środa, 11 października 2023

Kulinarna Odyseja 1

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie może mi wyjść z głowy ostatni post Pimposhki. Ogarnięta zazwyczaj aż za bardzo Pimposhka skarży się na swoje kuchenne  może nie tyle porażki, ale nie do końca sukcesy. Na brak satysfakcji z działalności w kuchni. Pisze wprost, że gotować nie lubi, a pod wyszczególnionymi punktami precyzyjnie pokazującymi w czym problem mogłabym się obiema rękami podpisać. Ja też lubię dobrze jeść. I ja, jak każda niemal z nas stanęłam kiedyś w kuchni przed kuchenką i nad garnkami bo trzeba było rodzinę nakarmić. A inni się z tego sprytnie wymiksowali.
Ci co się wymiksowali byli regularnie co do minuty głodni i bardzo wybredni, wzrastałam bowiem wśród Aspergerów. Ich szczególny stosunek do urozmaiconego jedzenia jest jednym z kryteriów diagnostycznych zaburzenia. Dobrze, że gotowane kartofle wszyscy lubili. Ten komfort się skończył wraz ze zmianą mężów. Pan Mąż aktualny kartofli gotowanych nie jada. 
Gotuję rodzinie odkąd skończyłam 15 lat, bo nie było innego chętnego na to stanowisko. Babcia wspierała robiąc paskudne zupki i lepiąc pierogi, ale babcia nie lubiła jeść i nie umiała gotować. Robiła to z obowiązku i bez szczególnych sukcesów. Mama wybrzydzała. Była mistrzem wybrzydzania. Od teściowej nr 1 dostałam kiedyś dzieło Kuchnia Oszczędnej Gospodyni. Wydana we wczesnych latach osiemdziesiątych książka kucharska z propozycjami potraw z dostępnych wówczas składników czyli z mielonego mięsa w kostce (chyba z psa pomielonego razem z budą), zapakowanego jak smalec w niebieski papierek, parówek, kapusty, cebuli i marchwi. Mama wzięła to dzieło w ręce, przejrzała, z obrzydzeniem na twarzy odczytała jak zrobić potrawę Gar Kapuściany (!) i... o mało się przy tym wszyscy nie porzygaliśmy. Łatwo nie było, książka poszła do śmietnika.
W bólach i znoju poznawałam podstawy niekochanego, uprzykrzonego i nieuniknionego zajęcia. Jednakoż zawsze wyznawałam zasadę, że wiedza nie szkodzi. Nawet wiedza kulinarna. Książki wydawały się być niezłym źródłem wiedzy ale... Są książki i książki. Kuchnia Polska, która była w każdym polskim domu okazała się tak samo pożyteczna jak ta Kuchnia oszczędnej Gospodyni. To się może dla jakichś szalonych wielbicieli nadawało, dla mnie było bezużyteczne. Za to Książka Kucharska dla Samotnych i Zakochanych Marii Lemnis i Henryka Vitry to było to. Tam napisano jak usmażyć kiełbasę, befsztyk i jak zrobić najpyszniejszego Pischingera na świecie. Do dziś tort waflowy robię tylko z tego przepisu.
No bo z książkami kucharskimi jest tak, że jest to produkt, który ma przede wszystkim przynieść zysk. Autorowi i wydawnictwu ma to przynieść zysk. I obeznany z tą zasadą czytelnik/kucharka powinien kupując książkę kucharską mieć to na względzie. Są też uwarunkowania że tak powiem geograficzno kulturowe. Niemieccy autorzy mają tendencję do kilometrowych list składników. Nie nadaje się to do odtworzenia w domu. Jak się ma pracę, studia, dzieci, hobby i jeszcze jakieś zainteresowania, to to się nie nadaje.
Mając maleńką dziecinę gotowałam słynne zupki. Codziennie taką zupkę trzeba było zrobić od obrania warzyw do miksowania. Tak to znienawidziłam, że zup konsekwentnie nie robię do dziś. Raz próbowałam wykonać bulion wołowy. Śmierdziało to niedomytym pracownikiem naukowym przyodzianym w anilanowy sweter. Nigdy więcej bulionu wołowego.
Przełomowym dla mnie dziełem okazała się The Good Housekeeping Step by Step COOK BOOK. Ilustrowana bardzo dokładnie, z tabelami, z indeksem ilustrowanym fotografiami bardzo porządna książka z której dało się czegoś nauczyć. Przepisów w niej nie za dużo, ale wszystkie standardowe potrawy, które europejczyk w roku pańskim 1980 znać powinien były. I listy zakupów krótkie! Książkę dostałam na 25 urodziny, zaczęłam jej używać ledwo znając angielski, ale się nauczyłam i używam do dziś. Rozszerzyło mi to dzieło horyzonty zdecydowanie. Kolejna była Kuchnia Polska Marka Łebkowskiego. No cud po prostu nie książka kucharska. Masz produkt. Znajdujesz go w indeksie. I masz kilka stron przepisów co z tego zrobić. Kolejna była Julia Child i Marcella Hazan z jej kuchnią włoską. Owszem, trzeba się naczytać, ale wiedza osiągnięta jest nieoceniona. Kto raz zrobił sos pomidorowy Marcelli, składający si e z pomidorów, masła i soli, nie zje nigdy podróbki ze słoika. Za drugim razem już czytać tyle nie trzeba!
Niestety, książki same nic nie ugotują. Dość szybko dotarło do mnie, że gotowanie w domu to nie jest gotowanie restauracyjne. A na trzy ciepłe posiłki dziennie to ja przepraszam nie mam mocy przerobowych. Śniadanie szybkie choć do pełna, obiadowi mogę do 45 minut poświęcić, a kolacje są zimne i pełnoletni obsługują się sami. Bo inne opcje to po prostu jest działalność na pełen etat i jeśli zatrudniona jest jedna osoba, to nawet kawy się przez 12 godzin ciężkiej orki nie da rady napić. Nie mówiąc o pracy, dziecku, hobby czy ciepłej kąpieli wieczorem.
Teraz, gdy covid i cukrzyca dały nam po głowie, a wybredne dziecko od dawna z nami nie mieszka studiuję kuchnię azjatycką i z niskim IG. Kolejne klasy tej szkoły przerabia się dużo sprawniej niż dawniej.
CDN



