Po wariackiej zimie z chorobami, operacjami, notariuszami, skarbówką i takimi tam atrakcjami nadeszła błoga chwila wypoczynku w Lanckoronie. Dobra Pani Kasia zadzwoniła do nas w lutym aby spytać, czy rezerwować pokój na majówkę, bo się pokoje kończą. Z ochotą go zarezerwowaliśmy: ten sam co zawsze, tarasowy na pierwszym piętrze z widokiem na las. W 1968 roku Szymborska z Filipowiczem tam wypoczywali.
Pogoda dopisała, siedzieliśmy przez 5 dni na trawniku, na wygodnych leżakach, narobiłam setki zdjęć aby w zimie było co malować, Pan Mąż znalazł odpowiednie towarzystwo i z milczka zrobił się nawet gadatliwy. Ja cierpliwie przerabiałam kilometry cieniutkiego lnu na bluzkę. Co mi zostało z zeszłorocznej sukienki połączyłam z nowym wesołym nabytkiem i korpus urósł niemal po pachy.
Tym razem było sporo psów w pensjonacie Tadeusz: dwa domowe, buldożek i jamnik, dwa moje, dwa przywiózł pan z Krakowa a dwa corgi przyjechały z młodą rodziną. Psy miały się świetnie, tylko Frania z Muszką okazały się bardzo terytorialne i pilnujące. Gadatliwy, głośny cairn i pracowita Muszka całymi dniami pilnowały nas na tym trawniku.
Od tego pilnowania były tak zmęczone, że wieczorem im się jeść nie chciało. Myślę, że Frania troszkę schudła. I dobrze.
Zaczynam powoli znajdować klucze do jej psiego jestestwa. Nie jest to bynajmniej piesek o pospolitym charakterze. Frania niespecjalnie lubi być dotykana w dzień. Po każdych głaskach i pieszczoszkach musi się otrząsnąć, ułożyć futerko. Karesy znosi cierpliwie, ale bez zachwytu. Natomiast nocą jest cała nasza. Przytulona, często z brzuszkiem do góry, cieplutka i kontaktowa. Tak ma. Muszka odwrotnie, w dzień przytulanka w nocy łaknie osobnego miejsca do spania. Przychodzi do nas na dzień dobry. Wielkie łoże w pokoju tarasowym dało każdemu spać jak lubi.
Przed wyjazdem jeszcze przebadałam Franię na różne okoliczności. Jak na młodego teriera jest niewyobrażalnie spokojna i opanowana. No chyba że pojawi się wiewiórka albo kot. Poza tym biega sobie truchcikiem z nosem przy ziemi, jeśli się bawi to krótko, nie jest uzależniona od zabawek, niczego nie rwie i nie rozgryza, różowa świnka od cioci Lu czasami tylko wymaga wyszorowania i ciągle jest dobra. Frania porusza się inochodem, nie tak jak pies a jak wielbłąd albo niedźwiedź. Dwie nogi z lewej, potem dwie z prawej. Kłusik charakterystyczny dla cairna zdarza się jej rzadko. Niby to nic wielkiego, ale bez powodu nie dzieje się nic.
Odwiedziłyśmy kardiologa. Serce ma Frania jak dzwon. Badania tarczycy wypadły wzorowo, dopiero badanie palpacyjne od nosa do ogona pokazało tkliwość jednego stawu biodrowego. Pies nie kuleje, nie narzeka, zatem póki co nie będziemy usypiać do prześwietlenia. Trzeba trzymać wagę a ruchu zażywać z umiarem nie zmuszając psa do skakania i wysiłku jeśli tego nie chce.W końcu każdy sam wie co i kiedy mu dokucza. Na diagnostykę dokładną przyjdzie czas jak będzie się coś konkretnego działo.
Zajęło mi kilka lat nim skojarzyłam, że sklep Biferno (tak, te cudne kaszmiry, jedwabie i Lana Gatto) mieści się w Kalwarii Zebrzydowskiej, 7 km od Lanckorony. Mimo że sklep zmieniał siedzibę jego właścicielka znalazła chwilę, by dać koleżankom i mnie pobuszować w tych wspaniałościach. Skorzystałam z radością z rabatu bo poszalałam.
