Kupiłam ją za nagrodę za piątkowy dyplom i ostatnie stypendium. I jeszcze trochę musiałam pożyczyć. Od mamy. I oddać co do grosza. Był to sprzęt absolutnie niezbędny, bo przedtem w domu był starutki Łucznik babci, kapryśna stebnówka na pedał, która o maszynach do szycia nauczyła mnie dużo, ale szyć się na niej nie bardzo dało, odkąd babcia naoliwiła ją kiedyś olejem jadalnym.
Otóż moja Misia urodziła się z zawrotną wagą 1600 g. I w Polsce Ludowej wcale nie było na nią ubrań. Wcale. Mając rok i sprawnie już chodząc dorosła do pierwszego niemowlakowego rozmiaru śpioszków. Tyle że nie nosiła już wtedy białych bawełnianych śpioszków, a dżinsy z biedronką na pupie albo sztruksowe ogrodniczki. Mojemu dziecku trzeba było szyć na wymiar. Bo brzydkie, kupne rzeczy były na Misię za duże. Bardzo za duże.
Jeszcze będąc w ciąży poszłam z babcią do firmowego sklepu Pabianice przy ul. Koszykowej, dopytać o tetrę na pieluchy. Babcia widząc przydziałową, kartkową kupkę pieluch pokręciła głową i powiedziała, że to chyba nie starczy. Sprzedawczynie roześmiały się perliście, ale pogadałyśmy sobie niezobowiązująco o szyciu dla dzieci. Gdy poszłam tam za piątym razem dostałam pakiecik spod lady. Bardzo się przydał. Kocyk też mi sprzedały. A jak Misia już była na świecie, to ją paniom sprzedawczyniom zawiozłam. Kobiety zrozumiały, że to żadne żarty. Albo zostawią mi czasem jakąś bawełnianą resztkę, albo ta dziecina będzie całkiem goła. Ze sklepem Pabianice byłam w przyjaźni, póki go zmiany ustrojowe nie zmiotły.
Wróćmy do Łucznika 834. Na zdjęciu widać pod napinaczem nici górnej taki biały owal. To miejsce na znaczek firmowy Singera, którego już w tym modelu Singer zabronił używać. Fabryka urządzeń precyzyjnych w Radomiu, produkująca broń palną i maszyny do szycia pomyliła się o 3 setne milimetra robiąc jakiś mimośród i Singer odmówił dalszej licencji. Maszyna faktycznie była kapryśna. Co parę godzin pracy trzeba ją było czyścić. Nici lubiła tylko takie, których nie można było kupić, a ruskie bawełniane z supłami rwała i już. Trzeba ją było oliwić i zmieniać często igły, których nie było na rynku. No krzyż był z nią pański. Złorzeczyłam jej strasznie, groziłam jej, że przez okno wyleci bo ma szyć a nie hałasować, pętelkować i wkurzać mnie do apopleksji.
I szyła. A ja z nią. Bo programy podstawowe miała wszystkie: ściegi proste, zygzaki, sciegi ślepe a wszystko w wersji do tkanin i do dzianin. Obrabiała dziurki do guzików, miała wsteczny bieg i sporo stopek. Po jakimś czasie okazało się że stopki od Singera sprzed wojny pasują do niej doskonale, stare lamowniki od ciotki Ziuty bardzo się przydały.
I tak sobie ubierałam dziecko i siebie szyjąc na tym Łuczniku i ucząc się tylko tego co musiałam. Bo szyłam zawsze na już, bo musiałam, bez dyrdymałow jakichś. Bez rozprasowywania szwów, bez porządnego wykończenia. I dlatego twierdzę, że w gruncie rzeczy nie umiem szyć.
Wszystko co mamy na sobie na tym zdjęciu zrobiłam sama, poza dżinsami i butami rzecz jasna. Wtedy dowiedziałam się co to są igły do dżerseju i co się dzieje, jak się ich nie używa.
Bluzka, szorty, spódniczka i żółty żakiet uszyte przeze mnie. Spódniczka dziecka ze starych dżinsów tatusia.
Nad tą dżinsową kurteczką z resztek (bo był jeszcze długi płaszcz dla mnie i kurtka dla męża nr 1 z masą sznurków, kieszeni i odpinanymi rękawami) nabiedziłam się że hej. Była odszyta flanelką, miała kołnierz z misia i napy. Napy nabijałam młotkiem na podłodze w kuchni, cała kamienica wiedziała.
Wszystkie koszule i bluzki dziecka...
...oraz spodnie odszyte dla urody materiałem z bluzeczki, ogrodniczki, spódnice itp robiłam sama.
Misia miała do mnie długo żal, że nosiła inne ubrania niż dzieci w przedszkolu.