18 komentarzy:

  1. "Śmierdziało to niedomytym pracownikiem naukowym przyodzianym w anilanowy sweter."
    Cudne!
    Rozumiem Cię doskonale, też stać w garach nie lubię. Mało kto chyba lubi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudnie Cię czytać! Marka Łebkowskiego książkę kocham i korzystam z przyjemnością. W sumie mam sporo książek o gotowaniu, włączajac różne kuchnie polskie, wege i 100 potraw z ziemniaków.... gotuję to co mi wychodzi, priorytet to dania szybkie i raczej bezmiesne. Syn wie ze nie mozna za bardzo marudzić bo zasada jest taka - nie zawsze jest to co sie lubi, czasem lubi się mniej. I je prawie wszystko. Nie wyobrazam sobie gotowac dwóch różnych dań dla 2 osob a co dopiero dla czterech.... no i wlaczam go do gotowania zeby wiedzial ze samo sie nie zrobi. Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. ooo, przepis na piszinger, podziel sie bo szukam od lat.

    OdpowiedzUsuń
  4. Faceci nie gotują? Ni umią, za głupi są?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyny facet jaki był w domu gdy zaczynałam kulinarną odyseję miał tylko jedną rękę, drugą zostawił na wojnie. Pierwszy mąż charakteryzował się narcystyczną funkcjonalną głupotą, był książęciem, choć robił mi śniadania. Drugi mąż nie gotuje. Taki układ. Gackowa

      Usuń
    2. Odpuśćmy tym dwóm pierwszym.
      A czy trzeci nie mógłby? Chociaż troszeczkę?
      Ach, co ja tu się wtrącam w cudze życie, zawsze są jakieś czynności, których nie wykonuje się z przyjemnością, ale jednak wykonywać trzeba. Tylko dlaczego zawsze znajdą się tacy, którzy potrafią się zgrabnie wymiksować, i dlaczego są to zazwyczaj faceci?
      Takie pytania, które nie nadają się do referendum...
      Ja nie przepadałam za gotowaniem, póki nie gotowałam. Teraz lubię. Oraz lubię książki kucharskie, i filmiki na youtube z przepisami, zwłaszcza jak się nie wie, jak taka potrawa ma wyglądać na gotowo, albo co autor przepisu miał na myśli pisząc, np. "usmażyć na średnim ogniu."
      Życzę sukcesów w kulinarnej odysei w kierunku wschodnim.

