Pishinger: paczka wafli suchych, 250 g masła (żadnej margaryny!) żółtko, filiżanka drobnego cukru, cukier waniliowy lub kilka kropli esencji waniliowej, dwie łyżki kakao, 100 g orzechów włoskich zmielonych. Masło z żółtkiem i cukrem utrzeć na puchatą masę. Ręcznie trwa to pół godziny, w malakserze chwilkę. Dodać cukier waniliowy, kakao i orzechy, dobrze wymieszać. Smarować wafle tak, by starczyło na wszystkie, złożyć razem, przykryć papierem do pieczenia lub folią, obciążyć grubymi książkami i zostawić na kilka godzin. Nie robić tego w upały. Pociąć ostrym nożem na ładne kawałki i jeść.
Pimposhce bardzo się podobał niegdyś mój post o Głowiźnie. Jeśli ktoś ciekaw, niech kliknie i przeczyta. Ten stary post ujawnia kolejny aspekt domowego gotowania, czyli robienie zakupów i koszty jedzenia.
Gdy zaczynałam, zakupy przypominały raczej łapankę towarów niż jakieś przemyślane, zaplanowane zatowarowanie. Nigdy nie było wiadomo co będzie w sklepie, co przywiozą, czego starczy dla mnie i z czym wrócę do domu. No i ile czasu te zakupy potrwają. Początkowo dziadek, bez jednej ręki za to z legitymacją inwalidy wojennego obsługiwał sprawy mięsno najważniejsze, potem spadło na mnie.
Takie kupowanie powodowało, że się człowiek szybko uczył. Nie było to tamto, trzeba było przyrządzić i zjeść to, co akurat było dostępne. I to tak przyrządzić, żeby wybrzydzacze milczeli.
Dość szybko opracowałam krótki katalog potraw do ugotowania szybko, na pamięć, bez sprawdzania w grubych książkach co i jak. Restauracji by się z tym repertuarem nie założyło, ale jedli i nie marudzili. Latem repertuar powiększał się o matczyne plony z działeczki. Pamiętam pewien krzaczek sałaty, który jedliśmy całe lato. Roślina nie wystrzeliła w kwiat, codziennie mama obrywała nową rozetkę strzępiastych, czerwonych, jakby już smakujących musztardą liści. Któregoś lata nagle pojawiła się cukinia, której jeszcze nie było w handlu. Matka hodowała ją, aby była jak największa, a przecież najsmaczniejsza jest malutka! Zimą był mniejszy wybór.
Do dziś mi zostało, że pomysły na potrawy najskuteczniej wpadają mi do głowy w mięsnym i warzywniaku. `Muszę surowiec widzieć ze wszystkich stron, żeby wiedzieć co z niego będzie. Niestety ta umiejętność ginie przy zakupach przez internet. Pewnie kiedyś do tego dojdzie, ale póki co trzymam się dzielnie i aprowizuję nas podczas codziennych psich spacerów. Raz na jakiś długi czas odwiedzam bez entuzjazmu supermarket i hurtem kupuję żelazne zapasy: olej, kasze, makarony, bakalie jadalne dla cukrzyków i to wszystko. Marketowe mięso i warzywa to raczej pasza niż jedzenie, niestety. Nie mam żadnego doświadczenia z gotowcami poza pyzami i kluskami śląskimi, które teraz i tak wypadły nam z repertuaru.
Paradoksalnie robienie zakupów w osiedlowych sklepach koło domu i na okolicznym bazarku zabiera najmniej czasu i daje najlepsze, najświeższe produkty. Za ten komfort jestem gotowa zapłacić te kilka złotych więcej.
Kolejna pułapka domowego gotowania to osobiste preferencje stołowników. Przekleństwem mojego dzieciństwa było uwielbiane przez dziadka mięso z rosołu, takie trzęsące się, z fąflami i tłuszczem; też to musiałam jeść, choć owo mięso koniecznie chciało wrócić na talerz. Rozumiem, co to znaczy "nie lubię".
Ustalenie wspólnych dla wszystkich jadalnych produktów w obrębie jednej kultury kulinarnej bywa trudne, a co dopiero międzykulturowo, uch... Pan Mąż ponoć nie cierpiał czosnku, chili i krewetek. Czosnek i chili grzecznie je, krewetek odmawia, ale gdy ich nie widzi to nie narzeka. Bywają zatem czasem posiekane i niewidoczne. Bo ja je bardzo lubię. Jeszcze inna historia to dzieci niejadki. Tu bywa trudno i grubo. Z moją córką były trzy światy jak chodzi o jedzenie. Jako dziecko głodne była nieznośna, płaczliwa, upierdliwa i straszna. Jako dziecko najedzone była przeurocza, łatwa w obcowaniu i zgodna. Przestawienie jej ze stanu "głodna" do stanu "najedzona" wymagało kunsztu kulinarnego, sprytnego doboru składników i morza cierpliwości. Ludziom, którzy mówią żeby bachora przegłodzić to zje, zalecam a) pozajmowanie się czas jakiś głodnym dzieckiem, b) próbę wybrnięcia z anoreksji, gdy się już w nią zabrnie. Był czas, gdy Misia spożywała Nutridrinki i pestki słonecznika solo. W pewnym momencie się poddałam i dziecko jadło tłuczone ziemniaki i kiszoną kapustę. Do dziś te produkty stanowią podstawę jej diety. Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Z głodu nie umarła.
CDN
Panbóczku złoty, ale heca z głowizną, i historia z morałem 🤣
OdpowiedzUsuńJedno z traumatycznych przeżyć mojego dzieciństwa to widok świńskiego łba w zlewie - jako że były to ciężkie czasy bez mięsa, rodziciele zakupili pół czy ćwierć świniaka od chłopa. Ta nasza świnia dość przerażająco łypała okiem i machała uchem, i kły szczerzyła. Brrr.
OdpowiedzUsuńUwielbiam Twoje "odyseje", nie tylko te kulinarne:-) - świetnie się czyta.
OdpowiedzUsuńZa ozorkiem w galarecie też nie przepada. :-)
OdpowiedzUsuńŁatwiej wymienić co lubi, niż to, czego do gęby nie weźmie. Urok Aspergera. Gackowa
UsuńTeż nie potrafię kupić online mięsa czy warzyw... Muszę to zobaczyć, pomacać, sama wybrać!
OdpowiedzUsuńHistoria z głowizną niezła! *^W^* Ja miałam rodzinę na wsi i świniobicie oglądałam jako dziecko, świńskie głowy na stoiskach z mięsem na bazarku nie robiły na mnie wrażenia. Za to niestety nauczyłam się organoleptycznie co to jest za potrawa "flaki"... Moja babcia kupowała takie do samodzielnego czyszczenia, gotowała to godzinami a zapach był upojny!... Co ciekawe, jako dorosła bardzo szybko polubiłam flaczki, szczególnie, że już można kupić gotowe i nie trzeba się z tym babrać! *^V^*