A i siebie obszywałam bo gotowego nie było. Tu widać wełniany żakiet bez kołnierza i bluzkę. I Pestkę, moją pierwszą terierkę.
A tu bryczesy, dluuuugo mi służyły, to była porządna popelina.
A to pewne paltko z Burdy. Na pikowanej podszewce. Przed krojeniem spikowałam podszewkę w kwiatki z watoliną, matuś, co to była za straszna robota, ja tego nie potrafiłam robić i nie miałam gdzie tego robić. Wiecznie się z całym majdanem gdzieś przenosiłam, o każdą zgubioną szpilkę była awantura, nie było deski do prasowania...
A to już ślub z Tomkiem. Tę suknie szyłam z podręcznikiem Burdy w ręku. Wszystko fastrygowałam starannie a koronkę na rękawy i stanik dobrałam do żorżety tak dobrze, że jej wcale nie widać.
To co na zdjęciach, to co w pamięci i w niepamięci, wszystko uszył wybrakowany 834. Szył pościel, odzież, torby skórzane i szmaciane, lalki, zabawki i co tylko było potrzebne. Umiałam go rozkręcić, oczyścić, naoliwić i złożyć. Aż go komuś pożyczyłam i chyba nim w piłkę grali albo go upuścili. Wrócił jako inwalida nienaprawialny. I któregoś dnia Tomek zameldował, że możemy już po tę wymarzoną maszynę pójść i ją kupić. I na Placu Unii Lubelskiej, w sklepie, którego już nie ma kupiliśmy Lily 555. Najbardziej wypasiony wówczas model na rynku poza komputerowymi hafciarkami, produkowany w Europie a nie w Chinach, cały metalowy, bez plastikowych kształtek. Kosztowała strasznie drogo, ale do dziś nic jej nie dolega.
Design dziś już nie robi wrażenia, ale możliwości są duże: 240 ściegów, trzy alfabety, programowanie, pamięć i żadnego oliwienia.
Szpulkę widać, obcinacze są gdzie potrzeba, w komplecie były wszystkie potrzebne stopki.
Po wyjęciu przybornika jest wolne ramię, po nałożeniu stolika jest miejsce na hafty.
Światełko jeszcze na żarówkę bo ledowego oświetlenia wtedy nie było.
Ściąga dla zapominalskich co jak i gdzie.
Elektroniczne sterowanie maszyną jest dziś powszechniejsze niż dawniej i samo w sobie jest zaletą. Ale największym bajerem Lily jest jej ciężkie, metalowe wnętrze, precyzyjne i chyba niezniszczalne. Do dziś ten model jest uważany za maszynę z górnej półki a na wtórnym rynku go nie ma. Bo po co sprzedawać jak działa?
Złożona Lily stoi pod stołem w swoim futerale i wygląda tak. Nie zabiera miejsca, nie brudzi się, jest bardzo przemyślaną konstrukcją.
Pierwsze co Lily uszyła to była suknia balowa na studniówkę.
Moje szycie nie było z nudów ani dla wypoczynku. To był czysty przymus, życiowa konieczność i zero zabawy. Teraz jak muszę to bodaj wygodnie.
Jedną jedyną rzecz ma Lily rozwiązaną gorzej niż 834: śrubka mocująca igłę musi być odkręcana śrubokrętem. 834 miał wygodnego motylka w tym miejscu.


















Cudny wpis, wiele mi przypomniał.Szyłam, robiłam na drutach, bo to była konieczność.
OdpowiedzUsuńMam Łucznika 6oo ileś tam,a mam go już lata całe , który ma mniej funkcji ,jak ten ,co na zdjęciu i dalej mi służy, chociaż ja niestety, nie mam takich zdolności.Zastnawiam się, kiedy Ty miałaś na to wsystko czas?
OdpowiedzUsuńNie wiem kiedy miałam czas. Studiowałam, potem pracowałam, miałam na głowie cały dom ze sprawnymi inaczej, nauczyłam się obcego języka, zdawałam w biegu państwowe egzaminy i szyłam. Bo musiałam.
UsuńMamy tego Łucznika! Mama kupiła za komunijną kasę mojej siostry w 1985r. Nadal na niej trochę szyjemy, ale faktycznie okropnie pętelkuje. Nie wiedziałam,że taka "uroda" tych maszyn.Podziwiam umiejętności krawieckie!
OdpowiedzUsuńMojej pomagało czyszczenie: najpierw komora bębenka i okolice, pędzlem szczeciniakiem wyciągałam cały pył i oliwiłam w odpowiednim miejscu. Potem odkręcałam panel na główce i czyściłam tam co się dało. Na końcu kładłam ją na plecach, odkręcałam dno i pędzlem szczeciniakiem czyściłam wszystkie przekładnie. Oj było co czyścić, towaru wychodziła masa. potem oliwienie i skręcanie. Po takich zabiegach cichła i robiła się grzeczna. Komorę bębenka trzeba było czyścić przed każdym szyciem. Wtedy hulała. I była bardzo wrażliwa na tępe igły.
UsuńOkropnie z nią dużo zabawy! Dzięki za porady, muszę ją przeczyścić według Twojego przepisu. Pozdrawiam.
UsuńJesteś jedną z niewielu osób, na których blogi trafiam w Sieci, które używają słów "odszyć", "odszyty" w prawidłowym znaczeniu!... Z wielką przyjemnością się to czyta! *^O^*~~~
OdpowiedzUsuńU nas w domu był Łucznik, ale też taki z wadą fabryczną, ciągle coś się z nim działo, pętelkował, zrywał nitki i żadne serwisowanie nic mu nie pomagało. Mama uszyła mi na nim kilka strojów na bale dziecięce a potem się zniechęciła i przerzuciła na druty i szydełko... ^^*~~
Dobra, dobra Gackowa ma wykształcenie kierunkowe więc się nie liczy ;)
UsuńU Ciebie z tym szyciem to tak jak u mnie z gotowaniem. Gotuję z musu bo taka jest potrzeba ale bez radochy, za to dobrze mi wychodzi. Tak samo u Ciebie. Nie mogę uwierzyć, że nie lubisz szyć a robisz takie cuda! Sukienka na ślub, na studniówkę to już w ogóle. I nauka w trakcie. Chylę czoła. Lily jest cudna, historia ze sklepem Pabianice bardzo mi się spodobała. Moja mama ze swoją maszyną nie ma i nie miała problemów, ale z komentarzy wynika, że szanse są chyba fifty-fifty. W mojej nowoczesnej maszynie też trzeba używać śrubokręta.
UsuńA wracając do Misi i tego, że miała inne ubrania niż inne dzieci. Otóż moja mama pracowała z uzdrowiskach, kończyła pracę o 13:00 i do domu wracała czasem z jakimś łupem odzieżowym dla mnie. Wtedy babcia widząc jakiś dresik czy koszulkę łapała za telefon, dzwoniła do cioci, że w takim i takim sklepie jest i ciocia wracając później z pracy kupowała to samo dla mojego kuzyna. Tym samym ja i kuzyn bardzo często mieliśmy takie same ubrania, a chodziliśmy do jednej szkoły (a porywach nawet do jednej klasy) i okropnie mnie to denerwowało. Raz ojciec przywiózł mi z morza bawełniane białe szorty i babcia..... uszyła na maszynie identyczne dla kuzyna. To była masakra, do tej pory to pamiętam. Grrrr!
Ach , odszycie. Odszycie całe lata było Besatzem, bo szycia uczyła matka Burda. Występował też niejaki Schlitz, z tym to dopiero było ;-)
UsuńPimposhko, tak to z tym szyciem było rzeczywiście. Nie lubiłam, nie miałam z czego, w sklepach, poza tymi Pabianicami było badziewie, czasem coś sensownego upolowałam w niejakim Bomisie, sklepie schowanym w jakiejś mysiej dziurze, sprzedawano tam różne resztki z produkcji przemysłowej, raz wiertła i ścierniwa, raz szmatki i nici. Tam dopadłam w Wielki Piatek coś około 1987 roku ten dżins naprawdę farbowany indygo co w kurteczce Misi występuje. Byłam mistrzynią upcyklingu zanim ktoś to zjawisko nazwał. No z igły widły robiłam. Ale goli nie chodziliśmy. Takie hobby z przymusu, bo wolałam haftować!
UsuńOj, co za wspomnienia! Mam identyczną maszynę do szycia. Czytałam Twój wpis i czułam się tak, jakbyś opisywała moje życie. Z konieczności, bo w sklepach naprawdę było dziadostwo, szyłam dla wszystkich- dla siebie, męża, syna, bratanic. Szyłam naprawdę skomplikowane ubrania- koszule męskie, marynarki, kurtki. Burda była moim wielkim pomocnikiem. Wyobraź sobie, że teraz moja dorosła bratanica kupiła sobie maszynę, a ja wyciągnęłam z piwnicy wszystkie stare Burdy, których szkoda mi było wyrzucić i jej sprezentowałam. Ucieszyła się niezmiernie. Ja natomiast, przeglądając je, cofnęłam się do tamtych czasów i było to miłe wspomnienie. Teraz nie szyję nic, maszyny używam najwyżej do napraw ubrań lub podszycia zasłon. I sama się podziwiam skąd miałam tyle cierpliwości do szycia - chyba to rzeczywiście była chęć noszenia jakichś fajniejszych ubrań niż to, co mogliśmy kupić w sklepach. A, zapomniałam, suknię ślubną też uszyłam - dla mojej przyjaciółki, nie wspomnę o skomplikowanych garniturkach do chrztu dla rocznych chłopców.
OdpowiedzUsuńJestem pod silnym wrazeniem! Probujac sie spod niego wygrzebac, przypominam sobie jak moja matka szyla z musu, a czasem nawet babcia-mama ojca (opiekujac sie niesprawna corka praktycznie nie miala na to czasu)siadla do antycznego Singera. To co szyly, bylo fantastyczne, a one nigdy nie uwazaly tego za jakies osiagniecie... Obie byly tez samoukami, bez dostepu do internetow czy jakis sensownych ksiazek.
OdpowiedzUsuńW mlodocianych latach troche mi sie szylo, teraz pomalu wraca ochota. Tylko te czyszczenie i smarowanie...co za glupi wynalazek;-)
Uwielbiam Twoje retrospekcyjne posty. Sama wracam wtedy do przeszłości. Moja mama miała Łucznika (nie wiem jaki symbol), takiego zabudowanego w wielkiej skrzyni. Otwierało się blat, podpierało się otwartymi drzwiczkami, wyciągało się ze środka maszynę (była na zawiasach), koło napędowe na długim pasku transmisyjnym i pedał na dreptanie były ukryte wewnątrz skrzyni. Na takiej maszynie uczyłam się podstawowych ściegów. Nie miała bajerów.
OdpowiedzUsuńKiedy wyszłam za mąż "odziedziczyłam" po teściowej starego Singera. Antyczna maszyna z blatem na pięknie kutych/odlewanych(?) nogach. I zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie - pozbyłam się jej. Nawet nie pamiętam jak.
Miałam też elektrycznego Łucznika, który chodził głośno jak traktor i ciągle się psuł.
Nie musiałam wprawdzie szyć codziennej garderoby dla dzieci, ale stroje karnawałowe wyszły spod mojej igły.
W życiu nie odważyłabym się sama uszyć sukni ślubnej czy studniówkowej. Dlatego - chapeau bas dla Twoich umiejętności.
Zycie przy maszynie wyszlo. Oj takie czasy byly, pamietam tez. Dziergalismy same, znaczy z mama, ale szycie odbywalo sie u krawcowej, takiej starej daty, a szyc umiala ze ho ho! Do dzisiaj mam biala bluzke jej produkcji.
OdpowiedzUsuńI Ty mówisz, ze wlasciwie szyc nie umiesz, po tej sukience Misi na studniówke??
No...
Sukienka na studniówkę... Uszyta z tafty na zasłony, ale wszystkie te sukienki z tego były. Cała podprasowana flizeliną, z podszewką dla zabawy na dole wyhaftowaną maszynowo w kwiatki. Z wykroju z Burdy. Kłopot w tym, że Burda daje wykroje na babę 1,70,a Misia ma 1,49 wzrostu. Umiałam już wykrój zmienić. Szarfa kryjąca ramiączko była ze skoordynowanej z zasłoną firanki! Kolor zgadzał się co do joty. Misia tę sukienkę wciąż ma, bo wciąż się w nią mieści.
UsuńUszyłam dziś te majty do sari. Wyszły znakomicie.
Scarlett O'Hara klania sie :)
UsuńFaktycznie! Tylko Scarlett miała zieloną, bodaj aksamitną. Na to nie wpadłam.
UsuńOjojoj! Mam takusieńkiego Łucznika! Wersja z tych niepsujących się, ale ruskie nitki rwał. Recykling był uprawiany w latach osiemdziesiątych z konieczności. Też żadnych kursów krawieckich nie kończyłam, ale kurtki dla dzieci z płaszcza ortalionowego teściowej ocieplone moją wełnianą spódnicą, z aplikacją w rybki na karczku popełniłam. Maszynę wyciągnęłam w czasie pandemii, instrukcję konserwacji znalazłam w internecie (nie wiedzieć czemu tylko po angielsku), zamówiłam części zamienne i po trzech dniach mozolnej pracy ... tadam! Maszyna hula! Po uszyciu paru maseczek zaczynam szycie wielopieluszek dla wnuczki. Gdyby ktoś nie wiedział, to takie pampersy do prania. Pomysł wart rozpowszechnienia, bo zdecydowanie mniej śmieci a i uroda tych uszytków potrafi zwalić z nóg.
OdpowiedzUsuń