      Usuń
    3. No wtrącasz się. Wtrącasz. Założyłam i rozwiązałam Polskie Stowarzyszenie Feministyczne. Rozumiem sens pytań. Nie gotuje. Robi co innego. Taka nasza umowa.

      Usuń
    4. Ok. To ja przepraszam za wtrącanie.

      Usuń
  5. To co piszesz jest dla mnie porażające - jak można nie lubić gotowania, zagłębiania się w ciekawie brzmiące przepisy, testowania we własnej kuchni jak smacznie wyjdzie to danie, kupowania nieznanego składnika i szukania pomysłu na jego smakowite przeobrażenie?... *^V^* Ale może to się wynosi z dzieciństwa, moja mama gotowała z konieczności i umiała kilka dań całkiem nieźle, ale tata bardzo lubił dobrze zjeść i gotować, potrafił dużo więcej i lepiej niż mama, i miał w sobie ducha odkrywcy kulinarnego! (obydwoje pracowali zawodowo, i co ciekawe to tata zawsze zmywał!) Przekazał mi tę miłość do talerza, i również do pracy w kuchni, szacunek do dobrej jakości składników, i żyłkę eksperymentatora w kuchni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można nie lubić, to jest bardzo powszechne. Podstawą jest nieumienie. Babcia nie umiała, była sierotą wychowaną przez zakonnice. Kuchnię w środku zobaczyła już jako dorosła osoba. Mama nie umiała bo jej nie nauczono, brzydziła się dotyku tych mokrych, oślizłych rzeczy. Gotowanie dla wybrzydzających niejadków uczy nienawiści do tego zajęcia. Mnie uratowała ciekawość smaku, wrażliwość na zapach i to, że bardzo lubię jeść smacznie. Twój entuzjazm też pomaga :-). Natomiast gotowanie zawsze tak samo dla aspiego z przekonaniami to męka. Ilekroć musiałam wyrzucić coś naprawdę fajnego bo było „niedoooobre” ogarniała mnie frustracja a czasem furia.

      Usuń
    2. Rozumiem preferencje smakowe, sama wiele rzeczy uwielbiam ale są też takie po które rzadko sięgnę, ale przyznaję, że takie "niedooobre" i wyrzucanie jedzenia doprowadziłoby mnie do furii bardzo szybko, i więcej bym dla takiej osoby nic w życiu nie ugotowała. Może dlatego nigdy nie chciałam mieć dzieci, za dużo zmiennych nieprzewidywalnych, z marudą niejadkiem włącznie, nie zniosłabym tego i byłabym potworną matką... *^W^*~~~

      Usuń
    3. Joanno, kiedyś niemal wbiłam wybrzydzającej córce widelec w tyłek gdy modliła się nad kolacją. Miała 5 lat, w ustroju dawno minionym, w domu wczasowym nie chcała jeść kolacji. Na kolacje. były zimne nogi w galarecie. Takie pod setę. Twoja decyzja jest mądra. Gackowa

      Usuń
  6. Mnie zdziwiła ostatnio koleżanka, która bardzo dobrze i smacznie gotuje. Powiedziała, że nienawidzi gotować. Na moje zdziwienie, że przecież zawsze gotowała i to dobrze, odpowiedziała: zmuszałam się.
    Ja lubię gotować... czasem. Na co dzień wolę oddawać się innym czynnościom i odwalam obiady.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie lubię gotować, ale lubię jeść.
    Godzinami mogę oglądać wzory serwetek szydełkowych na pintereście, bywa, że wyświetla mi się wielki znak zapytania "co na obiad?" i mogłabym poszukać inspiracji kulinarnych w internetach, ale wolę serwetki oglądać ;D
    gotuję w kółko to samo,
    Moja mama skończyła technikum gastronomiczne, ale zawsze powtarzała " jedzenie to kara Boża", ( jedzenie - w sensie gotowanie), chyba mi się to wdrukowało.
    A mam koleżankę co ma specjalny regał na książki kucharskie i co niedzielę jest coś nowego na obiad! Podziwiam i zazdroszczę, ale platonicznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja tam lubie i gotowac i jesc ;) A najbardziej lubie ksiazki kucharskie! Mam chyba ze dwiescie tu w tym domu i pewnie kolo setki w tamtym - zaczelam kupowac ksiazki kucharskie retro - te oszczednie gospodynie, w mojej kuchni nic sie nie marnuje (straszliwe dzielo...), jakis taki podrecznik wiejskiej gospodyni, 500 potraw z jajek, ziemniakow etc, jak urzadzac prywatki i inne przyjecia, podwieczorki nie tylko na slodko, slodkie drugie dania (o matku bosku), oczywiscie ksiazka kucharska dla samotnych i zakochanych - z rozczuleniem ja czytalam, bo ja mialam w latach 70tych. I bardzo lubie czytac, ogladac seriami ksiazki N. Slater'a, Nigelli, Mary Berry, Sami Tamimi (tu akurat 2 ksiazki, jedna z Ottolenghim, ktorego mam chyba oprawie wszystkie ksiazki), wlasnie Ottolenghi, potem kilka ksiazek o kuchni tureckiej (kocham!) i akurat kupilam kilka (po taniosci, bo nie zwariowalam) Elizabeth David. Ktos mnie zapytal - ooo, tyle ksiazek - gotujesz z nich? Moja odpowiedz - a co ty! One sa do czytania i ogladania! I te ksiazki kupuje papierowe, bo inne juz tylko w wersji elektronicznej.

    p.s. Do tego mam z pierdylion notesow, papiurkow, swistkow, kartek i karteluszkow z przepisami znalezionymi wszedzie, oraz ogromny zbior przepisow na pintrescie - glownie jakies pomysly do wyprobowania tam sa, proporcje skladnikow i takie tam bzdety mnie nie interesuja, tylko same pomysly.

    p.p.s. co do kartofli - tez bym jadla codzinnie.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ziemniaczki są the best. Jak ludzie żyli bez nich w Europie, zanim Hiszpanie je przywieźli z Ameryki? Doprawdy, trudno sobie wyobrazić.
      My też mamy multum książek kucharskich. Elizabeth David króluje od lat w szafce na książki kuchenne - te bardziej używane, bo te mniej emigrują do pokoju bibliotecznego na górę.
      I skoroszyt na przepisy mam, z internetu sobie drukuję na formacie A4, wkładam w plastikową koszulkę i mam. Bo jakby internetu kiedyś zabrakło... To sobie ugotuję.
      Gotowanie jest fascynujące, zwłaszcza gdy można poeksperymentować. I zwłaszcza gdy nie trzeba tego robić stale.
      A na czas gdy gotować się nie chce, jest zamrażarka. Bardzo często gotujemy więcej niż na jeden obiad, i co zostanie i się da, zostaje zamrożone. I gdy przychodzi nieunikniony dzień, gdy nikt nie ma ochoty na stanie przy garach, grzebiemy w zamrażarce i zawsze coś się znajdzie.

      Usuń
    2. Oooo, wreszcie ktos z kupa ksiazek kuchenno-kucharskich (dzis dokupilam starego Slatera - 30 minutes meals...chyba)!!!! Kiedys , majac otwarte ze trzy okna z przepisami na ciasto jogurtowe z brzoskwiniami, zlapalam sie za robienie, co i raz wracalam do przepisu. A potem sie okazalo, ze zrobiam ciasto z dwoch przepisow, hrehrehr. a co do zamrazarki, to mi sie nie chce domykac, bo mam tam wloszczyzne i straszne ilosci owocow...i jedno pudelko resztek chili con carne.

      Usuń
    3. Latający też tak robi, łączy dwa czy trzy przepisy, a potem nie wie, co z czego wzięte i jak powtórzyć to nieziemsko dobre danie.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.