się gimnastyka z programu Trzymaj Formę, Kretka po morskiej rehabilitacji schudła (pomógł jej w tym atak krwawej biegunki) i sprawnie biega, choć wieczorem prosi o elektryczną poduszkę a na fotele raczej ją trzeba wkładać, o susach nie ma mowy a schodów unika. Muszka jak zwykle w formie!
Oby to samopoczucie jeszcze trochę potrwało. Podejrzewam, że to kuponiki od niesłychanie słonecznego lata.

4 komentarze:

  1. ja na urlop jadę 24 października, zatem zazdraszczam z głębi otrzewnej i mam nadzieję, że jednak dożyję :-D
    będę jechać przez najpiękniejsze miasto stołeczne ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze z "jajem" opisane i z przytupem :D I ja nie wyobrażam sobie pobytu nad morzem w pełni sezonu. Nie mniej pamiętam jak w latach 90 tych jeżdziliśmy do Pustkowa. Tam faktycznie w pełni sezonu było pusto na plaży. Jedynie ludzie przemieszczający sie brzegiem morza z Pobierowa do Trzęsacza. Jeżdziliśmy również z psami i one chodziły z nami na plażę. To były piekne czasy, obecnie nawet Pustkowo już nie jest takim zapomnianym od Boga i ludzi miejscem. Cieszę się, że naładowałaś akumulatory, a pieski mają sie całkiem nieżle z tego co opisujesz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno nie czytałam czegoś tak napawającego spokojem. Wielkie dzięki :-)
    Pozdrawiam i oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Od kilku lat nie jestem zdana na urlopowanie w sezonie (dziecko wyroslo z wieku szkolnego), i doceniam spokój posezonowy. Chociaz czasami strasza opustoszale sklepiki, kioski, przed wszystkim na poczatku konca sezonu. Ale w sumie, urlop to dla mnie czas wypoczynku, a nie zakupów. Kiedys bylyismy w styczniu w Kolobrzegu. Bylo swietnie, pomimo mrozu i wiatrów, i chetnie bym taka akcje powtórzyla. Nawet hotel nie musialby oferowac tego wszystkiego spa, które mial.

    Ciesze sie, ze Kretusia wykaraskala sie z biegunek :)

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.