Ewa dopilnowała, żeby ten wyrafinowany Feeling był w akceptowalnym dla świata kolorze. Ja byłam bliska nabyć pół kilo wściekłego chaberka. Jestem zatowarowana na zimę że hej. Pan Mąż dowiózł mnie do Biferno i zażyczył sobie surowca na jego skarpetki, niepomny że tego towaru mam a mam. Jak chodzi o skarpetki to on nie ma umiaru. Kazałam mu samemu ruszyć między półki i sobie znaleźć właściwe motki. Nie wahał się długo. Będzie miał skarpety pasujące do profesorskich kreacji. Druty mi na pewno nie zardzewieją.
A Pan Pikuś wciąż w naprawie. Skrzynia się robi i być może pan od skrzyni też sobie zrobił majówkę, bo zamilkł. Irek doprowadził do porządku układ kierowniczy i łożyska. I dobrze, tym się jeździ. Muszę się uzbroić w cierpliwość, no bo bez skrzyni i tak nigdzie nie pojadę. W międzyczasie wszystkie rodzinne auta się pochorowały. Szwagier Misi w BMW musiał wymienić cieknącą miskę olejową a w Peugeocie rozrząd. Jak by tego było mało w Smarcie Misi padła klima, a sam Irek rozciął oponę o krawężnik. Armageddon automobilowy. No to uzbrojona w cierpliwość zabieram się za skarpetkowy przerywnik do tego lnu. Jednak wełna w rękach jest najbardziej dziewiarska i rozkoszna.



Nu, dałaś czadu! I z bluzką i z zakupami, ze skarpetkami to zawsze dajesz :-D
OdpowiedzUsuń:-* dla Was!
Fajnie, ze wam bylo fajnie, poczytalam w necie troche o Willi Tadeusz, jakie mieli przeprawy w latach 70- 80tych. Ciekawostka ten pensjonat, a i miejscowosc tez. Kiedys miala prawa miejskie, tez doczytalam.
OdpowiedzUsuńMasz zapasy welniane do konca zimy :D
Lnu jeszcz enie dziergalam, ciekawe, jak w palcach lezy na dluzsza mete, keidys spróbuje, ale jak wydziergam z 1/3 mojego welnianego zapasu...
Tadeusz to bardzo ciekawe miejsce. I ładne i smaczne. Lanckorona jest jedyna w swoim rodzaju.
UsuńJak o len chodzi to wybierz kolor, łotewski jest zdecydowanie tańszy niż włoski, ma mnóstwo kolorów i bardzo długie motki. Po kilkukrotnym praniu mięknie i jest jak jedwab na skórze, świetnie się pierze, nie mechaci jak bawełna.
No nie wszystkie autka się pochorowały - Fafik (czyli Fabia) zdrów jak rydz!
OdpowiedzUsuńBa, nowa to zdrowa.
UsuńW Lanckoronie jeszcze nie byłam. Naczytałam się u ciebie i u Malmonki tyle dobrego, że aż chce się jechać. Zwłaszcza do Willi Tadeusz, która jawi się bardzo klimatycznie. Jak wrócimy do kraju, to tam zajedziemy.
OdpowiedzUsuńWłóczki niezwykłej urody. W jedynie słusznym kolorze?
Jeśli chodzi o samochód, to nasz też majówkę spędza w warsztacie. Klimatyzacja się zbuntowała. W tropikalnym klimacie to "lekka" niedogodność.
Zazdroszczę majowej wizyty w Willi Tadeusz w Lanckoronie, tam jest tak klimatycznie i spokojnie. Może jesienią uda mi się na chwilę odwiedzić znowu to miejsce. Ciekawa jestem także nowej siedziby sklepiku Biferno. A zapasy konkretne ;) bardzo dobre zaopatrzenie na zimę :) Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuń